Dzisiaj publikuję poświąteczną refleksję, przygotowaną wstępnie w grudniu 2025r. Dwa powidoki tego, jako obecnie wygląda przygotowanie potraw i do czego wszystko zmierza.
Obraz 1. Wigilia w pracy. Mała grupa pracowników mojego działu organizuje sobie co roku drobne przyjęcie przed-Wigilijne. Każdy przynosi coś swojego. Dokupowano tylko napoje, chleb, łososia. Tak było jeszcze w zeszłym roku. Trochę zmienił się skład i … szeroko otworzyłem oczy. Do grupy doszły ostatnio 4 młodsze ode mnie o ponad dekadę, ale i starsi zmienili zwyczaje. Dlatego:
- Większość produktów (połowa ciast, barszcz, pierogi, sałatki) pochodziła ze sklepu lub garmażerki.
- Barszczu Krakusa w kartonie nie udało się nawet podać (wystrzelił w kuchence mikrofalowej).
- Dzięki żonie byłem jedyną osobą, która przyniosła wyłącznie dania domowe (każdy miał listę z 2 „potrawami”). W przypadku kumpla, świeżego rozwodnika, nie dziwił asortyment „chleb+łosoś wędzony”, ale już nasz rówieśnice z pierogami z garmażerki nieco mnie zszokowały.
Żeby nie było, podobnie miała moja żona. Na 6 osób, tylko ona przyniosła „swojskie”. Królowały: Biedronka + garmażerka.
Obraz 2. Cennik dań wigilijnych. W sobotę, 27.12. poszliśmy z psem na spacer i uzupełnić zapasy pieczywa. Ja zostałem z kundlem, a żona zeszła do piekarni. Nudząc się, czytałem menu, zlokalizowanej blisko lubelskiego Mordoru garmażerki. I oczy wychodziły mi z orbit:
- uszka – 150 zł/kg,
- śledź w oleju – 65 zł/kg,
- pierogi z kapustą – 45 zł/kg.
Więcej nie zapamiętałem.
I teraz refleksja. Kiedy zmienił się świat? Czy ja coś przegapiłem? Ludzie serio zapraszają rodzinę i serwują im uszka ze sklepu, ani nie potrafią zrobić śledzia w oleju? No właśnie, nie potrafią, czy idą po linii najmniejszego oporu? Nie chce im się. W dobie programów kulinarnych, internetu, kiedy prawie każda gospodyni z klasy średniej ma Thermomix-a lub przynajmniej Lidlomix-a?
Drugą stroną pozostaje cena. Przecież śledzie kosztują 40 zł w detalu. Do tego olej – kilkanaście. W przypadku uszek przebitka wychodzi jeszcze większa (połowa mąka – 2 zł/kg, reszta woda, sól, jajko, grzyby – najdroższe może 50 zł/kg).
W tym wszystkim gdzieś gubi się magia spotkań z rodziną. To już jest kompletna anty-amowystarczalność. Sklep/buda z żarciem dostarcza nawet potrawy na Wigilię do biur i do domów. Kupujemy wszystko, płacąc za to drożej niż kiedyś. Wymiana sąsiedzkich przysług gwarantowała brak podatków. Uszka kosztują 150 zł/kg (koszt produktu 30zł/kg, a przy samodzielnym zbiorze grzybów 5 zł/kg) ponieważ:
- trzeba zapłacić pracownikom, ich pensje, ZUS, NFZ, PIT,
- właściciel lokalu domaga się czynszu, elektrownia, spółka wodno-ściekowa, śmieciarze też wezmą swoje,
- na koniec własne podatki i składki przedsiębiorcy.
Kiedyś wystarczyła babcia, ciotka, sąsiadka, której dostarczono „na wymianę” coś innego, albo zwyczajnie przyjęcie składkowe.
Chwilę później czytałem „Five acres and Independence” i „Living a good life” i przeniosłem się do innej epoki.
