FIRE w dobrze płatnym zawodzie. Mental.

Ten wpis zawdzięczacie Bartkowi i jednemu z moich klientów, wziętemu coachowi. Pierwszy poruszył temat nieprzechodzenia dobrze płatnych zawodów (w szczególności lekarzy) do bycia FIRE, z powodu „marnowania talentów”, a drugi przeprowadził ze mną rozmowę o skutkach tzw. głębokiego coachingu tj. ćwiczeń z podświadomością i zakorzenionymi przekonaniami. Doznałem szoku, gdy dowiedziałem się, że jakiekolwiek problemy psychiczne, a więc nie tylko choroby (co i dla mnie wydawało się oczywiste), ale wszelkie zaburzenia, kryzysy (depresja, wypalenie) dyskwalifikują kandydata na coachowanego, ponieważ mogą zaprowadzić go do szpitala psychiatrycznego. Taki człowiek (niezależnie od zawodu) dochodzi czasem do wniosku, podobnego do Adasia Miauczyńskiego ” I jak ja stanę przed Bogiem? Czy bogami może? Co będę reprezentował, gdy zacznę przestawać być? Jaki będę miał bilans? Jakie winien i ma? Humanista, bez łaciny i greki, inteligent bez choćby angielskiego, rosyjski słabo i w razie czego danke schön, z ledwie liźniętą rodzimą klasyką, która mnie zresztą żenuje i nudzi, z nieprzeczytaną Biblią, ledwie zaczętym Proustem, Joyce’em, bez obejrzanych teatrów i filmów, bez prawie wszystkiego zresztą, czego nie było w telewizji, z niezbudowanym domem, niezasadzonym drzewem”.

Dlatego postanowiłem napisać o mentalu, rozumianym jako zespół przekonań, ale i narzędzi do pracy z własnym umysłem.

Zacznijmy od przekonań. Rozmawiałem z wieloma przedstawicielami wolnych zawodów, w tym dobrze zarabiającymi lekarzami. Wielu z nich, o czym już pisałem, nie ma czasu na żadne rozkminy, bo zap….la od rana do nocy. 250-300 godzin miesięcznie daje standard „wysoko wykształconego” specjalisty. W kieracie, opcja jednorazowego przeznaczenia 2-3 godzin na lekturę inną niż podnoszenie poziomu zawodowego nie istnieje. Zwycięża fizjologia i podstawowe potrzeby. Ratowanie małżeństwa przed rozpadem, albo właśnie romans i praca nad rozpadem. Próba utrzymania się na powierzchni czysto fizycznie, ze świadomością potrzeb ciała, a więc siłownia, narty, bieganie, rower. Taka diagnoza dotyczy 70% grupy. 20-30% albo już zwolniła z racji na wiek (np. moja „rodzinna”, parę lat po 70-tce pracuje już tylko na jednym pełnym etacie) albo jak przywoływany kolega z podstawówki, dokonał przemyśleń i od 45 r.ż woli dojechać 2 razy w tygodniu do warszawskiego prywatnego szpitala, ale mieć czas dla dwójki późnych dzieci. I teraz przyczyny.

Część, oceniam ją jako istotną, tkwi w przekonaniach o „ważności zawodu lekarza”, „ważności zawodu adwokata” itd. Nie chodzi nawet o etos, lecz po prostu pozycję społeczną. Lubią tę pozycję, co każe się trzymać zawodu, który dodaje +50 do towarzyskiej atrakcyjności. I tutaj widzę miejsce na mental. Patrząc z trzech perspektyw. Z jednej, emerytowany (nawet FIRE) lekarz nie przestaje być jednak lekarzem. Z drugiej, mój zawód i ja, stanowią dwie różne kategorie, a nie jeden byt. Z trzeciej, w społeczeństwach egalitarnych (np. w Szwecji), zawód śmieciarza jest tak samo ważny jak lekarza, adwokata czy księgowego (a także bankiera inwestycyjnego, o czym później). Wyłączenie takich przekonań, pozwala nie tylko oderwać się od kieratu, ale w wielu przypadkach uniknąć przedwczesnej śmierci z przepracowania. Oczywiście, większość tego nie zrobi, ponieważ zwyczajnie nie ma czasu na refleksję. Z tego źródła wypływa rzeka myśli o „marnowaniu talentów”, albowiem talent chirurga ceni się wyżej niż muzyka, nawet jeśli zbiegają się w jednej osobie.

