Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
oszczędny milioner w praktyce – Oszczędny Milioner

PPK + IKZE na przykładzie osoby poniżej przeciętnego dochodu.

Obiecałem i realizuję. Dzisiaj podam wyniki inwestycyjne mojej żony. Zarabia ona poniżej 70%przeciętnej pensji. Niemniej jednak pozwoliła jej coś odłożyć.

PPK

Dokładnie to samo, prowadzone przez PKO BP. Ze swoich odłożyła 5.6 k. Pracodawca dołożył ok. 4.2k. Suma wpłat (z dopłatami państwowymi) – 10,8k . Wynik finansowy+20% i mamy ok. 13k . Powiedzmy sobie szczerze, przy własnej wpłacie 5.6k w czasie 3.5 roku (przeciętne potrącenie to ok. 133 zł). Tu spory wpływ miały dopłaty państwowe (240 zł/rok = praktycznie 2 miesięczne wpłaty własne co roku).

Wielkiej emerytury z tego nie będzie, ale mówimy o osobie, która zaczyna oszczędzać 13 lat przed uzyskaniem praw do świadczenia. Zakładając utrzymanie trendu (dopłaty bez zmian, utrzymanie wyników inwestycyjnych na poziomie inflacji) wyjdziemy po 35 latach (kobieta od 25 do 60 r. ż) na realne 110k (nominalnie sporo więcej, ale o tym zapomnijmy).

Czy to coś zmieni w życiu młodszego odpowiednika mojej żony? Pewnie niewiele, ale każda dzisiejsza emerytka wolałaby mieć 110k niż ich nie mieć. Emeryturka z tego skromna (400-500 zł/m-c = 1/4 państwowego minimum), ale da się żyć, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę wpłaty 133 zł kontra 1400 zł na ZUS (znowu realnie).

IKZE

W tym punkcie dwa zastrzeżenia. Moja żona korzystała z przywileju (i problemu) męża zarabiającego sporo więcej. Dokonywała maksymalnych wpłat na IKZE, czego pewnie nie zrobiłaby większość osób zarabiających w okolicach 5 k netto. Jak to się stało?

Po pierwsze – korzystała z ulgi podatkowej (pomimo rozliczeń ze mną). Z wpłaconych 10.407 zł w 2025 r. od razu odzyskiwaliśmy 32% (3330 zł), więc realna wpłata wyniosła niecałe 600 zł/m-c.

Po drugie – w rzeczywistości, płaciłem ja (ona nie robiła żadnego przelewu).

Wynik? Zebrane 54k z wpłat za 2022-2025 czyli 4 lat (ok. 35k) i zysków za 3,5 roku. Świetnie, a żonie wybrałem tylko zwykły fundusz inwestycyjny. Co to oznacza w praktyce? Zysk sporo powyżej inflacji (zysk skumulowany 50%, inflacja skumulowana ok. 20%), ale i inne skutki.

W ciągu 35 lat odłożyłaby (realnie w dzisiejszych cenach) na IKZE ok. 350k. Do tego wynik inwestycyjny, bijący w długim terminie inflację, da jej ekstra ok. 100 tys. zł realnego zysku. Razem 450k/35 lat. Tu już możemy myśleć o emeryturze na poziomie ok. minimalnego świadczenia 1800 zł/m-c. Przypominam – odkładając realnie (po zyskach podatkowych) ok. 600 zł/m-c.

ZUS kontra IKZE +PPK.

Odkładanie już 1/2 sumy składek ZUS (te wynosiły przy jej dochodzie ca. 1400 zł/m-c) w PPK +IKZE, dałaby mojej żonie (dzięki tarczy podatkowej, dopłatom i zyskom prywatną emeryturę o 25% wyższą niż państwowa. Ponownie kamień do ogródka ZUS.

Przypomnę, stosując powszechnie dostępne narzędzia inwestycyjne, bez „szaleństwa” na poziomie wybierania własnych akcji.

Czy stać Cię na dłuższe wakacje?

