Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
emerytura – Oszczędny Milioner

Jeszcze raz o bezsensie ZUS-u. Ile emerytury dostanie mały przedsiębiorca z ZUS i IKZE?

Moje zdanie na temat ZUS-u znacie – jedna z najmniej efektywnych metod gromadzenia oszczędności na starość. Reklamuję (chociaż nikt mi za to nie płaci) IKZE i PPK. Dlaczego? Ponieważ dają szansę na znacznie lepsze wyniki.

Oto rozliczenie IKZE w funduszu inwestycyjnym. Właśnie minęła pierwsza „pięciolatka”. Wyniki – od pandemii, przez wojnę i wzrosty. Robię przy tym porównanie z ZUS.

Wpłaty. ZUS – 20% emerytalnej czyli ok. 13.500 zł/rok. IKZE obecnie ok. 15 tys. zł/rok – 32% zwrotu podatku = 10.000 zł/rok. Połowa składek ZUS-owskich małego przedsiębiorcy. I nadal mniej niż sama emerytalna.

Okres oszczędzania. Powinien ważyć najwięcej. Weźmy statystyczne 36 lat (do osiągnięcia dla mężczyzny).

Wpłaty. Tu robi się wesoło. Suma wpłat w ZUS – 13.500 zł x 36 lat = ca. 500.000 zł. IKZE – 10.000 zł x 36 lat =360.000 zł. O 28% mniej wpłaty.

Dziedziczenie. W ZUS-ie nie istnieje. Jeśli nie dożyjemy, składki przepadają. Jeśli umrzemy po 3 latach także. Zupełnie inaczej wygląda IKZE, zgromadzone środki dostaną nasi spadkobiercy.

Świadczenie. Bywają waloryzacje, które służą urealnieniu świadczenia. Stąd przyjmuję (wcale nie będąc pewien), bo wiem, że mały przedsiębiorca dostanie okolicę dzisiejszej emerytury minimalnej – ok. 1700 zł (realnie). Już ten punkt pokazuje absurd systemu państwowego. Większość dostanie najniższe świadczenie.

A co obiecuje ZUS? No cóż, popatrzmy. Patrząc na wartości realne 500.000 zł /260 miesięcy = 1923 zł. Jak widzicie oficjalne sposoby ZUS-u (podział zgromadzonej kwoty przez dalsze trwanie życia) nie ma żadnej wartości. Dają przedsiębiorcy minimalną. O przyczynach napiszę innym razem. A i od tych 1923 zł musimy odliczyć zdrowotną 9% i robi się 1750 zł.

Teraz świadczenie z IKZE. Tutaj zakładam optymistycznie – średnia inflacja 3%, średni zysk 5%, realnie zyskujemy 2%. Co to oznacza? Do podziału mamy 441.000 zł, bo wprawdzie zyskujemy dzięki wzrostowi wartości, ale tracimy na podatku (10% przy wypłacie). 441.000/260 miesięcy = 1696 zł. W teorii mniej niż ZUS. Ale gdy popatrzymy na szczegóły widzimy różnicę:

  1. W ZUS dostaniemy 54 zł więcej emerytury (+3,2%), ale składka miesięczna była wyższa o 300 zł (+30%).
  2. Do tego podniesienie wpłat do IKZE (kwota maksymalna wzrosła w ciągu kilku lat o 50%) podniesie nam emeryturę. W ZUS – wzrost składki emerytury nie podnosi (są niepowiązane, bo składkę liczymy od przeciętnego wynagrodzenia, a emeryturę minimalną ustala się arbitralnie).
  3. Mówimy o dzisiejszej wartości pieniądza. Wpłacaliśmy realnie 830 zł/m-c na IKZE a 1130 zł na ZUS (emerytalna). Licząc IKZE doliczamy spore szanse na zyski (w latach 2023-2026 – fundusz dłużny wzrósł o 30%, przy skumulowanej inflacji 22%, a akcyjny tej samej firmy zarządzającej 100%). W ZUS-ie mamy ich śmieszną waloryzację (ograniczaną do poziomu inflacji przez manipulacje długością życia. Ale waloryzujemy też składki i to sporo powyżej poziomu inflacji.
  4. W ZUSie mnie możemy płacić samej składki emerytalnej, a w IKZE – tak. W rzeczywistości nie uiszczamy 1130 zł, tylko 1930 zł, na rentę nie pójdziemy, chorobowego nie wyrwiemy. W sumie 10.000 zł kontra 23.160 zł/rok.
  5. Porównanie z ZUS-em wypada teraz druzgocąco (uwzględniam wszystkie składki w wartości nominalnej). Tam w wpłaconych 834 tys. zł (1930 zł x 12 miesięcy x 36 lat) odzyskamy (o ile dożyjemy średniej długości życia mężczyzn) – 455 tys. zł czyli 54%. Możemy też stracić 90%, gdy umrzemy wcześniej. W IKZE odzyskamy 118%. Dokładnie 2 razy tyle, co mały przedsiębiorca w ZUS. Wyliczenie dotyczyło przywileju kobiet.
  6. Teraz drugie obliczenie – dla mężczyzn. Z 260 miesięcy dożycia wg ZUS robi się realne 144 miesiące. ZUS nadal wypłaca 1750 zł czyli 252 tys. zł. Współczynnik wypłat wyniósł (uwzględniając wszystkie składki): 30% (przedsiębiorca). A IKZE? Nadal niezmienne 118%. IKZE bije ZUS o prawie 4 długości.

W zasadzie w tym miejscu moglibyśmy skończyć. Ale wyobraźmy sobie, że IKZE prowadzi ktoś, kto potrafi osiągać wyniki inwestycyjne na poziomie 10% rocznie. 7% ponad inflację. Wtedy ze 360.000 zł wpłat robi się (realne) 1.470.000 zł. Mężczyzna dostaje 400% wkładów, 43% przedsiębiorcy. Do tego żyjąc 73 lata (średnia moich kolegów z pracy, którzy jej dożyli) przez 5 lat wypłaci sobie (zakładam przeniesienie się „na obligacje” i wypłacanie roczne 2,5% nawisu nad inflację) 2756 zł/m-c (czyli 1000 zł więcej niż w ZUS) zostawi dzieciom realne prawie 1.5 mln spadku. Z ZUS-u – kompletnie nic.

