Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
ABC finansów domowych – Oszczędny Milioner

Czy dzisiaj da się wybudować dom za gotówkę? Czy lepiej jednak finansować się kredytem?

Temat wywołał Tomsi, swoim komentarzem o hipotece jako elemencie kultury wynajmu. Ja z kolei podzieliłem się anegdotą o wyliczeniach doktora ekonomii sprzed 30-stu lat, że lepiej budować szybko niż rozkładać inwestycję na wiele sezonów. Do warunków lat 90-tych już nie wrócimy. Zasadniczo to dobrze (nowy samochód Citroen Xsara – odpowiednik dzisiejszej Skody Octavii, kosztował wtedy 35 pensji), rynku hipotek w zasadzie nie było, ale ceny, ceny wydawały nam się niższe.

Policzę zatem w warunkach dzisiejszych.

Zacznijmy od definicji słowa „dom”. Tutaj napotkamy pierwszą przeszkodę. Pan doktor budował czterokondygnacyjną, 300-metrową landarę, na działce ok. 300 m2. Oficjalnie dlatego, że plan dopuszczał tylko „bliźniaka”, a druga połowa należała do małżeństwa lekarzy, którzy zdążyli już mieszkać w budynku o 3-piętrach (5 kondygnacji) i powierzchni pewnie 500m2. Więc, żeby nowy dom nie wyglądał jak siedziba ogrodnika… Dzisiaj z perspektywy 30-lat nikt, poza bogaczami takiego domu nie wybuduje i zresztą, po co (i wtedy nie miało to już sensu, ale ludzie żyli w pojęciach po komunie). Domem nazwiemy raczej 70-150 m2 konstrukcję. Niektórzy rozciągną znaczenie na 35-200m2. Niech i tak będzie.

I teraz koszty. Tutaj mam w miarę świeże miary. Moi dwaj kumple wybudowali niedawno (lata 2025-2026) dwa domy. Jeden w wersji Lux (i znacznie większej powierzchni, przeznaczonej częściowo pod wynajem krótkoterminowy), pochłonął ok. 10 tys. zł/m2. Drugi, sporo mniejszy, budowany systemem gospodarczym, ze sporą ilością pracy własnej, powstał za 5 tys. zł/m2. W obu przypadkach nie liczę działki. A ta potrafi kosztować sporo. I tu docieramy do sedna. Liczy się lokalizacja, ale taki wybór (o ile nie dostaniemy od rodziny) kosztuje. Wrócę do domów kolegów, oba w miejscowości atrakcyjnej turystycznie (ceny porównywalne z moim Lublinem). W pierwszym przypadku, dużego 500-metrowego budynku, działka= 10% ogromnych kosztów budowy. W drugim (bliżej centrum, ale dom „ledwie 180m2”), działka = 50% znacznie niższych za m2 kosztów budowy. Gdybym przeniósł to na warunki sporego miasta. Kto chciałby się budować blisko centrum, musi kupić nie działkę (bo ich już nie ma), ale dom do wyburzenia np. taki jak mój za 1 mln zł, a następnie wybudować nowy za kolejny milion (jeżeli mówimy o sporym udziale własnej pracy i 120m2). W sumie 2 mln za 150 m2 na 300-metrowej działce. Alternatywy? Dom 120 m2 na przedmieściu za 1,3 mln (na działce 150m2). To jest 65% ceny i znacznie mniej kombinacji, co wyjaśnia nam, dlaczego tak mało mamy indywidualnych budów. Drugi biegun – moja wieś. Działka „od rodziców” (realna wartość ok. 200k) i te same 120 m2 wybudowane za 600k, przy pomocy sąsiadów (czyli taniej). W sumie, gdyby doliczać działkę – 120 m2 za 800k. I powiem szczerze, za podobne pieniądze, praktycznie nikt tego nie odkupi. Ale wróćmy do rachunków. Mamy granice ceny 800k-2mln zł. Wiadomo, wielu pójdzie w minimalizm i za 250k (plus drugie tyle działka) za 500k ma dom modułowy o powierzchni 40m2, który zestawią na budowie w 2 tygodnie. Trzymam się jednak tradycji – 800k-2 mln za dom. I pomiędzy wsią a bliską lokalizacją miasta (w przypadku Warszawy – wyniki mnożymy x 2).

Pytanie 1. Ile czasu trwałaby budowa domu za 800k z bieżących dochodów? Świetna kwestia. Patrząc realnie na dzisiejsze społeczeństwo, para, zarabiając bardzo dobrze, czyli ok. 25k netto/m-c (ok. 2 średnie miejscowe na osobę), da radę, mocno zaciskając pasa, odkładać 200 tys. zł/rok. Wielu powie, nierealne, w końcu mówimy o życiu za 8k, gdy zarabia się 25k, ale na chwilę załóżmy, że „dasię”. Dom na wsi wybudujemy w 4 lata.

Pytanie 2. Ile trwałaby budowa domu za 2 mln z bieżących dochodów? Tutaj już nieco hipotez. Przy dochodach jak w pytaniu pierwszym – 10 lat ciągłego oszczędzania. Przy 2 razy większych (4 średnie miejscowe na głowę), mamy 400k oszczędności/rok i 5 lat budowy.

Te 4-5 lat nie wyglądają strasznie, dopóki nie uświadomimy sobie kosztu i warunków. Niewiele znam par trzydziestoparolatków z dochodem 25k-50k/m-c. W praktyce – lekarze, IT, przedsiębiorcy. Takich, którzy zgodziliby się na oszczędzanie 2/3 dochodu przez 5 lat, czyli na rezygnację z wakacji, zakupów, zmiany samochodu, a stylu życia ludzi znacznie biedniejszych – chyba żadnej. I tu dochodzimy do sedna.

Pytanie 3. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 600k? Ok. 3600 zł/m-c i 43 k/rok. Wprawdzie przez 30 lat, ale kwotowo – znacznie mniej.

Pytanie 4. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 1,5 mln? Ok. 9000 zł/m-c i 108 k/rok. Podobnie, jak w pytaniu 3, nieco ponad 25% wydatku gotówkowego, chociaż spłacenie domu wydłuża się 6-krotnie.

Podanie tych liczb, wskazuje nam na wnioski. Budowę domu teoretycznie da się sfinansować gotówką. Trzeba jednak:

  1. albo mieć hojnego sponsora (rodzice, którzy dadzą działkę, lub wprost kasę),
  2. albo dysponować innym mieniem (np. mieszkaniem po babci),
  3. albo zarabiać sporo ponad przeciętną i zdecydować się na radykalne oszczędności.

W praktyce, poza przypadkiem 1 i 2, nikt tego nie robi. Budowanie się na wsi, 30 km od centrum miasta, na większej wprawdzie działce, ale dość daleko, dla osób z dochodem 25k/m-c zwykle nie ma sensu. Centrum wymagać będzie podobnego zaciskania pasa (życia na 1/3 możliwości) i dochodu 50k/m-c/parę. Sponsor, który wyłoży 1/4-1/2 kosztów, albo podobnej wartości wkład własny nieco zmienia sytuację. Stąd coś się jednak buduje, aczkolwiek znacznie mniej niż 20 lat temu.