Świat zmienia się na naszych oczach szybciej niż wieku się zdaje. Jestem z natury sentymentalny i zewsząd szlusze, że za sentymenty płaci się. Córki znajomych, nastolatki, nie potrafią gotować i ogólnie nie mają zamiaru nauczyć się. Zrobią jakieś ciasto jak poczują presję mamy, ale nawet w domu nie chce im się jeść wolą wyjść do „Maka” albo do innego pasiburzucha. Non stop do „późnej nocy” w telefonach na „insta* czy „fejsie”. Znajomi, ich rodzice: no co? dobrze uczą się, mają wielu znajomych to co im będziemy przeszkadzać, znajdą sobie chłopaków co gotują, są nowoczesne. Dobrobyt w pośladkach poprzewracał, ale nie tylko. Zmieniają się mechanizmy społeczne, lewicowe poglądy nabierają poważnych znaczeń, postępuje laicaizacja społeczeństwa, samodzielne przygotowania posiłków są zastępowane przez catering lub produktu sklepowe. Ma być praktycznie. Jeszcze chwila i będziemy się spotykać przed ekranem komputera. Przykre, ale prawdziwe.
Ludzie kupują w barach, zamawiają catering, bo ich stać. Czy chcesz narzucać rodzicom, jak mają wychowywać własne córki? W rodzicielstwie działa zasada – jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Właśnie starsze pokolenie, wdrukowujące pewne stereotypy („uczą się” więc odpuszczamy wszystko inne) wychowało klientów Maca.
Natomiast ja mam spostrzeżenia nieco inne. Moje dzieci i ich znajomi w większości i chodzą do Maca, i gotują. Uczą się i wchodzą w związki. Wreszcie, zakupy przetworzonego jedzenia dotyczą też regionów tradycyjnie religijnych (okolice Tarnowa). Po prostu zmienił się styl życia.
Niemniej jednak, znając historię, pozostaję optymistą. Większość szlachty do Powstania Styczniowego umiejętności gospodarskie posiadała niewielkie. Nagle przyszło uwłaszczenie i trzeba się było przestawić. Wielu poległo, ale inni odnieśli sukces.
Nikogo nie chcę uczyć wychowywać dzieci. Z góry byłoby to bez sensu, gdyż dzieci odwzorowują rodziców, którzy niegdyś tradyckonaliśi z biegiem lat, nazwijmy to z każdym kolejnym awansem w ich korpo, zmienili się w społeczeństwo, o którym pisałeś w poście. Dlatego też nie ma co dziwić się zachodzących zmianom. Co do szlachty, od zawsze przemiany przynosiły wygranych i przegranych.
Jeżeli ktoś wie od kogo kupuje wyroby i jak są robione i zarabia więcej niż różnica pomiędzy cenę zakupu i kosztem wytworzenia samemu to nie widzę powodu, dlaczego ktoś ma to wszystko robić sam. Chyba, że lubi. Do tego ktoś zaufany, kto robi codziennie setki uszek z dobrych produktów zrobi to lepiej niż ktoś, kto robi to 3x do roku.
Auta też naprawiacie sami?
Księgowej i jak jest potrzeba doradcy podatkowemu/ prawnikowi/lekarzowi też szkoda płacić jak jest google…?
Ok, ja do tego nic nie mam, ale niech każdy żyje jak chce. Ktoś lubi uszka po 150 zł za kg, ktoś poleci zobaczyć zorzę polarną a jeszcze inny kupi wymarzony sportowy samochód. Inny będzie oszczędzał całe życie i zostawi kilka milionów, które dzieci wydadzą w kilka lat.
We wszystkim powinna być równowaga, ale nie wskazujmy co jest dobre a co złe w powyższych sytuacjach- bo co człowiek to inny przykład. I to jest piękne.
Zasadniczo miałbyś rację, gdyby nie dwie zmienne. Pierwsza – te „dobre produkty” oznaczają w przypadku garmażerki najtańszy olej, kiepską mąkę i aromaty, które mają udawać borowika. Druga – dokunujący zakupów, wcale nie kierują się kryteriami „tu zapłacę, tam zarobię” przeważnie całe życie żyją biednie, ponieważ w każdym punkcie przepłacają. Klientami tej garmażerki nie były osoby zamożne, ale typowi wyrobnicy korpo z pensją 5-6k netto, kredytem na 400k, autem w leasingu. I o żadnej równowadze mowy nie ma.
Tu nie chodzi raczej o oszczędzanie a o zanik tradycji i pewnych podstawowych umiejętności, które zawsze mogą przydać się. Jak noga powinie się w życiu to nie będę myślał ani o ksiegowym, ani o doradcy podatkowym a o posiłku, który zawsze warto umieć zrobić samemu.
Plus księgowości trudniej się nauczyć niż robienia pierogów. Wiedza, jak zrobić dość podstawowy posiłek, z ogólnie dostępnych i tanich półproduktów (maka, jajka, kapusta), niejednemu uratowała budżet, a w skrajnych przypadkach (wojna) życie.