Odpowiedź na tak postawione pytanie da znacznie więcej wskazówek o Twoim życiu, niż tylko dotyczące finansów.

A po co mi dłuższe wakacje? Nie mogę. Firma się zawali beze mnie.

Takich odpowiedzi udzieli pracoholik. Żyje w przekonaniu, że praca stanowi najważniejszy element życia. Wręcz określa człowieka. Nie muszę mówić, w jaki sposób postrzeganie świata jako miejsca, w którym centralne miejsce zajmuje robota, wpływa na człowieka i jego rodzinę. Wystarczy pierwsza lepsza książka psychologiczna.

To kiedy ten urlop?

Tak zareaguje zarówno człowiek, mający zdrowe relacje z życiem zawodowym. Jak i homo ludens – dla którego największą wartością z etatu jest pensja. A tę można przeznaczyć na przyjemności.

Nie mogę. Zwolnią mnie.

Smutna historia. Strach przed zwolnieniem odczuwają osoby, traktujące pracę jako zagrożenie. Zazwyczaj z powodu mobbingu i innych mniej drastycznych elementów środowiska, gdzie pracują. Ale także wysoko lękowe.

Już dawno go zaplanowałem.

Tego spodziewam się po tych, którzy swoje życie uporządkowali w ogromnym stopniu. Oni wiedzą, co zwiedzą każdego dnia, jaki remont zrobią, ile książek przeczytają itp.

Nie stać mnie.

Najprościej jak można – ludzie bez kasy, bez oszczędności, w długach. Ale także z wysokimi oczekiwaniami (urlop kosztuje 20 tys. zł/tydz. bo Malediwy, Hawaje itp.).

Tymczasem rzeczywistość jest inna.

Tak stać mnie na dłuższe wakacje. Taką odpowiedź chcę od Was usłyszeć. Widać tu dwie składowe:

  • czas (mogę sobie pozwolić na niepracowanie). Przy czym „mogę” oznacza zarówno moje przekonanie jak i reakcję pracodawcy,
  • pieniądze. Wiadomo.

Jako, że miałem. zeszłym roku 6-tygodniowy urlop, mogę Wam coś opowiedzieć z praktyki. Otóż kwestia czasu ma kapitalne znaczenie. Pieniądze liczą się w znacznie mniejszym stopniu. Otóż, jak spędziłem ten czas:

  • 2 tygodnie wyjazd do Macedonii,
  • góry (przedłużony weekend),
  • Wrocław – odwiedziny u syna i siostry,
  • kilkanaście dni na wsi,
  • 2 dni uczciwej pracy (takiego czasu po godzinie, dwie nie liczę),
  • 2 koncerty chopinowskie w Warszawie.

Jak widać, było trochę wakacji, zawodu i remontu. Typowe „wakacje polskie”.

Ile mnie to kosztowało?

  • Macedonia niecałe 6000 zł (5 osób),
  • Warszawa – 160 zł,
  • Wrocław – 150 zł,
  • wieś – 200 zł (z paliwem),
  • góry – 1000 zł (paliwo, restauracje, nocleg).

W sumie 7510 zł za 6 tygodni wolnego, w tym 1510 zł za 4 tygodnie. Ale to nie wszystko. Po prostu odpocząłem.

Fenomen wsi. Recepta na trudne czasy.

Trochę tych tekstów o wsi na blogu już widzieliście. Dzisiaj spojrzę na sprawę i praktycznie, i filozoficznie.

Zacznijmy od filozofii. Na czym polega tytułowy fenomen? Na pewnym sprawdzalnym przez pokolenia fakcie – całe rzesze osób wychowanych w mieście, zakochuje się w wiejskości. Niektórzy powiedzą wręcz za Kazimierzem Przerwa-Tetmajerem ” Wolę polskie gówno w polu. Niźli fiołki w Neapolu!” O co konkretnie chodzi?

