Przed Sylwestrem „zima znowu zaskoczyła drogowców” i ludzi utknęli na S7 na kilka godzin. Stali w korku spowodowanym awariami ciężarówek. Media podchwyciły temat, pisząc „Armageddon” oraz „Wyobraźcie sobie, że stoicie tu elektrykiem”. Ile jest prawdy w takim straszeniu?
Zrobiłem test – nawet w cięższych warunkach – 13 stycznia 2025 r. temperatura zewnętrzna -8 st. C. Stanąłem na parkingu w centrum, zostawiłem, włączony silnik i obserwowałem:
- temperaturę wewnętrzną,
- zużycie prądu (prognozowany przebieg w km),
- upływ czasu.
I co mi wyszło?
Otóż zacząłem z zasięgiem 94 km, po 23 minutach stania (szedłem na spotkanie), miałem 89 km. A zatem w godzinę straciłbym ok. 13 km. Przez 5 godzin – 75 km. Temperatura wewnętrzna wynosiła 10 st. C czyli o 18 st. C więcej niż na zewnątrz – w zimowym ubraniu, spokojnie pracowałem na telefonie. Co ważne, mój model nie posiada pompy ciepła.
I teraz uwagi. Samochód elektryczny, taki jak mój, pokazuje w lecie 289 km zasięgu, w zimie – ok. 230 km (zużycie 20-30% wyższe, z uwagi na ogrzewanie i opory toczenia, 200 km – gdy jeżdżę wyłącznie na krótkich odcinkach w mieście). 75 km =1/3 baterii. Dużo czy mało? Moim zdaniem sporo. Nikt rozsądny nie wyjeżdża na S-kę z rozładowaną baterią (tzn. poniżej 80%), tak jak i z pustym bakiem (stacje co 50-100 km i to z cenami z kosmosu). Skoro mój „mały elektryk” (bateria 38 KWh) dałby radę postać 5 godzin, tym bardziej że ładowarki na MOP-ach co 30-50 km, to chyba nikt nie ma wątpliwości, że w przypadku nowszych modeli (80 KWh+pompa ciepła to standard w „podróżnych elektrykach”) byłoby jeszcze lepiej.
13/230 x 38 KWh =2,148 kWh/godzinę
2.148 z 5 = ca. 11 KWh
Niech pompa ciepła poprawi ten wynik o 50% – mamy 5 KWh. To równowartość przejechania 25 km auta z zasięgiem 400 km (20 KWh/100 km i bateria 80 KWh). Czyli opowieść- bajka. Straszenie ludzi jest głupotą.
A samochód benzynowy? W korku pali ok. 1 l/100k. Mając bak 40 litrów (tyle ma 2.0 TDi w Audi A4), w 5 godzin przepali 5 l. To utrata 1/8 zasięgu. 1/8 z 700 km to ca. 85 km.
A zatem porównując:
- Mój starej generacji elektryk z podstawową baterią przez 5 godzin stracił by 1/3 zasięgu.
- Nowszy wóz elektryczny z baterią 80 KWh i pompą ciepła -1/16.
- Nowoczesny diesel/hybryda – 1/8.
Wnioski:
Biorąc pod uwagę rozwój „elektryków” i tendencje zmniejszania zbiorników paliwa „spalinówek” (sporo wcześniejsze generacje Audi miały i 70-litrowy bak, a Mercedesy opcjonalnie i 110-litrowy, natomiast dzisiaj standardem wśród hybryd jest ok. 45 litrów), prądu wystarczy na dłużej niż paliwa, jeśli staniemy w zaspie na kilka godzin. W żadnym wypadku (może poza elektrykami sprzed 15 lat i Dacią Spring), nie dojdzie do wyczerpania baterii przez 5 godzin. A zresztą nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierze się zimą Leaf’em I ani Dacią Spring z Warszawy do Gdańska.
Nic mnie nie przekona do obecnych elektryków.
