Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Pracujecie na etacie w biurze przez 40 godzin w tygodniu. Weekendy pozostają wolne. Zarabiacie średnią krajową (ok. 6200 zł netto). Ktoś składa Wam ofertę – w weekendy zarobicie dodatkowo 3200 zł netto (ok. 700 zł dniówki), pracując po 10 godzin. Bierzecie?
Dorobienie sobie, wydaje się najprostszym sposobem na poniesienie poziomu oszczędności. Do tej pory odkładaliście 10% pensji tj. 620 zł. Teraz, przyjmując propozycję wychodzicie na: 620+3200 zł =3820,00 zł. Nieźle. Wasze oszczędności rosną o 500%. Rocznie z ok. 7500 zł robi się nieco ponad 45.000 zł. Ogromna różnica.
Dokładanie tyle można oszczędzić, poświęcając np. sobotę na dorobienie. A na przestrzeni 10 lat z 75 tys. zł zrobi się 450 tys. zł. Świetnie. Najprostsze rozwiązania są najlepsze.
Obiekcje? Kto poświęci sobotę? No cóż, ja żyłem tak przez lata. Od 24 r.ż. do 49 urodzin pracowałem regularnie po 50-60 godzin w tygodniu (akurat niekoniecznie w sobotę). Kupiona za jednoroczną nadwyżkę roku 2003 nieruchomości została sprzedana, by kupić dzisiejsze mieszkanie mojego syna. Dobrze słyszycie – nie 10 lat a jeden rok. Spora zmiana.
Oczywiście. nie mogę Wam obiecać, że osiągnięcie takie stopy zwrotu, ale lepiej spróbować i zarobić nawet połowę mniej, niż nie spróbować i zostać z drobnym ułamkiem tego, co można było uzyskać.
Jeżeli dodatkowe dochody sensownie zainwestujemy, a nawet tylko odłożymy to ma to sens oczywiście.
Jeżeli wydamy na przyjemności- podróże, auto- co tam kto jeszcze lubi- też ma to sens.
Jeżeli włożymy to np. w wielką imprezę weselną, lub ” markowe ” ubrania… to moim zdaniem NIE.
Nie do końca się z Tobą zgodzę (do czego pewnie zdążyłeś przywyknąć). Inwestycja, oszczędności – zgoda, podobnie impreza weselna ubrania.
Natomiast kontrowersję budzą podróże czy auto. Dorabiać na takie wydatki? Toż to oczywista inflacja stylu życia i tracenie energii życiowej na rzeczy niekonieczne (zwłaszcza auto). Tutaj muszę zrobić drobną uwagę. Nie mamy lat mniej, lecz coraz więcej. Nasze możliwości dorabiania są ograniczone i wpływają na zdrowie. Młodym radzę – dorabiajcie rozsądnie i na inwestycje. Nie przetupujcie tej kasy (w rzeczywistości godzin na nią poświęconych), bo to nie jest bank, z którego da się czerpać wiecznie i bezkarnie. Dwa spostrzeżenia z ostatniego tygodnia.
Przychodzi klient, mój równolatek, były wyczynowy sportowiec, kiedyś spore dochody. Dzisiaj nie dorabia zupełnie nic, zwyczajnie nie daje rady. Po 8h pracy za biurkiem, musi położyć się na 0,5 godziny (drzemka, kręgosłup). Potem znowu obciąża kręgosłup (siada w auto, wozi na zajęcia dodatkowe). I tak w koło.
I ja sam. Z uwagi na wzięte na siebie zobowiązania osobiste (remont mieszkania syna, pomoc siostrzenicy, próba rozpędzenia bloga) i zawodowe (praca + natłok roboty w firmie) wczoraj w biurze byłem 8h na obrotach, potem pół godziny w domu i powrót z firmy o 20.30. Dzisiaj organizm sam podniósł mnie po 4h snu o 1.30, bo miałem do zrobienia ważną i terminową analizę, na którą zwyczajnie nie miałbym czasu w ciągu dnia (znowu 8h praca, pierwsze spotkanie zaraz potem, kolejny teams w sprawie bloga o 18). Trwa to tak od 9 marca i potrwa pewnie do lata (koniec remontu). Skutki? Po 3 tygodniach puls w trakcie snu skacze, budzę się z myślą „żeby zdążyć”, potem drzemię po 10-20 minut w przerwach. Dokładanie sobie w nieskończoność ma swój koszt.
Historia numer trzy – klientka z wczoraj. 35-latka, dwójka dzieci. W pracy poczuła się żle: ból głowy, osłabienie, w końcu nie była w stanie mówić. Szefowa kazała zostać aż skończy zadanie, co trwało godzinę. Diagnoza po dowleczeniu się na SOR? Udar, sporo szczęścia, że żyje, pół roku zwolnienia i problemy na zawsze. Kiedy niosła wypowiedzenie, koleżanka zza biurka skomentowała „specjalnie wykorzystałaś firmę i ZUS do końca szóstego miesiąca”. To się dzieje naprawdę. Nie w kosmosie, w budżetówce. Żaden smamochód, żadna podróż nie wydaje się być warta utraty zdrowia. Dla dzieci jeszcze można się poświęcić, kalkulować spokojną emeryturę po 50-tce (z zakładem „przemęczę się i dożyję”). Ale nie dla auta. Z tym się nie zgodzę.
A gdzieś jest napisane, że biorący dodatkową pracę to 50/60 latek..?
Jeżeli jednym z marzeń 25 latka jest samochód, to nie widzę powodu dlaczego na to marzenie nie pracować przez jakiś czas.
Natomiast w wieku 50 lat wypruwać sobie żyły, i ryzykować chorobą żeby dzieci dostały wszystko ( czyli mieszkanie i wykształcenie)- to jest słabsze.
Pomagając w wykształceniu to jest bardzo dużo.
Stać nas na kupno mieszkania dla dziecka bez zapieprzania na stare lata- super. Zapieprzać, żeby kupić- nie.
Dla wielu 25-latków samochód równa się konieczność. Mamy do czynienia z potrzebą (czasami podstawową – dojechać na studia, czasami wyższą – samodzielność) i jej zaspokojeniem. Czym innym jest marzenie o konkretnym, zwykle drogim samochodzie. Trafiamy na pole z zachciankami. I teraz, jeżeli tego 25/30 latka na to stać (syn kumpla, świetna praca, marzył i kupił 3-letniego A-klasse AMG), można się zastanawiać, czy potrzebne akurat 380 KM, ale nie dzieje się nic złego. Weźmie 3 dodatkowe godziny w miesiącu na ratę, bo zarabia 1000 zł/h. Zupełnie inaczej wygląda sytuacja znacznie bardzie typowa (ilu 30-latków dostaje 1k/h?), o której wielokrotnie opowiadał mi drugi kumpel – rzeczoznawca samochodowy. 25-latek idzie do pierwszej pracy za 5k, po 2 latach za nadgodziny (zebrał 50k) kupuje sobie 10-letnie BMW 750. Marzenie. I miesiąc po zakupie pada silnik (wyjątkowo niefartowny akurat). Młody próbuje sądzić się ze sprzedawcą, sprawa trwa 5 lat. Trzeba dodatkowej kasy. Marzenie zmienia się w koszmar.
Wreszcie, zwróciłeś istotną uwagę na różnicę: dodatkowa praca i wypruwanie sobie żył. Otóż do 10 godzin tygodniowo nazwałbym dodatkową pracą, ale już 20 h albo i 40 h, odbije się czkawką, może nie od razu, ale po 40-tce. Problem 30-latka, polega na tym, że zwykle tego nie wie (ponieważ nie pada natychmiast), a jego stawki bywają niskie. Stąd nie pracuje dodatkowo 10 h (trudno 250 zł/tydzień uzbierać na sensowne auto), ale właśnie te 20h. I dokładnie jak pięćdziesięciolatek zarzyna się, ryzykuje chorobą. Dodatkowo dla dobra, które za 5 lat będzie o połowę tańsze. Podtrzymuję swoje zdanie.
O sporze mieszkanie czy wykształcenie dla dzieci, mam gotowy wpis. Postaram się go wyłowić z zakładki „szkice” i przyspieszyć. Wniosek mogę opublikować już dziś – inwestowanie w wykształcenie dziecka ma sens, jeśli istnieje szansa na zwrot. W przeciwnym wypadku – kupować mieszkania. My, klasa średnia, pompujemy etos wyksztacenia, zapominając, że nie zawsze (a nawet rzadko) pokrywa się z mądrością i zamożnością. Drugi wpis będzie dotyczył dylematu „Ile robić dla dzieci?” i też finał – dzieci to bardzo dobry cel, dla którego warto się poświęcać. Ale nie zawsze i do pewnych granic.
Czekam na wpis o mieszkanie lub(albo?) wykształcenie.
Jeżeli wykształcenie to ma być socjologia dla przykładu, to w mojej opinii też wygra mieszkanie.
Co do auta w przykładzie: Jeżeli dobrze zrozumiałem, ten młody zarabia 1000 zł za godzinę pracy. To jaka to fanaberia kupić 3 letnią A klasę AMG ( 421 KM) za około 220-250 tysięcy złotych..? To raczej przy tych zarobkach to bardzo rozsądny i oszczędny chłopak. Wręcz rekordowo oszczędny- bo mało znam osób, które jeżdzą autami za tylko 1,5 miesięcznej pensji.
Praca ma trochę inny charakter – pilot VIP na kontrakcie b2b. Nie pracuje 170h, lecz mniej, pewnie 50-60h. Auta nie kupił za gotówkę lecz wziął w leasing, na kredyt ma też mieszkanie.
Przedkładanie przedmiotów materialnych nad własne zdrowie to pułapka, z której trudno wyjść. Samochód traci na wartości z każdym dniem, najpierw szybciej z upływem czasu wolniej natomiast zdrowie to jedyny kapitał, którego nie da się łatwo odrobić po latach zaniedbań.
W mojej ocenie kalkulacja „dożyję do 50-tki” w odniesieniu do Twojego wpisu oraz odpowiedzi udzielonej Bartkowi jest głęboko ryzykowna – przewlekły stres i przemęczenie wystawiają rachunek właśnie wtedy, gdy teoretycznie nadchodzi czas na odpoczynek. Przypomnij sobie wpis jaki popełniłeś kilka tygodni temu opisując znajomych, którzy nie dotrwali do emerytury.
Poświęcenie dla dzieci ma sens, ale one z reguły bardziej cieszyłyby się że sprawnego rodzica, który mógłby w przyszłości być też np. sprawnym dziadkiem dla wnuków a tylko wiecznym pacjentem w kolejce do lekarza czy też zarysem w pamięci. Jeżeli dodatkowa praca jest przyjemnością to nie mam nic przeciwko temu. Jeżeli jest powodem stresu, patrząc na doświadczenia swoje i kilku znajomych, nigdy więcej. Co do budżetowki, tak zgadzam się z tym co napisałeś. Jak trafisz w siedlisko życiowych miernot, którym z różnych powodów, często przez protekcję, udało się objąć jakieś stanowiska potrafią wycisnąć cię jak gąbkę, prawie do końca. Taka jest niestety smutna prawda.