Dom pod miastem. Letnisko. Dwa symbole statusu sprzed 25 lat.

Odnoszący sukcesy przedstawiciel klasy średniej z przełomu wieków musiał mieć:

  1. podmiejski dom.
  2. letnisko czyli dom weekendowy w atrakcyjnym miejscu.

Pierwszego nie trzeba nikomu tłumaczyć. Duża działka, a nie miejska chusteczka do nosa, spokój, cisza, pies (nie w budzie, lecz na salonach). Wystarczy przejrzeć magazyny kolorowe tamtych lat dla aspirantów (Pani, Sukces itp.), żeby nie mieć wątpliwości – dom na przedmieściach, ucieleśnienie amerykańskiego snu, stał się także polskim.

Letnisko, nad jeziorem, w lesie, w górach czy nad morzem, albo po prostu w uzdrowisku (znacznie lepiej domek niż mieszkanie) także wypadało mieć. Niezależnie czy byłeś lekarzem, prawnikiem, naukowcem, drobnym przedsiębiorcą – szedłeś w tym kierunku, gdy tylko było Cię stać.

A teraz? No cóż. Przeglądając oferty sprzedaży nieruchomości, zauważyłem pewną prawidłowość – dzieci tych ludzi sukcesu właśnie wyprzedają tak charakterystyczne domy: królowało ciemne drewno, białe ściany, spadziste czerwone dachy. Wersja Lux – basen lub kort tenisowy. Forma – obowiązkowo coś na kształt dworku (przedmieścia). Tylko bogacze (oferowany niedawno za 17 mln zł dom R.Lipki w Kazimierzu Dolnym) mogli sobie pozwolić na bardziej ekstrawagancką formę. A teraz kolejne pokolenie sprzedaje. Czy warto kupić? Czy robią dobrze?

Na pierwsze pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Niewątpliwie styl dworkowy wyszedł z mody, a to co było dobre 25 lat temu (np. 10 cm ocieplenia, plastikowe okna Rehau) dzisiaj już nikogo nie przyciągnie. Wręcz przeciwnie.Ogromne metraże (reakcja na normy PRL-u) wręcz odstraszają. Pamiętam jeden z takich domów, siłami całej rodziny, wybudowali go znajomi naukowcy. Teraz zostali sami w budynku 10-pokojowym, z podwójnym garażem, trzema kuchniami, trzema łazienkami, jadalnią itp. Oraz z emeryturą na miarę ówczesnych pensji akademickich (wszystkie ekstra „obrywy” szły na umowy o dzieło i nie były oskładkowane). Na razie właściciele trzymają fason (i służy im zdrowie), przekroczyli 75 r.ż., ale gdy odejdą z tego świata, niewątpliwie ich jedyna córka także wrzuci nieruchomość na rynek. Koszty utrzymania – ekstremalne. Wzornictwo – niewspółczesne. A zalety? Poza tymi nieszczęsnymi oknami – świetne materiały. Granit strzegomski, nie żaden plastik udający granit, ani chińskie cuda. Drewno – doskonały dąb, rzemieślnicza robota na podłogach, drzwiach, w kuchni. Często piękne antyki i najwyższej jakości dywany, trochę obrazów. Dla wyjątkowego konesera. Przedmieście stało się praktycznie miastem. Tam, gdzie dojeżdżał 1 autobus na 3 godziny, dzisiaj na przystanku spory ruch. Rano busy i miejskie Solarisy co 15 minut. Ostatni – po 22. Dobra droga.

A letniska? Do dzisiaj czuję zapach takiego drewnianego domku nad jeziorem. Drewno pomieszane ze środkiem do konserwacji (smród nie do zabicia, podobnie pachniały podkłady kolejowe). Te nieruchomości przeżywały swój złoty wiek ponownie w czasie COVID-u, ale potem, wraz z poluzowaniem restrykcji, przygasły po raz ostatni. 90% użytkowników to ludzie 70+, ew. z wnukami. Dzisiaj, w wersji całorocznej (ocieplenie, ogrzewanie) kupimy je za równowartość miejskiej kawalerki. Dlaczego? Ponieważ istnieje szereg ciekawszych sposobów spędzania wolnego weekendu niż wyjazd nad jezioro. Zmienił się styl życia klasy średniej. Królują: spa, city breaki itp. Po co dodatkowy obowiązek (kwiaty, koszenie) i koszt (naprawy), skoro można zapłacić i mieć luksus? Nie na zawsze, ale na kilkanaście dni w roku. Jeśli taka nieruchomość kosztuje 300k, same odsetki do uzyskania (dzisiaj minąłem bank, który proponował 6%) wyniosą 18.000 zł rocznie, dodajmy koszty utrzymania (4000-5000 zł), oraz kapitał (na ile lat potrzebuje go 70-latek?).

Czy to sensowne? Wątpię. Ale tylko głupiec dyskutuje z faktami. W pokoleniu moich rodziców/teściów praktycznie każdy przedstawiciel klasy średniej starał się mieć „daczę” na miarę własnych możliwości (od pięknego domu w Kazimierzu Dolnym czy na Mazurach do wiejskiej chaty po dziadkach). Bez znaczenia: lekarz, weterynarz, inżynier, prawnik, urzędnik, nauczyciel. Większość z tych ludzi spędzała tam każdy weekend lata, nierzadko miesiąc wakacji. Obowiązkowo z rodziną. A dzisiaj? No cóż. Rozglądam się dookoła. Jeśli wyłączę „apartamenty wakacyjne” to takim miejscem w mojej bańce towarzysko-wiekowej dysponuje znajomy naukowiec (dom na Roztoczu po dziadkach), urzędniczka skarbowa (zakup w pandemii) oraz … ja. Ani moje dorosłe dzieci, ani dorosłe dzieci moich kuzynek nie są zainteresowane. Wolą tydzień na Kanarach, w Grecji czy w weekend Paryżu. Jeszcze czasem przyjadą do dziadków nad jezioro (bo jest woda i nie chcą robić starszym przykrości).