Polecam rzeczywiste testy :
https://moto.rp.pl/na-prad/art43718741-zima-obnaza-auta-elektryczne-test-adac-weryfikuje-obietnice-zasiegu
Można pisać, że to Niemcy testowali, więc robili wszystko, żeby udowodnić mniejsze zasięgi… ale taka z tymi zasięgami ( znajomi) jest niestety rzeczywistość.
Elektryk ok, ale tylko : mały, miejski, PV w domu.
Auto na dłuższe trasy- absolutnie nie.
Napiszę jak typowy Janusz: mój diesel ma pojemność baku prawie 85 litrów i zasięg około 1000 km. Daje mi to niezależność w każdej sytuacji.
Wyniki podane przez Niemców są jak najbardziej realne i wcale niezłe. Nie sądzę też, żeby celowo szkalowali własne auta (Audi, BMW). 23 KWh/100km przy średniej prędkości 116 km/h (realnie 130 km/h licznikowo) oznacza 440 km. Ładowanie przez 20 minut na 580km trasie nie uważam za dramat, a zwykły postój (w celu wypicia kawy, zjedzenia przekąski i czynności fizjologicznych). Osobiście nigdy nie jadę prawie 5 godzin bez przystanku. Nawet podróż w góry wygląda w ten sposób, że po 2-3 godzinach, obowiązkowy postój. Jak wybierałem się do północnej Wielkopolski, stawałem hybrydą dna dystansie 550 km dwa razy, pierwszy raz po 200 km i potem jeszcze raz za Bydgoszczą (450 km). Może robię się stary, może w uszach dźwięczy mi opowieść klienta o przyjacielu, który jechał 1000 km na strzał, po czym zmarł na zator. Od tego czasu, pilnuję postoju. Zamówienie i wypicie kawy/hot-doga/gorącej herbaty, a więc raczej przekąsek niż obiadu, zajmuje i ok. 15 minut. Te +5 minut mógłbym przeżyć. Gdy wiozę kobiety, posiadające wrażliwsze pęcherze niż my, stajemy obowiązkowo co 2 godziny.
W mojej ocenie, problem z nowoczesnym elektrykiem (np.MB EQS, A6 e-tron) nie leży już w zasięgu, ale zmianach technologii oraz utracie wartości.
Diesel dzisiaj został w Polsce wyprzedzony w statystykach sprzedaży przez benzynę i hybrydy. Ma to swoje powody. Pierwszy – komplikacja konstrukcji i wieczne problemy np. z instalacją AdBlue w MB E-klasse. Drugi – zmiana sposobu użytkowania przez wiele osób. W środę-czwartek zrobiłem w ciągu 26 godzin 1000 km pociągiem. I szczerze, o ile mam wybór, wybieram właśnie tę formę podróży. Koszty są sporo niższe (1000 km = 100 zł), w podróży mogę się przespać, poczytać, pracować), czas dojazdu nawet krótszy (nawigacja pokazała mi 5g 47 minut autem, pociągiem z transportem na miejscu wyszło 5 g 30 minut). Po co mi ruszać auto, zmęczyć się, denerwować w korku (a gdy wracałem za Warszawą zderzyły się 2 ciężarówki i na s17 powstał 6km zator, którego nawigacja nie uwzględniła w kalkulacji). Do Szczecina (prawie 2000 km w obie strony) samochodem pojechałem 2 razy: pierwszy i ostatni. Królował pociąg. Do Wrocławia – podobnie, autem tylko całą rodziną oraz z dużymi bagażami (jedzenie dla młodych).
Stąd m.in spadek popularności klasycznych „połykaczy autostrad” jak sedany klasy wyższej, kosztem SUV-ów, kompletnie nieekonomicznych przy 130 km/h, gorzej prowadzących się, ale uniwersalnych.
My jesteśmy jeszcze dinozaurami, ale następne pokolenie (plus kobiety), wybiera jednak SUV-y. Ludzie 65+ także (wygodne wsiadanie, lepsza widoczność z góry). Coraz rzadziej jeździ się na wakacje te 1000km w jedną stronę, a coraz częściej lata.