Po pierwsze – na wsi jest pięknie. Może nie jak w Neapolu, ale wystarczająco. Na pewno znacznie ładniej niż w mieście. I tę urodę możemy oglądać codziennie, mieć ja za darmo. Piszę te słowa, jest wiosna 20 kwietnia, godzina 18.12. Powoli zachodzi słońce. Widzę je doskonale pomiędzy modrzewiami, siedząc na bujanym fotelu przed werandą. Śpiewają ptaki, setki ptaków. Część z nich za miesiąc objedzą się moimi czereśniami, ale w tej chwili staram się o tym nie myśleć.

Po drugie – ta uroda kosztuje niewiele. Ma to ogromne znaczenie. Żeby kupić działkę w górach (taką jaką mam), musiałbym dzisiaj wydać ok. 0,5 mln zł. Kupa forsy, a tylko 900 m2. Na mojej wsi (w regionie turystycznym) te 900 m2, także budowlane, dam radę kupić za 1/5 tej sumy – 100 tys. zł. Dom do remontu na obecnych Kresach potrafi kosztować 200 tys. zł, mniej niż połowę małej działki w górach czy kurorcie. Dla wielu osób ma to znaczenie. Po prostu stać ich na wieś. Zwłaszcza tych, którzy miejscówkę częściowo odziedziczyli.

Po trzecie – jest blisko. Do siebie jadę 40 minut z centrum miasta. 32 km. W góry – 4 godziny i 375 km. W górach bywałem 10-15 razy do roku (i tak sporo), na wieś mogę dojeżdżać 3-4 razy w tygodniu. Koszt – 21 zł kontra 243 zł w tę i z powrotem. Dzięki tej bliskości, wieś pozostaje dostępna prawie dla każdego.

Po czwarte – zwalniamy tempo. Miasto pędzi, każdy gdzieś się spieszy. Na miejscu żyję spokojnie. Na wszystko mam czas. Dzień wydaje się trwać dłużej.

Po piąte – żyjemy taniej. Mój udany eksperyment „życie za 1000 zł” pokazał to dobitnie. W mieście za takie pieniądze opłacimy co najwyżej małe mieszkanie własnościowe. Na wsi starczy na życie, opłaty i wszystko, co niezbędne. Jasne, że na dłuższą metę potrzebujemy więcej, ale już 2000 zł wygląda całkiem realnie, nawet z małym autem. Do tego niepotrzebne nam wakacje w ciepłych krajach, bo relaks mamy codziennie w ciepłej połowie roku. A w zimie – kominek czyli przyjemne z pożytecznym.

Teraz czas na konkrety.

Skoro na wsi żyje się taniej, da się utrzymać 3-4 osobową rodzinę za 5-7 tys. zł. Nieźle. W dużym mieście taką kwotę wydawalibyśmy na ratę kredytu za trzy pokoje w apartamentowcu (6000 zł raty = 1 mln kredytu). Dom kosztuje ułamek tego co w mieście (na wsi, dość drogiej, moje 3000 m2 z domem 160m2 i garażem 60m2 jest warte najwyżej połowę tego co 100 m2 dom w mieście na działce 300m2).

Da się oszczędzać. We własnym domu możemy zdecydować się na palenie drewnem, fotowoltaikę, oczyszczalnię ścieków, studnię, czego w bloku nie dostaniemy, i wygenerowanie oszczędności w stosunku do gazu, prądu z gniazdka sieci wodno-kanalizacyjnej może nawet 1000 zł/m-c na rachunkach. Nie ma czynszu (kolejne 200-300 zł). A te różnice będą się pogłębiać.

Oddzielna historia – jedzenie. W warunkach wiejskich, ograniczamy wydatki dramatycznie, jeśli chcemy żyć samowystarczalnie, jak najbardziej możliwe.