Wracam do pytania o sens. Dla kogoś, kto takie miejsce traktuje inwestycyjnie – odradzam. Za chwilę „boomersi” zaczną masowo umierać i mnóstwo podobnych gniazdek trafi na rynek, ciągnąc w dół ceny. Więc dla kogo? Widzę dwie grupy docelowe, obie nieliczne. Jedna – mogący sobie pozwolić na mieszkanie 30-50 km od miasta i pracę zdalną/dojazdy. Wtedy mają szansę korzystać z atrakcji długiego dnia, przyrody, wody, atmosfery od maja do października. Druga – tacy, jak ja, odrobinę niedzisiejsi. Siądą z książką na bujaku, zapatrzą się w las, albo lustro pamiętające prababcię. Zetną różę i wstawią ją do wazonu. Posłuchają Liszta, Wieniawskiego lub Chopina, albo nawet, choć to trudne, spróbują go sami zagrać. Oglądając instagramowe profile dostrzegam jeszcze trzecią grupę i w niej upatruję szansę. Miłośnicy sielskości. W wersji „do zdjęcia”. Zmienią te miejsca w perełki Bookingu. Wrzućcie sobie na pulpit „Morelówkę” w Kazimierzu Dolnym, albo najlepiej tam pojedźcie, jeśli tylko znajdziecie termin. Tak wygląda siedlisko z Weranda Country. Dopracowane w każdym calu. Tylko właścicielka należy zdecydowanie do klasy wyższej.

Ponieważ jednak to blog o finansach, przejdźmy do liczb. Tak jak napisałem, podmiejskie domy klasy średniej sprzed 25 lat skreśliłbym. Mogą być tanie (równowartość 3 pokoi w apartamentowcu) w zakupie, ale w utrzymaniu drogie. Taka 250-300 metrowa, dziesięciopokojowa willa potrzebuje kosztownych remontów (3 duże łazienki – 150 tys. zł, 2 kuchnie z wyposażeniem – drugie tyle, ocieplenie, wymiana źródła ogrzewania) i energii zimą. Ile? Np. 40 tys. KWh. Jeśli mówimy o gazie ziemnym 18 tys. zł rocznie. Gdyby ktoś w międzyczasie zamontował pompę ciepła – pewnie 30 tys. zł/rok. Porównajmy z nowym, dobrze ocieplonym domem stumetrowym: 4000 KWh – 1/10 powyższej wartości. Padnie drugie pytanie – po co komu dzisiaj, w klasie średniej 10 pokoi na 2-3 osoby?

A letnisko? Cóż tutaj nie byłbym taki kategoryczny. Wszystko zależy od miejsca, układu, stanu technicznego. Gdyby ktoś dzisiaj zaoferował mi 100-metrowy dom wakacyjny nad jeziorem w dobrej cenie (200-250 tys. zł) na pewno wziąłbym pióro do ręki i zrobił rachunek sumienia: ile i jak zamierzam korzystać. Pamiętacie wyliczenia dotyczące „miejsca w górach”?

Własny domek w promieniu 30-70 km w ciekawym miejscu (woda, góry, las, ładne miasteczko) stanowi pewną wartość dla określonego typu ludzi. I dla nich ma wiele zalet. Popatrzcie. W swoim siedlisku jestem po 35 minutach od wyjazdu z domu. Przed 17 w piątek rozpalam już grilla. Okiennice mogę zamknąć w niedzielę o 21 (w lecie jeszcze wrócę za dnia). Gdy miałem mieszkanie w górach, dojeżdżałem o 22 w piątek, a pakowałem bambetle o 14 w niedzielę, tracąc 10 godzin. Nie muszę dodawać, że w pewnym wieku istnieje zasadnicza różnica pomiędzy 35-minutowym dojazdem a 5 godzinami – x 2 w jeden weekend. Ale – trzeba lubić stale bywać w jednym miejscu (i mieć tam towarzystwo), cenić sobie własny fotel, kubek itp. Jeśli chcemy wynajmować, znacznie łatwiej ogarnąć sprzątanie, wydanie kluczy, gdy jesteśmy 30 km od lokalizacji niż 375 km. Proste.

W przypadku domu na wsi dochodzi sentyment. Na moim siedlisku spędzałem wakacje jako dziecko, mam tam kumpla, rodzinę, budynek stawiał mój pradziadek. To wszystko nie da się porównać z anonimowym 45-metrowym mieszkaniem w bloku, ani piętrem w „domku góralskim”. W żadnym razie.

Natomiast dla kogoś, kto lubi być dziś tu, jutro tam – taka „miejscówka” staje się ciężarem, trudnym do udźwignięcia. Bo wszystko trzeba ludziom zlecić. Spuszczać wodę przed zimą, zabezpieczyć rośliny, kosić. A pobędziemy tam 5 weekendów i tydzień w roku (łącznie 15 dni). Całkowity bezsens. Do czasu, aż zmieni nam się optyka. 750 km w weekend stanie się ciężarem, emerytura wyniesie 30% pensji. Wtedy lepiej mieć coś bliżej.

Obserwuję moich teściów, wiele lat temu kupili sobie domek nad jeziorem. Na początku spędzali tam tylko weekendy. Po 70-tce siedzą od maja do końca września, pomimo, że brak stałego ogrzewania. Płacą podatek, wodę, ścieki, prąd (jak w mieście i tak płaciliby plus abonamenty). De facto dom kosztuje ich ok. 3000 zł/rok plus jakieś udoskonalenia. Jeśli przeliczymy wg stawek rynkowych – 150 zł/dzień ( po rabacie na długi termin), wyszłoby 5×4500 zł czyli 22.500 zł/rok. A tak żyją sobie za 1/7. 3000 zł/rok i jako emeryci nie wyjadą nigdzie na dłużej niż weekend, więc mają wybór weekend kontra 5 miesięcy. Co lepsze? A wnuki? A przyjaciele?