Druga szkodliwa grupa przekonań, bazuje na „kulturze zapierdolu” tj. przekonanie, iż wartościowym jest człowiek, który pracuje po 12-16 godzin na dobę, a reszta to roszczeniowi lenie. Takie przekonania kierują ludźmi (o jednym przypadku pisałem), twierdzącymi „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin na dobę” albo ostatnio zasłyszanymi zawodowo „skończyłam wczoraj pracę o 23.29 i oczekuję szacunku i zrozumienia”. Młyńskie koło opisywanej kultury, napędza bańka społeczna, bo są powszechne w grupie. O tym pisał Arur Nowak w „Adwokatach”, widać ją w „Bogach”, wszelkich wspomnieniach o słynnych lekarzach z ostatnich 30 lat, obserwuję ją też w rozmowach. Oczywiście te przekonania i cała „kultura zapierdolu” nie są nic warte i powoli się od nich odchodzi. Specjalista umęczony to specjalista niewydajny, niekreatywny, a nawet popełniający błędy. Poza pracą istnieje życie i ono przelatuje nam obok mijających lat. Mam w dalszej rodzinie dwie siostry, z których jedna wykonuje tzw. boski zawód, a druga nie. Pierwsza, przed 70-tką nadal haruje, druga, parę lat młodsza, siedzi już sobie na emeryturze, od wiosny od jesieni w wiejskim siedlisku. Wszyscy, którzy zrezygnowali z szarpania się z rzeczywistością doznali olśnienia, które obserwuję w boleśnie szczerych felietonach wspomnianego Artura Nowaka. Pisze on, że po 50-tce ciało odmówiło mu posłuszeństwa, coraz częściej potrzebuje „nie pobudki lecz rozruchu”, wzrusza się prostymi zjawiskami i własnymi małymi szczęściami. Porównajmy takie przemyślenia z bufonadą prof. Matczaka, z tymi jego „leniami”, „ludźmi bez wartości” (zarówno w sensie niepożyteczni jak i nihilistyczni) czy roszczeniowymi socjalistami prof. Balcerowicza (przypomnijmy, na ironię byłego członka PZPR). Warto odrzucić ten mental. Paradoksalnie, przykładów mamy sporo. Mój wielki zawodowy mentor, zamykał biuro na 3 tygodnie i jechał sobie na turniej tenisowy, miał czas na intensywne lektury, rodzinę? Jak to możliwe. Nauczył się sztuki rzadko dostępnej specjalistom (z adwokatów-celebrytów opanowali ja chyba tylko Kalisz i Giertych, a lekarza nie znam żadnego) a w świecie biznesu oczywistej tj. delegowania. Lekarze, księgowi, etc. to mistrzowie mikrozarządzania. Ordynator przy obchodzie pyta jaką temperaturę ma każdy pacjent, pomimo iż salą zajmuje się nie kowal, nie mechanik samochodowy, tylko wykwalifikowany lekarz – ordynatora zaufany współpracownik i podwładny. Taki lajf, takie przekonania, takie ustalone zwyczaje. Stąd poważni doktorzy, czterdziestolatkowie pocą się przed obchodem i wkuwają na pamięć „Kowalski 37,5, Malinowski 38”, oraz doznają upokorzenia publicznej dezaprobaty, gdy coś pokręcą. Niektórym te sytuacje wprost śnią się w koszmarach. Cierpią, ale zmienić tego nie potrafią.