Jedyny większy wydatek – samochód, da się ograniczyć. Wiem to doskonale po lecie, kiedy zacząłem dojeżdżać regularnie. Pierwszy pomysł – praca zdalna, choćby hybrydowo, wtedy dojeżdżamy może 2-3 razy w tygodniu. W przeliczeniu na miesiąc – niech będzie 13 razy. Miesięcznie 850 km. Rocznie 10.000 km. Elektryk przejedzie taki dystans (znowu własna fotowoltaika) za 0 zł. 500 zł ubezpieczenie, 650 zł przegląd, oraz te 1000 zł na naprawy i tak płaciliśmy w mieście, bo to koszty stałe. Może dodać trzeba tylko większe zużycie opon i części ruchomych – niech będzie komplet opon na 4 lata, czyli 600 zł/rok, – 220 zł/m-c. A spalinowy? 280 zł za paliwo na dystansie 850 km, plus właśnie te 50 zł na opony i 110 zł na naprawy/przeglądy – 440 zł. Zrównoważy je rachunek za prąd.

Bezpiecznie i prosto. O ETF i inwestycjach dla absolutnie początkujących.

Dzisiaj rano spotkałem Dobrego Marketingowego Ducha, który wytłumaczył mi fenomen ETF tzn. pozwolił spojrzeć na produkt oczami nie zaprawionego w bojach inwestora, ale właśnie marketingowca. Otóż w rzeczywistości firmy inwestycyjne oraz blogerzy finansowi nie rekomendują inwestycji (dziwne, wiem, dla kogoś kto całe życie zajmował się liczbami), ale obietnicę. I ETF jest właśnie taką obietnicą. Co obiecuje? Dwa punkty:

  • zyski dla giełdowych totalnych żółtodziobów (zaspokaja chciwość i bezpieczeństwo),
  • prostotę (zaspokaja lenistwo).

Tu Cię mam bratku-sprzedawco. Właśnie dowiedziałem się czegoś, co zawsze podejrzewałem. Obiecują ciepłe gniazdko, a wciskają wybuchającą na spadkach minę. Sprytne.

Ale Dobry Marketingowy Duch, po 1.5 – godzinnej dyskusji dał mi jeszcze jedno zadanie. Mam znaleźć (stworzyć) produkt, niszę, system inwestycyjny w 3 krokach, który faktycznie da nam bezpieczeństwo i prostotę, a i kapkę chciwości. Słyszeliście o czymś takim? Siadam do pracy. Zero komplikacji, zero liczb, zero… dotychczasowego Oszczędnego Milionera, lubującego się w piętrowych dygresjach. Już mi się podoba.

Na koniec smutna wiadomość. Blogerka Godnezycie złamała pióro i złożyła deklarację, że już nic więcej nie napisze. Ja postaram się nadal opowiadać o tym samym, tylko inaczej. Ocenicie, czy wyszło lepiej czy gorzej.

Ile można oszczędzić w rok, dodatkowo pracując?

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Pracujecie na etacie w biurze przez 40 godzin w tygodniu. Weekendy pozostają wolne. Zarabiacie średnią krajową (ok. 6200 zł netto). Ktoś składa Wam ofertę – w weekendy zarobicie dodatkowo 3200 zł netto (ok. 700 zł dniówki), pracując po 10 godzin. Bierzecie?

Dorobienie sobie, wydaje się najprostszym sposobem na poniesienie poziomu oszczędności. Do tej pory odkładaliście 10% pensji tj. 620 zł. Teraz, przyjmując propozycję wychodzicie na: 620+3200 zł =3820,00 zł. Nieźle. Wasze oszczędności rosną o 500%. Rocznie z ok. 7500 zł robi się nieco ponad 45.000 zł. Ogromna różnica.

Dokładanie tyle można oszczędzić, poświęcając np. sobotę na dorobienie. A na przestrzeni 10 lat z 75 tys. zł zrobi się 450 tys. zł. Świetnie. Najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Obiekcje? Kto poświęci sobotę? No cóż, ja żyłem tak przez lata. Od 24 r.ż. do 49 urodzin pracowałem regularnie po 50-60 godzin w tygodniu (akurat niekoniecznie w sobotę). Kupiona za jednoroczną nadwyżkę roku 2003 nieruchomości została sprzedana, by kupić dzisiejsze mieszkanie mojego syna. Dobrze słyszycie – nie 10 lat a jeden rok. Spora zmiana.