Ekonomia współdzielenia. Kolejne absurdy inżynierii społecznej.

Mieszkanie można wynająć. Podobnie auta. Tego byłem świadomy? Ale, że telefon? Jakie ma to długofalowe skutki?

Jesienią wpadłem do marketu elektronicznego po kabel HDMI do nowego komputera (Mac mini za 2500 zł). Węsząc upselling sprzedawca zaproponował mi … wynajem telefonu. W wielkim uproszczeniu – biorę flagowy model, płacę 1/35 ceny miesięcznie. Czyli dysponuję ciągle nowym flagowcem, nigdy go nie mając. Jak to wygląda ekonomicznie?

Wynajem. Wybieram flagowca od Samsunga (S25+). Cena początkowa 4700 zł. Rata 136 zł przez rok. Potem biorę nowy. Zero problemów. No cóż, nie do końca. Trzeba przenosić dane i … wychodzi drożej. Albowiem zakup:

Zakup. 4700 zł. Telefon starcza mi na 6 lat (po pięciu latach wymieniłem baterię za 350 zł). Ile to miesięcznie? 65 zł, ca. 50% mniej. Wady? Jedna. Sześć lat z jednym aparatem. Dla zwolenników wiecznej nowości – zbrodnia.

Teraz czas na inne dobra. Mieszkanie. Warunki Wrocławia. 550 tys. zł na kupno, 3000 zł wynajem, 3500 zł rata (plus 110 tys. zł wkładu własnego). Co jest lepsze?

Część nie ma żadnego wyboru – ponieważ nie posiada zdolności kredytowej na taką sumę. Można się przeprowadzić do Strzegomia, ale nie o to tym razem chodzi. Wróćmy do tych, którzy wybierają:

  • rata 3500 zł (plus nazbierać na wkład własny),
  • wynajem 3000 zł, a 110.000 zł niech sobie pracuje.

Zwolennicy „ekonomii współdzielenia” powiedzą – najem jest tańszy, wygodniejszy, elastyczniejszy. Inni policzą.

Zalety wynajmu. 6% od 110.000 zł wynosi 6600 zł/rok czyli 550 zł miesięcznie. Dobrze mieć taki dodatkowy dochód i poduszkę w jednym. Do tego jesteśmy 500 zł do przodu miesięcznie. Razem 1050 zł/m-c. Nie do pogardzenia. Nikt nie trzyma nas na miejscu, możemy sobie zmieniać, dostosować do warunków.

Tak powiedzą krótkodystansowcy (i Ci, którzy pragną sprzedać nam najem). Powoli przekonują się o tym ludzie młodsi ode mnie o 5-9 lat. Oni wierzyli takim opowieściom. Gdzie dzisiaj są po 15 latach płacenia za najem? Dokładnie w punkcie wyjścia. Czy na pewno? Nie. Są 15 lat do tyłu. Dlatego rozważmy 3 scenariusze.

Scenariusz 1. Historyczny. W ciągu 15 lat inflacja skumulowana ok. 75%, wzrost cen mieszkań o 100%, wzrost cen najmu 75%. A więc, gdyby się powtórzył, w 2040 r. mielibyśmy wynajmując: 227 tys. zł gotówki (procent składany) – to nasz majątek netto, cenę mieszkania 1,1 mln, ratę kredytu nowego 6000 zł, ratę najmu 5250 zł. A gdybyśmy dzisiaj kupili? No cóż, mamy mieszkanie obciążone kredytem w 25 % (czyli spłaciliśmy ok. 1/3 kapitału kredytu i włożyliśmy 20% na start), majątek netto ca.825 tys. zł, miesięczne koszty 3500 zł (z przejściowymi zawirowaniami od 2000 – 4000 zł, ale nadal sporo mniej niż 5250 zł). Ten scenariusz pokazuje dokładnie to, czego doświadczyli millenalsi słuchając pokątnych doradców w 2010 r. Gdyby wtedy kupili, dzisiaj zamiast 120 tys. zł gotówki, mieliby 410 tys. zł majątku netto w wartości mieszkania. I ratę na poziomie z 2010 r. czyli 1500 zł, a nie 3000 zł za najem.

Scenariusz 2. Pesymistyczny. Wszystko stoi, spadło oprocentowanie lokat i skumulowana inflacja do 20% przez 15 lat. W takim przypadku, rok 2040 przyniósł dzisiejszym młodym:

  • wariant wynajmu – majątek 160 tys. zł (zrobione ze 110 tys. zł), wysokość czynszu – stałe 3000 zł,
  • wariant zakupu – majątek 260 tys. zł (20% wkładu i 1/3 spłaconego kredytu), wysokość raty 3000 zł (przy tak niewielkiej inflacji, raty najprawdopodobniej spadną).

Scenariusz 3. Pośredni. Inflacja skumulowana 50%. Wzrost wartości mieszkań – 50%. Wzrost czynszów 50%. Ponownie przeliczmy.

  • wynajem – majątek 190 tys. zł (ze 110 tys. zł), czynsz 4500 zł.
  • zakup – majątek 535 tys. zł (260 tys. zł jak w wariancie 2 + 275 tys. zł wzrostu wartości), rata 3500 zł.