Znaczna większość w kręgach „klasy średniej”, jeżeli się buduje, wybiera kredyt. Znowu – rata 3.6 k/m-c na wsi, 6k na przedmieściach i 9k w centrum nie wygląda tak strasznie, dopóki istnieje źródło dochodu. I na tym kręci się przemysł hipotek. Na świadomości, że nie trzeba żyć na wynajmie, zaciskać pasa przez 5 lat (i to przy znacznie lepszych niż przeciętnych dochodach), ani żebrać u rodziny. Chociaż, zwłaszcza na wsi, w teorii da się.

Na koniec wracam do aktualizacji wyliczeń pana doktora z mojej opowieści. W świecie wzrostu cen materiałów budowlanych, wariactw Donalda Trump, styropian podrożał o 125% w 5 tygodni, możemy być pewni jednego – lepiej zapłacić te 6-7% rocznie za pożyczony kapitał, niż potencjalnie dwukrotnie podnieść sobie koszty budowy i wydłużyć czas jej trwania do 8 lat.

Jeszcze raz o bezsensie ZUS-u. Ile emerytury dostanie mały przedsiębiorca z ZUS i IKZE?

Moje zdanie na temat ZUS-u znacie – jedna z najmniej efektywnych metod gromadzenia oszczędności na starość. Reklamuję (chociaż nikt mi za to nie płaci) IKZE i PPK. Dlaczego? Ponieważ dają szansę na znacznie lepsze wyniki.

Oto rozliczenie IKZE w funduszu inwestycyjnym. Właśnie minęła pierwsza „pięciolatka”. Wyniki – od pandemii, przez wojnę i wzrosty. Robię przy tym porównanie z ZUS.

Wpłaty. ZUS – 20% emerytalnej czyli ok. 13.500 zł/rok. IKZE obecnie ok. 15 tys. zł/rok – 32% zwrotu podatku = 10.000 zł/rok. Połowa składek ZUS-owskich małego przedsiębiorcy. I nadal mniej niż sama emerytalna.

Okres oszczędzania. Powinien ważyć najwięcej. Weźmy statystyczne 36 lat (do osiągnięcia dla mężczyzny).

Wpłaty. Tu robi się wesoło. Suma wpłat w ZUS – 13.500 zł x 36 lat = ca. 500.000 zł. IKZE – 10.000 zł x 36 lat =360.000 zł. O 28% mniej wpłaty.

Dziedziczenie. W ZUS-ie nie istnieje. Jeśli nie dożyjemy, składki przepadają. Jeśli umrzemy po 3 latach także. Zupełnie inaczej wygląda IKZE, zgromadzone środki dostaną nasi spadkobiercy.

Świadczenie. Bywają waloryzacje, które służą urealnieniu świadczenia. Stąd przyjmuję (wcale nie będąc pewien), bo wiem, że mały przedsiębiorca dostanie okolicę dzisiejszej emerytury minimalnej – ok. 1700 zł (realnie). Już ten punkt pokazuje absurd systemu państwowego. Większość dostanie najniższe świadczenie.

A co obiecuje ZUS? No cóż, popatrzmy. Patrząc na wartości realne 500.000 zł /260 miesięcy = 1923 zł. Jak widzicie oficjalne sposoby ZUS-u (podział zgromadzonej kwoty przez dalsze trwanie życia) nie ma żadnej wartości. Dają przedsiębiorcy minimalną. O przyczynach napiszę innym razem. A i od tych 1923 zł musimy odliczyć zdrowotną 9% i robi się 1750 zł.

Teraz świadczenie z IKZE. Tutaj zakładam optymistycznie – średnia inflacja 3%, średni zysk 5%, realnie zyskujemy 2%. Co to oznacza? Do podziału mamy 441.000 zł, bo wprawdzie zyskujemy dzięki wzrostowi wartości, ale tracimy na podatku (10% przy wypłacie). 441.000/260 miesięcy = 1696 zł. W teorii mniej niż ZUS. Ale gdy popatrzymy na szczegóły widzimy różnicę:

  1. W ZUS dostaniemy 54 zł więcej emerytury (+3,2%), ale składka miesięczna była wyższa o 300 zł (+30%).
  2. Do tego podniesienie wpłat do IKZE (kwota maksymalna wzrosła w ciągu kilku lat o 50%) podniesie nam emeryturę. W ZUS – wzrost składki emerytury nie podnosi (są niepowiązane, bo składkę liczymy od przeciętnego wynagrodzenia, a emeryturę minimalną ustala się arbitralnie).
  3. Mówimy o dzisiejszej wartości pieniądza. Wpłacaliśmy realnie 830 zł/m-c na IKZE a 1130 zł na ZUS (emerytalna). Licząc IKZE doliczamy spore szanse na zyski (w latach 2023-2026 – fundusz dłużny wzrósł o 30%, przy skumulowanej inflacji 22%, a akcyjny tej samej firmy zarządzającej 100%). W ZUS-ie mamy ich śmieszną waloryzację (ograniczaną do poziomu inflacji przez manipulacje długością życia. Ale waloryzujemy też składki i to sporo powyżej poziomu inflacji.
  4. W ZUSie mnie możemy płacić samej składki emerytalnej, a w IKZE – tak. W rzeczywistości nie uiszczamy 1130 zł, tylko 1930 zł, na rentę nie pójdziemy, chorobowego nie wyrwiemy. W sumie 10.000 zł kontra 23.160 zł/rok.
  5. Porównanie z ZUS-em wypada teraz druzgocąco (uwzględniam wszystkie składki w wartości nominalnej). Tam w wpłaconych 834 tys. zł (1930 zł x 12 miesięcy x 36 lat) odzyskamy (o ile dożyjemy średniej długości życia mężczyzn) – 455 tys. zł czyli 54%. Możemy też stracić 90%, gdy umrzemy wcześniej. W IKZE odzyskamy 118%. Dokładnie 2 razy tyle, co mały przedsiębiorca w ZUS. Wyliczenie dotyczyło przywileju kobiet.
  6. Teraz drugie obliczenie – dla mężczyzn. Z 260 miesięcy dożycia wg ZUS robi się realne 144 miesiące. ZUS nadal wypłaca 1750 zł czyli 252 tys. zł. Współczynnik wypłat wyniósł (uwzględniając wszystkie składki): 30% (przedsiębiorca). A IKZE? Nadal niezmienne 118%. IKZE bije ZUS o prawie 4 długości.

W zasadzie w tym miejscu moglibyśmy skończyć. Ale wyobraźmy sobie, że IKZE prowadzi ktoś, kto potrafi osiągać wyniki inwestycyjne na poziomie 10% rocznie. 7% ponad inflację. Wtedy ze 360.000 zł wpłat robi się (realne) 1.470.000 zł. Mężczyzna dostaje 400% wkładów, 43% przedsiębiorcy. Do tego żyjąc 73 lata (średnia moich kolegów z pracy, którzy jej dożyli) przez 5 lat wypłaci sobie (zakładam przeniesienie się „na obligacje” i wypłacanie roczne 2,5% nawisu nad inflację) 2756 zł/m-c (czyli 1000 zł więcej niż w ZUS) zostawi dzieciom realne prawie 1.5 mln spadku. Z ZUS-u – kompletnie nic.

Święta z garmażerki. Gorzka refleksja.

Dwa tygodnie przed Świętami Wielkanocnymi wyświetlił mi się artykuł lokalnej firmy oferujący „świąteczne menu”. Sprawę badałem już pod względem ekonomicznym, ale chyba faktycznie problem leży nieco głębiej.

