Pompa ciepła. Temat na wrześniową rozkminę.

W tym roku zima okazała się wyjątkowo mroźna. Podrożał pellet, a internet zalały wpisy o „rachunkach grozy” za pompy ciepła. Część z nich, kompletna propaganda, ale np. Newsweek opisał sytuację dość rzeczowo. Do tego mogę dodać sytuację mojej kuzynki, użytkującej na jesieni wiejski dom. Spróbujmy zatem znaleźć złoty środek.

Fakt 1. Pompy ciepła są drogie.

Trudno z tym dyskutować. Systemy powietrze-woda, kosztują 50-60 tys. zł, powietrze-powietrze – połowę ceny. Nadal sporo drożej niż piec gazowy czy na drewno. Ma sens tylko wtedy, gdy dostajemy wysoką dotację.

Fakt 2. Pompa ciepła dobrze działa w konkretnych warunkach.

W wielkim skrócie – ogrzewanie niskotemperaturowe (podłogówka), dobrze ocieplony dom. Kompletnie nie sprawdzą się w starej kostce z czasów PRL-u, nawet jeśli ktoś trochę ją dociepli. Stąd biorą się rachunki grozy.

Fakt 3. Kto szuka „najtaniej”, płaci w eksploatacji.

Większość żalących się na forach popełnia dwa błędy – ignoruje fakt 2 (czyli łączy pompę ciepła ze słabo ocieplonym domem z grzejnikami naściennymi) oraz wybiera najtańsze urządzenie. Przepis na katastrofę, ponieważ tanie pompy no name nie trzymają deklarowanych parametrów. W zimne dni, gdy zużycie jest największe, żeby utrzymać zadaną temperaturę wewnętrzną, włącza się grzałka i ze sprawności 3.5 robi się 1.5, czyli grzejemy o 50% drożej niż nietanim gazem.

Fakt 4. Ile faktycznie kosztuje eksploatacja pompy ciepła?

Załóżmy, że kupiliśmy dobre urządzenie, mamy ocieplony, nowoczesny, niezbyt wielki dom. Zapotrzebowanie na energię 12.000 KWh/rok. Kupując prąd z sieci – zapłacimy ok. 5.000 zł/sezon.

Gdybyśmy wybrali dom mały (poniżej 100 m2) i utrzymywali wysoki standard energetyczny – zejdziemy jeszcze o połowę do 6000 KWh/rok i 2500 zł/sezon.

A jeśli zignorujemy warunki? Dom taki jak mój potrzebuje 20.000 KWh. Dodatkowo, większość czasu, włączy się grzałka. No i nagle robi się 12.000 zł/sezon. A mówimy o relatywnie niewielkiej powierzchni.

Fakt 5. Spróbujmy porównać pompę z drewnem, pelletem i węglem.

Stańmy na chwilę po stronie tych, co uważają „do pomp zmusza nas ta zła UE”. Oni do tej pory używają jednego z trzech źródeł: ekogroszku (1300 zł/tonę/7000KWh spalanego ze sprawnością 80%), drewna kawałkowanego (300 zł/t/4000 KWh spalanego ze sprawnością 70%), pelletu (2000 zł/t/5000KWh, ponownie 70% sprawności systemu). I weźmy te trzy wartości:

  1. Dom mój – stary, niedocieplony 20.000 KWh. Pompa ciepła 12.000 zł. Ekogroszek – 4500 zł, drewno – 2100 zł, pellet – 10.000 zł. Wszystkie metody deklasują pompę.
  2. Dom nowy, ocieplony 12.000 KWh. Wartości 60% poprzednich, więc od 1300 zł (drewno), przez 2700 zł (węgiel), aż do 6000 zł za pellet i 5000 zł pompa ciepła.
  3. Dom nowy, mały, ocieplony 6000 KWh. Drewno – 650 zł, węgiel – 1350 zł, pellet 3000 zł i pompa ciepła 2500 zł.

W tych dwóch przypadkach widać niewielkie różnice, zwłaszcza jeżeli porównujemy źródła bezproblemowe (pellet/pompa ciepła). Drewno wygrywa zdecydowanie, stąd wszyscy, którzy kupią je tanio (właśnie 200 zł/m3) i porąbią zyskają. Gdyby cena miała wzrosnąć do 500 zł/m3 (gotowe), przebijamy węgiel i cały interes przestaje się kalkulować.

Na koniec historia kuzynki. Grzejąc 100m2 wiejskiego, nieocieplonego domu murowanego, zużywała 1500 KWh/m-c w listopadzie 2025 (1800 zł). W styczniu 2026 byłyby to wartości astronomiczne w okolicach 3600 zł/m-c. Nic dziwnego, że bohaterka artykułu Newsweeka postawiła w salonie kozę.

Sześć pomysłów na prywatną emeryturę, gdyby nie było ZUS?

Obiecałem ten wpis Tomsiemu, w jednym z komentarzy. Udzieliłem wtedy krótkiej, hasłowej odpowiedzi. Dzisiaj czas ją rozwinąć.

Pomysł I. Nieruchomości. Składka emerytalna wynosi dzisiaj ok. 19,5% podstawy, czyli naszej pensji. Dla zarabiającego „najniższą krajową” 950 zł/m-c. W rok uzbieramy ok. 11.400 zł. Mało. Pamiętajmy jednak, składki ZUS to nie tylko emerytura, ale całkowicie nieprzydatna renta (8%). I robi się 16.000 zł.

Ale już w przypadku osoby z przeciętnymi poborami 2 razy więcej (32k/rok). Dla kogoś, kto płaci składki maksymalne (250% procent średniej krajowej) – 80k/rok.

Najuboższy kupi sobie udział w nieruchomości (20 lat odkładania wystarczy na kawalerkę), przez 40 lat pracy – 2 kawalerki. Zysk – niech będzie 3600 zł/m-c. Dwa razy minimalne świadczenie. Bogatsi wykorzystają lewar (zdolność kredytową) i na kawalerkę zarobią w 7 lat. Dość proste – prawie 6 kawalerek i 10k zł emerytury. Z ZUS dostaliby za 15 lat ok. 1800 zł.

W tym miejscu wielu podniesie zastrzeżenia. Jak to, kawalerki, w obecnej sytuacji demograficznej? Ależ kawalerka to tylko przykład. Może być udział w magazynie, lokal użytkowy, ziemia rolna, działka budowlana, cokolwiek.

A jak było? W 2005 r. kupiłem kawałek (ok. 2000 m2) ziemi rolnej za 3000 zł (1,5 zł/m2). Składka emerytalna od ówczesnej średniej pensji wyniosła 5574 zł. Ze średniej składki można było kupić 3716 m2 działki. Dzisiaj, kiedy zmienił się plan, wybudowano drogę, jedna działki w tym rejonie kosztują ok. 90 zł/m2. Mnożąc powierzchnię przez obecną cenę, uzyskujemy – 334 tys. zł. Tylko jeden rok? A ile dał nam ZUS. Zakładając skumulowaną waloryzację 534%, dostaniemy…. 29.765 zł.

Jeszcze raz przytoczę historię mojej ciotki. W 2002-2003 r. kupiła parę hektarów ziemi, za astronomiczną wtedy cenę 8000 zł/ha. Wszyscy pukali się w głowy, a ona chciała zwyczajnie mieć spokój za płotem. Dzisiaj wartość 120 tys. zł/ha. Doliczając czynsze dzierżawne – 136.000 zł. 1700%. ZUS 565%. Znowu, w 2002 r. składka od średniej pensji oscylowała wokół 5000 zł. Każdy mógł sobie kupić ziemię rolną – para rocznie ok. 1.2 ha dobrej ziemi, w fajnym miejscu. Pracując tylko 3 lata (2001-2003) – miałaby 3.6 ha – obecnie warte (bez odsetek od czynszu) – ca. 408 tys. zł.

Drugie zastrzeżenie „opisujesz dane historyczne, dzisiaj nie do powtórzenia”. Tego akurat nie wiemy. Natomiast skumulowana waloryzacja ZUS też pewnie nie wyniesie 565% w 23 lata, jak w ostatnich dwóch dekadach. Może się i tak zdarzyć, że wybuchnie wojna. Kapitał emerytalny spadnie do zera, a ziemia rolna pozwoli nam przeżyć.

Pomysł 2. Prywatny fundusz emerytalny. Coś w rodzaju IKZE/IKE, a nawet OFE. Podałem własny przykład – OFE, z wielokrotnie niższą składką osiągnęło wynik prawie połowy oszczędności ZUS. Dobrze zbilansowane inwestycje dają takie rezultaty. Nawet metoda „kup i zapomnij” pozwoli pobić ZUS. Jeszcze raz wracamy do wyliczeń dzisiejsze 500 zł odkładane przez 40 lat na 8% (rynek akcji-podatek), da nam 1 mln oszczędności. 1 mln = 40k/rok (współczynnik FIRE 4%), 3400 zł/m-c. 2x emerytura z ZUS, przy znacznie niższych składkach (średnia pensja przypomnę ok. 2700 zł/m-c).

Teraz ważna kwestia. System ZUS pozornie służy najbiedniejszym. Oni dostaną emeryturę po 25 latach pracy za minimalną i będzie to 1800 zł. Bogatsi włożą 2 razy więcej, a dostaną tyle samo. Ale to tylko pozory. Polski model emerytury jest silnie zależny od klasy społecznej. Ludzie gorzej wykształceni, zwłaszcza mężczyźni, żyją krótko. Dostaną tę swoją minimalną, statystycznie przez 3 lata. Tymczasem bogata kobieta (przykład profesorek z jednego z wpisów) weźmie 1800 zł, ale przez 25 lat. W konsekwencji, zyska znacznie więcej.

Pomysł 3. Ubezpieczenia. Jeżeli opakujemy produkt w ubezpieczenie – osiągniemy 2 plusy: zero podatków, oraz rozproszenie ryzyka, jak w ZUS, ale zawsze coś dostaniemy. I teraz patrzmy na emeryturę niemiecką. Tam wpłacając 300E (odpowiednik naszego 1350 zł, czyli składki od pensji minimalnej) przez 30 lat, dostaniemy ok. 800 E emerytury (2x emerytura minimalna). Jakieś pytania?

W necie są kalkulatory, tylko trzeba znać niemiecki w stopniu nie mniej niż średnim.

Pomysł 4. Dzieci lub obcy ludzie. Ryzykowny, bo wymaga zmiany mentalności. W Polsce dzieci dostają coś za nic, za sam fakt bycia spadkobiercą. W wielu krajach, system działa inaczej – młody wykupuje majątek od rodzica, albo wypłaca mu rentę, w zamian za przekazanie majątku wcześniej. Ryzyko? Nieuczciwość, niepowodzenie młodych.

Popatrz – odłożyłem sobie ten 1 mln. Moje własne dziecko (albo dziecko sąsiada, lub całkiem obcy człowiek) przejmuje kasę i wypłaca mi 5% rocznie – 4800 zł, ok. 3x więcej niż emerytura minimalna. Działa we Francji.

Da się też inaczej. Inwestuję w 4 dzieci (dając im majątek na start), a one dorzucają mi na stare lata po 600 zł (waloryzowane). Wyjdę 20% lepiej niż w ZUS, a każde dziecko dostanie jakieś pieniądze na start.

Albo własna firma. Wyobraźmy sobie prosty rachunek – firma warta 8-letni zysk. Ktoś sprzedaje biznes przynoszący 300k/rok – zyska 2,4 mln. Spokojnie na emeryturę wystarczy (same 4% odsetki – 8k/m-c).

Pomysł 5. Odwrócona hipoteka w wersji cywilizowanej. Nie nasze drapieżne akcje, tylko normalne obliczenia. Nadal mieszkam w mieszkaniu, ale dostaję rocznie 3% jego wartości. Z mieszkania wartego 1 mln – dostaję 2500 zł/m-c (1,5 raza więcej niż w ZUS), ale nie odkładam dodatkowo. Dla tych, którzy uwierzyli, że „mieszkanie jest ich aktywem” oraz nie zamierzają nic oszczędzać.

Do tej pory działa to po bandycku 800 zł/m-c z mieszkania wartego 1 mln.

Pomysł 6. Obniżenie kosztów życia. Tu dochodzimy do sedna. W ZUS (systemie państwowego ubezpieczenia solidarystycznego) i tak nas czeka dokładnie taki sam los. 20-30% stopy zastąpienia (emerytura/ostatnia pensja) nie zapewni nam idealnych warunków. Przecież 20% to 1800 zł ze średniej pensji.

Czy nie lepiej dostać tę kasę do ręki, czasowo obniżyć koszty życia i zainwestować? Oczywiście, że lepiej. Warto zrobić to już dziś, bo za 30-40 lat (a nawet 12 lat, w przypadku kobiet) rzeczywistość okaże się mega smutna. Jeszcze raz powiem – odłożenie 500 zł/m-c w funduszach zrównoważonych, da lepszy efekt niż 1350 zł składki ZUS. Więc obniżmy ten poziom. Gorsze auto, tańsze wakacje i wystarczy.

Na koniec główne zastrzeżenie zwolenników ZUS – ludzka głupota zniszczy system socjalny. Jak napisał Schiller w „Dziewicy Orleańskiej” „Z głupotą nawet bogowie walczą nadaremno”. W społeczeństwie istnieje 10% głupków, którzy wszystko przejedzą, i nic na to nie poradzimy. W wielkim skrócie 3 mln idiotów, kontra 27 milionów myślących. Dzisiaj dopłacamy do ZUS i KRUS z budżetu około 95 mld zł. Wypłacając tym 3 mln symboliczną zapomogę 1000 zł/m-c, potrzebujemy rocznie 36 mld (1000 zł x 3 mln x 12 miesięcy). Nadal niecałe 38% dzisiejszych wydatków.

Po drugie, ci idoci zwykle żyją krócej (bo głupotą wykazują się także w innych dziedzinach życia – patrz „redneck engineering”), więc koszty okażą się jeszcze niższe – załóżmy, że na poziomie 30% dzisiejszych wydatków na system ZUS-KRUS.

Lepiej budować wszystko pod 90% myślących, którzy jednak wybiorą jeden z 6 przedstawionych wyżej sposobów. Zyskają i oni, i budżet państwa.