Trzecia grupa przekonań, wywodzi się z obserwacji. Otóż, kto pracuje ten ma. Wzięci przedstawiciele wolnych zawodów biedy nie cierpią. Dla nich, tu cytat z pewnego chirurga, bohatera książek Thomasa Stanleya „pieniądze to najłatwiej odnawiający się zasób”. Stawki 1200 zł za godzinę w Polsce nie należą do rzadkości. Stąd pracując godzin 300, zarabiają 360 tys. zł/m-c, pławiąc się w wygodzie. Porzucenie stylu życia odetnie minimum 50-70% dochodów. Jednocześnie następuje znany i opisywany już przeze mnie paradoks wzrostu konsumpcji w miarę skoku przychodów. Widzę sędziów (publiczne oświadczenia majątkowe), lekarzy, adwokatów, księgowych, wszystkich w średnim wieku i z grubo ponadprzeciętnymi dochodami, którzy nie zgromadzili prawie żadnego istotnego majątku. Coś tam odziedziczyli, mają dom, mieszkanie na wynajem, 100k na koncie, i to wszystko. Bywają i inni, ale w mniejszości. A mówimy o ludziach w średnim wieku. Jak to możliwe? Już Thomas Stanley w „Przestań zgrywać milionera…” na podstawie badań ankietowych wyciągnął wniosek. Specjaliści są najczęściej przykładem kategorii „bogatych pod względem dochodu” tzn. osiągają status dolarowego milionera, ponieważ zarabiają znacznie ponad przeciętną (w Polsce minimalne wynagrodzenie lekarza wynosi 12k, a średnie ponad 27k, co nie dotyczy kontraktowców z dochodami czasem 30x średnia krajowa), a nie z powodu umiejętności pomnażania pieniędzy. Znowu – znamy wyjątki (sam Stanley opisuje „lekarza w Hondzie”, którego nowy portier nie chciał wpuścić na lekarski parking z uwagi na zbyt słabe auto). Działa w tym miejscu pewien paradoks, oparty o matematykę i ekonomię. Żeby zarobić 10% rocznie z inwestycji, trzeba mieć zupełnie inne kompetencje niż na zyski 5%. Jednocześnie te 10% od 300 tys. zł, to „ledwie” 30k. Łatwiej je zarobić, dokładając sobie godzin pracy, niż poświęcając lata na praktykę inwestowania i zaliczając po drodze straty. Ta część wywodu ma najistotniejsze znaczenie. Wielu lekarzy, adwokatów, po prostu na FIRE nie stać.

I powoli zbliżamy się do końca, który sygnalizowałem w komentarzu. FIRE nie ma szans na bycie zjawiskiem powszechnym, i tu pełna zgoda z Bartkiem. Powód tkwi w mentalu czyli usunięciu tych szkodliwych przekonań z własnej głowy (co wymaga czasu i zastąpienia ich prawdziwymi twierdzeniami), ale i rozwijaniu umiejętności kompletnie zbędnych zawodowo. Lekarz nie czerpie społecznej akceptacji z umiejętności pomnażania kapitału lecz z ratowania zdrowia. Te dodatkowe 5% rocznie, które po latach kumulują się w miliony, nie bierze się z kapelusza, tylko lektury i ćwiczeń. Inżynier, który porzucił zawód, żeby prowadzić argoturystykę (Panie Waldku, brawa dla Pana za odwagę) uchodzi za dziwaka, albowiem z szacownego „pana inżyniera” stał się po prostu „panem Waldkiem” pokazującym ludziom, jak robić masło i karmiącym kozy. Właścicielka firmy (Joanna Posoch), która rzuciła Warszawę, żeby prowadzić na Warmii „Lawendowe Muzeum Żywe”, usłyszała od matki stary tekst „a z czego ty córciu będziesz teraz żyć”, wypowiedziany z autentyczną troską i przerażeniem. Stąd pomysł na moją „aktywność FIRE”. Ponieważ, jeśli rozmawiam z zawodowymi kolegami, którym kompletnie obce są inwestycje, często pojawiają się słowa „trzeba nie mieć rozumu, żeby rzucić niezłą pensję” (na marginesie – na poziomie hydraulika pracującego dwa tygodnie w miesiącu) albo „nie jest tak źle, pracujemy tylko na 4 etatach, ale przecież mamy czas wyjechać na narty” itd. Większość specjalistów, nie rozwijając umiejętności pomnażania pieniędzy („zapędzenia własnych oszczędności do pracy na nas i zamiast nas”) o FIRE nawet nie pomyśli. A pisząc „większość” nie mam na myśli „50%+1” lecz raczej 95%. I nadal mogę zaniżyć ten odsetek. Główny nurt „prestiżowa praca od studiów aż po grób plus 15 lat ciężkiej nauki” trzyma się doskonale, a FIRE-owcy płyną w nim tylko jako boczne ożywcze źródło, dopływ n-tej kategorii. Nie miejmy złudzeń. Pewien wyjątek zauważam w IT, ale tylko z tego powodu, że znajomość matematyki praktycznej, informatycy stoi na wysokim poziomie. W końcu kto, jak nie oni, potrafi obliczyć mój ulubiony wzór na czas osiągnięcia FIRE, bazujący na logarytmach.

