Marek swoim komentarzem do listopadowego wpisu, poruszył strunę, na której chciałbym zagrać. Otóż, zastanawiając się nad ciągiem do budowania coraz większych domów (problem nie tylko w Polsce) dla coraz mniejszych rodzin, przez chwilę popatrzyłem szerzej. Istnieje kilka spraw, które warto poprowadzić w swoim życiu inaczej, niż poprzednie pokolenia. Choćby ze względów finansowych.
Około 60-tki granicz przestrzeń mieszkalną i żyj na parterze.
Miłość do powierzchni – reakcja na ograniczenia PRL-u i niedostatek II RP. Budowano 2-3 piętrowe, 300-metrowe domy „bo dzieci zamieszkają z nami”. Nie zamieszkały. Nawet 4-pokoje, dla pary emerytów, to już za dużo. Do zapełnienia codziennym gwarem, i do utrzymania. Dla samotnego staruszka, wystarczą dwa pokoje. W sam raz. Niestety mój aktualny 5-pokojowy dom, na dwóch poziomach (plus trzeci piwniczny) już teraz okazuje się za duży dla rodziny 2+1. Nasza sypialnia stała się gabinetem (zbędnym). Sypialnia syna – pokojem gościnnym (spokojnie damy sobie radę bez takich ekstrawagancji). Dla trójki wystarcza salon (awaryjne miejsce noclegu) i 2 sypialnie. A znam ludzi, którzy w wieku 75 lat zostali z salonem, 8 sypialniami, 3 łazienkami, 2 kuchniami, jadalnią, a wszystko na 4 poziomach. Wreszcie ze świadomością, że jedynak mieszka za granicą i nigdy tu nie wróci. Stąd ograniczenie przestrzeni ma dwa wymiary. Ilościowy oraz kosztowy. W przypadku średniozamożnych emerytów, ten drugi okaże się nawet ważniejszy. Utrzymanie 250m2 domu, nie tylko okazuje się bez sensu (gdy korzystamy z 50m2), ale i pożera większość dochodu, zwłaszcza gdy kobieta w końcu zostanie sama (a żyjemy statystycznie 5 lat krócej od żon). Skoro moje rachunki za gaz to dzisiaj 8 tys. zł/rok/100m2, spróbuj pomnożyć je x 2-3, dodając: kogoś do sprzątania (już widzę 80-latkę myjącą 20 okien i 300m2 podłóg), Nie do wykonania. Stale w uszach mam słowa pani, od której kupiliśmy dom „Ja tutaj następnej zimy nie przeżyje”. Dlaczego? Samotna wdowa, po wyprowadzce dzieci miała tylko jedną emeryturę i 17 st. C w łazience, a pomimo tego rachunek w zimie na 2000 zł (dwa miesiące za gaz, 12 lat temu!!!). Dom nie był ocieplony.
Kolejny aspekt – kondygnacje. Dzisiaj do tzw. mainstreamu przedarło się pojęcie „więźniowe IV-go piętra” inaczej – ludzie starsi, przez różne dysfunkcje własnego ciała (niesprawności lub. wręcz niepełnosprawności), zamknięci w mieszkaniach. Jeszcze 10 lat temu nikt o tym nie mówił. A teraz problem nabrzmiał. Moje rodzinne mieszkanie znajdowało się na IV-tym pietrze bez windy i miałem okazję obserwować sąsiadów. Jeden – z V-go piętra nie wychodził latami, sąsiadka poszła wprost do DPS-u (deformacje stawów), reszta też cierpiała (wyprowadzka do dzieci).
Porządek z za dużym domem, mieszkaniem trudnym do opuszczenia (i powrotu), należy zrobić ok. 60-tki, gdy mamy jeszcze siły, energię i pomysł na zmiany. Nie przeciągać do 70-tki, bo wtedy stajemy się mniej elastyczni.
I tego poprzednie pokolenie nigdy nie powie, ponieważ samo trzymało się swoich miejsc. A rozsądek mówi – mała powierzchnia i parter.
Stali czytelnicy bloga mogą zarzucić mi pewną niekonsekwencję. W końcu zamierzam wyprowadzić się do dużego domu na wieś. No cóż, tutaj właśnie staram się dopasować go do starości. A zrobię to w sposób następujący – dzieląc dom na strefy odizolowane termicznie – letnią i zimową. Letnia zakłada miejsce dla wnuków i leżeć będzie na piętrze. Zimowa to salon, sypialnia, kuchnia, łazienka – 70m2 na paterze. Na stare lata górę odwiedzał będę sporadycznie. Można i tak.