Oczywiście. nie mogę Wam obiecać, że osiągnięcie takie stopy zwrotu, ale lepiej spróbować i zarobić nawet połowę mniej, niż nie spróbować i zostać z drobnym ułamkiem tego, co można było uzyskać.

Idzie wiosna, przygotuj … drewno na zimę. O sztuce zapobiegliwości.

Wielu ludzi działa tak – we wrześniu przypominają sobie, że idzie zima, więc trzeba kupić drewno. Idą do składu, zaopatrują się w wysuszone. Obecna cena – nawet 700 zł/m2. To nie ma sensu.

Starzy wyjadacze i oszczędni robią inaczej. Stosują jedną z 4 metod.

Metoda 1. Najtańsza. Nie zawsze możliwa. Ścięcie własnych drzew zimą, porąbanie na ćwiartki i ich suszenie w stosach i wykorzystanie po dwóch sezonach (drzewo ścięte w styczniu 2026 r. wykorzystujemy w sezonie grzewczym 2027-2028). Koszt? Tyle co eksploatacja piły i przyczepy. Ok. 50 zł/m3.

Metoda 2. Tania. Kupujemy drewno w Lasach Państwowych, ścinamy i przewozimy na działkę. Tam tniemy, rąbiemy na ćwiartki i ponownie suszymy przez dwa sezony. Koszt? Do poz. 1 dodajemy 150 zł. Ok. 200 zł/m3.

Metoda 3. Klasyczna. Dalej LP, ale kupujemy drewno w wałkach. Tylko przewieźć, pociąć i porąbać. Suszyć jw. Tym razem cena będzie wyższa – ok. 300 zł/m3.

Metoda 4. Na lenia. Kupujemy w składzie mokre i porąbane drewno. Zostaje nam tylko suszenie. Cena 500 zł/m3.

Jak widzicie, zapominalstwo i wygoda kosztuje całkiem sporo. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy potrzebujemy 10 m3. Różnica pomiędzy suchym drewnem we wrześniu a najtańszym kupionym(samowyrób) wyniesie 6000 zł. No i w składzie nadal nie mamy pewności, czy nie wcisnęli nam niedosuszonego szajsu. Kilku moich znajomych nacięło się w takiej sytuacji – teraz wolą brykiet po 1300 zł/tonę. No, ale samowyrób drewna z LP, jego suszenie na działce nadal wyjdzie sporo taniej. Spóźnialscy i lenie zapłacą frycowe.

Zrób to sam i zaoszczędź. Ile kosztowały mnie grządki podwyższane.

Nick, który sam sobie nadałem, zobowiązuje. Oszczędny milioner nie wyrzuca pieniędzy, ale stara się zaoszczędzić. No, a jeśli do tego ma usposobienie lenia, trzeba te dwie cechy jakoś wyważyć. Oto przykład – grządki podwyższane.

Myślałem o nich przez kilka lat. Skrzynie wypełnione ziemią. Mniej chwastów, łatwiejsze podlewanie, no i nie trzeba plewić na kolanach. Super pomysł. Tylko te koszty.

Skrzynia drewniana o typowym wymiarze 120 x 80 cm x 40 cm kosztuje ok. 220 zł. Potrzebowałem 5 może 10. Betonu ani blachy nie chciałem. Pierwsze jest ciężkie i niepraktyczne, drugie z kolei albo drogie albo za delikatne.

Ponieważ nie zamierzałem wydawać 1100 zł/2200 zł za parę desek, zacząłem kombinować. Ze zbiorów mojego taty znalazłem kilkanaście desek – każda w innym rozmiarze. Dużo roboty. No i mogą się jeszcze przydać – część to pomosty do rusztowań, ale mam i szalunki, blaty itp. `Szkoda zniszczyć. No i ta robota.

W internecie znalazłem nadstawki paletowe. Znowu 75 zł/szt na Allegro, albo 100 zł w markecie (skrzynka ma 2, więc 150-200 zł/szt.). Co robić? Poszukałem olx-a. Tam, w odległości 15 km znalazłem firmę, która zamiast wyrzucać, sprzedaje raz użyte nadstawki (jak nowe) w cenie 25 zł/szt. Finału możecie się domyślać.