Podsumowując. Mental jest ważnym elementem FIRE, także w dobrze płatnych zawodach. A może przede wszystkim w nich.

6 komentarzy do “FIRE w dobrze płatnym zawodzie. Mental.”

  1. Przesadziłeś w drugą stronę.
    Stawki w Polsce 1200 zł /h dla lekarzy należą do ogromnej rzadkości.
    Jeżeli zarobek wynosi 360 k miesięcznie, to raczej właściciele średnich klinik, wzięci zabiegowcy z tytułami naukowymi, świetni ortodonci, modni chirurdzy plastyczni z Warszawy. Jakieś 1% społeczności lekarskiej.
    Pozdrowienia z turnieju tenisowego w Rzymie:-)

    1. Również serdecznie pozdrawiam, życząc miłych wrażeń. Mój mentor, sam zapalony tenisista, nigdy nie zaszczepił mi miłości do tego sportu, aczkolwiek patrząc na Jego doświadczenia, rozumiem emocje.
      Co do stawek lekarzy- jesteś w błędzie. Praktycznie i statystycznie. Widziałem raport GUS „„Zasoby kadrowe w wybranych zawodach medycznych na podstawie źródeł administracyjnych w 2024 r.” Lekarzy mieliśmy w 2024 r. ok. 166 tys. (prawo wykonywania zawodu). Z tego 91 tys. – specjaliści. Efekt – 54% ogółu lekarzy stanowią specjaliści pracujący z pacjentami. Do tej grupy się odnosiłem, może mało precyzyjnie, ale wiadomo – rezydent nie dostanie 1200 zł/h. 1% ze 166 tys. wynosi 1660, z 91 tys. tylko 910. Faktycznie uważasz, że tak mała liczba zarabia po 1200 zł/h? W samym Lublinie (mieście biednym), grupa wziętych zabiegowców, właścicieli średnich klinik to pewnie 150 osób. Do tego stawkę 300 zł za wizytę, w małej prywatnej przychodni (4 pacjentów/godzinę) albo powiatowym szpitalu dostanie kilka specjalności, stanowiących łącznie 20% całej grupy lekarzy (znowu dane GUS, specjalności te wymieniam niżej). Dlatego napisałem, że stawki 1200 zł/h nie należą do rzadkości (co oznacza, właśnie pewnie 5-10% specjalistów, a nie 1%).
      Chodzę prywatnie do niezłego kardiologa (żaden zabiegowiec, aczkolwiek świetny fachowiec), stawka lubelska 400 zł za wizytę trwającą 15 minut. Rachunek zrób sam. Proszono mnie kiedyś o pomoc przy budowie biznesplanu prywatnej przychodni psychiatrycznej. Plan – 5 pacjentów na godzinę (część zdalnie, świetna optymalizacja procesów) – każdy po 300 zł, 80% miał zabrać lekarz (nadal Lublin). Takich specjalności wymieniłbym pewnie kilka, podobnie zarabiają radiolodzy, oraz kontraktowcy w szpitalach powiatowych np. anestezjolodzy, kardiolodzy inwazyjni itd. Celowo pominąłem aferę z prorektorem lubelskiej uczelni, który osiągnął dochód 2 mln zł/rok od publicznego uniwersytetu, a w godzinach pracy dorabiał sobie na różnych fuchach. I tu dochodzimy do sedna. Taki psychiatra zarobi te 1200 zł/godzinę (brutto) dzięki całej kombinacji przyczyn: brakom publicznego systemu (niedofinansowanie), niewielkiej liczbie specjalistów, ogromnym potrzebom (zwłaszcza dzieci i młodzieży), wreszcie doskonałej organizacji prywatnej przychodni (większość wizyt: krótka ankieta, którą przeprowadza ktoś inny, dosłownie 5 ustandaryzowanych pytań samego lekarza, wypisanie leków, co robi się klikając „ponów”, a wreszcie eliminacja i zniechęcanie pacjentów „trudnych”, stąd 12 minut/wizytę wystarczy).
      Doliczmy do tego niezbyt uczciwą, ale wciąż zdarzającą się praktykę – teoretycznie odpracowanych godzin, a w rzeczywistości podwójnie płatnych (specjalista na dyżurze ma czas na załatwianie telemedycyny, lekarz-naukowiec pracuje jednocześnie w klinice, przychodni, a w teorii przygotowuje się do zajęć lub przyjmuje studentów). I wtedy stawki też szybują na takie poziomy, chociaż na papierze są znacznie niższe. Aczkolwiek, jak podkreślałem, przedstawiciele tego zawodu, podobnie jak innych z klasy średniej, co do zasady zarabiają 200-500 zł/h, lecz pracują po 250-300 godzin miesięcznie. I oto chodziło z mentalem. Nawet 250 h x 200 zł/h daje 50.000 zł. Przy małżeństwie – 100 tys. zł/m-c. Nie da się powiedzieć (a Stanley i Danko zjawisko opisali 30 lat temu), że rodzina 2+1, 2+2 nie jest w stanie przejść na FIRE w wieku 50 lat przy takich dochodach.
      I spoiler – przygotowuje właśnie cykl wpisów pod roboczym tytułem „Freedom 55”. Czy wiesz, ile trzeba zebrać, żeby dostać 25 tys. zł prywatnej emerytury na 10 lat przed zakończeniem okresu pracy (wypłacasz sobie sumę przez 10 lat, nie uzyskujesz odsetek wyższych niż inflacja)? 3 mln. Rachunek prosty. Gdyby para harujących lekarzy z pensją 2 x 50k/m-c odkładała 30%, da radę zebrać te 3 mln sumę przez nieco ponad 9 lat (30% z 100 tys. = 30 tys. Rocznie: 12 x 30 tys. = 360 tys. 3 mln/360 tys. = 8.33).