Na koniec zmiany konstrukcyjne. Mało który samochód klasy Passata, czy A6-tki ma dzisiaj zbiornik 85 litrów. Fabryczne wielkości – Passat B9 diesel i 2.0 Benz. – 66 litrów, hybryda – 45 litrów, w A6 c9 – 60 litrów. Główna przyczyna – coraz mniej miejsca.
Dokładnie tak: nie dodałem oczywiście jako wady utraty wartości elektryka. Też osobiście wybieram pociąg, jak się da w dobrym stylu- czyli jadący z/do Pragi, Budapesztu. Wtedy w restauracji jest wino, które idealnie pasuje do posiłku. ( u nas nie wolno, tylko piwo- bo przecież u nas każdy co pije wino w restauracji pociągu to pijak- a jak wiadomo- każdy pijak to złodziej).
„jeszcze cześciej wybieram samolot-z racji dalszych wyjazdów ( dalszych w rozumieniu 800 plus:-)) ).
Ja- mimo, że do 65 plus brakuje jeszcze trochę, też wybrałem SUV- większy komfort ( z wyjątkiem autostrad plus 150 km/h), mniejsza utrata wartości. Od zawsze jeździłem sedanami, jednak od 8 lat mam SUV- już drugiego. I nigdy już prawdopodobnie nie kupię innego nadwozia niż SUV do codziennego użytku.Podobnie jak małżonka.
SUV przegrywa z sedanem/kombi pod trzema względami: wygody w dalszej trasie połączonej z precyzją prowadzenia, wielkości bagażnika, oraz zużycia paliwa. Widocznie na rynku to za mało. U mnie, po wyprowadzce na wieś kolejny będzie SUV 4×4. I tu elektryk przegra z B+G, albo dieslem – głównie ceną i utratą wartości. Najtańszy Duster 4×4 do 100 tys. km przebiegu – ok. 50k, sensowny elektryk (Ioniq 5 4×4) – dwa razy więcej. Żona zostanie z Koną, będzie to też auto na dojazdy wiosna-jesień.
Więc sam widzisz- SUV wygrywa. Diesel albo benzyna z gazem.
Wszystko fajnie dopóki mamy mało elektryków. Przy zupełnym przejściu na elektryki do czasu ładowania należałoby (w optymalnych warunkach) doliczyć średnio tak z godzinkę postoju w kolejce do ładowania. Do tego trzeba pilnować tej kolejki by nikt w nią nie wjechał, czyli kawę, herbatę i coś na ząb zamawiać można dopiero ładują pojazd. Chyba, że masz pasażera, który ogarnie zamówienie. W mojej ocenie cały ten cyrk z elektrykami służy zmniejszeniu mobilności, większej kontroli nad społeczeństwem lub też wynika z lobbingu osób powiązanych z nieprzyjznymi UE państwami. Cały świat będzie robił biznes gdy Europa będzie uginała się pod ciężarem własnych regulacji. Nie od dziś wiadomo, że elektryki są ekologiczne jedynie w teorii ( np. większa masa własna wiąże się z większym zużyciem okładzin ciernych klocków hamulcowych a tym samym większą ilością syfu w atmosferze na skutek hamowania (nie wszyscy hamują generatorem). Do tego szybsze zużycie infrastruktury drogowej, która musi znieść większe obciążenia wiele innych negatywów związanych z produkcją oraz użytkowaniem takich pojazdów. Do tego bagatelizuje się potężne narażenie infrastruktury elektrycznej na ataki hybrydowe. Momentalnie w ten sposób można sparaliżować społeczeństwo oparte na jednym sposobie zasilania gospodarki. Hybrydy są optymalnym rozwiązaniem, ale dużo wody upłynie nim pojmą to „tęgie umysły” w Brukseli.
100/100.