Kwestie cen można traktować jak ponury żart, bo kurczak w galarecie za 110 zł/kg, czy baleron za 100 zł/kg oznacza przebitkę zupełnie bezsensowną i oderwaną od realiów ( mówimy o garmażerce). A restauracje? Poczynają sobie jeszcze lepiej. Sałatka jarzynowa – 70 zł/kg, żurek – 45 zł/l (dwa talerze), szynka (wędlina) – 140 zł/kg, jajko z chrzanem za 10 zł/szt – ceny chore przy dostawie na wynos (za którą dodatkowo płacimy albo przyjeżdżamy sami). Tyle wiemy – jajko kosztuje w hurcie ok. 1 zł, szynka przy przełożeniu z samochodu dostawcy zyskuje 100%, a jarzyny po pokrojeniu, wymieszaniu z majonezem i śmietaną 500%.

Ale pozostaje aspekt praktyczno-organizacyjny. Skoro oferta istnieje, co więcej dość szeroka (wszystkie garmażerki, cukiernie, wiele knajp), ktoś z niej regularnie korzysta. I czas na odrobinę filozofii, w dwóch płaszczyznach.

Pierwsza – porcje. Może to i dobrze, że święta nie oznaczają już uczty rodem z „Wielkiego żarcia”, ale wyliczane restauracyjne menu na osobę jak mawia mój szwagier „pachnie malizną”. Znajdą się w nim: dwa jajka (podzielone dla niepoznaki na cztery połówki), 3 plasterki szynki z pastą jajeczną, 2 plasterki pasztetu, 80g sałatki jarzynowej (porcja wielkości 3 połówek jajka), 100g ciasta (czyli bardzo mały kawałek). W sam raz na śniadanie. Kiedy dodamy danie gorące – 250 g żurku (porcja na pół talerza), biała kiełbasa z ziemniakami mamy podobno obiad i śniadanie. Nie znam dorosłego mężczyzny, a tym bardziej nastolatka, który w Wielkanoc do 16 zje jeden kawałek ciasta odpowiadający wagą dwóm średnim kromkom chleba. Czego to dowodzi? Że przy stole siądą dwie osoby z niewielkim apetytem, na poważnej diecie. Prawdopodobnie ludzie starsi i samotni. Nastąpiła drastyczna zmiana społeczna, którą widać właśnie w takich przypadkach.

Drugi temat – czas, chęci, umiejętności. Przygotowania były zawsze częścią wszelkich świąt. Wyprawy do sklepu, zatrudnienie męża do choćby prostych prac podkuchennego (obieranie i krojenie warzyw do sałatki, ogórków do sosu tatarskiego, kręcenia maku, ubijania białek mikserem), spędzanie całego dnia w kuchni, porządki. Miały też wymiar wspólnotowy, działała cała rodzina. Ale wiadomo – każda z tych czynności wymaga czasu, bo krzątanina zaczynała się już w Wielką Środę. I teraz w wielu domach tego czasu brakuje. Nie mieszka w nim babcia-emerytka, dzieci, czekające na rytuał, a często są to wręcz zapracowane gospodarstwa jednoosobowe. I łatwiej nawet zarobić te 160 zł/os. (cena wspomnianego menu) niż poświęcić trzy popołudnia, całą sobotę i niedzielny poranek. Wreszcie umiejętności – kucharz ze mnie żaden, nie mam też pasji mojej żony (która nawet sos tatarski robi sama), ale powiedzmy sobie szczerze, większość półproduktów kupimy (sos tatarski, majonez, wędlinę, kiełbasę, żurek), a ugotowanie jajka, zrobienie pasty jajecznej i zawinięcie jej w plasterek szynki, ugotowanie ziemniaków do białej kiełbasy, pokrojenie warzyw, zwłaszcza w ilości przedstawionej powyżej (80g sałatki jarzynowej/os.) – nawet ja potrafiłbym wykonać takie menu, z wyjątkiem ciasta – do kupienia w każdej piekarni. Tak płynnie przechodzimy do chęci. Skoro ilości wspomniane powyżej, kucharski leszcz jak ja, byłby w stanie przygotować w 2 godziny (menu śniadaniowe dla 4 osób oznacza godzinę roboty z nakryciem do stołu, a odgrzanie żurku i kiełbasy, obranie ziemniaków i ich ugotowanie – drugą), może wcale nie chodzi o czas, lecz o brak ochoty? No nie wiem, zaangażowania, pokazania, że jednak odrobinę zależy. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle coś organizować? Wsiadamy do auta, jedziemy nad morze albo w góry, na śniadanie schodzimy do restauracji (lub idziemy do knajpy), na obiad podobnie, i niczego nie udajemy. Wiele rodzin woli jednak zamówić i położyć na stole „swoje” (plus wykonać zdjęcie stołu na insta) niż przyznać, że nie ma ochoty uczestniczyć w pustych gestach. Gorzka refleksja.

Żeby ją osłodzić, na koniec pochwała mojej żony i teściowej. Obie jak zwykle naszykowały tradycyjne święta, bez porcjowania, wydzielania, z ładnie zastawionym stołem, stale czynnym od śniadania w niedzielę do podwieczorku w poniedziałek. Litościwie odpuściły „kucharzom z bożej łaski” czyli teściowi i mnie, włączając w pracę jedynego przedstawiciela broniącego tu honoru mężczyzn – posiadającego sporo kulinarnej inwencji szwagra. Kompromisem wobec tradycji było spędzenie poniedziałku nad jeziorem, zamiast w domu.

Trzy dobre rady na czas emerytury, których czterdziestolatkowie nie usłyszeli od swoich rodziców.

Marek swoim komentarzem do listopadowego wpisu, poruszył strunę, na której chciałbym zagrać. Otóż, zastanawiając się nad ciągiem do budowania coraz większych domów (problem nie tylko w Polsce) dla coraz mniejszych rodzin, przez chwilę popatrzyłem szerzej. Istnieje kilka spraw, które warto poprowadzić w swoim życiu inaczej, niż poprzednie pokolenia. Choćby ze względów finansowych.

Około 60-tki granicz przestrzeń mieszkalną i żyj na parterze.