Zaplanuj zakończenie pracy odpowiednio wcześnie i ustal, co będziesz robił. Wiecie z czym dzisiejsi 60-latkowie mają największy problem? Z całkowitym przejściem na emeryturę. Moje pokolenie, tzw. generacja zapierdolu, będzie wyglądało jeszcze gorzej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie: błędne priorytety w głowie i pieniądze. Wzajemnie się wzmacniają. Widzę pracujące 40-godzin w tygodniu, bez urlopu, zwolnienia 67-latki.
Mój szef został dosłownie wyrzucony na emeryturę po 70-tce. Nie mówię tu nawet o zawodach społecznie użytecznych (lekarz, pielęgniarka), bez których zawali się system lecz zwykłym biurze. Co tu się dzieje? Otóż nastąpiło przewartościowanie wielopokoleniowych doświadczeń. Kiedyś, zwłaszcza kobiety, odchodziły z pracy, aby zająć się wnukami, mężczyźni – by pełnić rolę seniora rodu. A teraz? No cóż, emerytom (i mówię to na podstawie rozmów z szefem), wydaje się że nadal trwa ich wiek średni. Wyrywają czas na wyjazd z wnukiem, a nie zajmują się nim na 100%. Ponieważ w mojej rodzinie (babcia, rodzice, teściowie), wyglądało to inaczej, patrzę na świat oczami sprzed dwóch pokoleń. I powiem Wam, to działało. Po 60-tce (najpóźniej!!!) zamknę biurko i stanę się dziadkiem. Takim prawdziwym dziadkiem z wierszyków recytowanych w przedszkolu. Nie dziadkiem-wariatem, lecz dziadkiem-przewodnikiem. Bo tak wygląda koło życia. Lepiej zrobić to wtedy, gdy jeszcze mamy siły pokazywać wnukom świat, i gdy są one wystarczająco małe, by chcieć nas słuchać. Nie każdy ma wnuki, nie każdy na miejscu, stąd pomysłów na starość może być wiele, ale to się nie zdarzy samo.
Taki styl życia wymaga odpowiedniego planowania. Zarówno w aspekcie czasowym (rzucenie pracy), jak i finansowym (by radzić sobie bez niej).
Zmień styl inwestowania. W końcu piszę bloga o zamożności, więc nie mogło zabraknąć opowieści o kasie. I tutaj także trzeba całkiem przebudować swoje portfolio. Zwiększamy udział obligacji SP i lokat – czyli papierów bezpiecznych. Dodajemy może złota. Redukujemy nieruchomości – rozdając, sprzedając, zamieniając na coś innego. Nie otwieramy nowych projektów. Takie podstawy. Starość nie lubi nagłych spadków, nerwów, stresów. Czyni nas mniej elastycznymi. Nawet wariaci wolą więcej spokoju. Stąd potrzeba całkowitej zmiany stylu.
Że sprzedażą dużego domu nie należy czekać np do 70-tki czy 80-tki bo okaże się że dużo stracimy. Będziemy postawieni pod ścianą, argumenty że nie stać nas na ogrzanie/remont będą dla kupującego karta przetargowa do ostrych negocjacji, a nam czas będzie uciekał. Czasem lepiej zrobić to 10 lat szybciej i tak jak piszesz skorzystać, w jeszcze dobrym zdrowiu, z wycieczek czy innych przyjemności. Z drugiej strony nie każdy będzie miał małe wnuki albo nie będzie chciał się nimi zajmować (znam też takich). Budżet że sprzedaży domu czy mieszkania można przeznaczyć na wyjazdy zagraniczne (w internecie jest masa przypadków osób które mieszkają w różnych zakątkach świata).
Inwestycje na „starość”? Kolega mówi że jeśli nie dorobisz się do pewnego wieku to już się nie dorobisz 😊
Pewnie masz rację, bo „zamożność” osiągnięta po 70-tce cieszy mniej. Niemniej jednak, biorąc pod uwagę jakość służby zdrowia oraz ceny prywatnej opieki, uważam wyjazd zagraniczny emeryta za spory problem. Nie mówiąc już o tym, że przetupanie jedynych oszczędności nie jest zbyt rozsądne, chociaż niewątpliwie kuszące.