Patrząc nawet na scenariusz pesymistyczny (stagnacji), widzimy przewagę zakupu na przestrzeni 15 lat. Może na bieżąco będzie taniej z najmem, ale majątek gromadzimy kupując. A opisuję najgorsze 15 lat. Ponieważ „sprzedawcy wynajmu” nie pokazują Wam innych danych – tych dotyczących dochodów i emerytury. Otóż patrząc na dochody w grupach wiekowych widzimy dwie prawidłowości – ostre wyhamowanie po 45 r.ż. (krótko mówiąc 50-latek zarabia z pracy mniej niż 45-latek), oraz planowaną emeryturę na poziomie 30% ostatniej pensji. Co się dzieje w tych 3 scenariuszach na emeryturze? Mamy rok 2055 – proszę bardzo:

Scenariusz historyczny. Kredyt spłacony – koszty kredytu wynoszą 0 zł. Koszty najmu? 10.000 zł (nominalnie, realnie to ok. 3000 zł dzisiejszych). Wysokość emerytury 10.000 zł (znowu nominalnie ok.3000 zł obecnych). Krótko mówiąc – 100% emerytury przeznaczamy na wynajem we Wrocławiu. Czas na przeprowadzkę na wieś.

Scenariusz pesymistyczny. Kredyt już spłacony – koszty kredytobiorcy 0 zł. Koszty najmu. 3000 zł, a więc dzisiejsze 1600 zł. Emerytura 3000 zł. Już lepiej, ale nadal właściciel ma przewagę.

Scenariusz pośredni. Także w tym wariancie, kredytobiorca zakończył płatności. Najemca płaci 6700 zł (dzisiejsze 3000 zł). Emerytury dostanie ok. 6700 zł. Znowu – zapraszamy na wieś.

Czy nie przesadzam? Nie. Co więcej obserwuję ten proces w rodzinie. Mam już emerytów z grona boomerów, którzy w pewnym momencie (rozwody) zostali bez mieszkania i rozpoczęli wynajem, zamiast kupić. Wiecie co się stało? Pracują, dopóki mogą, na razie mogą. Potem przyjdzie im przenieść się w tańsze regiony. A oni jeszcze mieli przyzwoitą stopę zastąpienia (czyli ich emerytura przekracza o 20-30% czynsz najmu w mieście z TOP 5, na razie są też w parach). 45-latkowie obudzili się z przysłowiową „ręką w nocniku”. Oni przynajmniej liczą na spadek. Prawdopodobnie przed 65 r.ż odziedziczą wystarczająco dużo, aby kupić coś małego na skraju metropolii.

Na koniec, nasuwa się jedno pytanie, czy istnieje jakikolwiek scenariusz, który zapewniłby wygraną najemcom? No cóż, gdyby państwo zabrało się ostro za mieszkalnictwo komunalne (czyli budowało po 1,5 mln mieszkań na wynajem rocznie), czynsze realnie spadną, wtedy spadną i ceny. Szansa na realizację? 2%. Ale nawet wtedy na emeryturze płacenie czynszu w wysokości dzisiejszych 1500 zł może się okazać zabójcze. Bo kredytobiorcy zapłacą równe 0. I coś zostawią następnemu pokoleniu.

Weźmy jeszcze pod uwagę scenariusze demograficzne. Obecnie rysują się tak: liczba ludności PL spada o 20-30% w ciągu 40 lat. Wieś i małe miasta, zwłaszcza na kresach wyludnia się, a realne ceny nieruchomości spadają drastycznie. Pojawiają się miliony pustostanów i „domy za 1 zł”. Tam też da się tanio wynająć (nawet ostatnio rozmawiałem o ofercie „wynajmu domu murowanego trzypokojowego za 500 zł” w wiejskiej okolicy 60 km na północny wschód od Lublina). Wtedy na emeryturze dostajesz alternatywę.

Jeśli nie będzie Cię stać na zakup/wynajem we Wrocławiu (Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu) jest dla Ciebie jakiś ratunek. Wybierasz mniejsze miasto/wieś i mniejszą ratę. Wtedy Twoje możliwości wzrosną.

Czy klasyczne FIRE jest realne dla przeciętnego zjadacza chleba?

Jestem właśnie po lekturze kilku książek amerykańskiego ruchu wczesnych emerytów (FIRE). Niektórzy, jak Joe Dominguez, rzucili pracę zaraz po 30-tce, utrzymując się z inwestycji kapitałowych. W USA, wiadomo, ale w Polsce?

No cóż zauważam kilka prawidłowości.

Większość FIRE to single lub DINKS (czyli para bez dzieci). Taka sytuacja sporo zmienia. Wyobrażam sobie życie za 1500 zł, w domu na wsi, z własnym ogrodem, bez auta. We dwoje – potrzebuję 2500 zł. We trójkę (1 dziecko) – już 5000 zł i auta.

Różnica pomiędzy 1500 zł, a 5000 zł, przy założeniu 4% wypłat (fundament FIRE) wynosi: 450.000 zł oszczędności lub 1.500.000 zł (słownie: półtora miliona). Potrzebujemy 3 razy więcej pieniędzy.

Młodzi FIRE zarabiają znacznie powyżej przeciętnej. W warunkach USA powyżej 200 tys. USD jako 30-latkowie. Przypomnę, w kraju, w którym pensja minimalna to niecałe 8 USD/h (przeliczając na nasz czas pracy – niespełna 15 tys. USD). Zazwyczaj takie możliwości mają: przedstawiciele sektora IT, bankowości (głównie inwestycyjnej) itp. Garstka.

A teraz przenieśmy to do Polski. Załóżmy młodą rodzinę, która właśnie skończyła studia (24 lata). Oboje pracują i żyją za 3000 zł, mieszkając z rodzicami, lub w darowanej nieruchomości. Żeby zostać emerytami w ciągu 6 lat (i żyć we trójkę za 5000 zł), musieliby odkładać 240.000 zł/rok. Wybaczcie, ale mało realne. Wymagałoby to zarobków na poziomie 23.000 zł netto za dwójkę. Ilu absolwentów potrafi zarobić taką kwotę? Niewielu.

Nawet, gdyby planowali „emeryturę po 40-tce” (czyli oszczędzali 16 lat), potrzebowaliby oszczędzić ok. 7000 zł/m-c, czyli żyć za 30% dochodu.