Ponownie, dla kogoś kto ma pieniądze, lubi zmiany, może argumenty z czapy, ale dla posiadaczy niewielkiego budżetu, warte rozważenia. Podobnie dla kogoś, kto patrzy dalej i wie jak wygląda starość. Obserwuję w rodzinie. Jeszcze 10 lat temu mój teść wsiadał i w weekend odwiedzał swoją chrześnicę (600 km w obie strony), a w następny siostrę (kolejne 600 km). Teraz, gdy boli kręgosłup, oczy nie te, wycieczka do Warszawy stanowi wyzwanie. O dojeżdżaniu 750 km raz w miesiącu, nawet nie myśli.

Pompa ciepła. Temat na wrześniową rozkminę.

W tym roku zima okazała się wyjątkowo mroźna. Podrożał pellet, a internet zalały wpisy o „rachunkach grozy” za pompy ciepła. Część z nich, kompletna propaganda, ale np. Newsweek opisał sytuację dość rzeczowo. Do tego mogę dodać sytuację mojej kuzynki, użytkującej na jesieni wiejski dom. Spróbujmy zatem znaleźć złoty środek.

Fakt 1. Pompy ciepła są drogie.

Trudno z tym dyskutować. Systemy powietrze-woda, kosztują 50-60 tys. zł, powietrze-powietrze – połowę ceny. Nadal sporo drożej niż piec gazowy czy na drewno. Ma sens tylko wtedy, gdy dostajemy wysoką dotację.

Fakt 2. Pompa ciepła dobrze działa w konkretnych warunkach.

W wielkim skrócie – ogrzewanie niskotemperaturowe (podłogówka), dobrze ocieplony dom. Kompletnie nie sprawdzą się w starej kostce z czasów PRL-u, nawet jeśli ktoś trochę ją dociepli. Stąd biorą się rachunki grozy.

Fakt 3. Kto szuka „najtaniej”, płaci w eksploatacji.

Większość żalących się na forach popełnia dwa błędy – ignoruje fakt 2 (czyli łączy pompę ciepła ze słabo ocieplonym domem z grzejnikami naściennymi) oraz wybiera najtańsze urządzenie. Przepis na katastrofę, ponieważ tanie pompy no name nie trzymają deklarowanych parametrów. W zimne dni, gdy zużycie jest największe, żeby utrzymać zadaną temperaturę wewnętrzną, włącza się grzałka i ze sprawności 3.5 robi się 1.5, czyli grzejemy o 50% drożej niż nietanim gazem.

Fakt 4. Ile faktycznie kosztuje eksploatacja pompy ciepła?

Załóżmy, że kupiliśmy dobre urządzenie, mamy ocieplony, nowoczesny, niezbyt wielki dom. Zapotrzebowanie na energię 12.000 KWh/rok. Kupując prąd z sieci – zapłacimy ok. 5.000 zł/sezon.

Gdybyśmy wybrali dom mały (poniżej 100 m2) i utrzymywali wysoki standard energetyczny – zejdziemy jeszcze o połowę do 6000 KWh/rok i 2500 zł/sezon.

A jeśli zignorujemy warunki? Dom taki jak mój potrzebuje 20.000 KWh. Dodatkowo, większość czasu, włączy się grzałka. No i nagle robi się 12.000 zł/sezon. A mówimy o relatywnie niewielkiej powierzchni.

Fakt 5. Spróbujmy porównać pompę z drewnem, pelletem i węglem.

Stańmy na chwilę po stronie tych, co uważają „do pomp zmusza nas ta zła UE”. Oni do tej pory używają jednego z trzech źródeł: ekogroszku (1300 zł/tonę/7000KWh spalanego ze sprawnością 80%), drewna kawałkowanego (300 zł/t/4000 KWh spalanego ze sprawnością 70%), pelletu (2000 zł/t/5000KWh, ponownie 70% sprawności systemu). I weźmy te trzy wartości:

  1. Dom mój – stary, niedocieplony 20.000 KWh. Pompa ciepła 12.000 zł. Ekogroszek – 4500 zł, drewno – 2100 zł, pellet – 10.000 zł. Wszystkie metody deklasują pompę.
  2. Dom nowy, ocieplony 12.000 KWh. Wartości 60% poprzednich, więc od 1300 zł (drewno), przez 2700 zł (węgiel), aż do 6000 zł za pellet i 5000 zł pompa ciepła.
  3. Dom nowy, mały, ocieplony 6000 KWh. Drewno – 650 zł, węgiel – 1350 zł, pellet 3000 zł i pompa ciepła 2500 zł.

W tych dwóch przypadkach widać niewielkie różnice, zwłaszcza jeżeli porównujemy źródła bezproblemowe (pellet/pompa ciepła). Drewno wygrywa zdecydowanie, stąd wszyscy, którzy kupią je tanio (właśnie 200 zł/m3) i porąbią zyskają. Gdyby cena miała wzrosnąć do 500 zł/m3 (gotowe), przebijamy węgiel i cały interes przestaje się kalkulować.

Na koniec historia kuzynki. Grzejąc 100m2 wiejskiego, nieocieplonego domu murowanego, zużywała 1500 KWh/m-c w listopadzie 2025 (1800 zł). W styczniu 2026 byłyby to wartości astronomiczne w okolicach 3600 zł/m-c. Nic dziwnego, że bohaterka artykułu Newsweeka postawiła w salonie kozę.

Marzenie o własnym mieszkaniu. Jak spowodować, by się spełniło.

Krzyczące nagłówki portali, starają się nam wmówić, że posiadanie własnego mieszkania/domu stanowi niedościgniony cel. Trochę wbrew takim malkontentom, każdego roku, tysiące ludzi spełnia to marzenie. Jak?

Powód 1. Schodzą na ziemię. Krótko mówiąc – porzucają mrzonki na rzecz konkretów. Zamiast kawalerki w Alejach Ujazdowskich, małe dwa pokoje na Białołęce. Zamiast apartamentowca na Powiślu, stary blok w Grójcu. Bo takie są możliwości. I nagle z 1 mln robi się suma 4 razy mniejsza. Już realna. Kiedy spojrzymy na ten punkt, zaczynamy kręcić nosem. Po co? Dlaczego mam rezygnować z marzeń? Zawsze chciałem tego Powiśla, nie kupię nic starego. Otóż, powiedzmy sobie brutalnie – możesz mieć albo ten nieszczęsny Grójec, albo do śmierci wynajmować (i to nie apartamenty w wybranej lokalizacji). Co wybierasz w takiej sytuacji? Takie postawienie sprawy wcale nie jest łatwe. Znam takich, którzy nadal, dobrze po 40-tce gonią za mirażem, który coraz bardziej im ucieka. Już tylko majaczy na horyzoncie. Dlaczego? Ponieważ nożyce ceny/możliwości stale się rozwierają. 10 lat temu Powiśle kosztowało 10-12k/m2, a teraz 30k, a pensje nie wzrosły trzykrotnie. Nie wiemy, co wydarzy się jutro, ale zawsze warto myśleć realnie. Grójec, Białołęka za dają nam pewien kompromis. Tu wystarczy mieć „tylko” 100k gotówką, a resztę pożyczyć (1400-3000 zł raty). Nadal mniej niż wynajem.

Powód 2. Rezygnują z czegoś innego. Bolesna konstatacja. Ale realia są następujące – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza natychmiast. Dlatego żeby zebrać na wkład własny, rezygnujemy z zagranicznych lub nadmorskich wakacji, jedziemy do dziadków pod Łomżę. Odpuszczamy nowy samochód. I często warto. Zwłaszcza jeśli składamy ofiarę z rzeczy mniej istotnych: wizyt w restauracji, nałogów, wygód (jeżdżenie Boltem zamiast tramwajem).

Powód 3. Dorabiają. Znam urzędnika, który rozwoził jedzenie. Zacisnął zęby, schował ambicję do kieszeni. I wiecie co, szanuję taką postawę. Jak to leciało? „Wstyd to kraść i …”. Dodatkowe dwie i pół stówy za wieczór, to 4k/m-c. Rocznie 48k. 4 lata i spłacimy kredyt na mieszkanie w Grójcu.

Powód 4. Wybierają dom poza miastem. Ta droga, która często wydaje się najbardziej racjonalna. Wymaga jednak całkowitej zmiany paradygmatu. Otóż, w rozsądnej odległości od miasta (piszę o realiach mojego), tak 20-30 km da się za 300k (na poziomie ceny kawalerki) kupić 3-4 pokojowy dom z działką. Albo, alternatywnie, zapłacić 150k za działkę i za 150-200k wybudować dwupokojowy domek na zgłoszenie. Pomijam stare drewniane budynki pośrodku niczego za 100k. Mamy więc ponownie magiczną sumę 300k. Z tego miejsca, jeśli ktoś się uprze (wiem, bo sam mam taki dom), da się: dojechać do dużego miasta. Jak? Pisałem o tym wielokrotnie, ale ponownie powtórzę – przejazd autem na dystansie „dom na wsi- centrum miasta” zajmuje mi 40 minut. W mieście 3 km przejeżdżałem z reguły w 20 minut. Do centrum Warszawy jadę pociągiem w 1 godzinę 40 minut. Żeby być na 8.20 na Centralnym, musiałbym wyjść z domu 6.45. Powrót o 19.40. I teraz trzeba ocenić, co lepsze (dla przeciętnego człowieka): szukać pracy na miejscu za 5k netto, dojeżdżać do Lubina przez 1,5h dziennie i zarobić te 7k, czy poświecić prawie 3 godziny dziennie na dojazd, żeby. zarobić 10k. Alternatywa? Wyższy kredyt i rata. 3-pokoje w Lublinie – 500k (czyli +2100 zł), a w Warszawie (oba miasta rozsądna dzielnica) – 900k (czyli +5600 zł). Osobiście wybrałbym pracę na miejscu, o ile nie byłbym fizykiem kwantowym. A dom na wsi ma jeszcze jedną zaletę – jest tańszy w utrzymaniu.

Powód 5. Dostają od rodziny. Ten punkt musiałem zostawić na koniec. Nie mogłem go pominąć, ponieważ stanowi główną oś medialnego sporu. W Newsweeku wręcz twierdzą, że istnieją dwie klasy średnie „Ci co dostali mieszkanie” i „Ci co nie dostali mieszkania”. No cóż, takie są realia. Staram się nie być hipokrytą – sam kupiłem mieszkania dla moich synów (jeden już dostał, drugi też, trzeci dostanie po podjęciu stałej pracy). Jednak budowanie narracji wokół „dostałem/nie dostałem” wydaje mi się błędne. Istnieją bowiem 4 rozwiązania tego problemu, dostępne nawet dla „średniaka”.

Ogrzewanie starego domu na wsi. Zamieniam kominek na… kominek.

W poprzednim wpisie opisałem różnice w użytkowaniu klimatyzacji i kominka w starym domu. Ponieważ planuję bywać na miejscu znacznie dłużej niż kwiecień-październik, czas na udoskonalenia systemu, który w warunkach -5-20 st. C kompletnie się nie sprawdzi. Stary kominek miał małą moc – oddawał 4 KWh, no może 5 KWh jeżeli wezmę pod uwagi zyski z komina. Ale przy sprawności 60% wymagał dostarczenia 6-7 KWh energii z drewna (1.5 kg na godzinę).

Zmiana miała polegać zastąpienia kominka, kominkiem. Tylko tym razem z płaszczem wodnym (de facto glikolem, żeby nie zamarzał) i podłączeniem do grzejników. Trzeba będzie stworzyć instalacje c.o. Przy obecnych stratach ciepła plus planowanych niższych temperaturach, nominalna moc urządzenia – 20 KW. Gdybym kiedyś ocieplił dom, lub planował wykorzystywać go w 100%, po prostu zapalę rzadziej. Oto cała filozofia.

Zacznijmy od kosztów. Te okazały się niemałe – mam już wstępny kosztorys – 30 tys. zł plus obudowa kominka i materiał na instalację (bufor już mam) po mojej stronie. Cóż było robić, przyjąłem. Ponieważ zyskam tym sposobem niewyobrażalny komfort. Na wiosnę (kwiecień-maj) będę tylko przepalał zamiast palić ciągle, mogę też praktycznie (utrzymując 17 st.C) wyłączyć 3 sypialnie na piętrze, i spać na dole, w niewielkim pokoju. Wtedy ogrzeję tylko 80 m2. Podobnie do 1 listopada. Późną jesienią i zimą (od 1 listopada do 20 marca) palenie musi być już regularne.

Zyskiem z całej inwestycji będzie obniżenie kosztów. Ogrzanie tak wielkiego domu gazem (jest przyłącze, można było podpinać), wydawało się bezsensowne, ponieważ ogromne straty ciepła wydrenowałyby kieszeń (12.000 zł – dzisiaj). Tymczasem drewno (30.000 KWh=108 000 Kj=10m3=2400 zł przy samo-wyrobie) okazałoby się znacznie tańsze. Machnąłem zatem ręką na konieczność palenia. Trudno. Stąd kominek.

Czy miałem jakieś alternatywy? Raczej nie. Gaz już omówiłem. Węgiel oznaczałby kary (ETS2) i nie miałem miejsca na kotłownię. Pompa ciepła – niepewna w przypadku braku energii i nieekonomiczna (porównaj doświadczenia kuzynki i moje). Stąd drewno. Akurat w postaci kominka. W pewnym wieku alternatywą okazałby się piec na pellet albo zgazowujący. Ale i on wymagał wydzielenia miejsca na kotłownię. No i te koszty.

Ogrzewanie wakacyjnego domku klimatyzacją czy kominkiem?

Dzisiaj poruszam temat, o którym wielu moich rówieśników zaczyna myśleć. Kupują domek wakacyjny (albo adaptują chatę po dziadkach) z zamiarem spędzenia tam więcej czasu w lecie. A w zasadzie od kwietnia/maja do września/października. I wtedy pojawia się problem – ogrzewania.

Wiadomo, dom po zimie jest wychłodzony (znacznie bardziej w przypadku murowanego, jak mój). W starym, nieocieplonym, także jesień wymaga podnoszenia temperatury. Tutaj lepiej wypada cegła, która, w przeciwieństwie do drewna akumuluje ciepło. Dlatego, o ile nie dopuścimy do wychłodzenia, możemy mieszkać dłużej.

Zmieniające się warunki (ceny prądu), wyrzuciły w zasadzie poza nawias tzw. farelki, kominki elektryczne i grzejniki olejowe. Na placu boju pozostały kominki (kozy) na drewno oraz klimatyzatory/rewersyjne pompy ciepła. I nad nimi pochylimy się dzisiaj. Opiszę pewne doświadczenia.

Mój wiejski dom, stary dworek, został po wojnie podzielony na dwa niezależne lokale. Jeden, należący do moich kuzynek liczy: 2 pokoje, łazienkę, kuchnię, werandę i nieogrzewaną wieżę (tak, kiedyś był to dworek myśliwski i 10m wysoka wieża na wzgórzu zastępowała ambonę, dzisiaj przerosły ją drzewa) o powierzchni ogrzewanej ok. 80m2. Moja część wygląda nieco inaczej: 5 pokoi, kuchnia, 2 przedpokoje, 2 łazienki, mała weranda i sień, do tego na dwóch poziomach. Po prostu 30 lat temu nadbudowano poddasze i teraz mam po podłodze (bez werandy) ok. 150 m2. Grzeję jednak tylko salon, łazienkę, przedpokój i 2 sypialnie (jedna przylega do salonu, druga leży nad nim), w sumie też ok. 80 m2.

Moja kuzynka spędza tam z mężem i psem czas od lipca do połowy października, a wcześniej i później przyjeżdża bez nocowania. No i ma klimatyzację. Zużycie prądu ok. 2500 KWh, głównie aby nagrzać dom wiosną i utrzymać temperaturę we wrześniu/październiku. Przy obecnych cenach (ok. 1,2 zł/KWh x 2500 = 3000 zł).

Ja z kolei zostawiłem kominek na drewno. 4 KWh – stara generacja. Nie ma porównania do wydajności dzisiejszych modeli. Krótko mówiąc spalają znacznie więcej paliwa, czyli ich sprawność wynosi może 60%. Dokonując obliczeń zużycia drewna mogę powiedzieć, że 3 dość chłodne dni (nad ranem +3-5 st. C) wymagały palenia po 14 h na dobę i spalenia ok. 60 kg drewna. Ile to jest? 0,045 m3. Przeliczając to na miesiąc mamy ca. 1800 kg i 1,35 m3. Na dwa miesiące grzania – 2,7 m3. Ponownie przeliczam.

2.7 m3 x 0 zł =0 zł. To opcja z własnym drewnem.

2.7 m3 x 500 zł=1350 PLN. To opcja z drewnem kupionym w składzie.

2.7 m3 x 200 zł =540 PLN. To opcja z drewnem kupionym od Lasów Państwowych do samodzielnego przygotowania.