Miłość do powierzchni – reakcja na ograniczenia PRL-u i niedostatek II RP. Budowano 2-3 piętrowe, 300-metrowe domy „bo dzieci zamieszkają z nami”. Nie zamieszkały. Nawet 4-pokoje, dla pary emerytów, to już za dużo. Do zapełnienia codziennym gwarem, i do utrzymania. Dla samotnego staruszka, wystarczą dwa pokoje. W sam raz. Niestety mój aktualny 5-pokojowy dom, na dwóch poziomach (plus trzeci piwniczny) już teraz okazuje się za duży dla rodziny 2+1. Nasza sypialnia stała się gabinetem (zbędnym). Sypialnia syna – pokojem gościnnym (spokojnie damy sobie radę bez takich ekstrawagancji). Dla trójki wystarcza salon (awaryjne miejsce noclegu) i 2 sypialnie. A znam ludzi, którzy w wieku 75 lat zostali z salonem, 8 sypialniami, 3 łazienkami, 2 kuchniami, jadalnią, a wszystko na 4 poziomach. Wreszcie ze świadomością, że jedynak mieszka za granicą i nigdy tu nie wróci. Stąd ograniczenie przestrzeni ma dwa wymiary. Ilościowy oraz kosztowy. W przypadku średniozamożnych emerytów, ten drugi okaże się nawet ważniejszy. Utrzymanie 250m2 domu, nie tylko okazuje się bez sensu (gdy korzystamy z 50m2), ale i pożera większość dochodu, zwłaszcza gdy kobieta w końcu zostanie sama (a żyjemy statystycznie 5 lat krócej od żon). Skoro moje rachunki za gaz to dzisiaj 8 tys. zł/rok/100m2, spróbuj pomnożyć je x 2-3, dodając: kogoś do sprzątania (już widzę 80-latkę myjącą 20 okien i 300m2 podłóg), Nie do wykonania. Stale w uszach mam słowa pani, od której kupiliśmy dom „Ja tutaj następnej zimy nie przeżyje”. Dlaczego? Samotna wdowa, po wyprowadzce dzieci miała tylko jedną emeryturę i 17 st. C w łazience, a pomimo tego rachunek w zimie na 2000 zł (dwa miesiące za gaz, 12 lat temu!!!). Dom nie był ocieplony.

Kolejny aspekt – kondygnacje. Dzisiaj do tzw. mainstreamu przedarło się pojęcie „więźniowe IV-go piętra” inaczej – ludzie starsi, przez różne dysfunkcje własnego ciała (niesprawności lub. wręcz niepełnosprawności), zamknięci w mieszkaniach. Jeszcze 10 lat temu nikt o tym nie mówił. A teraz problem nabrzmiał. Moje rodzinne mieszkanie znajdowało się na IV-tym pietrze bez windy i miałem okazję obserwować sąsiadów. Jeden – z V-go piętra nie wychodził latami, sąsiadka poszła wprost do DPS-u (deformacje stawów), reszta też cierpiała (wyprowadzka do dzieci).

Porządek z za dużym domem, mieszkaniem trudnym do opuszczenia (i powrotu), należy zrobić ok. 60-tki, gdy mamy jeszcze siły, energię i pomysł na zmiany. Nie przeciągać do 70-tki, bo wtedy stajemy się mniej elastyczni.

I tego poprzednie pokolenie nigdy nie powie, ponieważ samo trzymało się swoich miejsc. A rozsądek mówi – mała powierzchnia i parter.

Stali czytelnicy bloga mogą zarzucić mi pewną niekonsekwencję. W końcu zamierzam wyprowadzić się do dużego domu na wieś. No cóż, tutaj właśnie staram się dopasować go do starości. A zrobię to w sposób następujący – dzieląc dom na strefy odizolowane termicznie – letnią i zimową. Letnia zakłada miejsce dla wnuków i leżeć będzie na piętrze. Zimowa to salon, sypialnia, kuchnia, łazienka – 70m2 na paterze. Na stare lata górę odwiedzał będę sporadycznie. Można i tak.

Zaplanuj zakończenie pracy odpowiednio wcześnie i ustal, co będziesz robił. Wiecie z czym dzisiejsi 60-latkowie mają największy problem? Z całkowitym przejściem na emeryturę. Moje pokolenie, tzw. generacja zapierdolu, będzie wyglądało jeszcze gorzej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie: błędne priorytety w głowie i pieniądze. Wzajemnie się wzmacniają. Widzę pracujące 40-godzin w tygodniu, bez urlopu, zwolnienia 67-latki.

Mój szef został dosłownie wyrzucony na emeryturę po 70-tce. Nie mówię tu nawet o zawodach społecznie użytecznych (lekarz, pielęgniarka), bez których zawali się system lecz zwykłym biurze. Co tu się dzieje? Otóż nastąpiło przewartościowanie wielopokoleniowych doświadczeń. Kiedyś, zwłaszcza kobiety, odchodziły z pracy, aby zająć się wnukami, mężczyźni – by pełnić rolę seniora rodu. A teraz? No cóż, emerytom (i mówię to na podstawie rozmów z szefem), wydaje się że nadal trwa ich wiek średni. Wyrywają czas na wyjazd z wnukiem, a nie zajmują się nim na 100%. Ponieważ w mojej rodzinie (babcia, rodzice, teściowie), wyglądało to inaczej, patrzę na świat oczami sprzed dwóch pokoleń. I powiem Wam, to działało. Po 60-tce (najpóźniej!!!) zamknę biurko i stanę się dziadkiem. Takim prawdziwym dziadkiem z wierszyków recytowanych w przedszkolu. Nie dziadkiem-wariatem, lecz dziadkiem-przewodnikiem. Bo tak wygląda koło życia. Lepiej zrobić to wtedy, gdy jeszcze mamy siły pokazywać wnukom świat, i gdy są one wystarczająco małe, by chcieć nas słuchać. Nie każdy ma wnuki, nie każdy na miejscu, stąd pomysłów na starość może być wiele, ale to się nie zdarzy samo.

Taki styl życia wymaga odpowiedniego planowania. Zarówno w aspekcie czasowym (rzucenie pracy), jak i finansowym (by radzić sobie bez niej).

Zmień styl inwestowania. W końcu piszę bloga o zamożności, więc nie mogło zabraknąć opowieści o kasie. I tutaj także trzeba całkiem przebudować swoje portfolio. Zwiększamy udział obligacji SP i lokat – czyli papierów bezpiecznych. Dodajemy może złota. Redukujemy nieruchomości – rozdając, sprzedając, zamieniając na coś innego. Nie otwieramy nowych projektów. Takie podstawy. Starość nie lubi nagłych spadków, nerwów, stresów. Czyni nas mniej elastycznymi. Nawet wariaci wolą więcej spokoju. Stąd potrzeba całkowitej zmiany stylu.

Książki, które przeczytałem w 2025 r.

Obiecany wpis byłby dość długi, gdybym wymieniał wszystkie pozycje – w 2025 r. przeczytałem bowiem 86 tomów. Od bardzo cienkich do liczących po 700-800 stron. Lista nie interesowałaby Was, stąd skupię się na kategoriach prawie ekonomicznych. Resztę podzielę na grupy:

  1. Przewodniki. Lubię czytać o różnych miejscach, które odwiedzam lub odwiedziłem -19.
  2. Historyczne -13.
  3. Biograficzne – 4.
  4. Beletrystyka, poezja, filozofia, Sándor Márai – 22.
  5. Produktywność – 5: Antyprokrastynacja, Powolna produktywność, Jak pracują wielkie umysły, Klub 5 rano, Paradoks produktywności.

I teraz nadchodzi czas na pozycje ekonomiczno-analityczno-wiejskie 23:

Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta. Natalii Sosin-Krosnowskiej. Chyba z 4-ty raz. Must have dla każdego, kto planuje przeprowadzić się na wieś.

Slow west wege. Katarzyna Kędzior. Książka kucharska plus opowieść o prowadzeniu agroturystyki.

Brudna robota. Kristin Kimball. O gospodarstwie i ekologii na amerykańskiej wsi.

Gęsiego. Marcin Wójcik. Historia dziennikarza, który postanowił zamieszkać na wsi.

Powrotnicy, Miastowi – dwie przeciwstawne opowieści o radościach życia na wsi i… konieczności powrotu.

Nomadland, Biedni w bogatym kraju, Hand to mouth, Za grosze. Cztery pozycje pokazujące USA w innym świetle – najbogatszego kraju Trzeciego Świata.

Cześć pracy – podobna opowieść o bullshit jobs w Polsce.

Adwokaci – bieżąca rzeczywistość tego prestiżowego zawodu, plus sporo smaczków obyczajowych.

Pieniądze albo życie. Playing with FIRE. Meet the Frugalwoods. The millionaire teacher. Klasyka ruchu FIRE i nowe pozycje z tej tematyki.

The man who quit money. Offline. Dwie ważne książki o życiu bez pieniędzy i technologii. Druga wydana po polsku.

Quit like a millionaire. The automatic millionaire workbook. The automatic millionaire. Jednominutowy milioner. Dla każdego, kto szuka inspiracji, dochodu pasywnego i automatyzacji.

Jak kontrolować swoje finanse. Sylvia Lim – najlepsza i prosta o planowaniu finansowym. Mam ją 17 lat i ciągle wracam.

Klasa średnia w małym mieście.

Ekonomiczne podejście do podziału klasowego koncentruje się na kwestii dochodu. Ponieważ dane statystyczne stały się coraz bardziej szczegółowe i dostępne, naukowcy sformułowali nową definicję: do klasy średniej zaliczamy osoby, których dochód netto kształtuje się na poziomie od 0,75 mediany do dwukrotności mediany dochodu w ich gminie. Jeszcze inny wzór, zaprezentowany w artykule https://businessinsider.com.pl/finanse/oto-prog-wstepu-do-zarobkowej-klasy-sredniej-sprawdz-czy-sie-lapiesz-kwoty/b5pp8gy , polega na uwzględnieniu liczby członków rodziny, podstawiamy wtedy do wzoru:

dochód rodziny netto/ pierwiastek kwadratowy z liczby członków rodziny. I dopiero tę wartość porównujemy. Ma to sens. Na podstawie takiego założenia BI obliczył kryteria klasy średniej w zależności od liczby osób w rodzinie. Co im wyszło?

Otóż w takiej Warszawie, DINKS (bezdzietna para) musi zarobić minimum 8017 zł, żeby znaleźć się w klasie średniej, a do wyższej wejdzie z dochodem ok. 15k. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w takim Łukowie – tu para może zarabiać sporo mniej – 5494 zł. W „mojej” gminie (tam mam działkę) wystarczy 5678 zł. W ten sposób możemy podróżować do klasy średniej (lub wyższej) przenosząc się, tam gdzie biedniej. Np. moja rodzina (4 os. na utrzymaniu) byłaby klasie średniej w Nałęczowie (7949 zł) , wyłącznie na mojej jednej pensji, a w Lublinie już nie (próg 8800 zł). Znajdę oczywiście jeszcze biedniejsze tereny – w takim Kozłowie (k.Olsztynka) wystarczyłoby nam 6636 zł. Jaki z tego wniosek?

Ano, moja teoria o sensie przenosin do niewielkiego miasta ma sens. Na potwierdzenie Onet.pl opisał „klasę średnią w małych miejscowościach” (https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/czy-4000-zl-wystarczy-by-nalezec-do-klasy-sredniej-sprawdz-co-mowia-polacy/jk9l6qv,2b83378a) czyli popytał ludzi z niewielkich gmin o ich siłę nabywczą. Bohaterami byli: singiel z Krokowej (wystarczający dochód 3768 zł), para spod Augustowa (gmina Raczki 5674 zł dla DINKS), oraz samotna matka jednego dziecka spod Pieniężna (5672 zł dla dwóch osób). Z perspektywy Wielkiej Piątki (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto), taki dochód wydaje się śmieszny, a w małym mieście osoby otrzymujące niewiele więcej (samotna matka nieco ponad 6k), żyją sobie przyzwoicie. Co o tym decyduje:

  1. Brak kredytów.
  2. Niewiele miejsc, w których wydaje się kasę.
  3. Lokalny styl życia nastawiony na gromadzenie oszczędności.

Hołdując tym trzem zasadom: zero kredytów (albo wyłącznie na inwestycje), nieodwiedzanie drogich lokali/sklepów oraz codziennej oszczędności jesteśmy w stanie prowadzić satysfakcjonujące życie, nie szarpiąc się zbytnio.

I znowu warto szerzej opisać każdy punkt z listy.

Brak kredytów. Jak się okazuje, w mniejszych miejscowościach ludzie kupują za gotówkę, dostają od rodziny lub dziedziczą. Takie możliwości dają im: niższe ceny zakupu (dom w Raczkach wyjdzie taniej niż kawalerka w Warszawie), budowy (ekipy mają niższe stawki), oraz metoda DIY (sporo robi się samodzielnie). Odpada grunt (często darowany przez rodzinę, w Wawie – tysiące zł/m2), nie ma dewelopera, który bierze 30% zysku itp. Rozglądam się po mojej wsi – tu domy powstają latami (nie w pół roku), a budowlańcami są inwestor, szwagier i sąsiedzi. Część pracuje za grosze (bez podatku), inni „na odrobek” (dzisiaj ja tobie, jutro ty mi). I ten system sprawdza się doskonale. A przede wszystkim pozwala uniknąć pętli z banku. Nawet zarabiający z żoną korposzczur ze stolicy, z pensją łączną 30k nie może sobie pozwolić na dom za 3 mln gotówką, a na pewno nie w wieku 35 lat. Co więcej, z pewnością nie dostanie działki od rodziców, bo ci mieszkają pod Bielskiem Podlaskim. Proste. Bierze więc kredyt i pomniejsza swój budżet wydatkowy o grube tysiące (przy 2,4 mln kredytu, 600k pierwszej wpłaty – rata ok. 17 tys. zł).

Podobnie z samochodem. Młody chłopak spod Siemiatycz nie kupił sobie nowej Audicy za 200k (czyli 3000 zł raty leasingowej) i drugie tyle SUVik dla żony (a 200k starczy ledwo na Q3). Nie, on sprowadził od Niemca albo Holendra 8-letniego Passata za 40k. I zapłacił oszczędnościami. W efekcie „Warsiawiak” ma 35k-17k-2x3k czyli 12k, a nasz bohater „klasy średniej z małego miasta” – 6k.

I co z tego, skoro dochodzi punkt drugi.

Niewiele miejsc, gdzie wydaje się kasę. Na wsi i miasteczkach nie ma: drogich restauracji (albo nie ma ich w ogóle), galerii, salonów SPA, kosmetyczek i fryzjerów ze stawkami 2k za uczesanie. W tych miejscach nasi korpobogacze z wysokim dochodem zostawiają krocie. No bo musi być: modna fryzura, pazur, ciuch i fitness. A w miasteczku? Znam takich milionerów. Ona sama farbuje sobie włosy, pazury maluje jej córka lub przyjaciółka, na zakupy jeździ raz w roku, po sukienkę na Sylwestra. Mąż na co dzień chodzi w dżinsach ze średniej półki, a na wakacje dostaje zestaw nowych koszulek z logo Bossa z … Lidla (sam mam takie i polecam: trójpak za 99,99 zł), GAPa. W swoim busie nie potrzebuje garnituru, proste.