Teraz popatrzmy na „średniaka” (pomiędzy medianą, a średnią pensją) – miałeś 5500-7000k netto – dostaniesz 1800 zł i żyj sobie wolny najmito. W realu – 90% będzie pracowało do śmierci, ponieważ niewielka grupa potrafi przetrwać za 25% przeciętnej pensji. A gdyby potrafili? To jest to argument za FIRE. Popatrz – 1800 zł to 21.600 zł/rok i 4% od nieco ponad 0,5 mln zł.

Dylematy właściciela małej firmy. Usługi drukowania czy własna drukarka?

Całkiem niedawno zgłosiła się do mnie firma oferująca wynajem drukarki. Płaci się z dołu (raz w miesiącu) za każdą wykonaną kopię. Skłonili mnie do wykonania obliczeń, którymi dzielę się z Wami. Moja firma drukuje bowiem ok. 500 stron dokumentów miesięcznie, w tym tabele, rysunki, a czasem także kolorowe logotypy.

Dotychczasowy sprzęt. HP LaserJet 110w, kupiony niedawno za ok. 400 zł. Powoli zaczynał nie dawać rady, krzywo pobierał papier, grzał się przy większych plikach (np. 30-40 stron w 2-3 egzemplarzach). Okazał się zwyczajnie zbyt słaby, nie obsługiwał automatycznego duplex-u (druku dwustronnego), ani koloru. Jeśli chodzi o koszty, sprawa wydawała się prosta:

  • papier 18 zł/500 stron/m-c,
  • toner zamiennik 25 zł/1000 stron/2 m-ce,
  • amortyzacja 2 lata =20 zł/m-c,
  • stawka za stronę czarno-białą – 0,1 zł.
  • stawka za stronę w kolorze – niedostępne.

Druk w specjalistycznej firmie. Mieszkam niedaleko dwóch uczelni, do punktu ksero mam 10 minut szybkim krokiem. Ceny?

  • strona czarno-biała – 0,3 zł,
  • strona kolorowa – 2 zł.

Jak widać sporo drożej niż u siebie.

Oferta firmy dostarczającej kserokopiarki. Właśnie ta, z mojej rozmowy.

  • wydruk i kopiowanie cz-b – 100 zł/m-c,
  • wydruk i kopiowanie kolor – 200 zł/m-c.

W moim przypadku:

  • strona czarno-biała – 0,2 zł,
  • strona kolorowa – 0,4 zł.

Własna drukarka kolorowa. Znowu, wybieram urządzenie większe, wydajniejsze. Cena? 1500 zł. Amortyzacja 3 lata (lepszy sprzęt wytrzyma więcej).

  • papier 18 zł/500 stron/m-c,
  • toner czarny zamiennik 25 zł/1000 stron/2 m-ce,
  • toner kolor zamiennik 120 zł/600 stron/6-mcy
  • amortyzacja 2 lata =40 zł/m-c,
  • stawka za stronę czarno-białą – 0,1 zł.
  • stawka za stronę w kolorze – 0,43 zł.

Jak widać, przy moim poziomie wydruku, najbardziej opłaci mi się kupić drukarkę kolorową do wydruków laserowych. Inaczej wyglądałoby, gdybym drukował 1500 stron/m-c. Wtedy wygrywa oferta firmy dostarczającej kserokopiarki (7 gr/stronę cz-b, i nadal 0,4 zł/kolor).

Przeciętny Polak na państwowej emeryturze za 15 lat.

Przeciętny Polak zarabia w okolicach mediany dochodu ok. 7500 zł brutto/m-c (5.5k netto). Z takimi poborami, po przepracowaniu 40 lat, dostanie w 2041 roku świadczenie minimalne – w granicach dzisiejszych 1800 zł/netto. Nieco ponad 30% ostatniej pensji netto. Dokładnie takie same 1800 zł, co:

  1. dzisiejszy trzydziestolatek z pensją na poziomie średniej krajowej (szacunki ekonomistów na rok 2060),
  2. matka czwórki dzieci, która nigdy nie pracowała (rodzicielskie świadczenie uzupełniające Mama4+),
  3. wiecznie bezrobotna pięćdziesięciolatka, jeśli zdecydowała się wyjść za mąż za 70-latka, robiącego jej tę uprzejmość i umierającego po 5 latach (renta rodzinna),
  4. kobieta, gdyby przepracowała 15 lat plus 5 lat studiowała (emerytura minimalna),
  5. mężczyzna po 20 latach pracy i 5 lat studiów (emerytura minimalna).

Czy kogoś jeszcze nie wymieniłem? Oczywiście. Rolnika z Marszałkowskiej (płacił KRUS przez 25 lat), prowadzącego przez 25 lat własny biznes itd.

I tym sposobem, po konstatacji, że polski system emerytalno-rentowy daje świadczenie luźno związane z wkładem (namawiający do dłuższej pracy poseł powie „Ile wpłacisz, tyle dostaniesz”), przejdziemy do bardzo ważnego pytania:

Jak za taką sumę przeżyć?

Fakt 1. W mieście, bez własnego mieszkania – niemożliwe. Patrząc na ceny wynajmu, czynsze itp. – nieposiadanie własnego lokum wyklucza przeżycie. Kto uwierzył w te wszystkie opowieści o „fantastycznej elastyczności najmu”, nie ma szans na funkcjonowanie. Jeśli nie dostanie taniej „komunałki”, kąta przy rodzinie itp. wypada z gry. Płacenie nawet 1000 zł za pokój, plus koszt kilku rzeczy: jedzenia, leków, internetu, telefonu, ubrania, wyczyści rachunek do 0.

Fakt 2.Własne mieszkanie nie może być zbyt duże. Podam prosty przykład. Mój kumpel ma 38m2 kawalerkę w bloku zarządzanym przez wspólnotę, a więc dość tanią. Za 1 osobę, ze śmieciami, centralnym ogrzewaniem, płaci ok. 600 zł/m-c. Doliczmy do tego: prąd, gaz, internet, telefon, TV (streaming), podatek i zsumujmy. Wychodzi 900 zł. Na pozostałe wydatki zostanie połowa. Gdyby mieszkanie miało 60 m2 opłata wzrosłaby do 1150 zł. Na wszystko inne zostaje 650 zł. A piszę o taniej wspólnocie. W spółdzielni 60 m2=1500 zł (z opłatami).

Fakt 3.Co dwie emerytury, to nie jedna. Dwa pierwsze fakty uświadomiły bolesną prawdę – samotne życie okaże się znacznie trudniejsze. Samotnik zapłaci za mieszkanie 1/2 świadczenia. Dwójka już nieco ponad 1/4. Drastyczna różnica. My jednak sobie nie wybieramy momentu. Śmierć współmałżonka może prowadzić do nędzy.

Fakt 4. Na wsi będzie taniej. Wyprowadzka na tereny wiejskie ma szereg zalet, także finansowych na emeryturze. Jeżeli właściciel 38m2 kawalerki zapłaci 900 zł za dach nad głową, na wsi spokojnie może to być 500 zł. Na „życie”zostanie nie 900 zł, a 1300 zł. Do tego damy radę uprawiać tanie warzywa, owoce, czyli te produkty, na które w mieście po prostu nas nie stać, bo kosztują drogo. Wiejski dom nie wymaga czynszu, czasem nawet opłaty za wodę, pali się drewnem (znacznie tańsze niż miejskie c.o.), podatki są niższe.

Fakt 5. Życie przeciętnego Polaka na państwowej emeryturze będzie biedne. Ostateczna konstatacja, która wielu szokuje. 1800 zł ledwie wystarczy na skromną egzystencję. Trzeba pozbyć się wielu wydatków (np. sprzedać samochód) i oglądać dwa razy każdą złotowkę. Luksusów nie zobaczymy. 900 zł po uregulowaniu opłat nie wygląda jak świetny plan. Dlatego już teraz wielu emerytów pracuje. Lepiej dostawać nadal te 7200 zł/m-c (minimalna emerytura plus mediana pensji) niż 1800 zł. A że oznacza to pracę do śmierci, to inna historia.

Trzy metody na bezbolesne oszczędzanie.

Generalnie, jako znany leń, staram się oszczędzać bez większego wysiłku. Dokładnie tak samo radzę postępować wszystkim. Jeżeli bowiem, przy okazji oszczędzania, trzeba przełamywać wewnętrzny opór, rośnie szansa na niepowodzenia. A ich nie chcemy. Stąd 3 bezbolesne metody oszczędnościowe:

  1. Automatyczny przelew na inny rachunek (np. oszczędnościowy) – np. 10 % poborów.
  2. Niewycofanie zgody na PPK.
  3. Słoik.

Każda z tych metod ma jedną cechę – jest banalnie prosta. Czasem (patrz 2.) nie trzeba nawet nic robić. Idealnie.

Automatyczny przelew na inny rachunek. David Bach napisał o tym słynną książkę „Automatyczny milioner”. Jedno zlecenie stałe, trudny dostęp do gotówki i jedziemy. Drugi rachunek może być: oszczędnościowym, inwestycyjnym – ważne, abyś nie miał dostępu. Zlecenie na 10% dochodów. Po roku masz 1,2 pensji plus zyski z odsetek. I wtedy warto wykonać ruch – zainwestować. Ale to temat na inny wpis.

Niewycofanie zgody na PPK. Pracujesz? Masz 18-54 lata? Twój pracodawca automatycznie powinien zapisać Cię do PPK. I zazwyczaj tak zrobił. Od Twojej pensji potrąca 2%, dokłada 1,5% od siebie i wysyła do podmiotu, z którym zawarł umowę. 3.5% pensji brutto to mało? No cóż, lepiej tyle niż nic. A gdy dodasz premie państwowe, wyjdzie całkiem sporo. Ile? Ja zarabiając ok. 1,5 średniej krajowej z 11 tys. zł potrąconych mi przez pracodawcę, po 4,5 roku zgromadziłem 28 tys. zł. W ciągu 40 lat pracy (ja mam szansę tylko na 20 lat) zebrałyby się niezłe pieniądze – może nawet na dodatkowy 1000 zł emerytury (co przy potrącanych 200-300 zł robi wrażenie). A nie musiałem nic robić.

Słoik. Oszczędzanie metodą słoikową wymaga wyjaśnienia. Każdego dnia wieczorem zaglądam do portfela i wygarniam z niego wszystkie monety plus banknoty 10,20 złotowe. Zrobiłem eksperyment – płacąc głównie gotówką. Po miesiącu zebrałem 200 zł. Po roku byłoby 2400 zł. Po 10 latach 24 k zł. Znowu – szału nie ma (emerytury za taką sumę nie spędzę), ale niezauważalnie.

Jak widzicie, nie wszystkie metody oszczędzania są skomplikowane, nie wszystkie wymagają działań (przy PPK wystarczy nic nie robić). Dlatego warto skorzystać.

Work-life balance czy praca na 100%

Młode pokolenie dokonało istotnego przewartościowania. Odrzuciło tzw. kulturę zapierdolu na rzecz lazy girl jobs oraz lazy boy jobs. Czy taki sposób na życie ma sens?

To zależy. Jeżeli nasi rodzice, zapewnią nam własne mieszkanie lub po prostu kupią inwestycje, szukanie niewymagającej pracy za 5k ma sens. Nie przemęczamy się. W razie problemów łatwo znajdziemy surogat. Przychodzimy do domu na luzie. Nie oszukujmy się jednak, dane ekonomiczne są jakie są – szanse na mieszkanie kupione przez rodziców ma znikomy procent dzisiejszych studentów. Na zasponsorowaną inwestycję – jeszcze mniejszy. Reszta musi dokonać wyboru – wygoda czy spięcie pośladków.

Zawsze jestem zwolennikiem poruszania się po tzw. linii życia. Krótko mówiąc – na wszystko przypada odpowiedni czas. Harujmy jako 30-latkowie, żeby odpoczywać po 50-tce, kiedy sił ubywa. Miejmy dzieci, gdy dajemy radę wstawać w nocy (czyli znowu – przed 30-tką). Uczmy się póki czas, bo studia pięćdziesięciolatka nie przyniosą takich efektów.

Tak samo działają inwestycje. Każde 10 tys. zł odłożone i zainwestowane przed 30-tką daje nam 100 tys. zł po 50-tce. A obijając się w młodości mamy problem na stare lata, ponieważ te 100 tys. zł jednak trudniej odłożyć. Stąd – planujmy intensywny okres pracy w szczycie możliwości psychofizycznych czyli 20-45 lat.

Nie dajmy się jednak zwariować. Nikomu nie polecam 16 godzin dziennie. Bez żartów. W ten sposób tylko zużyjemy się szybciej. Jak mówi amerykańskie przysłowie: zarobił pieniądze i musiał je wszystkie wydać na lekarzy. Polecam rozsądek. Nazywam go „praca +20%”. Normalny trzydziestolatek da radę iść na 8 godzin pięć dni w tygodniu, a potem dorabiać sobie 8 godzin w sobotę lub 2 x 4 godziny w tygodniu. Tym sposobem przepracuje nie 100 godzin/tydzień (6×16) lecz 48h tydzień. Zyska przy tym dodatkowe 20-30% dochodu. A to już sporo. Jest z czego oszczędzać. Podziała tak do 45r.ż. a potem….

Potem będzie miał już z górki. Sprawdziłem na własnej skórze. Jeśli pensja minimalna wynosi ok. 4000 zł/m-c, dodatkowe 800 zł sporo zmieni. Gdybyśmy pracowali w IT z pensją 20k miesięcznie, mamy 4k ekstra. Sporo. Czasem nie trzeba nawet dodatkowej pracy, wystarczą nadgodziny lub zlecenie.

Pomiędzy receptą moją, a tą od prof. Matczaka jest jeszcze jedna różnica. On polecał dodatkową pracę nawet za darmo, ja tylko pod warunkiem proporcjonalnych dochodów. Czym innym okaże się praca w kancelarii systemem „50 godzin wyrobionych, 40 godzin płatnych”, a czym innym praca 40 godzin w biurze plus 8 h przy evencie, wykończeniach czy zleceniu. Nie chodzi bowiem o mityczne „zdobywanie doświadczenia”, „zaangażowanie” tylko o gołą gotówkę na inwestycje. Tylko tak wyrwiemy się z błędnego koła prekariatu (i klasy średniej 9-5). A i na life starczy nam czasu.

Freedom 55 kontra pracuj do śmierci. Przewaga kapitału nad pracą i ZUS.

We wpisie dotyczącym emerytury w wieku 55 lat, podkreśliłem możliwe warianty życia, przy kapitale 1.5 mln. Dzisiaj skupiam się na przewadze kapitału nad pracą.

Praca. Średnia pensja w Polsce to ok. 7000 zł/m-c netto. Mediana kształtuje się w okolicach 5500. Trzeba być do dyspozycji pracodawcy minimum 40h w tygodniu, a na zajęcia „dookoła pracy” poświęcić jeszcze dodatkowe 2-3h dziennie. Wtedy „tydzień roboczy” wygląda następująco:

  • Koproszczur. Pobudka, o 7. W pracy o 9. Powrót o 18. Dekompresja i mamy 19. Spać o 24. Na życie zostaje 5 godzin.
  • Urzędnik. Pobudka o 5.30. W pracy o 7.30. Powrót o 16.30. Dekompresja do 17.30. Spanie od 23. Na życie zostaje 5.5 godziny.
  • Pracownik fizyczny na pierwszą zmianę. Pobudka o 4. W pracy o 6. Powrót o 15. Dekompresja do 16. Spanie od 21. Na życie zostaje 5 godzin.

Rachunek wydaje się prosty, wprawdzie rodzina z mediany zarobi 11k/m-c, ale:

  • na życie zostaje weekend i 5 godzin każdego dnia,
  • dodając wydatki około zawodowe (dojazdy, ubrania, składki itd.) – minimum 500 zł/m-c, a faktycznie ok. 1000 zł/m-c mówimy o 10 tys. zł/m-c.

Zmęczymy się, nie wyśpimy, a zarobimy 10 tys. zł.

Kapitał. Załóżmy posiadanie 1.5 mln zł plus miejsce do mieszkania. W warunkach warszawskich – sprzedaż 70 m2 „po babci” w centrum zaspokoi obie te potrzeby. Kto nie ma babci, musiał sobie zapracować. Liczenie wydaje się proste – do 55 r.ż. czyli w 30 lat pracy musimy zgromadzić:

  1. spłacone mieszkanie w mieście, które nadal zajmiemy lub zamienimy na dom na wsi/kampera/jacht etc.
  2. 1.5 mln kapitału, co oznacza, że inwestowaliśmy 1000 zł/m-c przez 30 lat, na 8% netto. Odpowiada to: zyskom z akcji, zakupu nieruchomości (zwłaszcza w lewarze kredytu), własnej firmie, którą da się sprzedać.

I teraz policzmy, co da nam ten kapitał?

Odzyskamy mnóstwo czasu. Zamiast 5 godzin dziennie, będziemy mieli dla siebie znacznie więcej, bo 17 godzin.

Nie musimy prosić o urlop. Piękna sprawa. Zamiast 32 dni powszednich dni wolnych w roku (urlop plus dni ustawowe), zyskamy ich … 260. Do tego nie musimy niczego planować, pytać o zgodę itd. Nikt nam nie odmówi, nie powie – dostaniesz wolne we wrześniu, bo teraz mamy gorący sezon/pierwszeństwo dajemy matkom z dziećmi w wieku szkolnym, i co tam jeszcze pracodawca potrafi wymyśleć.

Zyskujemy tanie wakacje. A kto powiedział, że emerytowi nie należą się wakacje? W dodatku najczęściej wyjedziemy taniej. Znane „wczasy last minute”. Widziałem oferty za 600 zł tydzień w Egipcie, za 1700 zł tydzień na „Kanarach”. Jeszcze lepiej wyjedziemy kupując na niemieckich stronach (wylot z Berlina) lub angielskich. Mój brat za tydzień na Gran Canarii zapłacił 800 zł/os., a za 5 pełnych dni – 500 zł. Jednocześnie takie podróżowanie dostępne jest dla nielicznych, tych którzy mają czas. Pracownik dostaje tydzień, czasem 2 tygodnie i chce je maksymalnie wykorzystać. Nie ma czasu na loty do Londynu, poczekanie tam dwóch godzin i przemieszczenie się na terytorium Hiszpanii. Emeryt tym czasem dysponuje.

Nie przywiążemy się do miejsca. Praca etatowa integruje nas z miejscem (pomijam przywilej pracy zdalnej). Zrywając tę więź, możemy mieszkać na wsi zamiast w mieście (gdzie funkcjonuje większość dobrze płatnych etatów). Wybrać miesiąc na Kanarach, a 11 w domu. Cały rok podróżować kamperem i co tam nam jeszcze przyjdzie do głowy.

Możemy żyć dłużej. Dane statystyczne wyglądają nieubłaganie. Wiele przyczyn zgonów powiązano z tzw. chorobami cywilizacyjnymi: układu krwionośnego, układu ruchu, psychiki i nowotworami. Zamieniając samochód na rower/kajak/spacer, szybkie przekąski na zdrową żywność, biurowy stres na relaks z pewnością pożyjemy dłużej. Spadnie bowiem prawdopodobieństwo: zawałów, udarów, depresji, wypalenia zawodowego, a nawet hemoroidów, zwyrodnienia kręgosłupa oraz nowotworów (układu pokarmowego i wydalniczego w szczególności). Do tego czeka nas nie tylko dłuższe, ale i zdrowsze życie.