Zerwanie międzypokoleniowych więzi – jedna z przyczyn dla których dzieci rodzi się mniej. Młodzi zdani na siebie, nie podejmą ryzyka rozmnażania się, albo poprzestaną na „państwowym” wskaźniku dzietności.
Znam paru emerytów i dla nich (starych drzew nie przesadza się) wyjazd na starość do innego kraju, byłby gigantycznym ryzykiem. Po prostu tego nie zrobią.
Zerwanie międzypokoleniowej wiezie? Ja uważam że wygoda jest jednym z elementów przez które rodzi się mniej dzieci. Nie oszukujemy się, młodzi nie garną się do wychowywania bąbelków (nie wszyscy oczywiście) bo mają wygodne życie. Wyjście ze znajomymi na imprezę, Netflix, tanie wyjazdy zagraniczne ale też stosunkowo niskie zarobki, żeby utrzymać rodzinę i nie rezygnować z przyjemności. Ciężko wyjść ze strefy komfortu, żeby zapiepszac po 12-16 godzin żeby się dorobić jakiegoś startu. Pisałeś o tym chyba kiedyś, że start np mieszkaniowy jest utrudniony min dlatego że często nasi rodzice spłacają jeszcze swoje hipoteki dlatego nawet jeśliby chcieli to nie pomogą swoim dzieciom. Nie wszyscy oczywiście bo znam wiele przypadków osób które dostały od rodziców mocny start i których stać na wiele, nawet na emeryturze. Ale ja mieszkam w Top10 najbogatszych gmin w Polsce więc mam może inna perspektywe.
Jak sam napisałeś – wygoda jest jednym z elementów. Dodałbym – i jednym z mniej ważnych. Co do bogactwa gmin. Ponownie nie sprawdza się twierdzenie „tym miastowym poprzewracało się w głowach”. Teraz dzieci nie rodzą się zarówno na biednym Podlasiu jak i w bogatej gminie pod Poznaniem. Poza Kaszubami (bogate) i Podhalem (na papierze biedne, ale faktury tam nie dostaniesz, więc rozumiesz).
Główną przyczyną i podtrzymuję to pozostaje zerwanie więzi międzypokoleniowej solidarności. Zaraz wyjaśnię, dlaczego. Drugą – masowe wyjazdy kobiet ze wsi i powstanie dwóch światów: Big Five z nadreprezentacją kobiet, wieś – z nadreprezentacją mężczyzn. Patrząc na liczby – 20-30 % nie ma szansy na dzieci, bo stała się „nadwyżką” w swoim miejscu zamieszkania. Trzecia przyczyna – epidemia bezpłodności. 20% par nie może mieć dzieci. W ten sposób, już i tak niewielka grupa 25-45 latków, traci w sumie 40% liczebności.
Ale wróćmy do braku międzypokoleniowej solidarności. Objawia się zerwaniem ciągłości w przekazywaniu majątku. Z różnych przyczyn. W wielkim mieście, może 10-20% kupi mieszkania dzieciom. A w mojej grupie wiekowej, robiło tak 50-80%. Decyduje biednienie klasy średniej, podwyżki cen, oraz inflacja stylu życia. Ale nie tylko o majątek tu idzie. Miałem kilkoro rówieśników, których wychowywały literalnie babcie-dziadkowie. Nie mówię tu o wakacjach „u babci na wsi” (dość popularne 35 lat temu), ani nawet o codziennej pomocy w opiece, ale o grupie, oddanej dziadkom na wychowanie – rodzice odwiedzali ich w weekendy.Nie do pomyślenia, po traumie pokolenia tzw. eurosierot. Dzisiaj, moi rówieśnicy, rodzice 25-35 latków, uważają za „zajmowanie się wnukami” dwugodzinną wizytę w weekend, albo jedno popołudnie w miesiącu. Ich dziadkowie, gdyby tak postawili sprawę, uznani zostaliby za skrajnych egoistów. I na koniec. Mamy epidemię (temat na wpis) zaburzeń lękowych, połączoną z idiotycznym babraniem się w psychice. Więc zamiast spędzać czas z wnukami, pięćdziesięciolatkowie, wydają kasę i marnują czas na terapię.