Teraz kontrast. Mam kumpla w mieście (gdzie nam do Warszawy), którego żona puszcza 2/3 pensji (czyli ok. 7-8 tys. zł) na jeden rajd po galeriach. Ten gość pracuje na 3 etaty, wynajmuje mieszkanie po ciotce i… nadal mu nie starcza. Bez TSUE nadal spłacałby kredyt we franku. Na meble wydali 50k. Gdyby koleżanka mojej żony „milionerka z Podlasia” kupiła sobie fotel za 5k, jej własna matka, która urodziła ją jeszcze w „drewniaku”, nakazałaby natychmiastową konsultację lekarską. Dlatego M. znalazła berżerę w Ikei za 1.5k i poczekała aż ceny spadną (w pandemii) do 999 zł. Kiedy zobaczyła ceny szaf systemowych na wymiar, kazała mężowi pozamawiać formatki u stolarza i samemu skręcać po południu. Dzięki temu zamiast 15k wydała 3k. Jedyne znane Wam sklepy, jakie stoją w jej niewielkim miasteczku nazywają się: Biedronka, Pepco, Rossmann. Do najbliższego Monnari trzeba jechać 1.5 godziny. Podobnie do Hebe czy Ryłka. O Bossie, Tommym, Hillfingerze, Zarze a tym bardziej Pradzie, La Manii czy La Perli słyszało tam może 5% (optymistycznie). Tym bardzie nikt nie nosi tych marek, chyba że kupione w ciucholandzie (sam trafiłem tak kiedyś marynarkę Giorgio Armaniego za 30 zł zamiast 12k).

Oszczędny styl życia. Ponieważ żyje tak 95%, nikt nie czuje się gorszy. W tej samej Biedrze zakupy robi nauczyciel, dyrektor szkoły, właściciel tartaku i wójt. Panowie po godzinach piją tę samą Finlandię (1l za 60-70 zł) a nie 12-letniego Dalmora za 430 zł (pomijam 25-latka z tej samej destylarni za 10.000 z, w butelce 0,7l). Tam Johny Walker Red Label uznawany jest za szczyt sybarytyzmu, bo przecież obok na półce stoi Golden Loch i kosztuje jeszcze taniej. Prawie wszyscy ubierają się dyskoncie, poza wyjątkowymi okazjami (ślub, chrzciny itp.). Do pracy garnitur zakłada wójt i sekretarz (o ile akurat nie są kobietami), dyrektor szkoły codziennie chodzi w dżinsach i swetrze. Tam jeszcze trzyma się zdrowy rozsądek – lepiej mieć 300k oszczędności niż oddzielną garderobę, wypełnioną szpilkami od Louboutin-a. Mój kumpel z Wielkopolski (stolica oszczędności), dziwił się, że istnieją ludzie, kupujący auta na kredyt. Tam – stać Cię na nowe Audi – wyciągasz z konta, nie stać – kupujesz 10-letniego Passata. Dość proste.

I tak trzeba żyć, należąc do klasy średniej w małym mieście.

Psychologia kredytu hipotecznego.

Posiadanie bądź nie mieszkania na kredyt stało się w pewnym momencie doświadczeniem pokoleniowym. Kiedy po raz pierwszy ok. 2004-2005 r. hipoteki okazały się dostępniejsze (czytaj: marże rozsądne, a stopy procentowe dość niskie) dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie zaczęli kupować nieruchomości posiłkując się pieniędzmi z banku. Efekt?

No właśnie nie da się powiedzieć o jednym, ponieważ problem ma wiele wymiarów.

Teraz piszę o skutkach psychologicznych, zaczynając dodatkowo od siebie. Z żoną braliśmy kredyt hipoteczny aż 4 razy: na mieszkanie w górach (x2), na obecny dom, oraz na dom na wsi, wykupowany na szybko w rodzinie. Żadne z tych zobowiązań już na nas nie ciąży. Nasze doświadczenia okazały się wyłącznie pozytywne – każda nieruchomość zyskiwała na wartości, a przygoda z bankiem trwała od 0,5 roku do 10 lat, przy czym nawet w tym ostatnim przypadku po 3 latach mieliśmy spłacone 75% pożyczonej kwoty. Pamiętajmy, że nie każdy ma takie szczęście.

Popatrzmy na pokolenie millenalsów. W ich przypadku mówiono, że hipoteka to symbol dorosłości. Oczywiście kłamiąc, ale taka narracja panowała dość powszechnie. Co powinniśmy brać pod uwagę zastanawiając się nad celowością takiego zadłużenia?

  1. Czy dobrze zniesiemy stałe obciążenia?
  2. Jak przeżyjemy drastyczny wzrost raty?
  3. Z czego będziemy musieli zrezygnować?
  4. Czy oboje mamy podobne spojrzenie na każdy z tych aspektów?

Przeanalizujmy po kolei możliwe odpowiedzi.

Życie ze stałym obciążeniem

30 lat nie w kij dmuchał. Nawet 20 lat sporo. W tym czasie miesiąc w miesiąc musimy odprowadzić haracz do banku. I to wcale niemały. Średnia kwota kredytu hipotecznego w marcu 2025 wynosiła 460 tys. zł. Daje to ok. 3300 zł raty. Przy średniej pensji ok. 6000 zł netto oraz medianie ok. 5000 zł mamy do czynienia z:

  • 2/3 mediany singla,
  • 1/3 mediany w parze,
  • 55% średniego wynagrodzenia singla,
  • 27% średniego wynagrodzenia pary.

Obciążenie się koniecznością wydania miesiąc w miesiąc powyżej 30% poborów oceniam jako znaczące i wymagające przemyślenia, ponieważ nie każdy dobrze to znosi. Pamiętam, że i nas, pomimo współczynnika pensja/dochody na poziomie 20%, konieczność pozbywania się sporej sumy uwierała jak kamień w bucie. Najciężej tym, którzy „czyszczą się” z całych oszczędności, a ich margines błędu pozostaje niewielki, nawet praktycznie żaden. Utrata pracy przez jedną osobę, czasem tylko drobne zawirowania (np. brak rocznej premii), zmieniają 30% w zupełnie inne liczby.

Cała ta presja inaczej dotyka osoby, lubiące ją i myślące: biorę się do roboty, bo muszę zarobić, a inaczej osobowości z wysokim odczuwalnym lękiem.

No i świadomość 30 lat. Tutaj warto popatrzeć prawdzie w oczy. Pieniądz traci wartość. Kiedy w 2006 r. braliśmy 120 tys. zł kredytu, z ratą 700 zł, była to 1/2 pensji mojej żony i 1/5 mojej. Po 20 latach, ta sama rata stanowiłaby tylko odpowiednio: 1/7 i 1/17 (gdybym nadal pracował na dwóch etatach). Krótko mówiąc – odczuwalne obciążenie znacznie zmniejszyłoby się, gdybyśmy jeszcze trzymali się harmonogramu. Już po dekadzie (2016) zarabiałem ok. 100% więcej, a potem jeszcze prawie podwoiłem dochody.

Podsumowując. Są osoby, które stałe obciążenie znoszą źle. Jednak większość roboty z czasem zrobi inflacja i dług przestanie ciążyć. Przemyślmy to jednak.

Drastyczny wzrost raty

Pamiętacie lata 2021-2022. Wtedy w ciągu roku raty poszły do góry o 100%. Kto płacił 1700 zł, nagle miał 3400 zł, a ten z 3000 zł (znam taki przypadek) już 6000 zł. I to nie w ciągu dekady a jednego roku, co wyklucza praktycznie podwyżki inflacyjne jako sposób radzenia sobie z problemem. Co robić?