Podjeżdżam na stację dieslem i mam 1000 km zasięgu- o czym wspomniałem.
Pada sieć ( np. atak cyber ).
Elektryki nigdzie nie pojadą dalej, ba- zablokują drogi.
Na stacjach będzie można zatankować diesla/benzynę – niezależne zasilenie jest bardzo często.
Promowanie elektryków przez polityków eu to działanie na szkodę społeczeństw. Bez promowania- kupi ten, który ma ochotę a nie przekonywanie ( jak w ZSRR) na siłę.
No w przypadku ataku cyber to i stacje benzynowe nie zadziałają. Nie zapłacisz, nie dostaniesz faktury, pompa działa i co z tego (KSeF). Nie trzeba wojny w Polsce, wszyscy pamiętamy co stało się w lutym 2022 r. Puste zbiorniki, kilometrowe kolejki do stacji i 9 zł/litr Pb, a diesel w okolicach 10 zł. Tutaj wszyscy mają słabo, ponieważ stopień elektronizacji systemu jest ogromny. Wtedy klasyka preppersów- własne zapasy i w drogę. Podobnie sprawdzi się sieć off-grid, ponieważ prądu może nie być nigdzie. Swoim elektykiem Wisłę spokojnie przekroczę, a wioząc mały agregat dojadę w góry.
Ja mając zatankowany do pełna dojadę do Wenecji- bez konieczności tankowania i wożenia kanistra.(teoretycznie- bo nie zakładam czarnych scenariuszy).
Z czekaniem do ładowarek masz rację. Przy niewielkiej liczbie aut, w trasie autostradowej tankujesz bez problemu. Jednak zwiększenie elektryków x 3, nie przyniosło podobnego zagęszczenia ładowarek. Inaczej wygląda to, gdy jedziesz „opłotkami” – wiele stacji ładowania pojawiło się przy dyskontach. Nadal jednak istnieją białe plamy (od Rzeszowa w Bieszczady). W krajach bardziej rozwiniętych (Norwegia, Niemcy) takiego problemu nie ma.
Zupełnie nie zgodzę się jednak z większym zużyciem hamulców. Rekuperacja, do tego stopniowalna (taki system „one pedal”, gdy używasz tylko gazu), okazuje się tak wygodna, że hamulec naciskam może raz na 100 hamowań (gdy trzeba stanąć dęba, bo coś się dzieje). I robi tak większość, bo dostaje 2w1 – niższe zużycie energii i wygodę. Dzisiaj moja Kona ma prawie 60kkm i normalnie już zmieniałbym tarcze i drugi raz klocki, a tak – wszystko fabryczne.
Elektryk nie służy zmniejszeniu mobilności, ale ma uboczny skutek (nie jest to celowe) w postaci wyboru transportu publicznego na długi dystans (pociąg, samolot). Znam ludzi, którzy BMW iX robili regularne trasy Opole-Warszawa bez tankowania i na strzała, bo to ledwie 320 km i 3 godziny jazdy. Na dystansie „wokół komina” (do 150km) kogoś, kto ma instalację FV, elektryk wręcz zachęca do jazdy, bo jest tani. Nawet tankowanie z gniazdka oznacza w mojej Konie 18 zł/100 km.
Hybrydy to przyszłość i tu się zgodzę, UE w nie inwestuje, zwłaszcza w wersji plug-in. Ioniq jest autem konstrukcyjnie sprzed 10 lat, ale daje radę, przekonując zwłaszcza w trasie, bo ma skrzynię dwusprzęgłową. W mieście wyniku Toyoty hybrydy z gazem, wyrywają z butów (14 zł/100 km) i taksówkarze nie biorą dzisiaj nic innego. Nowe generacje poszły jednak w kierunku wtrysku bezpośredniego, co sens gazu zmniejsza do zera. Natomiast Plug-in to takie combo. Pali sporo więcej od „normalnego” elektryka (20KWh podmiejsko wobec 12-15 KWh), a ma mały zbiornik paliwa. Tym samym średnio nadaje się w trasy. W zasadzie wybór „człowieka z przedmieścia” bo dojazd 15 km dziennie pozwala naładować baterię z FV. Inaczej sensu nie ma. Sporo pali w trasie (masa) i jej realny autostradowy zasięg zbliża się do nowoczesnego elektryka.
Dlatego ZSRR upadło. W Brukseli mądre głowy zamiast uczyć się na błędach innych państw „związkowych” głosują w sposób poprawny politycznie, jedną ręką zawsze trzymając stołek, by ktoś im go spod tyłka nie wykopał. Odnoszę wrażenie, że polscy europolitycy tam wyjeżdżając zapominają czym kończy się gospodarka centralnie planowana. Chyba, że coś mi umknęło, czasy się zmieniły i w takiej Brukseli rzeczywiście lepiej wiedzą co jest potrzebne w takim np. Lublinie czy w Olsztynie a tylko my nie rozumiemy, że to dla naszego dobra.
Każdemu porównującemu UE do ZSRR, proponuję wycieczkę do Macedonii, a potem szybki przelot do Grecji, na Węgry czy do Chorwacji. Jeszcze w latach 80-tych kraje te miały porównywalne warunki życia. Obecnie dostrzegłem przepaść pod każdym względem.
Podobnie o „centralnym planowaniu”. W UE nie ma go, poza jednym obszarem (i to w mocno ograniczonym zakresie) – rolnictwa. Centralne planowanie w wydaniu radzieckim polegało bowiem na decyzjach z Moskwy/Warszawy, gdzie powstanie fabryka, ile wyprodukujemy stali, jaką ludność osiągnie dane miasto. UE nie określa „co potrzebne w Lublinie czy Olsztynie” w żadnym obszarze, decyzje podejmuje lokalna władza ew. krajowa. Chcieli wybudować stadion piłkarski dla 3-ligowej drużyny za 300 mln i stadion powstał, woleli trolejbusy zamiast tramwaju – mamy je, postawili na deweloperkę, kulturę, edukację w miejsce przemysłu ciężkiego – i tak się stało. De facto większą władzę mają korporacje niż mityczna „Unia”.
Lublin na przestrzeni ok. 20 lat w UE zmienił się nie do poznania, jeszcze raz proponuję odwiedzić analogiczne miasta w Serbii, Macedonii na Białorusi, żeby złapać skalę.
Czyli uważasz, że:
1. normy emisji CO2 i transformacja energetyczna włącznie z ETS2, chwilowo odroczobym, co w Polsce od 2028 zwiększy koszty życia i zmieni pewne gałęzie gospodarki „Fit for 55” i „zielony ład” to nie jest centralne planowanie?
2. Zakaz sprzedaży aut spalinowych po 2035 r., z którego częściowo się wycofali, to nie jest centralne planowanie?
3. Regulacje techniczne dla samochodów ( wszystkie normy euro) to nie jest centralne planowanie? 4. otrzymanie środków z KPO możliwe po prezentacji planów reform zgodnych z priorytetami UE i wyznaczoną przez Brukselę strategią działania (w Polsce np. KPO uruchomiono po zmianie władzy z uwagi na poprawę praworządności mimo, że nic się nie zmieniło a chodziło jedynie o zmianę władzy na tą bardziej spolegliwą wobec wielkiego brata z zachodu) to nie jest centralne planowanie? 5. Czy te wszystkie jachty i ekspresy do kaw, które już w tym roku staną się własnością osób otrzymujacych dotacje naprawdę wpływają na odbudowę naszego kraju? Nie wydaje mi się. Ale pewne jest, że wspólnie te dary będziemy musieli spłacać. 6. system kwotowania produkcji cukru, który obowiązywał do 2017 roku i spowodował likwidację polskich cukrowni to nie jest centralne planowanie? – to jest naprawdę dobry przykład na mądrość polityki centralnej w obecnym wydaniu. To wszystko powoduje, że do władzy dochodzą partie prawicowe, bu ludzie mają dość ciągłego bata nad sobą.
1. Nie jest. Ustalono normy (podobnie jak zawartości azotynów w jedzeniu, minimalnej odległości domów od granicy, czy dachu z materiałów niepalnych), których trzeba przestrzegać. Nikt nie zabrania ogrzewania domu węglem, tylko z uwagi na politykę podatkową staje się to coraz droższe. Podobnie z autami – możesz sobie jeździć starym, ale płacisz.
2. Zakaz sprzedaży aut spalinowych też nie jest centralnym planowaniem tylko.. właśnie normą. Tak samo jak zakaz sprzedaży szkodliwych produktów z glifosatem.
3. Podobnie – chodzi o normy. Identyczne jak 8-godzinny dzień pracy, 18 st. w biurze czy pomieszczenia nie niższe niż.
4.KPO nie jest centralnym planowaniem. Nasz premier (Morawiecki) sam określił kamienie milowe. A że poniewczasie zebrał od swojego środowiska, to już inny temat.
5.Ekspresy – zwykła głupota i marnotrawienie. Nie ma nic wspólnego z UE (poza źródłem finansowania). Zwykłe oszustwo polskiego przedsiębiorcy.
6.Akurat kwoty cukrowe stanowią klasyczny przykład centralnego planowania, dlatego napisałem, że poza rolnictwem. Podobnie mleczne itd.
Dlaczego do władzy dochodzą partie antysystemowe i zmieniają się w systemowe (Korwin, za nazwanie PiS-u prawicą, wybiłby zęby)? Opublikowano na ten temat tomy analiz. W wielkim skrócie, istnieje grupa, w USA nazwana white trash, konserwatywna w deklaracjach, a jednocześnie cierpi biedę. Jest liczniejsza, więc przegłosuje pozostałych. Nie należy wiązać tego z batem nad sobą, ponieważ, jak uczy historia, prawica jest akurat znacznie bardziej punitywna (skłonna do karania, nawet za drobne wykroczenia). Jeszcze raz przypomnę – traktat lizboński ratyfikował Lech Kaczyński, KPO podpisał Mateusz Morawiecki, za chodzenie bez maseczek karali ludzie tego ostatniego.
Normy, które działają przeciwko większości społeczeństwa ( i powodują jego ubóstwo) ustanawiane wbrew woli większości ( specyfika naszej ułomnej demokracji) to przypomina jednak bardziej ZSRR niż wolny świat.
Co powiesz na normę, że facet, który skończył 48 lat ( zakładam, że masz tyle albo trochę więcej) ma płacić rocznie dodatkowo 50 k PLN podatku. Bo tak. Nikt nie zmusza oczywiście. Większość społeczeństwa w tym przypadku może być nawet na tak. ( młodsi i kobiety). Przykład- nie bawmy się w szczegóły konstytucyjne. Mogę wymyślić dziesiątki innych.
Ten podatek to nie norma, ale polityka podatkowa państwa. Tak samo jak podatek cukrowy, małpkowy, bankowy, marketowy. Nie ukrywam, uciążliwy, ale bez porównania z biedą PRL-u. UE przyniosła ze sobą rzeczy dobre i złe. Dobrobyt i ograniczenia. PRL i ZSRR prawie wyłącznie złe (pomijam te, które wprowadziły i państwa zachodnie).
Wszystkim zwolennikom „wolności” polecam leczenie się w USA, gdzie „wolność gospodarcza” oznacza dowolne stawki za służbę zdrowia, aż do bankructwa obywateli. Ten „wolny kraj” opodatkowuje biedaka, a dokłada miliarderowi. W Polsce, mieliśmy epizod „wolności” – lata 1990-1995 – z wojnami gangów na ulicach, gigantycznym bezrobociem, inflacją, spadkiem produkcji przemysłowej. Osobiście wolę UE.