Drewno miałem swoje. Teraz plan na wiosnę to dołożenie nagrzewnicy w typie weba sto.

Tu słowo komentarza. Teoretyczny COP klimatyzatora wynosił ok. 3,5, a sprawność kominka 60%. Dlaczego więc klimatyzator zużył 2500 KWh, a kominek potrzebował 8000 KWh? Jak to mówią „Powinno wyjść inaczej”. Przyczyn było kilka. Pierwsza – klimatyzator używano także do usunięcia wilgoci. Druga – COP teoretyczny ma się nijak do rzeczywistego. W temperaturach bliskich zera, spada.

Niezależnie jednak od przyczyn, klimatyzator okazał się sporo droższy w eksploatacji. Miał jednak pewne zalety. Zwłaszcza w tej sytuacji. Moja kuzynka-emerytka, średnio nadaje się do noszenia drewna, dorzucania. Jej mąż z kolei sporo pracuje. Są dni, że wyjeżdża przed 8, a wraca o 18. I tu klima daje doskonałe rezultaty. Nie wymaga żadnej obsługi poza naciśnięciem guziczka. Dzięki synowi kuzynki, oraz światłowodowi, da się całą maszynerię włączać zdalnie. Pracuje też w nocy.

Kominek nie daje takiej szansy. Trzeba rozpalać, dokładać, przynieść drewno, wynieść popiół. Stąd musi mieć większą moc, zwłaszcza w okresie zimy. Teraz mały problem, ale komu się chce wychodzić w listopadzie czy lutym? Albo gdy mamy 75 lat. Efekt zmian temperatury także niezbyt ciekawy. Kiedy szedłem spać na piętro o 21, dołożyłem po raz ostatni (tak na godzinę palenia). Zszedłem na dół o 6.30 (po 9.5 godziny) i temperatura spadła o 1 st. C. W mojej sypialni o 2 st. C (nieocieplone poddasze, ciepłe powietrze dociera tam grawitacyjnie, przez rurę wyprowadzoną obudową nad strop). Pomimo 5 st. C na zewnątrz, w sypialni nadal było ciepło 22 st. C. Ale przed zaśnięciem 24 st. C. Ta niedogodność, znana wszystkim użytkownikom pieca/kominka/kotła na paliwo, uaktywnia się zwłaszcza w przypadku dłuższych nieobecności (gdy wyjechałem w poniedziałek o 16, a wróciłem w czwartek o 18, spadek wyniósł 4,5 st. z 21 do 16,5). Kto pracuje 8h i musi dojechać powinien przygotować sobie ciepłą bluzę i futrzane kapcie. Dla niektórych tę wadę równoważy zaleta powrotu do dzieciństwa, ogień po prostu jest przyjemny.

Na koniec wróćmy do kosztów. Dla większości z nas, przy weekendowym używaniu te 3000 zł różnicy (albo tylko 1700 zł) nie zrobi żadnej różnicy, bo mówimy o okresie kwiecień-październik. Wygoda zwycięży. W obliczeniach pominęliśmy jeden aspekt – koszty inwestycji. Otóż, większość gotowych domów ma już albo kominek albo piec. W obu przypadkach nie trzeba nic inwestować. Kupując klimatyzator i dwa odbiorniki trzeba się liczyć z wydatkiem 8-12 tys. zł. A z tym już może być gorzej. Dochodzi jeszcze nieprzewidywalność cen prądu. Dlatego kupując stary, a jeszcze niezły dom, użytkując go weekendowo, kominek zostaje. O moich planach – w kolejnym wpisie.

Stary dom po 12 latach od zakupu. Porównanie z nowymi technologiami.

Piotr, właściciel nowego, dobrze ocieplonego – 90-metrowego domu podał nam ważną informację – szacowane zużycie prądu przy pompie ciepła wynosi 1800 KWh/rok. Szybko przeliczyłem i wyszło ok. 2000-2200 zł za rok, przy dzisiejszych cenach energii. W przypadku własnej FV na starych zasadach (lub z magazynem energii) równe 0 zł. Dla stojących przed wyborem „stary czy nowy” ważna informacja.

Jednocześnie ponieważ największym powodzeniem cieszy się wpis o starym domu po 7 latach https://oszczednymilioner.pl/2021/04/04/czy-warto-kupowac-stary-dom-refleksje-po-7-latach/ warto dokonać porównań.

Koszty ogrzewania. Piotr płaci 0 zł/rok. Ja w mieście ok. 8000 zł. Na wsi (140 m2) szacowałem zużycie na ok. 2000-3000 zł/rok, gdybym palił w kominku z płaszczem. Spora różnica. Tutaj nowy dom zdecydowanie i bezapelacyjnie wygrywa. Albo jest dużo tańszy (8k kontra 0k), albo niewiele (2k), ale trzeba codziennej pracy przez pół roku. Do tego bezobsługowość pompy ciepła łatwo połączyć z pracą zawodową.

Koszty zakupu. Tutaj trzeba przyjąć kilka założeń, i ja to robię (powierzchnia nadal 100 m2.

  1. Nowy dom w miejscu starego w mieście. W moim przypadku – niemożliwe, nie ma działek. Tzn. trzeba kupić stary dom (1 mln zł), wyburzyć go (50k), postawić nowy i wykończyć 800k. W sumie 1.85 mln zł. Nieźle.
  2. Nowy dom przy granicy miasta. Tutaj już istnieją oferty. U mnie 1.1 mln z wykończeniem i zamianą gazu na pompę ciepła + FV.
  3. Nowy dom na wsi. Realnie ok. 800k.
  4. Stary dom w stanie porównywalnym do mojego (prawie centrum) – 1 mln zł.
  5. Stary dom na przedmieściu – 600k.
  6. Stary dom na wsi – ok. 400k.

Odrzuciłem tu koncepcje samodzielnej budowy. Wpadamy przy tym w pewną pułapkę. Większości obywateli mojego miasta (średnia pensja ok. 9k brutto) nie stać na dom za 1.85 mln. Realnie porównuję warianty: 2-6.

A koszty zakupu, oznaczają w większości przypadków kredyt. Tym samym –

  • wariant 6 – sama gotówka, 0 kredytu,
  • wariant 5 – rata 1400 zł,
  • wariant 4 – rata 4200 zł,
  • wariant 3 – rata 2800 zł,
  • wariant 2 – rata 4900 zł.

Patrząc na ten punkt, widzimy jedno – wieś wychodzi na duży plus, zarówno w nowym jak i używanym.

Na koniec „kosztów zakupu” jeszcze jedna uwaga. Są ludzie, którzy mają ten 1 mln żywej gotówki, ale wydając ją na dom, nie osiągną zysków kapitałowych. 0.6 mln x 8% = 48.000 zł/rok tj. 4000 zł/m-c różnicy. Trochę mniej niż 4200 zł, ale nadal sporo. Tu kłania się tzw. teoria kosztów/zysków alternatywnych.

Koszty dojazdu. Ważny punkt, gdy planujemy mieszkać na wsi, a dojeżdżać do miasta. O ile koszty zakupu i ogrzewania poniosą wszyscy, o tyle koszty dojazdu to sprawa mocno indywidualna, zależna od:

  • sposobu i trybu pracy (niepracujący rentier/emeryt/rencista, dg w mieście, dg na miejscu, dg w drodze, praca stacjonarna zdalna i hybrydowa, na cały lub część etatu),
  • liczby dzieci i ich aktywności (dojazdy, dowozy, zajęcia dodatkowe),
  • sposobu dojazdu, a zwłaszcza kosztów utrzymania samochodów.

I tutaj realnie zaczyna się problem, ponieważ każdy musi policzyć sam. Ja mogę tylko podać pewne przykłady i widełki.

Dla „typowej większości” czyli posiadających 1 dziecko pracowników etatowych mieszkanie w centrum lub blisko centrum miasta, pozwala na użytkowanie jednego auta na rodzinę. Szkoła, przedszkole albo znajdują się wystarczająco blisko (u mnie: przedszkole 100m, szkoła podstawowa – 10 minut spacerem na sąsiednim osiedlu, liceum (ogólnokształcące, plastyczne) oraz 4 szkoły wyższe (2 uniwersytety wieloprofilowe, politechnika, kierunki rolniczo-przyrodnicze) w podobnej odległości. Ani dziecko (student) ani rodzice nie potrzebują zatem auta. Do pracy w centrum wiezie mnie kilka autobusów i trolejbusów, albo mam 20 minut spaceru. Miejscowy „Mordor” – siedziba oddziałów korporacji – 10-20 minut na nogach. Tak jak napisałem, jedno auto wystarczy. Zupełnie nie powiedziałbym tego ani na przedmieściu, ani na wsi, przynajmniej dopóki oboje pracujemy. Wtedy trzeba doliczyć drugi samochód. My go akurat mamy, ale nie jest to konieczne, a przyczyna leży w mojej dg.

Dlatego przyjmuję założenia minimalne:

Miasto – koszt dojazdu 200 zł.

Przedmieścia (2 auta) – 600 zł.

Wieś (2 auta) – 1000 zł.

A maksimum? Sky is the limit. Można sobie kupić, jak moi znajomi, dwa auta po 200k i płacić za same ubezpieczenia 1000 zł/m-c. Albo ujeżdżać np. paliwożernego hot hatcha – spalanie 10l/100 km co daje przy 30 km dojazdu 10 razy w tygodniu 1500 zł na paliwo, a razem (bez przeglądów i napraw tylko paliwo + ubezpieczenie) 2500 zł. Gdy doliczymy leasingi – 6500 zł/m-c. Tego nie przebije nawet 4900 zł raty. Ja jednak przyjmuje te 1000 zł (spalanie 30 zł x 1500 km = 450 zł benzyna i 150 zł ubezpieczenie plus 400 zł remonty/przeglądy i drugie auto awaryjnie) – jako „wiejską miarę”.

Koszty remontów. Nowy dom = 0 zł, stary dom – 250 zł/m-c tzw. funduszu remontowego (ja w wiejski dom 140 m2 włożyłem niecałe 20 tys. zł przez 17 lat, ale inne były ceny i sporo robię sam).

Suma kosztów. Teraz porównajmy warianty.

Wariant 2. Nowy dom na przedmieściu. 4900 zł raty, 600 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 5500 zł.

Wariant 3. Nowy dom na wsi. 2800 zł raty, 1000 zł koszt dojazdu, 0 zł ogrzewanie, 0 zł remonty. Suma 3800 zł.

Wariant 4. Stary dom blisko centrum miasta. Rata 4200 zł. 200 zł dojazd. 650 zł ogrzewanie, 250 zł na remonty. Suma 5300 zł.

Wariant 5. Stary dom na przedmieściach. Rata 1400 zł, dojazd 600 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł remont. Suma 2900 zł.

Wariant 6. Stary dom na wsi. Rata 0 zł, dojazd 1000 zł, ogrzewanie 650 zł, 250 zł na remont. Suma 1900 zł.

Porównujmy zatem w kategoriach. Przedmieście: stary 2900 zł, nowy 5500 zł. Wieś: stary – 1900 zł, nowy 3800 zł. Widać, że w starym mamy jeszcze spory zapas. To jednak tylko część prawdy. Musimy brać pod uwagę jeszcze dwie rzeczy.