Strategie były trzy:

  1. dodatkowe zajęcie (praca, zlecenie), a więc i dochody, które pokryją wydatek,
  2. drastyczne zaciśnięcie pasa,
  3. likwidacja oszczędności/inwestycji i nadpłacenie sporej sumy.

Znam ludzi, którzy dokonali poszczególnych wyborów. I niestety, wszystkie pomysły oznaczać mogą problemy. Dodatkowa praca oznacza mniej czasu dla rodziny (w perspektywie – awantury i rozwód). Zaciśnięcie pasa pamiętamy później jak „siedem lat chudych”, a pozostanie bez oszczędności/inwestycji może się zemścić.

Warto popatrzeć inaczej, żeby nie zwariować. Jak to zrobić rozsądnie? O tym kiedyś napiszę. Natomiast osoby nieprzygotowane, które np. pożyczając sporo (znam przypadek – rata na poziomie 25% łącznych dochodów pary zmieniła się w 50% pensji) przy zerowej rezerwie, poczuły oddech banku na plecach i jego łapę w portfelu. I trzeba mieć to na uwadze. Doświadczenie lat 2021/2022 zaciąży jeszcze na dzieciach tych X-ów i Y-ów.

Rezygnacja

Reklama przedstawia życie na kredycie jako pasmo szczęścia. Nie musisz prosić rodziców, wuja, babci o pożyczkę. Jesteś samodzielny. Odbierasz klucze. Żyjesz na swoim. Tylko fakty pozostają inne. Kredyt=rezygnacja. Pytanie tylko z czego?

Niektórzy wycinają wszystkie przyjemności. Kupują tylko to, co potrzebne. Na jak długo? No cóż, czasem na 10 lat. Dzieci przestają jeździć na wakacje. Dorośli oczywiście też. Nastolatki idą do pracy. Nie zmieniamy samochodów. Nie kupujemy nowej kanapy. Włoski makaron zmieniamy na „made for Biedronka”. Oliwę zastępujemy smalcem. Nowe ubrania – tylko po zdarciu starych. Zero kina, teatru, koncertu. I to, jak wiele razy pisał Bartek – wegetacja. Chyba już wolałbym pójść do dodatkowej pracy.

Ale większość, wcześniej wynajmujących, nie dostrzega drastycznych zmian. Wydatki rosną (np. z 2500 zł do 3300 zł), lecz nie wywracają budżetu. Klucz – sensowna kalkulacja. Nie wybieramy „apartamentu”, na który nas nie stać. Patrzymy, gdzie leży złoty środek.

Podobne spojrzenie na te aspekty

Oj, wszelkie niezgodności to sygnał alarmowy. Bo jeśli jedno boi się długiej raty, a drugie olewa temat. Albo – w razie problemów, facet myśli – najwyżej wezmę nadgodziny, a kobieta chce drastycznie oszczędzać, o kłótnie nietrudno.

A pamiętajmy, niepowodzenia finansowe, obok zdrad, przyczyniają się do rozpadu nawet małżeństw z dłuższym stażem. Przed nami pół życia (30 lat). Wiele może się zdarzyć. Jedno pójdzie w kierunku „kryzysu wieku średniego”, drugie chce nadpłacać.

Siadajmy i rozmawiajmy. Jedno jest pewne – z czasem, przez inflację będzie prościej. Lecz nigdy idealnie. Bo kredyty nie ograniczają swojej roli do stania się wehikułem spełnionych marzeń lecz wpływają także na naszą psychikę. Nie zawsze korzystnie.

Konto spełnionych marzeń. Najlepszy sposób na utrzymanie silnej motywacji do oszczędzania i zarabiania.

Jak nazywamy kogoś, kto stara się odłożyć jak najwięcej, a potem wszystkie oszczędności pcha do materaca lub na konto, żyjąc jak nędzarz i nigdy nie wypłacając? Sknera. To godna współczucia osoba, podobna do Golluma, Smauga i paru jeszcze rzeczywistych lub wymyślonych postaci. Jednym ze sposobów, by się nią nie stać – założyć „Konto spełnionych marzeń”. Czy ono jest?

Celowym rachunkiem oszczędnościowym, z którego musimy wypłacać kasę, na nasze marzenia. Marzeniami mogą być przedmioty lub przeżycia (atrakcje). Jak to działa pokażę na przykładzie.

Marzył mi się własny używany fortepian Steinway’a lub Bechsteina. Odkładałem więc środki z nagród w pracy, nie dla samego odkładania, lecz aby taki fortepian sobie kupić i na nim grać. W dwa lata dałem radę.

Myślałem o Porsche. Część dochodów z firmy lądowało na „Koncie spełnionych marzeń” aż taki wóz stanął pod moim domem.

Sprawdziłem na sobie, takie założenie motywuje nas do cięższej pracy, do oszczędzania, a jednocześnie powstrzymuje przed staniem się sknerą. Rzecz jasna, marzenia mogą i powinny dotyczyć też spełnienia marzeń naszych najbliższych. W ten sposób moja żona dostała wymarzonego Fiata 500, a syn wyjazd do Włoch.

A zatem musimy wykonać trzy kroki: ustalić nasze marzenie i założyć kontro, ustalić w jaki sposób będziemy je zasilać – dodatkowymi zleceniami, nagrodami za wyniki w pracy, zyskami z inwestycji, stałymi kwotami. I trzeci, najtrudniejszy – zrealizować. Jeszcze raz pokażę te kroki w praktyce.

Ustalenie marzenia. Citybreak w Rzymie – kwota 6000 zł (bilety lotnicze, nocleg dla 2 osób, jedzenie, wstępy)

Źródło zasilenia. 100 zł odprowadzane co miesiąc na konto oszczędnościowe (stałe zlecenia) plus 5% od każdej transakcji (tzw. saver – funkcja konta) – ok. 400 zł/m-c. Razem ok. 500 zł/m-c i 6000 zł/rok.

Zrealizowanie. Realizacja planu potrwa chwilę. Ile? Jeżeli plan powiedzie się ok. 1 rok.

A jakie są Wasze marzenia?

Zarządzanie finansami osobistymi poprzez cele. Jak jedna idea może zmienić nasze życia.

W czasie prosperity, oszczędzający nie mają dobrej prasy. Prędzej niż „oszczędny” usłyszycie „sknera”, zamiast „frugal” raczej „cheap”. A może jeszcze „sknera”, „kutwa”, „dusigrosz”, „centuś”. Żadne z tych określeń nie brzmi przyjemnie. Wiecie dlaczego? Ponieważ większości oszczędzanie kojarzy się ze Smaugiem śpiącym na górze złota. Bogactwami gromadzonymi bez sensu, bez celu, dla samego bogacenia się. Czas to zmienić. Jak? Tłumacząc, jaka jest różnica pomiędzy „chciwcem” a „gospodarnym”. Zaczynamy.

Jak zwykle od historii. Wiele lat temu poznałem nieco starszego ode mnie człowieka i usłyszałem jego opowieść. Mając 25 lat postanowił rzucić palenie, a każdą złotówkę przeznaczyć na zakup książek, które kochał. Wprawdzie nie odkładał, nie inwestował, ale rezygnując z wielkiego pożeracza kasy, jakim są używki, spełniał swoje marzenia. Zawsze lubił czytać i marzył o wielkiej bibliotece. Jako 60-latek dopiął swego. W jego mieszkaniu, w pokoju 20-metrowym, 3 ściany pokrywały pełne szafy biblioteczne. Od podłogi do sufitu.