Mamy większy budżet. Dochody z pracy wynosiły 10 tys. zł. Prywatna emerytura przez 10 lat z kapitału 1.5 mln:

  • ze skarpety – 12.5 tys. zł/m-c.

Nieźle. Znacznie więcej niż gdyby dwie osoby poszły do pracy za medianę polskiej pensji.

Skoro jest tak świetnie, to dlaczego ludzie pracują do 70-tki? O tym w innym wpisie.

A ZUS? Na spotkaniu młodych PO, prof. J.Tyrowicz powiedziała takie zdanie (cytat za interia.pl) „Po co mamy system emerytalny, do czego on służy? […] Problem jest taki, że jak jesteśmy starzy, to nawet jeśli mamy ogromny kapitał, to ze względu na to, że nie wiemy, kiedy umrzemy, nie wiemy, jak tę kwotę pieniędzy podzielić na każdy dzień. Jak idziemy do sklepu, to nie wiem, czy możemy wydać dzisiaj milion z miliarda, który mamy czy złotówkę. Jedynym zabezpieczeniem tego problemu, którego nigdy nie będziemy w stanie rozwiązać, jest albo podzielenie się ze wszystkimi innymi […] ci co umrą późno będą żyli z pieniędzy tych, którzy odłożyli wcześniej.” Czyli ZUS jest zakładem o długie życie i z tym się zgadzam. Natomiast Pani Profesor pominęła ważny aspekt i zapomniała o pewnej prawdzie.

W pierwszej kolejności – prawdopodobieństwo. Podawałem i jeszcze podam dużo danych GUS, ale wiemy w sposób oczywisty – mężczyźni żyją krócej, a idą na emeryturę później. Im niższe mają wykształcenie, tym spadają im szansę „wygrania na ZUS”. Przypominam – prawie połowa mężczyzn nie dożyje 75 r.ż., co oznacza, że wezmą emeryturę przez 10 lat. Do 80-tki umrze nas (panów) 2/3. A to tylko 15 lat zakładu. Żeby mężczyzna dożył setki (2700 osób z ok. 18 mln) prawdopodobieństwo wynosi – 0,015% (czyli 1 na ok. 7000) spełnić się musi kilka warunków: wyjątkowo dobre geny (długowieczni rodzice i dziadkowie), brak poważnych chorób oraz zdrowy tryb życia. Nie spełniam żadnego z tych warunków. Ba, 90-tki dożywa (cały czas mówimy o obecnych danych) 75.000 mężczyzn (ok. 0,42% czyli 1 na 250), a 80-tki) i nie było w tej grupie nikogo z mojej rodziny (nawet kobiety). Maksymalny czas życia, na jaki mam statystyczną szansę wynosi 82 lata.

W drugiej wyliczenia. Oczywiście opowieść, jak to nie wiemy ile wziąć z kupki, jest kompletnie nieprawdziwa. Nie wiem, jak ekonomista w ogóle może w ten sposób spłycać temat. Metody na obliczenia są trzy:

  • absolutnie pewna – wypłacam tylko tyle, ile zarobiłem w zeszłym roku,
  • statycznie „prawie pewna” (95% prawdopodobieństwa) – złota zasada FIRE – wypłacam 4%
  • statystycznie „prawie pewna (99,985%) podzielić kwotę jakbyśmy żyli setkę i wpłacać sobie taką cześć (w przypadku mężczyzn 1/35 – 2,8%).

W obu przypadkach wynik wyjdzie bardzo ciekawie. Załóżmy, że mam ten 1 mln. Jeżeli w tym roku zarobiłem 8%, wypłacam 80.000 zł i tyle mogę wydać (nieco ponad 6000 zł miesięcznie), w następnym roku 3% – 30.000 zł (2500 zł/m-c).

Złota zasad FIRE działa dość prosto – 4% rocznie. 40.000 zł z 1 mln, tj. ok. 3300 zł/m-c.

Wypłata 1/35 oznacza ok. 2400 zł miesięcznej wypłaty.

A ZUS? 1.000.000 zł/222,7miesięcy=4490 zł.

I w tym miejscu, pozornie ZUS wychodzi lepiej. Czy wolisz mieć pewne 4490 zł, czy rozrzut 2400-6666 zł? Raczej pewną kwotę. Tylko, że to tak nie działa. Jeżeli wydajesz, tyle ile zarobisz, zawsze zostawisz kapitał. Do tego pozostaje kwestia zbierania na emeryturę, comiesięcznych wpłat.

Żeby mieć milion w ZUS trzeba wpłacać przez 40 lat ok. 2800 zł (składka emerytalno-rentowa od średniej pensji). W FIRE – 500 zł. I na tym polega różnica.

Na koniec słynny argument J.Korwin-Mikkego „Jeśli to jest tak doskonałe, dlaczego jest przymusowe”. Warto się zastanowić. Liczby powyżej.