Ale wróćmy do przeciętnego zjadacza chleba. Zarabia 5k netto, druga osoba – podobnie (razem 10k), bo są jeszcze młodzi. Rezygnując z dzieci, starcza im 750.000 zł oszczędności. Żyjąc 50/50 (za połowę, połowę oszczędzając) składają 60k/rok, powinni czekać prawie 9 lat, aż zbiorą taką sumę. No i potrzebowaliby stopy zwrotu netto 8%/rok. Przy 5% rok – 10 lat. I ten plan okazuje się realny. Wymaga jednak sporych wyrzeczeń. I życia za 2,5k/m-c czyli co najmniej domu po dziadkach na wsi (kupując siedlisko i remontując go, musieliby dołożyć kilka lat, albo zwiększyć stopę oszczędności).

Odpowiedź na tytułowe pytanie – realne, chociaż bardzo trudne.

Efekt SNUS-a.

W ostatniej kampanii wyborczej karierę zrobiło słowo SNUS – woreczek nikotynowy. Użył go podczas debaty obecny prezydent-elekt.

Teraz pokażę Wam, jak na zasadzie „efektu latte” Davida Bacha wyglądać może rzeczywistość korzystających ze SNUS-a i wolnych od tego nałogu.

Paczuszka, odpowiednia na 2 dni (przy częstotliwości raz na 1,5 godzin), kosztuje w internecie 17 zł.

W miesiąc daje to 255 zł. A rocznie 3060 zł. Gdyby zamiast kupować to świństwo, odkładać na emeryturę na koncie IKZE tę sumę, jak myślicie, ile wynosiłyby oszczędności po 40 latach?

Wpłacono 3060 zł x 40 lat =120.240 zł.

Może 3 razy więcej? Może 5 razy?

Nie. Dokładnie 1,5 mln zł (po podatku i przy stopie zwrotu 10%). To się nazywa czynnik SNUS-a. Wysokość emerytury wyniosłaby (4% rocznie) – ok. 5000 zł miesięcznie i jeszcze dzieci dostaną suty spadek. Nieźle.

Już wiecie, dlaczego prezydent-elekt, pomimo piastowania funkcji dyrektorskich w dużej instytucji państwowej, dorobił się tylko jednego mieszkania przez 10 lat (nie liczę słynnej kawalerki i spadku po ojcu).

My jednak mamy wybór.

Tajny raport ZUS o emeryturach przedsiębiorców. Kolejna nieprawdziwa narracja.

„Dobrowolne ubóstwo. O konsekwencjach dobrowolnego ZUS dla samozatrudnionych” taki tytuł nosi podobno raport wykonany na zlecenie poprzednich władz ZUS przez Polską Sieć Ekonomii. Sam raport pierwotnie utajniono, a potem jednak przedstawiono opinii publicznej – https://www.zus.pl/documents/10182/24154/Raport+-+Dobrowolne+ub%C3%B3stwo.pdf/7456a747-c715-44ef-9431-d5c082e974cd?t=1737752803323 Czy jest się czego bać?

Zupełnie nie i już wyjaśniam – dlaczego. Generalnie, główny prezentowany wniosek sprowadza się do konkluzji – emerytury przedsiębiorców będą tak niskie, że „nawet po 30 latach” prowadzenia dg państwo dopłaci do minimalnego świadczenia – tragedia, więc trzeba zwiększyć składki, zlikwidować ulgi itp. I z nim trzeba się rozprawić.

Raport firmują Janina Petelczyc i Tomasz Lasocki. Po sprawdzeniu w wyszukiwarce CEIDG z uwzględnieniem wykreślonych „niespodzianka” – żadna tych osób (pierwsza ma rzadkie nazwisko, a w drugim przypadku pojawiają się usługi samochodowe i optyczne – nieadekwatne do przedmiotu zainteresowania) działalności gospodarczej nigdy nie prowadziła. Do tego Janina Petelczyc (politolog) publikowała regularnie w „Krytyce Politycznej”, a Tomasz Lasocki (z wykształcenia prawnik) rozbawia mnie do łez analizami https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/9555108,minister-pelczynska-nalecz-zszokowala-stwierdzeniem-ze-zus-jest-piram.html – w wielkim skrócie, błędnie rozkładając na czynniki pierwsze, działalność ZUS, pod kątem definicji piramidy finansowej (będzie o tym wpis).

Teza 1. Przedsiębiorcy płacą najmniej, jak to możliwe. Otóż – badacze Polskiej Sieci Ekonomii, która składa się z nie-ekonomistów, Ameryki nie odkryli. Średnia składka przedsiębiorcy jest niższa niż od minimalnego wynagrodzenia. Nie dlatego, że przedsiębiorcy oszukują, lecz z powodu różnych ulg („małych ZUSów”). Przeważająca większość płaci „najmniej jak się da”. Dlaczego? Ponieważ to się kalkuluje. Wrzucanie kasy w czeluść ZUS kompletnie nie ma sensu. Liczyłem wielokrotnie. Znacznie lepiej wychodzi ktoś, kto inwestuje w PPK czy IKZE, a jeśli potrafi – samodzielnie. Weźmy kogoś, kto „odkłada” w ZUS te 60% prognozowanego średniego wynagrodzenia, co daje 1015 zł m-c przez 40 lat. Na koniec dostaje 1800 zł (emerytura minimalna) przez niecałe 9 lat (mężczyźni). Przecież to kompletnie nie ma sensu. Gdyby odkładał „na boku” z zyskiem 5% po 40 latach zbierze 1,5 mln zł, co daje 75 tys. zł emerytury rocznie i 7000 zł/m-c. No i pozostały kapitał dziedziczy się. W gorszej sytuacji znajdą się kobiety, ale i one wyjdą na plus (1.150 tys. zł da im 4000 zł emerytury). I takiego właśnie wyliczenia zabrakło mi w raporcie. Dlaczego go nie ma? Proste – za badanie płacił ZUS.

Teza 2. Osoby, które prowadzą działalność nie mają w wieku emerytalnym środków wystarczających do obliczenia emerytury minimalnej. Państwo będzie musiało więc dopłacić do ich emerytur minimalnych. Zaraz, zaraz . Tyle to ja wiem i bez 70-stronnicowego raportu. Ktoś, kto odprowadza małe składki, musi zebrać niewiele.

Właściciel małej firmy odprowadza składkę jak ktoś z pensją 5203,80 zł. Powiedzmy sobie szczerze – tak zarabia w Polsce całkiem sporo osób – ich ten problem także dotyczy. Nie opisujemy jakieś nadzwyczajnej sytuacji. Państwo dopłaca nie po 10% (jak w tym przypadku), ale po 90% rolnikom, księżom i zakonnikom, 100% sędziom, prokuratorom, całej mundurówce. Jan dodałby – jeszcze całej budżetówce. Stąd dlaczego państwo nie może dopłacić 150 zł przedsiębiorcy, a może nawet więcej, pracownikowi na minimalnej lub 90% rolnikowi? Co ich różni? Nic. Natomiast twórcy raportu – uważają inaczej. No cóż, droga wolna, państwo naukowcy, proponuję skorzystać z ptasiego mleka we własnej firmie. Nie chcecie? Może jednak pisanie analiz dla ZUS i granty z Krytyki Politycznej (strzelam: na zasadzie umowy o dzieło – czyli bez składek) wychodzi lepiej.

Teza 3. Ubóstwem emerytalnym są zagrożone w szczególności samozatrudnione kobiety.  Kolejny raz – a co w tym dziwnego? Ktoś pracuje krócej, mało uzbierał. Kogoś (poza krytycznie-politycznymi naukowcami) jeszcze to dziwi? . Ale tak samo zagrożone ubóstwem będą pracownice na pensji minimalnej (dzisiaj dostaje ją prawie 30% zatrudnionych). Dlaczego czepiać się przedsiębiorczyń, które dodatkowo niszczy ZUS, gdy tylko podniosą podstawę (hasło: matki przeciwko ZUS). Zresztą nawet wg danych wyjściowych raportu tzw. próba 2400, widać, że kobiety zarabiają mniej – ok. 60% dochodów mężczyzn z dg. Dodatkowo mają przerwy – zatem ubóstwem emerytalnym zagrożone są i gdyby wprowadzić inne składki. Drugi aspekt – nieefektywność „lokat ZUS” w przypadku składki od dochodu ich problemy jeszcze pogłębiłby.

Teza 4. Wprowadzenie tzw. dobrowolnego ZUS-u dla przedsiębiorców, o którym mówią niektórzy politycy, byłoby tragedią dla samozatrudnionych przechodzących na emeryturę. Halo, halo, tu ziemia. Nie byłoby tragedią z kilku powodów.

Po pierwsze – przedsiębiorcy odkładają na boku. Nie liczą wyłącznie na państwową emeryturę. M.in. dlatego, że płacą takie składki. Gdyby zrobić inaczej – znajdą się w gorszej sytuacji, bo nie będą mogli odkładać z wyższą stopą zwrotu.

Po drugie – podjęto kroki zachęcające, by oszczędzali jeszcze więcej. Limit IKZE dla przedsiębiorcy wynosi 150% limitu pracownika.

Po trzecie – wszyscy emeryci przeżyją szok. Wszyscy dzisiaj w okolicach 40-tki. Nawet w przypadku, dość dobrze zarabiającego specjalisty (od 10 lat – ok. 250% średniej), emerytura wyniesie 30% ostatniej pensji, a więc 6000 zł (wg obecnych kwot i siły nabywczej). 5000 zł netto, dla kogoś, kto zarabiał dotychczas prawie 14.000 zł netto. Nie będzie eldorado, jak dzisiejsi emeryci, dostający świadczenia 70 a nawet czasami 100% ostatniego wynagrodzenia netto. Przy spadającej dzietności nie da się tego utrzymać. Sam widziałem prognozy, w którym WSZYSTKIE kobiety urodzone po 1977 r. dostaną minimalne świadczenie, niezależnie od tego, ile składek płaciły.

Teza 5. Statystyczny samozatrudniony osiąga przeciętnie znacznie większy dochód niż wynosi zarobek pracownika, a jednocześnie samozatrudnieni płacą bardzo niskie składki na ubezpieczenia społeczne, niższe od osób pracujących na etat. Półprawda oparta o statystykę, dodatkowo kulawą. Widać to po stworzonej na potrzeby badania tzw. próbie 2400. Poza informacją o płci (1200 kobiet, 1200 mężczyzn) nic nie wiemy o jej statystycznej istotności (odzwierciedleniu populacji, branż). Po prostu naukowcy takie dane dostali i takie wzięli. Spory błąd. Chętnie zobaczyłbym tabele źródłowe . Ma ona odzwierciedlać rozkład dochodów w grupie 2400 przedsiębiorców. I mamy wykres 7 na str. 33 raportu. Co tam widzimy?Podzielono płatników na 3 grupy: dochód niski, średni, wysoki w określonych przedziałach do 2500 zł, 2501-7000 zł, 7001 zł i więcej. Dlaczego 3 grupy, dlaczego takie wielkości? Zero uzasadnienia. Ale najlepsze przed wami. Próba 2400 powinna zawierać …. 2400 osób, prawda? A tutaj mamy ok. 900 osób (suma we wszystkich grupach). Co się stało z 1500 przedsiębiorców? Wyparowali? Nie podali dochodów? Zaliczają stratę? Nie wiadomo. Jak na takiej podstawie można cokolwiek wyliczyć? Dlaczego dochód 7001 zł/m-c nazwiemy „wysokim”, skoro kształtuje się na poziomie nieco powyżej przeciętnego wynagrodzenia? Przecież to jakieś żarty, a nie poważne badanie, za które płacimy z …. naszych podatków.

I jeszcze jedne kwestia – „przeciętny przedsiębiorca”. Podobno w „próbie 2400” średni dochód wyniósł 155.309 zł (prawie 200 tys. zł mężczyźni i 110 tys. zł kobiety). I na tej podstawie prowadzone są wyliczenia o „zaniżonych składkach”. Super, tylko średnia arytmetyczna to złe narzędzie (prawnik z politologiem mogą o tym nie wiedzieć) do analiz statystycznych. Jeżeli samozatrudniony w IT płaci minimalną składkę od dochodu 300 tys. zł/rok i taką samą właścicielka kiosku z dochodem 10 tys. zł na rok, ich średnia wychodzi ….155 tys. zł/rok. Stąd takie wyniki. Worek pn. samozatrudnieni zawiera mnóstwo elementów. Niektórzy płacą składki relatywnie wysokie, inni faktycznie niskie (fikcyjne jednoosobowe firmy, pracujące dla jednego klienta np. jako zarządzający), ponieważ dg stało się sposobem optymalizacji składkowo-podatkowej dla lepiej zarabiających. I zwalczajmy patologię, a nie wszystkich przedsiębiorców. Ponieważ ten ostatni ma jeszcze jedną cechę – rzadko korzysta z państwa: leczy się prywatnie, dzieci posyła do prywatnej szkoły, nie bierze kasy z MOPS-u, zasiłku dla bezrobotnych itp.

Pracownik na emeryturę odprowadza niecałe 10% pensji. A przedsiębiorca? Nie znam danych dotyczących średniego dochodu przedsiębiorcy(w tajemniczej i prawdopodobnie błędnej próbie 2400 jest to 155 tys. zł) ani mediany w jdg (ZUS go zna), ale popatrzmy, że składka emerytalna równa się 19,76%. Gdyby przyjąć takie 13 tys. zł podstawy miesięcznie, oznaczałoby to 2,6 tys. zł. Może i taka wychodzi średnia z dziwnej próby 2400, ale ile małych firm (nie fikcyjnych samozatrudnionych) tak zarabia? I ilu pracowników, rolników, księży zarabiających faktycznie 13k miesięcznie nie płaci składek wcale lub śmiesznie małe (odwołajmy się do listy uprzywilejowanych)?

Teza 6. Przedsiębiorcy więcej zasysają z chorobowego niż wpłacają składek. Tutaj kłania się podstawowy błąd merytoryczny. Otóż wykres na stronie 39 nie uwzględnia jednego faktu – ubezpieczenie chorobowe przedsiębiorcy jest nieobowiązkowe. A to znaczy, że płacą go tylko zainteresowani – tacy, którzy wiedzą, że zaraz zaczną korzystać. Wyciąganie wniosków dotyczących całości grupy okazuje się błędem. W moim miejscu pracy średnia długość zasiłków chorobowych rocznie wynosi 25 dni (wobec średniej krajowej 33 dni – dane ZUS). Średnią w firmie znacznie zawyżają:

  • etatowi chorujący i matki małych dzieci (średnia 90 dni) – niewielka grupa beneficjentów systemu (5-10%),
  • kobiety w ciąży (średnia 180 dni).

I właśnie analogiczne grupy przedsiębiorców (dodatkowo nadreprezentowane w próbie 2400) opłacają sobie dobrowolne ubezpieczenie chorobowe jak przedsiębiorcy. W przypadku pracowników – równoważą ich osoby nie korzystające z L4.

Teza 7. Przedsiębiorca powinien płacić ZUS od dochodu – wtedy uzyska godną emeryturę. Oczywiście lek na wszystkie bolączki – podnieść składki do wysokości blisko 20% dochodu. Tylko tak przedsiębiorca dostanie wysoką emeryturę. Oczywiście, dla każdego, kto zna opisywaną przeze mnie na blogu sytuację ZUS (uznaniowość, demografia), taka obietnica wywoła pusty śmiech. Możesz płacić wysokie składki, a dostaniesz … guzik, bo nagle sejmowa większość przegłosuje „świadczenie obywatelskie”. W rzeczywistości ZUS-owi chodzi o bieżące zasypanie dziury (wysokie składki) a o reszcie dopiero pomyślą. Nie stanowią wyjątku – tak działał już Bismarck.

Nie mam wątpliwości, że przedsiębiorcy sobie z tym poradzą, nagle cudownie spadnie im dochód, ubezpieczą się chorobowo i pół roku przesiedzą na zwolnieniu itp. Tego naukowcy nie przewidzą, bo jako się rzekło, działalności gospodarczej nigdy nie prowadzili.

A biedni (z niskim dochodem)? Dla nich nie ma żadnej recepty, chodzi o to by łupić najwięcej zarabiających.

Teza 8. Wadami dobrowolnego ubezpieczenia są: zagrożenie powszechności systemu, ” dobrowolność przytłaczająco rozszerzy pole do instrumentalizacji uczestnictwa w systemie zabezpieczenia społecznego” – musiałem zacytować, zwiększą się wypłaty z innych systemów.

Każde z tych twierdzeń da się sfalsyfikować. Otóż tzw. powszechność systemu jest konstrukcją teoretyczną. Z ZUS wyłączono ogromne grupy uprzywilejowane (KRUS, mundurówka, sędziowie, prokuratorzy), a niektórym (duchowni, górnicy) dopłaca się krocie. Utrwalanie takiej praktyki nie ma żadnej wartości, a tym bardziej nie istnieje powód, dla którego mieliby go utrzymywać przedsiębiorcy.

Tzw. pole do instrumentalizacji oznacza – komu się opłaca – przystępuje, kto widzi lepsze lokaty – nie przystępuje. W praktyce – do ZUS zapisze się dobrowolnie może 10% przedsiębiorców i to tylko na 20-25 lat, aby uzyskać świadczenie minimalne (jak pracownicy). I nie widzę w tym nic złego. Dokładnie to samo robią pracownicy. Idą na renty, pracują na czarno po zaliczeniu minimalnego stażu do emerytury. A negatywne skutki? Widać po artystach. Ta grupa przez lata nie miała obowiązkowych składek. Czy gryzą piach? Nie, albo pracują do śmierci, albo odłożyli wystarczająco dużo i śmieją się z ZUS-u oraz jego „zawrotnych” świadczeń.

Zwiększenie wypłat z innych systemów wymaga większej uwagi. Czy faktycznie przedsiębiorcy rzucą się masowo do pomocy społecznej? Chyba nie. A powód jest prosty. Żeby pójść do MOPS-u nie można mieć istotnego majątku, a przedsiębiorcy zapobiegliwie go gromadzą, ponieważ na ZUS nie liczą. A jak nie ma majątku, są dzieci. Nie bójcie się MOPS dobrze sprawdza, czy ma kto płacić alimenty. Jeśli znajdzie taką osobę, odmówi zasiłku. Dlatego, problem pomocy społecznej jest pomijalny. Naukowcy rozdmuchując go, bazują na porównaniu z Niemcami. Nie znam tego systemu, ale być może rozwiązany jest inaczej (nie szukają dzieci, nie grzebią w majątku – tam zresztą większość na wynajmie). A nawet gdyby przedsiębiorcy wybrali tę drogę? No cóż, po to całe życie płacili podatki. Zabierzmy dopłaty dla nierentownych kopalń, krewnych i znajomych królika oraz kleru tzw. willa plus, a oddajmy tym, którzy całe życie wspomagali system. Takiej refleksji mi zabrakło. Przedsiębiorca jest dla autorów raportu wyłącznie dojną krową i tak zestawiają dane, by więcej mleka wyssać mu ze strzyków.

Błędy merytoryczne, które udało mi się wyłapać.

  1. Sławetna próba 2400, której reprezentatywność łatwo zakwestionować (str. 39 – „Ponadto w próbie znajdują się wyłącznie roczniki 1975-1985”), a okazała się próbą 900 (wykres na stronie 33) i która stanowi podstawę większości wniosków (w tym tezy 6).
  2. Przypis str. 33 – „Większość ubezpieczonych ustala składki od przychodu tj. pełnej otrzymanej kwoty. W przypadku samozatrudnionych powinien być to dochód, który jest różnicą między przychodem, a kosztami jego uzyskania.” Bzdura. Pracownik też odlicza koszty uzyskania przychodu, tyle że robi to ryczałtowo. Proszę spojrzeć w swój PIT-11 od pracodawcy, państwo doktorzy, chyba że optymalizujecie się podatkowo na umowie zlecenie czy o dzieło.
  3. Prowadzenie badań dotyczących ubezpieczenia chorobowego (i dochodów) wyłącznie na grupie osób z roczników 1975-1985 czyli z nadpreprezentacją kobiet w wieku rozrodczym i posiadających małe dzieci. To normalne, że zachodzą one w ciążę, biorą zwolnienia na chorego malucha itp., a ich rówieśnicy – mężczyźni znajdują się na szczycie możliwości zarobkowych. Wnioski raportu są błędne, ponieważ dane wyjściowe nie odpowiadają populacji.
  4. Wyciąganie wniosków dotyczących przedsiębiorców na podstawie grupy opłacającej ubezpieczenie chorobowe, które jest nieobowiązkowe, i spora część z niego rezygnuje (a w zasadzie płacą je zamierzający korzystać ze świadczeń).
  5. Analizowanie emerytury przedsiębiorców, wyłącznie na podstawie danych osób które pobierały w 2021 r. emeryturę jednocześnie prowadząc dg (str. 43). Takie dane w oczywisty sposób są zniekształcone – dorabiają dg głównie ci, otrzymujący niskie świadczenia.
  6. Dokonywanie obliczeń przyszłych emerytur (warianty V i kolejne) na podstawie osób pracujących mało tj. ok. 34 lata w przypadku mężczyzn i ok. 30 lat (kobiety). Przecież przeciętny pracujący, nawet po studiach, ma przed sobą 41 lat pracy (mężczyzna) i 36 lat pracy (kobieta). I o dziwo mężczyzna-przedsiębiorca z takim stażem, jeśli płaci składki dzisiejsze (ulga przez pierwsze 2 lata), nawet wg wyliczeń raportu, jednak zarobi nimi na swoją emeryturę.
  7. Przykład przedsiębiorcy z Białej Podlaskiej (str. 61) jako dowód na wady systemu dobrowolnego ubezpieczenia. Otóż drodzy naukowcy, ten człowiek popadł w długi ponieważ musiał płacić składki nieproporcjonalne do dochodu. Gdyby ich nie było, nie powstałby dług, a przedsiębiorca albo pracowałby do śmieci, albo odkładał „na boku” część składek i dostał świadczenie jak obecnie. A wy opowiadacie jakieś bajki o świetnych dochodach (tj. pow. 7000 zł brutto) w próbie 2400, składającej się z osób w wieku najwyższych możliwości zarobkowych (37-47 lat).

Na koniec – otóż składki przedsiębiorców zawsze były niskie w relacji do średniej pensji, podobnie jak emerytury (w relacji do przeciętnego świadczenia). I właściciele firm nauczyli się sobie z tym radzić. Bowiem w rzeczywistości nie chodzi o pochylenie się nad dolą samozatrudnionych, ale o uzasadnienie ich wydojenia jeszcze mocniej. Stąd pomysł pobierania składek od dochodu. Do czego doprowadzi (gdyby został wdrożony)? Do masowej likwidacji firm i rozrostu szarej strefy oraz …. katastrofy ZUS. Jak mawiają mądrzy ludzie „Lepiej jeść małą łyżeczką”. I warto by prezes Uścińska i prezes Derdziuk o tym pamiętali. Zarżniecie krowę, pojecie mięso przez miesiąc, a potem przez 20 lat zabraknie wam mleka.

Zarządzanie finansami osobistymi poprzez cele. Jak jedna idea może zmienić nasze życia.

W czasie prosperity, oszczędzający nie mają dobrej prasy. Prędzej niż „oszczędny” usłyszycie „sknera”, zamiast „frugal” raczej „cheap”. A może jeszcze „sknera”, „kutwa”, „dusigrosz”, „centuś”. Żadne z tych określeń nie brzmi przyjemnie. Wiecie dlaczego? Ponieważ większości oszczędzanie kojarzy się ze Smaugiem śpiącym na górze złota. Bogactwami gromadzonymi bez sensu, bez celu, dla samego bogacenia się. Czas to zmienić. Jak? Tłumacząc, jaka jest różnica pomiędzy „chciwcem” a „gospodarnym”. Zaczynamy.

Jak zwykle od historii. Wiele lat temu poznałem nieco starszego ode mnie człowieka i usłyszałem jego opowieść. Mając 25 lat postanowił rzucić palenie, a każdą złotówkę przeznaczyć na zakup książek, które kochał. Wprawdzie nie odkładał, nie inwestował, ale rezygnując z wielkiego pożeracza kasy, jakim są używki, spełniał swoje marzenia. Zawsze lubił czytać i marzył o wielkiej bibliotece. Jako 60-latek dopiął swego. W jego mieszkaniu, w pokoju 20-metrowym, 3 ściany pokrywały pełne szafy biblioteczne. Od podłogi do sufitu.

Czy Ty też masz marzenia? A może już konkretne plany? Tylko nie wiesz jak je sfinalizować i sfinansować. Podpowiem. Zarządzając finansami poprzez cele. Pokażę Ci jak to zrobić.

Etap I. Najpierw określ cel. Może dodatkowa emerytura. Albo super rower. Nie? Auto? Gitara Stratocaster? Własny motocykl Harley-Davidson? Większe mieszkanie? Dom? Wycieczka dookoła świata? Nurkowanie z delfinami? Kurs odnawiania starych mebli? Trafiłem?

Etap II. Określ kwotę. Praktycznie każda rzecz lub przyjemność, wymieniona przeze mnie ma swoją cenę, wymierną w pieniądzu. Najtańsza okaże się gitara. Najdroższy pewnie dom. Załóżmy, że potrzebujesz 1000 zł (Stratocaster) albo nawet 400 tys. zł (dom na wsi). Myślałeś o czymś innym? Sam podaj cenę.

Etap III. Zastanów się, ile masz czasu na zgromadzenie gotówki i ile potrzebujesz miesięcznie. Spróbujesz? Gitara za rok. A dom – za 10 lat. 1000 zł podzielone przez 12 miesięcy daje 85 zł/m-c. 400.000 zł przez 10 lat to 40.000 zł rocznie. Upraszczam. Zakładam, że osiągniesz stopę zwrotu równą inflacji. Pasuje?Teraz Ty.

Etap IV. Co możesz zrobić, żeby odkładać taką sumę. 85 z/m-cł to niewiele. Pewnie wystarczy odmówić sobie 1 piwa dziennie. Nie pijesz piwa? Nie szkodzi. Może warto chodzić piechotą do pracy, zamiast brać auto lub wsiadać do tramwaju. Rzucić palenie. Wziąć jedną nadgodzinę w tygodniu. Sprzedawać graty na OLX.

Z 40.000 zł przez 10 lat nie pójdzie nam tak łatwo. Nie byle co. Jakie masz opcje? Rozpiszmy to.

Opcja 1. Zbierać przez 2 lata na wkład własny, podejmując dodatkową pracę, a potem wziąć kredyt i spłacać go z wynajmu.

Opcja 2. Pracować dodatkowo przez 10 lat.

Opcja 3. Zmniejszyć wydatki domowe o 3500 zł miesięcznie.

Opcja 4. Sprzedać mieszkanie, kupić dom na wsi i przenieść się tam.

Opcja 5. Znaleźć dom za 240 tys. zł. I z 10 lat zrobić 6.

Opcja 6. Zagrać w Lotto. Żartowałem. Akurat takie rozwiązanie jest głupie. Wiesz to, jeśli uważałeś na matmie.

Na pewno wymyślisz coś swojego, adekwatnie do potrzeb. Żeby Ci podpowiedzieć, kilka moich historii.

Fortepian – nagrody z pracy.

Auto żony – podobnie.

Ekstra wakacje – nagroda roczna i zwrot podatku.

Porsche – 1/2 dochodów z firmy.

Mieszkanie w górach – drobne (20 tys. zł) oszczędności i 500+ na spłatę kredytu.

Mógłbym to mnożyć. Na co czekasz?

Konkluzja. Jak widzisz zarządzanie poprzez cele ma sens. Ponieważ motywuje nas do sensownej pracy i kombinowania, które to cechy odróżniają nas od prymitywnych plemion i zwierząt. Oraz jednocześnie pozwala nie zmienić się w pożałowania godnego Golluma. Naszym skarbem nie musi być złoto. Może akurat chodzi o przygodę?

10 zalet elektryka po miesiącu użytkowania.

Niewątpliwie samochody spalinowe mają swoje zalety. W mojej ocenie, przede wszystkim diesle. Niemniej jednak nie sposób pominąć również dobrych stron elektrycznej motoryzacji. Oto refleksje po miesiącu jazdy Hyundaiem Kona Electric. Czytaj dalej 10 zalet elektryka po miesiącu użytkowania.

Jak wygląda emerytura, tych którzy się nie przygotowali?

Czasami na blogu pojawia się temat emerytury. W zeszłym roku, był to nawet cykl wpisów. Zakładam pewną przezorność  i zwykły zdrowy rozsądek. Nie każdy jednak go ma. Co wtedy?

Czytaj dalej Jak wygląda emerytura, tych którzy się nie przygotowali?

Emerytura przed 50-tką. Wersja spokojna.

W tym wariancie zakładamy typowy emerycki los. Pomagamy odchować wnuki, pracujemy na działce (w ogrodzie),  odwiedzamy sanatoria, łowimy ryby. Nie potrzebujemy wiele rozrywek ani podniet. Niemniej jednak, koszty podstawowe możemy utrzymać w ryzach i dzieje się tak z kilku powodów.  Czytaj dalej Emerytura przed 50-tką. Wersja spokojna.