  2. Nadal będę się upierał, że 360 k pln miesięcznie i więcej zarabia garstka lekarzy. ( właśnie być może wspomniany 1%).
    Oczywiście dużo więcej niż 1% zarabia 1,2 k pln /h -ale w poście napisałeś wyraźnie o 360 k pln miesięcznie.Czyli 4,32 mln zł rocznie.

    1. Może faktycznie nie do końca jasno sformułowałem myśl, niby pierwsze zdanie mówiło o stawkach, ale w drugim faktycznie pojawiła się kwota 360k/m-c. Istotnie, ponad 4,32 mln rocznie zarabia ten 1%.
      Co zasadniczo nie zmienia konkluzji (nawet pracując 170 h/m-c przy stawce 1200 zł/h dostają 204k/m-c i ponad 2.4 mln/rok. Przejście w tej sytuacji na wczesne FIRE, a nawet fat FIRE (emerytura 30k/m-c) nie nastręcza żadnych problemów z obliczeniem. Zostają mentalne.

      1. Jeżeli podzielimy kwotę 2,4 mln zł/na rocznie na pół to będziemy blisko wyniku bardzo dobrego specjalisty.
        160 godzin w szpitalu x około 300 zł brutto ( kontrakt) plus realnie 3x gabinet w tygodniu x 4 h x1000 zł brutto /h ( po odliczeniu kosztów )= 96 000 zł/ miesięcznie brutto.
        Tak to wygląda w praktyce, realnie u pracującego prawie 250 h z dojazdami dobrego specjalisty ( jest to jednak zdecydowana wciąż mniejszość- może góra 10% wszystkich lekarzy).
        Oczywiście są wyjątki o których pisaliśmy wcześniej- czyli ten zakładany 1%.
        Zasadniczo- zdecydowanie zgadzam się, że 15 lat takiej pracy i oszczędzanie 50% tej kwoty pozwala przejść na Fat FIRE ( albo lansowana przeze mnie opcja- pracujesz ile chcesz, ale zdecydowanie poniżej 100 h miesięcznie).

        1. No i u lekarzy istnieje jeszcze jeden problem – wysokie zarobki zaczynają się dość późno. Dokładnie odwrotnie niż np. u sportowca.
          A co do liczb. Dzisiaj widziałem filmik z wystąpienia radnej powiatu, która rozlicza szpital, bo lekarz przepracował ponad prawie 5000 godzin w roku, w teorii 13 dziennie x 365 dni.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *