Granica pomiędzy klasą średnią, a średnią wyższą. Czy już ją przekroczyliśmy?

W jednym z komentarzy postawiono tezę, że należę do klasy wyższej średniej. Trochę się zdziwiłem, ale postanowiłem pogrzebać w danych socjoekonomicznych. I do czego doszedłem?

Kryteria ekonomiczne.

Że jestem w klasie średniej wyższej i nie jestem. Jeżeli brać pod uwagę tylko moje zarobki, oczywiście mam swoje miejsce w tej grupie. Zarabiam bowiem pomiędzy 150% mediany a 200% dochodów w Polsce (wynosi ona ok. 7200 zł, więc granica to 10.800-14.400 zł).

Jeżeli weźmiemy pod uwagę zarobki małżonków podzielone na dwa, znajduję się poniżej granicy klasy średniej wyższej, bo moja żona zarabia słabo.

Natomiast, gdyby przyjąć kryterium OECD czyli dochód na członka rodziny w tej wysokości, także wypadam z gry. Utrzymuję bowiem dwóch synów, studenta we Wrocławiu i czternastolatka. A wzór na klasę średnią wyższą wygląda tak:

dochód gospodarstwa domowego/ √liczby członków >od 150% mediany dochodów

W moim przypadku, pierwiastek kwadratowy z 4 czyli dwa.

I znowu wychodzę poniżej granicy klasy wyższej średniej.

Kryteria majątkowe

Majątek netto – posiadanie znacznych oszczędności, nieruchomości wolnych od kredytów hipotecznych oraz portfela inwestycyjnego.

I tu oczywiście się mieszczę. Nie mam kredytu, za to spore oszczędności plus inwestycje w różnych aktywach.

Kryteria socjologiczne.

Pierwsze – zajmowane stanowisko. Jako specjalista, mieszczę się w klasie wyższej. Ale moja żona – już nie, bo ekspertem nie jest.

Drugie – styl życia. I tutaj w zasadzie odpadam. Prywatna edukacja nigdy nie była moim konikiem. Częsty wypoczynek zagraniczny (więcej niż raz w roku), też mnie nie dotyczy. Uczestnictwo w kulturze wysokiej – tak. Posiadanie pakietów medycznych – nie.

Wnioski. Jestem jak kot Schrödingera zarówno w klasie średniej wyższej, jak i poza nią. Osobiście, czuje się związany z klasą średnią, przede wszystkim stylem życia. Poza zamiłowaniem do muzyki fortepianowej kompletnie brak mi składników przynależności do klasy wyższej średniej. Podobnie z dochodami – jako rodzina nie przynależymy do poziomu ekspertów, od kiedy porzuciłem drugi etat. Z kolei majątek sytuuje nas zdecydowanie powyżej „zwykłej klasy średniej” – nie mamy żadnych kredytów, za to aktywa finansowe i nieruchomości.

Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.

Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. Nawet w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale nawet po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, nawet drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, że historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i nadal stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Warszawa kontra średnie miasto. Specjalista.

Zanim napisałem ten tekst, sprawdziłem dane. Otóż, pracownik na moim stanowisku, może, pracując w średnim mieście dostać ok. 6 tys. zł netto na umowie o pracę, przy wykonywaniu obowiązków 3 dni/tydzień. Ja zarabiam jeszcze 30% więcej, ale to efekt dodatkowych uprawnień. Bierzmy za punkt odniesienia te 6 tys. zł netto.

W podobnym układzie w Warszawie proponowano 12 tys. zł + VAT. Co to oznacza w praktyce? Może Warszawa lepsza?

12 tys. zł + VAT należy pomniejszyć o koszty prowadzenia działalności gospodarczej (350 zł księgowa, 400 zł program specjalistyczny). Zostaje 11.250 zł. I od tego liczymy ZUS, składkę zdrowotną i podatki.

  • ZUS = 1646 zł (minimalna),
  • zdrowotna 9% = 1013 zł,
  • podatek dochodowy (zasady ogólne) – 1050 zł.

Zostanie nam ok. 8140 zł (11.250 zł -3110 zł). Sporo więcej niż w moim mieście. Może zatem przyjąć taką ofertę pracy? Jeśli zdecydujemy się, pozostają nam dwa wyjścia:

  1. Przeprowadzka do Warszawy,
  2. Dojazd.

Przeprowadzka do Warszawy, sprowadza się do cen nieruchomości wyższych o 50% (średnio). Czyli 50% większego kredytu. Przy obecnym przeliczniku +2800 zł. Średnio. A zarobiliśmy 2140 zł więcej. Bez sensu.

Inna opcja – dojazd. Najtaniej koleją. 80 zł/dzień x 12 dni = 960 zł. Ok. 1180 zł na plusie. Nie do końca. Te 1180 zł obciążone zostały ok. 3 godzinami bezpłatnych dojazdów/dzień (36 godzinami/m-c) oraz zwiększonymi wydatkami. Wychodząc z domu o 5, a wracając o 18, nie da się nie wstąpić na gorący posiłek. W Warszawie – 40 zł/szt x 12 = 480 zł. I już zysk spada do 700 zł/m-c przy 36 godzinach darmowego dojazdu. Nie warto.

Czy da się taniej? Oczywiście, tylko koszt będzie spory. Po pierwsze – obniżyć trochę ZUS, albo pracując na etacie w pozostałe 2 dni, albo małym ZUS-em. Potencjalny zysk – jeszcze 1646 zł. Razem 2346 zł/m-c przy dojeździe i ledwie 1000 zł/m-c przy przeprowadzce. Kompletny bezsens.

Małe/ średnie miasto kontra metropolia. Co bardziej opłacalne? Czy warto wyjechać?

Młodzi ludzie na całym świecie głosują nogami. Opuszczają wioski, małe i średnie miasta, jadąc do metropolii. Zjawisko znane opisał je m.in. Filip Springer w „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” oraz Marek Szymaniak w „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Obaj starają się wskazać przyczyny:

  • niskie pensje i mało pracy,
  • niewiele nowych mieszkań,
  • układy, układziki,
  • marazm i brak oferty kulturalno-rozrywkowej.

Ale ponieważ obaj autorzy są humanistami, popatrzmy na sprawę z innej strony.

Mieszkanie na Gajowicach we Wrocławiu (w miarę blisko centrum) , w stanie do remontu, 3 pokoje – 67 m2 kosztuje minimum 670 tys. zł.

68 m2 w kamienicy w Ostrowie Wielkopolskim (miasto 70 tys. mieszkańców) – 190 tys. zł. Także do remontu (nawet poważniejszego). Koszty utrzymania mogą okazać się podobne jeśli pogodzimy się z ogrzewaniem gazowym.

Jeszcze raz zestawmy. 10 tys. zł/m2 przeciwko niecałym 3000 zł/m2. A w wartościach bezwzględnych? 670 k zł vs. 190 k zł. W racie kredytu (wkład własny 100 tys. zł) – 4200 zł vs 700 zł. Czy faktycznie pensje w Ostrowie Wielkopolskim są aż tak złe, żeby móc plunąć na 3500 zł różnicy w racie?

Nie. W grudniu różnica mediany wynosiła ok. 1650 zł brutto (8621 zł m.Wrocław i 6367 zł powiat ostrowski) . A gdyby brać pod uwagę same miasta pewnie ok. 1100 zł brutto (widać różnicę pomiędzy m.Kalisz a powiatem kaliskim – na poziomie ok. 600 zł brutto), a więc ok. 800 zł netto.

Jeżeli nałożymy te dane – mediana +1600 zł/rodzinę, kontra 3500 zł raty, wybór ekonomiczny wydaje się prosty. Za „zbywające” 1900 zł damy radę:

  • sporo zaoszczędzić (co po 20-30 latach zrobi ogromną różnicę),
  • wyjechać raz w miesiącu na wydarzenie kulturalne do Poznania, Warszawy, Wrocławia, czy Łodzi,
  • pójść raz w tygodniu do knajpki (w Ostrowie Wlkp. będzie też taniej).

I powiedzmy sobie szczerze, to miasto nie jest żadną „zabitą dechami dziurą”. Liczy prawie 70 tys. mieszkańców Nie porównujmy go nawet ze Strzegomiem (15 tys.), ani Grójcem (niecałe 17 tys. ). Dysponuje szpitalem, wieloma instytucjami kultury, oraz takimi wydarzeniami jak festiwal filmowy, siedmioma liceami ogólnokształcącymi a nawet (kiepską) uczelnią. Działa w nim dworzec kolejowy, 23 linie autobusowe.

Kiedy spojrzymy na porównanie z Warszawą – słabo, ale nie beznadziejnie. Natomiast ekonomicznie (dostępnością) mniejsze miasto wygrywa.

Teraz sięgnijmy do tytułowego pytania: Czy warto wyjechać? No cóż. Zależy. Finansowo – tylko jeśli masz świetny zawód i chcesz pracować nad miarę. Średniakom – zupełnie się nie kalkuluje. A osobom na minimalnej – tym bardziej. Zwłaszcza, że wyjechać/zostać nie zawiera w sobie więzi rodzinnych, pomocy starszego pokolenia jak i późniejszej opieki. Znam takich, którzy wrócili do miasta powiatowego i po kilkunastu latach nie żałują. Zarabiają może 30% mniej niż w stolicy, ale żyją spokojniej, a co najważniejsze bardziej komfortowo. Za mieszkanie 53 m2 kwadratowe mają 150 m2 domu i… jeszcze, po dzisiejszych cenach, zostałoby im 300.000 zł. Wynik? Stratę pensji jednej osoby równoważy stopa zwrotu obligacji skarbowych (1500 zł/m-c), drugą – koszty opieki nad dziećmi.

Częściową odpowiedź daje też, przywoływana na wstępie książka Marka Szymaniaka. Wśród bohaterów jego reportaży Warszawa przegrała z Piszem, Kętrzynem, Sanokiem itp.

Co mogę dodać od siebie? Zostając na miejscu, nie liczmy na nowe bloki. Znajdziemy je głównie w satelitach-sypialniach stolicy: Garwolinie, Grójcu czy Ożarowie. W Ostrowcu Wielkopolskim stanowią śladową część oferty i są znacznie droższe (chociaż 4 pokoje nowe, wykończone pod klucz za 6500 zł/m2 nadal kosztuje 1/3 ceny analogicznego mieszkania we Wrocławiu). W Sanoku takich mieszkań nie ma wcale. Podobnie w Piszu.

Istnieją jeszcze inne małe miasta – kurorty. Stamtąd ludzie też uciekają, ponieważ rynek zdominowały drugie lokale (wakacyjne) i pod wynajem. W Giżycku mamy ofertę apartamentów za 10-27 tys. zł/m2 oraz sąsiadujące bloki za 5 tys. zł/m2. Oferta tych drugich pozostaje uboższa. Nie ma pracy (poza turystyką), a nie każdy chce być kelnerką, recepcjonistką, kucharzem. I dochodzi do ucieczki. Czasem tylko w okolice Warszawy (nowe mieszkania w Ząbkach za 10 tys. zł/m2 konkurują z lokalizacjami miejskimi – 17 tys. zł/m2).

Ale statystycznie? Jak napisałem na wstępie, młodzi wyjeżdżają z małych i średnich miast. To trend ogólnoeuropejski. Część dla kariery, część dla oferty kulturalnej, część by nie czuć się gorszym. I ten ostatni element, zostawiam sobie na inną opowieść.

Klęska klasy średniej? O kapitale, neoliberalizmie i pracy.

Czasopisma skierowane programowo do klasy średniej zalewa ostatnio taka narracja: klasa średnia umiera, wygrywa kapitał, neoliberalizm się skompromitował, a o dobrą pracę coraz trudniej. Otóż ktoś, kto faktycznie nie wychyla nosa z bańki taki obraz może stać się dominującym. Ale czy pozostaje w zgodzie z rzeczywistością?

Moim zdaniem – częściowo. Zacznijmy od tezy o śmierci klasy średniej. Obserwacja USA, w których prezydentem został oligarcha, otoczył się innymi oligarchami, profesorów Harvardu nazywa głupkami, a jego doradcy publicznie obdarzają się epitetami „głupi jak worek cegieł”, faktycznie prowadzi do niepokojących wniosków. Trump dokonuje swoimi ruchami spektakularnej transformacji całego systemu socjo-ekonomicznego i jest to zmiana w złym kierunku. W efekcie pieniądz i wartość transferowane są od średniaków i biednych do bogatych. I nie mówimy tu o zamożnych (oni akurat przynależą do klasy średniej, a precyzyjnie do podklasy wyższej średniej) lecz o prawdziwych bogaczach, których majątek liczy się już w setkach miliardów dolarów. Jednocześnie „średniaków” pracujących dla rządu, w korporacjach itp. z dnia na dzień pozbawia się pracy, bez której nie mogą istnieć, j tych okruchów kapitału emerytalnego, zgromadzonych latami pracy. A przede wszystkim odziera się ich z szacunku. Zawsze obciążona wielkimi nierównościami społecznymi (współczynnik Giniego na poziomie krajów trzeciego świata) Ameryka staje się jeszcze bardziej spolaryzowana.

Ale my na szczęście żyjemy w Europie. Tutaj wprawdzie skrajne ideologie, co najlepiej widać w Niemczech, śmiało podnoszą głowę, ale nie zyskały jeszcze władzy. Ani oparta na pełnym neoliberalizmie gospodarczym i radykalnie konserwatywa obyczajowo Konfederacja, ani AfD, ani ich lewicowe lustra (w Polsce – Razem) nie próbują jeszcze przejąć władzy. W przypadku skrajnej prawicy stoją jednak u bram (15-20% poparcia w wyborach). Przypomnijmy, w społeczeństwie demokratycznym wystarczy nieco ponad 30% głosów, by rządzić (PO, PiS, NSDAP w 1933 r.). A skrajności zmierzają do wyeliminowania klasy średniej. Nie oszukujmy się jednak w PiSie, jak i PO również istnieją frakcje chętne do powtórzenia ruchu Trumpa – zwiększenia przewagi bogaczy nad średniakami.

Siły te, przynajmniej w Polsce, szczęśliwie nie działają konsekwentnie. W kraju, w którym pielęgniarka zaczęła zarabiać 15 tys. zł, a lekarz czasem nawet kilkaset tysięcy, gdzie nauczyciel dostaje pensję powyżej średniej krajowej, a glazurnik bierze do ręki 15 tys. zł za 2 tygodnie roboty nie możemy mówić o dramacie. Z drugiej strony, zwraca się uwagę na trudną sytuację młodych, pełzającą prywatyzację ochrony zdrowia, z czym wiążą się koszty dla jednych i pensje dla drugich (dentysta, który ma klientów z łatwością zarobi 600 zł za godzinę, a pozostali, w tym emeryci no cóż – muszą tę stawkę zapłacić albo przerzucić się na dietę półpłynną), dramat na rynku mieszkaniowym.

Temtu ostatniemu chciałbym poświęcić odrobinę uwagi. Wszystkie media i większość kandydatów w debatach zauważa problem winy upatrując raz w socjaliźmie a kiedy indziej w neoliberalizmie. Ale szukajmy prawdy. Otóż – średnia cena m2 w Warszawie przekroczyła 16.5 tys. zł/m2, podczas gdy średnia pensja wynosi ok. 11 tys. zł brutto. Czyli na 1 m2 przeciętny warszawiak pracuje 2 miesiące, jeżeli ma szczęście być nisko opodatkowany (13% ZUS, 9% NFZ, 12% podatek dochodowy). Ale znowu – nie mamy tak wszędzie. W „interiorze” – świecie w który powoli się przenoszę, mały dom do remontu kosztuje 150 tys. zł., co daje 2.5 tys. zł/m2. Nawet zarabiający minimalną (ok. 3.5 tys. zł/m-c netto) pracuje na metrowy kawałek podłogi przez nieco ponad 20 dni. W Warszawie przypomnijmy – 60 dni. A jak bywało? Przed boomem roku 2007 w stolicy dało się kupić m2 za 3 tys. zł, tyle że przeciętna pensja wynosiła wtedy 1,7 tys. zł netto/m-c. Nadal lepiej niż dziś, ale niewiele. Czego to dowodzi? Otóż nastąpiło charakterystyczne dla współczesnego świata rozwarstwienie cen, za którym nie nadąża wzrost dochodów. M2 mieszkania w Warszawie jest 6,5 razy droższy niż domu na głębokiej prowincji (choćby leżała 100 km od stolicy). Jednocześnie średnie pensje nie pozostają w takim stosunku (w istocie są 2 razy wyższe). Stąd, dzięki warszawocentryzmowi opiniotwóryczych gazet sytuacja wydaje się tragiczna. Jeżeli dziennikarz w prasie stołecznej zarabia średnią krajową b2b, czyli faktycznie 6 tys. zł netto i jest singlem, nie może marzyć o własnym dwupokojowym gniazdku w tym mieście. Rata z opłatami przekroczy 2/3 jego pensji. Ba, na wynajem również mu nie starczy (3500 zł + 1500 zł opłat). Narasta frustracja, a z nim produkcja alarmistycznych tez. Wyjście – zarabiać w Warszawie, wydawać na Podlasiu lub w Lubuskiem ew. na Opolszczyźnie.

Kosztami kredytów (ok. 800 zł raty za każde pożyczone 100 tys. zł, daje w przypadku wielkich miast 4000-10.000 zł za lokal dwupokojowy) kończymy temat klasy średniej, przechodząc płynnie do kapitału i neoliberalizmu. Wolny rynek w mieszkalnictwie i bankowości, z zanikiem funkcji społecznych (spółdzielnie, lokale komunalne) doprowadził do zwiększenia, zwłaszcza w większych ośrodkach niedostępności czterech kątów. Stąd popularność haseł „mieszkanie prawem, nie towarem”, podatku katastralnego itp. Natomiast, powiedzmy sobie szczerze – w pięciu wielkich ośrodkach (Warszawa, Trójmiasto, Kraków, Wrocław, Poznań) i ich najbliższej okolicy mieszka może 15% ludności Polski, może trochę więcej. I cały kraj nie kończy się na nich. Tymczasem w takiej Opolszczyźnie (godzina jazdy pociągiem do Wrocławia) nadal da się znaleźć domy do remontu za 150 tys. zł. Ba, w samej stolicy województwa (z pensjami prawie wrocławskimi), widywałem 2-pokojowe mieszkania za 300 tys. zł (we Wrocławiu średnio o 50% więcej). A Opole to miasto piękne i idealne do mieszkania, nie za duże, nie za małe – dobrze skomunikowane – rzekłbym w sam raz. I teraz wracamy do tematu kapitału. Otóż w Warszawie jest potrzebny, a nawet w obrębie jednej klasy wywołuje wielkie różnice. Wyobraźmy sobie dwóch modelowych „średniaków” – z pensją 8 tys. zł netto (średnia warszawska). Jeden płaci za wynajem 3.5 tys. zł (albo ratę 4,5 tys. zł). Drugi dysponuje mieszkaniem „po dziadku”. Pierwszemu zostaje na życie i oszczędności 3.5 tys. zł (kredyt) lub 4.5 tys. zł (wynajem). Drugiemu ok. 2 razy więcej (całe 8 tys. zł). Pensja daje mu zdolność kredytową na poziomie pozwalającym na zakup kolejnego mieszkania na wynajem i dopłacanie powyżej czynszu jeszcze ok. 1,5 tys. zł. Po tej operacji nadal dysponuje na wydatki sumą 6.5 tys. zł wobec 3.5 tys. zł „gołego” kredytobiorcy i 4,5 tys. zł najemcy. A gdyby odziedziczył (znam takie przypadki) – dwa mieszkania w stolicy. Bierze kredyt na trzecie i ma:

-własne lokum za 0 zł,

-pensję 8 tys. zł,

– zysk z najmu drugiego mieszkania 3 tys. zł (podatki!),

-stratę na trzecim 1,5 tys. zł (rata 4.5 tys.zł, koszty i podatek 500 zł, przychód z czynszu 3.5 tys. zł).

Razem jest na plusie 11.5 tys. zł. Najemca ma 4.5 tys. zł, a kredytobiorca 3.5 tys. zł. Przypominam – każdy dostaje taką samą pensję. Tak umiera neoliberalizm, zgodnie z którym „każdy ma równe szanse”, „każdy jest kowalem swego losu” itp. itd.

Majątek netto najemcy wynosi 0 zł (nie ma też długów), kredytobiorcy (150 tys. zł = 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu), właściciela dwóch lokali (900 tys. zł), a trzech (1,65 mln= 3 x 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu) . Zawsze podaję ten przykład własnym synom, ponieważ pokazuje pozorność równych szans.

Poza Warszawą te różnice okażą się nieco inne (niższe czynsze, raty, ale i pensje), jedynie na wsiach przestaną mieć takie znaczenie (dom za 150 tys. zł da się kupić na wiele sposobów, finansując gotówką).

Czyli teza o kapitale, a nie pracy jako źródle bogactwa zaczyna wygrywać. Bartek w jednym z komentarzy postawił ją tak: … Nie jestem tak radykalny w swoich sądach. Dlaczego? Otóż, jak wielokrotnie powtarzałem, aby osiągnąć zamożność potrzebny jest dochód na poziomie 120% średniej na osobę dorosłą (czyli 240% przy parze), o ile skorelujemy go z niewysokim poziomem wydatków.

Oznacza to ok. 20 tys. zł na trzy-, cztero- osobową rodzinę w Warszawie i ok. 15 tys. zł przeciętnie w Polsce. Tacy „średniacy” nie zamieszkają z pewnością (o ile nie odziedziczyli lub nie dostali mieszkania) w Śródmieściu, na Saskiej Kępie czy Żoliborzu. Będzie to raczej Białołęka, od której jednak wolałbym Mory (w najbliższym czasie „jedyna wieś ze stacją metra” czy powiatowe Siedlce (podobny czas dojazdu do centrum).

Dwukrotność średniej krajowej/osobę (w Polsce – 24 tys. zł netto na rodzinę) wydaje mi się przesadzonym miernikiem dolnej granicy drogi do zamożności. Napiszę więcej – w obecnych warunkach, w dużym mieście, moja rodzina nie spełniłaby tego warunku, a żona pracuje, ja też plus prowadzę dg. Kwestia optyki. Z Bartkiem zawsze przestawialiśmy inny pogląd na tzw. poziom życia, jeżeli chcemy korzystać z życia we współczesnym rozumieniu, faktyczne te 4 średnie na rodzinę wydają się konieczne. My z żoną nadal umiemy żyć (i utrzymać jednego syna „przy sobie”, a drugiego na studiach we Wrocławiu) za nieco ponad 2 średnie krajowe netto. Ktoś, komu pieniądze przychodzą łatwiej, może wydać więcej i utrzymać wyższy poziom wydatków, ja wolę się poobijać.

W ten sposób płynnie przechodzimy do pracy. Cóż, ta jest w Polsce najwyżej opodatkowana. W przedziale 10 tys. zł-20 tys. zł/os/m-c brutto mówimy o 13% składki ZUS, 9% NFZ i jeszcze 32% podatku, czyli w sumie ok. 50%. Na poziomie minimalnej krajowej jest to 13% ZUS, 9% NFZ i 4% podatku. A przedsiębiorca w spółce kapitałowej? 9% CIT (mały podatnik) + ew. 19 % od dywidendy (jeśli ją bierzemy). Razem – na poziomie pensji minimalnej. Znowu – średniak dostaje w skórę. Praca jest wyżej opodatkowana niż kapitał. Rentier – 19%, żyjący z nieruchomości 8,5-12,5%. Znacznie mniej niż biedak i pracujący.

I na tym polega klęska klasy średniej.

Dieta pudełkowa. Najbardziej absurdalny absurd.

Kilka lat temu w szkole sportowej syna przetoczyła się moda na dietę pudełkową. Właśnie wtedy przekonywałem młodego o bezsensie takiego rozwiązania. Teraz powstał z tego wpis (nie ukrywam, pod wpływem artykułu w Newsweeku).

Zacznijmy od pojęcia. Dieta pudełkowa wygląda tak – codziennie rano firma cateringowa przywozi ci w tekturowych lub plastikowych opakowaniach (stąd nazwa), posiłki na cały dzień. Najczęściej 4-5, od śniadania, przez II śniadanie, obiad i kolację (czasem podwieczorek). Ustalamy tylko liczbę kalorii (zwykle 1500-3000) oraz dietę, spełniającą specjalne potrzeby (keto, bezglutenowa, vege, anty-cukrzycowa itp.). Firma wybiera menu (czasem możemy sobie ustalić, że mamy wybór z 2-3 dań).

Skoro już wiemy, z czym, nomen-omen, ją zjeść, przejdźmy do wad i zalet diety pudełkowej. Plus widzę jeden – wygodę i oszczędność czasu. Nie gotujemy, nie mamy zmywania, nie musimy myśleć o zakupach, nie robimy ich. A cena? No cóż, wysoka, i to pod wieloma względami.

Zacznijmy od kasy. Jak podaje bohaterka artykułu z Newsweeka – 75 zł za 1500 Kcal. Przy 2000 Kcal (dla faceta na diecie) – 100 zł/dzień. A są jeszcze wersje 2500 Kcal i 3000 Kcal. Skupmy się jednak na tych podstawowych. 175 zł/dzień dla pary, oznacza ponad 5250 zł za miesiąc. Drogo. Za taką cenę pewnie dostaniemy cuda?

Otóż nie, i tu już mamy drugi minus. Śniadanie – twarożek z ogórkiem. Na II śniadanie – zapiekanka ziemniaczana z warzywami. Obiad – polędwiczki, kasza gryczana i buraczki, kolacja – makaron z kurczakiem i warzywami. To ma być domniemany luksus i oszczędność czasu? Twarożek z ogórkiem, to ja sobie kupię w Lidlu za 3 zł. Czas wykonania (pokroić – 1 min). Ziemniaki z warzywami – 10 minut roboty (przy gotowej mieszance) – cena 3 zł, podobnie z kolacją (kurczak, ryż, warzywa – 10 minut i 4 zł). Najgorzej wychodzą te polędwiczki i buraczki (bo kasza – znowu banał) – to już pół godziny i pewnie 10 zł. W sumie na cały dzień: niecała godzina roboty i 20 zł. No i umówmy się, poza polędwiczkami – nic wymyślnego. Zapiekankę, twarożek, czy kurczaka z ryżem i warzywami potrafi zrobić nastolatek. A przebitka cenowa większa niż w knajpie (x 3,8 zamiast x 3). A może to tylko kiepski przykład dziennikarza? Sam otwieram kolejne menu. Na śniadanie ciastko jogurtowe (do kupienia w Biedronce za 3 zł i 0 minut) , na II śniadanie – serek waniliowy (2 zł, 0 minut), obiad – zapiekanka makaronowa z kiełbasą (10 minut i 5 zł, podwieczorek – zupa krem z białych warzyw (10 minut i 2 zł), kolacja – kaszotto z pęczaku i warzyw (5 minut i 5 zł). W sumie 17 zł, 25 minut – a w ofercie za 65 zł/dziennie.

Kolejny problem. Smaki. Wciąż te same. Ile można jeść wariacji na temat: ryżu z warzywami, ziemniaków z warzywami i kurczaka? Do tego cebula, kapusta, marchew. Dlaczego tak? Bo najtańsze i szybko się je przyrządza. Gotując w domu patrzymy jak Karol Nawrocki – mam ochotę na kiełbasę, zjem kiełbasę, na golonkę – proszę bardzo. Do tego obowiązkowo zimne piwo (w diecie pudełkowej – nie uświadczysz). A goloneczka kosztuje, wymaga dużo zachodu, gotuje się ją godzinami, więc nie licz na nią. Podobnie zupy. Nie dostaniesz czasochłonnych flaków, lecz raczej zupy-kremy we wszystkich odmianach (miksuje się chwilę, a i warzywa wrzucą gorszej jakości i nie widać) z cebuli, z marchewki, z dyni, z cukinii, z selera (warzywa o najniższej cenie za kg). Po miesiącu-dwóch masz dość.

I wreszcie estetyka. Podobno pożeramy oczami, i dlatego, jeśli smakuje, zjemy zdecydowanie za dużo. Brzęk sztućców, obrus (lub chociaż bambusowa podkładka), dobra kawa po wszystkim, miła rozmowa z żoną i czujemy się lepiej. A pudełka zachęcają do bylejakości, samotnego połykania na szybko. Inaczej wygląda twarożek podany w miseczce lub na talerzyku, a inaczej w wersji – plastikowe pudełko, takie same sztućce i połykanie w biegu. Nie powiem już o polędwiczkach odgrzanych w służbowej mikrofalówce kontra gotowanych sous vide. Na koniec z diety pudełkowej zostaje 4 razy tyle odpadów niż przy domowym gotowaniu.

A zdrowie? „Pudełkowcy” mocno je akcentują (w końcu w nazwie jest „dieta”). No cóż i tu wygląda kiepsko. To biznes nastawiony na zysk. O części już napisałem. Aby było tanio i kalorycznie (norma!) wybiera się typowe węglowodanowe zapychacze pełne chemii (przemysłowe ziemniaki, ryż, kasze), dokłada najtańsze warzywa (z najniższą ceną za kg), takie same mięsa (kurczak, wieprzowina). Nabiału dostajemy minimalne ilości (oficjalnie – bo wywołuje niestrawność, faktycznie – bo drogi), wołowinę rzadko i gorsze kawałki, ryba – głównie przemysłowa klasyka – łosoś, panga, pstrąg. Wszystko raczej drugiej jakości (nikt nie bawi się w szukanie ideału jak w dobrej knajpie) przygotowane jak w kuchni szkolnej mojego dzieciństwa, tylko jeszcze odgrzać musisz sobie sam i nie dostaniesz kompotu do mielonych. Porcje żałośnie małe wybaczyłbym, gdyby była jakość (sam generalnie wolę zjeść cienki jak papier 80g plaster szynki parmeńskiej niż kawał boczku), ale właśnie zwycięstwo ceny powoduje, że w zapiekance ziemniaczanej z porem, pora jest mało, a ziemniaków dużo. Podobnie w kurczaku z ryżem, bo ryż kupimy w markecie za 4 zł/kg, podczas gdy pierś z kurczaka za 3 razy więcej. Tych tzw. diet nie układają dietetycy-specjaliści lecz księgowi.

Dlatego wydawanie 4000 zł więcej (5250 zł – 1200 zł) za posiłki dla dwóch osób w warunkach miejskich, po to aby gorzej, brzydziej, mniej zdrowo zjeść i zaoszczędzić niecałe 30 godzin miesięcznie uważam za pomysł absurdalny. Stąd tytuł.