Współczynnik niepewności. Co z tego, że dzisiaj płacimy ratę 4900 zł (nowy dom na przedmieściu), skoro jutro może to być zarówno 9800 zł jak i 3000 zł? Podobnie z remontami – standard 250 zł nie u każdego się sprawdzi, gdy zaczną pękać ściany, albo padnie kocioł/kominek itp. zapłacimy krocie. Stąd warunek starego domu (wszędzie) – dobry stan techniczny. Pisałem o tym 5 lat temu. Moje naprawy awaryjne przez 12 lat (nie liczę ocieplenia, ani upiększeń) wyniosły razem może 5 tys. zł plus 20-30 k czekającej mnie renowacji tarasu (zrobię ją w końcu sam, nie mam cierpliwości do majstrów). Mówimy wprost – 3 tys. zł/rok, 250 zł/m-c. Tyle ile wyliczyłem na wstępie. Zarówno na wsi, na przedmieściu, jak i w mieście znajdziemy ruiny do wyburzenia, jak i domy w doskonałej kondycji.

Kwestie niematerialne. Nie chcę kłamać – zwykle one decydują. Wielkość ogrodu, liczba dowożonych dzieci, rodzice w pobliżu, albo dobra praca. Miłość do prac ogrodniczo-remontowych, albo dwie lewe ręce. Leń albo pracuś. Miłośnik Netflixa, psów. Takie czy inne hobby (opera albo wędkarstwo). Jeden pracuje z domu, drugi pragnie uniknąć dojazdów. Ile rodzin, tyle historii. Tu nie ma jednego, mądrego wyboru. Nawet dom w mieście, ma szereg wad – np. większe narażenie na ostrzał w czasie wojny. Stąd każdy musi, po przeczytaniu tego tekstu i analizie swojej sytuacji podjąć decyzję: nowy czy stary oraz gdzie położony. Niektórych po prostu nie będzie stać na nic innego niż stary dom na wsi. Nie dla nich 0 zł na ogrzewanie pompą ciepła, bo te 1,1 mln pozostaje poza ich zasięgiem.

Wyłączenie grzejników – głupia oszczędność. Czego nie robić w starym domu?

Dzisiaj powrót do tematu ogrzewania. Otóż, w dobie drogich nośników energii, część osób ma pomysł na drastyczne ruchy np. obniżenie temperatury w domu do poziomu 16-17 st. C. To właśnie głupia oszczędność. Jak mówią, skórka za wyprawkę, albo chcąc oszczędzić na zatyczce, zmarnowałeś beczkę (wina). Dlaczego?

Otóż wyobraźmy sobie przeciętny dom. Taki jak mój. Zapotrzebowanie na ogrzewanie ok. 20.000 KWh przy niezbyt ostrej zimie i tzw. temperaturze obliczeniowej (+20 st. C). Grzejemy gazem, a to oznacza rachunki w granicach 8000-9000 zł/sezon. W praktyce – w styczniu i lutym po 2000-3000 zł. Ponieważ nie zarabiamy wiele staramy się termostat ustawić na 16-17 st. C. Wiemy bowiem, że obniżenie temperatury o 1 st. C daje oszczędność nawet 8%. No i 4 st. C to już 32%. Prawie 1/3. Z 2000 zł zrobi się 1400 zł, z 3000 zł nieco ponad 2k, a rocznie z 8k nieco ponad 5k, z 9k ok. 6k. Warto?

Nie. W takiej temperaturze trudno funkcjonować, jeśli tylko na dłużej usiądziemy, żeby np. popracować na komputerze, obejrzeć film. Istnieją doradcy, którzy powiedzą – załóż drugie skarpety, bluzę, grube spodnie. A dłonie? W rękawiczkach chyba nie usiądziemy. I tu pojawia się pierwszy problem. Niski komfort cieplny. Oznacza on częste przeziębienia, osłabienie. Dochodzi jeszcze jeden kłopot. 16 st. C w kuchni da się wytrzymać (przy gotowaniu będzie 2-3 stopnie cieplej), w sypialni nawet też. Natomiast w łazience – klęska. I wszystko, co zaoszczędzimy na gazie, wydamy na lekarzy.

Problem nr 2 nazywa się wilgoć. Mega szkodliwa dla zdrowia i budynku (powoduje powstanie tzw. syndromu chorego domu). Zrobiłem taki eksperyment. Na wsi nie grzałem przez 2 dni w deszczowy, jesienny dzień. Temperatura spadła o 4 st. C. W tym samym czasie wilgotność wzrosła o 12% (z 58% do 70%). Jeden dzień grzania i powrót do starego poziomu. A w moim „zimowym”, czy „miejskim” domu. W salonie 20 st. C i 58% wilgotności powietrza. „Pokój na uboczu” gdzie istnieją 3 ściany zewnętrzne, czwarta od nieogrzewanej piwnicy, nieizolowana podłoga nad garażem oraz słabo ocieplony dach” – temperatura 17 st. C (czyli tylko 3 st. C różnicy) i wilgotność 65%. W żadnym z tych pomieszczeń nie suszy się pranie (mamy suszarkę kondensacyjną), a salon leży blisko kuchni (wilgoć z gotowania potraw) i łazienki. Te 7-12 % wilgotności robi wielką różnicę. Zwłaszcza dla murów obłożonych styropianem, astmatyków, alergików itp.

Problem nr 3. Nagrzanie wychłodzonego muru. Wiem coś o tym. W pierwszym roku, kupiony na jesieni i słabo grzany na czas remontu dom, przez 3 tygodnie intensywnie doprowadzaliśmy do 20 st. C. Ogromnym kosztem zużycia gazu (+50%), zanim mury przestały mrozić przy dotyku. Czyli, jeśli przekonamy się, że 16 st. C nie dla nas, zapłacimy podwójnie (oszczędność 32%, dołożymy tyle samo, ale wydamy na leki, oraz pochłaniacz wilgoci).

Z tych trzech problemów (sprawdzonych empirycznie), pojawił się wniosek – zostajemy przy 19-20 st. C.