Czy Ty też masz marzenia? A może już konkretne plany? Tylko nie wiesz jak je sfinalizować i sfinansować. Podpowiem. Zarządzając finansami poprzez cele. Pokażę Ci jak to zrobić.

Etap I. Najpierw określ cel. Może dodatkowa emerytura. Albo super rower. Nie? Auto? Gitara Stratocaster? Własny motocykl Harley-Davidson? Większe mieszkanie? Dom? Wycieczka dookoła świata? Nurkowanie z delfinami? Kurs odnawiania starych mebli? Trafiłem?

Etap II. Określ kwotę. Praktycznie każda rzecz lub przyjemność, wymieniona przeze mnie ma swoją cenę, wymierną w pieniądzu. Najtańsza okaże się gitara. Najdroższy pewnie dom. Załóżmy, że potrzebujesz 1000 zł (Stratocaster) albo nawet 400 tys. zł (dom na wsi). Myślałeś o czymś innym? Sam podaj cenę.

Etap III. Zastanów się, ile masz czasu na zgromadzenie gotówki i ile potrzebujesz miesięcznie. Spróbujesz? Gitara za rok. A dom – za 10 lat. 1000 zł podzielone przez 12 miesięcy daje 85 zł/m-c. 400.000 zł przez 10 lat to 40.000 zł rocznie. Upraszczam. Zakładam, że osiągniesz stopę zwrotu równą inflacji. Pasuje?Teraz Ty.

Etap IV. Co możesz zrobić, żeby odkładać taką sumę. 85 z/m-cł to niewiele. Pewnie wystarczy odmówić sobie 1 piwa dziennie. Nie pijesz piwa? Nie szkodzi. Może warto chodzić piechotą do pracy, zamiast brać auto lub wsiadać do tramwaju. Rzucić palenie. Wziąć jedną nadgodzinę w tygodniu. Sprzedawać graty na OLX.

Z 40.000 zł przez 10 lat nie pójdzie nam tak łatwo. Nie byle co. Jakie masz opcje? Rozpiszmy to.

Opcja 1. Zbierać przez 2 lata na wkład własny, podejmując dodatkową pracę, a potem wziąć kredyt i spłacać go z wynajmu.

Opcja 2. Pracować dodatkowo przez 10 lat.

Opcja 3. Zmniejszyć wydatki domowe o 3500 zł miesięcznie.

Opcja 4. Sprzedać mieszkanie, kupić dom na wsi i przenieść się tam.

Opcja 5. Znaleźć dom za 240 tys. zł. I z 10 lat zrobić 6.

Opcja 6. Zagrać w Lotto. Żartowałem. Akurat takie rozwiązanie jest głupie. Wiesz to, jeśli uważałeś na matmie.

Na pewno wymyślisz coś swojego, adekwatnie do potrzeb. Żeby Ci podpowiedzieć, kilka moich historii.

Fortepian – nagrody z pracy.

Auto żony – podobnie.

Ekstra wakacje – nagroda roczna i zwrot podatku.

Porsche – 1/2 dochodów z firmy.

Mieszkanie w górach – drobne (20 tys. zł) oszczędności i 500+ na spłatę kredytu.

Mógłbym to mnożyć. Na co czekasz?

Konkluzja. Jak widzisz zarządzanie poprzez cele ma sens. Ponieważ motywuje nas do sensownej pracy i kombinowania, które to cechy odróżniają nas od prymitywnych plemion i zwierząt. Oraz jednocześnie pozwala nie zmienić się w pożałowania godnego Golluma. Naszym skarbem nie musi być złoto. Może akurat chodzi o przygodę?

Kawa: kawiarnia, bistro ekspres czy plujka. Kalkulacja.

Wracam do dawno nieporuszanego tematu – kosztu kawy. Od ostatniego wpisu na ten temat minęło kilka lat, a realia trochę się zmieniły. Jak bardzo? Poczytajcie.

Inflacja nie ominęła i kawy. Kilka lat wstecz kupowałem 1 kg ziaren w lokalnej palarni (jakość premium) za 68 zł. Teraz płacę już 99 zł (+ 45% skumulowanej „kawowej inflacji). Gorsza, ale pijalna kawa (np. złota Woseba) kosztuje w markecie 50 zł/kg czyli połowę. Są oczywiście promocje internetowych no-nemów i za 30 zł. Przyjmuję jednak minimum właśnie te 50 zł/kg. Dla niektórych (jak dla mnie) dochodzi jeszcze mleko. Porównam więc dwie wersje – zwykła i mleczna (flat white, latte) w kilku opcjach. Żeby zrobić dobrą kawę w domu potrzebujemy ok. 15 g kawy na porcję (koszt – 75 gr) i 100 ml mleka (do spienienia (35 gr).

Zwykła czyli duża czarna.

Tym razem mamy do wyboru: Żabkę, sieciówkę kawową, Orlen, knajpkę oraz własny dom (plujka, ekspres). Wielkość porcji – ok. 200-250 ml. Porównajmy ceny:

  • Żabka – 7-8 zł,
  • Orlen – 8 zł,
  • sieciówka – 14 zł,
  • knajpka 15-20 zł,
  • ekspres – 0,75 zł,
  • plujka – 0,75 zł,
  • kapsułka Biedronka 1 zł,
  • kapsułka droga – 2 zł.

Kawa mleczna – duża.

Czyli taką, którą ja pije. Porcja to nawet 420 ml (Orlen), ale częściej ok. 300 ml.

  • Żabka – 9 zł,
  • Orlen – 9 zł,
  • sieciówka 20 zł,
  • knajpka 25 zł,
  • ekspres domowy – 1,10 zł,
  • plujka (więcej mleka, bo nie spienione) – 1,45 zł,
  • kapsułkowa Biedronka 1,35 zł,
  • kapsułkowa droga 2,35 zł.

W domu, kupując doskonałej jakości kawę z palarni, podnosząc tym samym cenę do 1,85 zł (35 gr mleko, 1,5 zł kawa) mamy pyszną kawę mleczną za 1/15 ceny kawiarnianej i 1/5 orlenowskiej.

Oczywiście korzystając z ekspresu musimy doliczyć jego amortyzację. No cóż, w moim miejscu pracy kupiono go za 4000 zł. Dziennie wykonuje ok. 70 kaw (czyli 1500 kaw miesięcznie, 18 tys. rocznie), działa bez awarii już 4 lata. Ma też ważną zaletę – nie musiałem za niego płacić, więc nie amortyzuję. Gdybym jednak musiał, to oceniam trwałość na 100.000 kaw do poważnej naprawy. Wynik amortyzacji wynosi 0,04 zł/kawę. Wcześniej Lidlowy osiągnął 40.000 kaw, zanim wyzionął ducha, a kosztował 500 zł (amortyzacja to 0,012 zł/kawę). Tę wartość w zasadzie możemy pominąć. Czy zapłacimy 1,10 zł czy 1,14 zł faktycznie pozostaje bez różnicy, skoro najtańsza kupowana alternatywa kosztuje 9 zł.