Mój styl życia, potwierdzony lekturą „Sekretów amerykańskich milionerów” T.Stanleya i T.Danko, opiera się na dwóch założeniach:
- dochodach nieco większych niż przeciętna,
- trzymaniu wydatków w ryzach,
- mnóstwie drobnych oszczędności,
- inwestowaniu.
Nic wielkiego. Zwracanie uwagi na drobne wydatki weszło mi w krew do tego stopnia, że nauczyłem się automatycznie porównywać współczynniki: cena/jakość, cena/wpływ na moje życie i wybierać optymalnie. Oto kilka przykładów.
Przykład 1. Zakup paliwa.
Na początku czerwca przyszło mi pojechać w interesach do Zamościa, to piękne, renesansowe miasto, położone ok. 95 km od Lublina. Podróż w obie strony 190 km. Wsiadając do auta zobaczyłem, że mam ok. 300 km zasięgu, czyli trzeba zaraz tankować. 500m od domu mam stację benzynową Orlenu – cena na słupku – 5.95 zł/litr. Przy wylotówce minąłem stację hipermarketu – 5.7 mignęło mi z daleka. Pamiętałem (bo w Zamościu byłem nie pierwszy raz), że tanio tankowałem się zawsze w okolicach połowy drogi – w Krasnymstawie. Cena 5.95. Nic mniej, bo obowiązują maksymalne ceny paliwa. W mieście docelowym 5.85 na stacji przy Leclercu. I zmierzam do brzegu. W ostateczności zatankowałem za 5.70 zł po powrocie do Lublina. Niby różnica w cenie niewielka 20 gr/litr (mam zniżkę na Orlenie), czyli 1 zł/5 litrach, ale przy dużych przebiegach robi różnicę (1 zł/100 km =100 zł/10.000 km). No i nie tracę nic z wygody.
Przykład 2. Lody.
Jedną z moich słabości są lody jagodowe. Zbliża się sezon, zrobiło się ciepło, a ja jechałem na działkę. Mogłem zatrzymać się w Nałęczowie i zapłacić 16 zł/50g, albo kupić w Biedronce (mam dwie, bezpośrednio przy trasie) 3 zł/100g. Różnica niby niewielka – 13 zł/raz w tygodniu przez 4 miesiące 234 zł (18 x 13 zł).
Przykład 3. Jajka od zaprzyjaźnionej gospodyni.
Moja żona mając do wyboru płacenie 1 zł/szt jajka L w dyskoncie i 1 zł od gospodyni, wybrała drugą opcję. Poza oczywistymi walorami zdrowotnymi („z wolnego wybiegu” oznacza inną paszę) patrzy też na inne aspekty. 20% więcej „jajka w jajku”, daje przy naszym spożyciu (100 jajek/m-c) ok. 20 jajek gratis. Niby tylko 20 zł/m-c i 240 zł/rok, ale zawsze.
Przykład 4. System wymiany przysług.
Ta historia ponownie dotyczy samochodu. Mam klienta, który prowadzi warsztat samochodowy. Ja mu dwa razy w roku robię gratis drobne analizy, on liczy mi po kosztach przy naprawach. W efekcie za wymianę oleju, filtrów, czyszczenie hamulców w hybrydzie zapłaciłem 350 zł. W ASO lub typowej stacji nieautoryzowanej byłoby +400-600 zł (2 godziny pracy x 200-300 zł). Podobnie wygląda sytuacja z innymi podmiotami.
Przykład 5. Własne warzywa i owoce.
W typowym roku zbieram ok. 150 kg, zwykle droższych owoców i warzyw (czereśnie, maliny, truskawki, fasola, cukinia, orzechy włoskie itd. a nie ziemniaki). Licząc średnią cenę 10 zł/kg nie wydaję 1500 zł. Licząc koszty (150 zł), w kieszeni zostaje mi 1350 zł/rok.
Przykład 6. Przetwory.
To domena mojej żony, mnie pozostaje rola: wyprodukowania/zebrania/kupienia/przywiezienia owoców lub warzyw. I tu ponownie wyliczenia. Dwie torby kwiatów czarnego bzu zmieniły się w 10 l soku. 300 ml soku na OLX-ie kosztuje 10 zł. Łatwo policzyć – za cenę 10 zł mam 10 litrów soku, wartego na rynku 300 zł.
Nieco inne przeliczniki obowiązują w przypadku passaty, na którą pomidory zwykle kupuję (3 zł/kg warzywa i 11 zł/kg słoik w Biedronce), dżemy (2 zł/kg przy produkcji i 50 zł/kg w sklepie) czy suszoną morwę (0 zł/kg kontra 30 zł/kg).
Wnioski. Jak widzicie sumy oszczędności nie porażają – w najlepszym wypadku to kilkadziesiąt złotych miesięcznie. Złożone jednak „do kupy” dają już setki złotych/m-c. A przypominam 500 zł x 40 lat x 6% netto stopy zwrotu = 1 mln zł.
Ja w tym roku zrobiłem już 2x5litrowy słoik oraz 31x1litrowy słoik ogórków kiszonych całkowicie bez kosztów. Ogórki, czosnek, koper i chrzan dostałem w prezencie 😀
Pisałeś ostatnio o obiadach kupowanych przez studenta. Łatwo policzyć ile kosztuje nas kanapka i kawa z automatu w pracy. Dziennie 20zl x 20 dni to już minimum 400zl miesięcznie a łatwo można to obniżyć o 75% robiąc pyszna owsiankę lub samodzielnie robiąc kanapkę (w sezonie warzywa z własnego ogródka).
Jeśli chodzi o jajka to od dobrych 8 lat nie kupiłem ich w markecie. Swego czasu kupowałem je od sąsiada, potem za skoszona trawę dla kur otrzymywałem jajka za darmo. Doszło do tego że od kilku lat za jajka nie płacę wogole a mam 20 tygodniowo 🫢
Owoców swoich nie produkuje a bardzo bym chciał, potrzebuje motywacji do zakupu kawałka ziemi i posadzenia drzew/krzewów. Ale w sezonie co chwilę dostaje jabłka, czereśnie, maliny. Znajomi dzielą się tym co sami wyprodukują.
Nie generalizuje, lubię wydać pieniądze, czasem nie potrzebnie, ale zawsze patrzę 2 razy na wydana złotówkę.
Tak jak mówisz oszczędzić można na wszystkim, tak buduje się majątek, drobnymi przyzwyczajeniami, małą łyżeczką.
Głównie chodzi o wydatki bezsensowne, niekonieczne. Kanapka kupiona w biurze, na szybko albo w garmażerce za 10 zł nie ma sensu ekonomicznego i zdrowotnego (gorszej jakości, leży czasem pół dnia).
Własne jedzenie daje dużo frajdy, a poza tym zachowujemy kontrolę nad całym procesem.
Najlepszym przykładem na ” drobne” oszczędności jest miejsce picia kawy.
Koszt kawy z ekspresu w domu kosztuje około 1 zł za kawę.( co ciekawe, w cenę wliczona jest amortyzacja urządzenia przez jego spodziewany cykl życia).
Przy średnio 5 kawach pitych u nas w domu daje to około 1900 zł rocznie. Takie same ( biorąc pod uwagę ziarno, zwykle trochę gorsze) kawy kupowane ” na mieście” ( uśredniając 12 zł) to wydatek …prawie 22 000 zł rocznie! W kieszeni zostaje 20 000 zł rocznie przy takim spożyciu.
Oczywiście zdarzają się kawy na mieście na wakacjach ( ale zwykle są wliczone w cenę śniadania), przy okazji spotkań zawodowych-ale to margines.
Żartobliwie mówiąc- interesuje mnie tylko fat fire, bo wiem, że barista fire -przy moim podejściu do kawiarnii -byłby bezrobotny:-))
Ja liczę podobnie koszt mojej kawy. Doskonałej jakości ziarna z palarni to 110 zł/kg czyli 0,77 zł/espresso. Do tego dokładam 0,27 zł za mleko. W sumie latte za 1,04 zł. Jeśli ziarna kupuje żona, to trafia ona na jakieś promocje kaw niezłych, ale masowych za 60 zł/kg, wtedy schodzę na 0,69 zł(0,42 zł kawa i 0,27 zł mleko). Ekspres- prosty automat DeLonghi dostałem 6 lat temu w prezencie, a kolbowy kupiłem w Lidlu za 400 zł z 9 lat temu, więc amortyzacji nie liczę. Oba działają bez uwag. Każdy zrobił już tysiące kaw (ok.5-10 dziennie). Licząc ja Ty, oszczędziliśmy już setki tysięcy, bo dzisiaj kawa „na mieście” kosztuje 20-25 zł. Tańsze piłem tylko na stacji benzynowej lub w kawiarni społecznej (jak jestem w Warszawie – dom kultury przy dworcu Warszawa Powiśle).
Kawy kupione piję w dwóch sytuacjach: spotkania firmowego albo w podróży, mamy podobnie.
A jakbym policzył ciasta mojej żony, to wyszłyby sumy astronomiczne (300-400 zł/tydzień przez 25 lat małżeństwa daje prawie 0,5 mln), wolę jej nie pokazywać, bo zażąda rozliczenia „darmowej pracy kobiet”. Teraz jem trochę mniej, ponieważ z wiekiem po słodyczach robię się coraz bardziej fat, więc może fat fire zabrzmieć dwuznacznie.
Kolejny aspekt bycia na fat fire- to pilnowanie, żeby nie być zbyt „fat”…
U nas standardem jest cena Americano 12-14 zł, z wyjątkiem ” modnych miejsc”.
A jaki ja jestem ” modny” najlepiej opisze przykład, kiedy oglądam moje ulubione t shirty i na pytanie dlaczego jeden kosztuje 70 a drugi 120 skoro się niczym nie różnią to mi pani wyjaśniła z oburzeniem, że ten za 120 to nowa kolekcja bo ma bordowe przeszycie zamiast brązowego ( jak w wersji za 70)…. Oczywiście wiadomo, który wybrałem….
Jak mogłeś nie zauważyć bordowego przeszycia? 😉 A na poważnie, wiele lat temu chodziłem do pracy w garniturze każdego dnia. Ostatnio tylko, gdy idę na poważne spotkanie. Normalnie, cały mój letni outfit z Sinsay’a i Lidla to koszula za 20 zł, spodnie za 40 zł, mokasyny za 70 zł i bielizna za 3-6 zł. Moja żona lubi promocje, a jeszcze przyszła synowa ma przyjaciółkę ze zniżką pracowniczą w galerii. Dokładam tylko marynarkę jakiejś polskiej firmy (150-300 zł) i mam komplet.
Ostatnio zszokowałem młodą współpracownicę, bo gdy obtarł mnie nowy but, przyszedłem wręcz boso.
Jedna z moich klientek, pani którą oceniam na kilkadziesiąt milionów (a pewnie nie wiem wszystkiego), kompletnie nie wyróżnia się z tłumu na ulicy, ubiera się po prostu wygodnie.Znam kilku profesorów, noszą dżinsy, kraciaste koszule, jak na obozie w górach 30 lat temu. I powoli dochodzimy do sedna. Ludzie z niewielkim majątkiem, osiągnięciami osobistymi, nadrabiają strojem, bo tak nauczyli ich różni kołcze. Zamożni mają wywalone na pozory. Nie muszą nikomu niczego udowadniać, nikt ich nie ocenia po stroju.