Za 15 szt nadstawek (więcej chwilowo nie mieli) zapłaciłem 375 zł, zyskując tanim kosztem 7 skrzyń (i została mi jeszcze jedna mniejsza 20 cm). Co to oznacza? Ano, że po zaimpregnowaniu i pomalowaniu (75 zł i jeden dzień niezbyt szybkiej roboty), mam 7 skrzyń w cenie … 450 zł. Gdybym kupował gotowe: 1480 zł. Gdybym składał z marketowych zakupów: 1575 zł. Prostym sposobem zaoszczędziłem 1000 zł. Roboty ze składaniem nadstawek w skrzynię nie ma wiele, trzeba po prostu ustawić je na sobie, wpiąć zamki (po pomalowaniu). Ideał dla lenia. Najwięcej czasu zajęło malowanie, ale w markecie też sprzedają surowe drewno, do tego gorszej jakości (moja deska ma 18 mm)

Ale opowieść o skrzyniach ma jeszcze jedną pointę. Otóż tak właśnie działa połączenie DIY i recyklingu. Ktoś się pozbył, ja wykorzystałem. Obaj zyskaliśmy, bo gdyby ten interes nie doszedł do skutku, właściciel fabryki miałby problem z zapłaceniem za odpady, a ja zapłaciłabym 3-krotną stawkę. Do tego uniknęliśmy wycinania kolejnych drzew na deski. Idealnie.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Książki, które przeczytałem w 2025 r.

Obiecany wpis byłby dość długi, gdybym wymieniał wszystkie pozycje – w 2025 r. przeczytałem bowiem 86 tomów. Od bardzo cienkich do liczących po 700-800 stron. Lista nie interesowałaby Was, stąd skupię się na kategoriach prawie ekonomicznych. Resztę podzielę na grupy:

  1. Przewodniki. Lubię czytać o różnych miejscach, które odwiedzam lub odwiedziłem -19.
  2. Historyczne -13.
  3. Biograficzne – 4.
  4. Beletrystyka, poezja, filozofia, Sándor Márai – 22.
  5. Produktywność – 5: Antyprokrastynacja, Powolna produktywność, Jak pracują wielkie umysły, Klub 5 rano, Paradoks produktywności.

I teraz nadchodzi czas na pozycje ekonomiczno-analityczno-wiejskie 23:

Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta. Natalii Sosin-Krosnowskiej. Chyba z 4-ty raz. Must have dla każdego, kto planuje przeprowadzić się na wieś.

Slow west wege. Katarzyna Kędzior. Książka kucharska plus opowieść o prowadzeniu agroturystyki.

Brudna robota. Kristin Kimball. O gospodarstwie i ekologii na amerykańskiej wsi.

Gęsiego. Marcin Wójcik. Historia dziennikarza, który postanowił zamieszkać na wsi.

Powrotnicy, Miastowi – dwie przeciwstawne opowieści o radościach życia na wsi i… konieczności powrotu.

Nomadland, Biedni w bogatym kraju, Hand to mouth, Za grosze. Cztery pozycje pokazujące USA w innym świetle – najbogatszego kraju Trzeciego Świata.

Cześć pracy – podobna opowieść o bullshit jobs w Polsce.

Adwokaci – bieżąca rzeczywistość tego prestiżowego zawodu, plus sporo smaczków obyczajowych.

Pieniądze albo życie. Playing with FIRE. Meet the Frugalwoods. The millionaire teacher. Klasyka ruchu FIRE i nowe pozycje z tej tematyki.

The man who quit money. Offline. Dwie ważne książki o życiu bez pieniędzy i technologii. Druga wydana po polsku.

Quit like a millionaire. The automatic millionaire workbook. The automatic millionaire. Jednominutowy milioner. Dla każdego, kto szuka inspiracji, dochodu pasywnego i automatyzacji.

Jak kontrolować swoje finanse. Sylvia Lim – najlepsza i prosta o planowaniu finansowym. Mam ją 17 lat i ciągle wracam.

Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?