Prosta matematyka oszczędzania.

Kiedy piszę, że coś będzie proste, musi mieć konstrukcję cepa. Jak działa, da się wytłumaczyć nawet kompletnie nieogarniającemu liczb. Dzisiaj dane dla zaczynających pracę.

Na początek garść informacji.

W 2050 – państwowa emerytura z ZUS – minimalna dla 70% pracowników. Odpowiednik dzisiejszych 1750 zł/os. Dla 70% pracowników, 100% rolników, 95% przedsiębiorców. Czy potrafisz za to żyć i czy chcesz, w świecie wizyt lekarskich za 400 zł/15 minut, opłaty za (państwowy) dom opieki 8500 zł/m-c na ścianie wschodniej, opłatach za dwupokojowe mieszkanie – 1000 zł/m-c (plus raty)?

Ponarzekałem (krótko), czas na rozwiązania.

Młodzi oszczędzajcie na 3 sposoby:

  1. na emeryturę,
  2. na większe wydatki,
  3. na kumulację majątku.

Jak i ile?

Na emeryturę w PPK i IKZE.

Najpierw PPK. 2% (180 zł/m-c od przeciętnej pensji) zmieni się w podwojenie państwowego świadczenia. 1750 zł.

Potem 550 zł/m-c w IKZE (plus reinwestowanie związanej z tym ulgi podatkowej) – da nam oszczędności (realne czyli nad inflację) równe 0,9 mln zł. Z takiej sumy przez 20 lat wypłacimy sobie po ok . 3500 miesięcznie.

Razem emerytura wyniesie: ZUS 1750, PPK 1750, IKZE – 3500 zł = 7000 zł. Nieźle.

Na większe wydatki.

Takie jak, popsuta pralka, lodówka, komputer. Tutaj korzystamy z funduszu awaryjnego – trzymanego na oddzielnym rachunku oszczędnościowym. Suma 3-12 krotność miesięcznych wydatków rodziny. Wystarczy odkładać 250 zł/m-c, żeby po roku mieć 3000 zł, a po 5-ciu 15.000 zł.

Mieszkanie? Tu polecam inną opcję. Wkład własny z wesela/od rodziców/ze studenckich prac. Na resztę kredyt, brany gdy jesteśmy względnie młodzi, spłacany z bieżącej pensji. Początkowo ciąży (wiem, bo miałem), po paru podwyżkach pensji (inflacja!), da się z nim żyć.

Na kumulację majątku.

Esencja tego bloga. Jeżeli wydamy na fundusz awaryjny 250 zł, 550 zł na IKZE i 180 zł na PPK, łącznie mamy ok. 1000 zł. To dopiero 6% dochodu przeciętnej rodziny.

A my dążymy do stopy oszczędności 30%. Nic od razu, na siłę itp. Po prostu zwiększamy procent z każdą podwyżką, odkładamy kasę ekstra i żyjemy poniżej możliwości.

Co nam to da? Dodatkowe 3k/m-c. One posłużą na kumulację majątku. Przez 10 lat zbierze się 0,5 mln zł, oczywiście z oprocentowaniem. Ładna sumka. Potem koło rozpędza się. 20 lat – 1.8 mln. 30 lat – 4.5 mln. 30 lat to dla studenta 55 r.ż.

A jest jeszcze kasa z 800+. Tę przeznaczamy na dzieci. Jeśli starczy nam zdolności kredytowej, kupujemy im mieszkanie, gdy są w kołysce. W drugiej wersji – zbieramy na rachunku inwestycyjnym.

Kolejny piewca „kultury zapierdolu” zakrzywia rzeczywistość. Poznajcie Jacka Dubois.

Za przyczyną publicznego wystąpienia, do dwójki piewców „kultury zapierdolu” czyli pracy po 16 godzin dołączył trzeci muszkieter – znany medialnie adwokat Jacek Dubois. Nieprzypadkowo, bo ten sposób patrzenia na pracę dotyka przedstawicieli pokolenia boomerów (urodzony w 1962 r.), narażonego najsilniej na opowieści „wystarczy dużo pracować, żeby się dorobić”.

Co powiedział? Broniąc w studio swojego klienta, słynnego lekarza ze Szpitala Południowego w Warszawie – Dawida Kacprzyka, powiedział na wątpliwości Justyny Dobrosz-Oracz takie słowa, „Jak pan Kacprzyk powierzył mi swoją sprawę, pracowałem nad nią przez dzień, 16 godzin, żeby się przygotować do rozmowy z panią”. Pomijam manipulację, bo czym innym jest roczna praca średnio po 11 godzin, 6-7 dni w tygodniu, a czym innym jednorazowy 16-godzinny zryw. Pomijam kolejną, ponieważ media sprawdziły, że dr Kacprzyk w czasie dyżurów uczestniczył w programach, posiedzeniach rady itd. czyli jednak nie pracował, a brał pieniądze, aby potem je zwrócić.

Skupiam się na samej oczywistości pracy przez 2/3 doby. Najlepiej ujęła ją Anna Maria Żukowska „To jest chory mental, który wtłaczało nam w mózgi pokolenie pana Dubois. Że jak ktoś nie pracuje po 2/3 doby, to jest leniem. A jednocześnie to właśnie pokolenie oczekuje od nas, żebyśmy w tym samym czasie mieli dzieci, które będą zasuwać na ich emerytury”. Zgadzam się w 100%. Płakanie nad niską dzietnością i wymaganie pracy po 16 godzin jednocześnie, przecież to czysta hipokryzja. Przy takiej liczbie dzieci, przynajmniej jedna osoba musi pracować normalnie tj. max. 8 godzin dziennie, przy średnio 40 godzinach w miesiącu. No chyba, że mówimy o pomyśle rodem z PRL-u, gdy dzieci odbierano z placówek dopiero na weekend, albo podrzucano dziadkom (którzy też mają pracować 16 godzin dziennie, więc jak mają zająć się wnukami). Patologia. Aż dziwne, bo dziadek bohatera wpisu – Stanisław Dubois, patron ulic w dużych miastach, działał w przedwojennej partii ludzi pracy (PPS).

Kiedy zna się książkę „Adwokaci” Artura Nowaka, nie bez przyczyny dwóch z trzech piewców „16-godzinnego dnia pracy” (Dubois, Matczak) prowadzi kancelarie (Matczak-radca prawny, Dubois – adwokat). Dwaj są naukowcami (Matczak, Balcerowicz). Oba te światy promują całkowite oddanie zawodowi (słynny żart uniwersytecki o żonie i kochance „Żona myśli, że jestem u kochanki. Kochanka, że u żony. A ja sobie spokojnie pracuję w bibliotece”), oba tworzą fałszywy obraz świata, zakrzywiając rzeczywistość, dokładnie tak, jak w opisanej wyżej manipulacji. Z jednego zrywu, robi się regułę. Przypominam, zgodnie z Prawem o szkolnictwie wyższym i nauce, pensum profesora to 180 godzin…rocznie, przy czym mówimy o godzinach dydaktycznych (45 minut pracy głosem), czyli rzeczywiste 135 godzin rocznie, 3 godziny tygodniowo, plus 7-tygodniowe urlopy i sporo godzin wolnych. Stąd profesorowie-politycy, profesorowie-posłowie, profesorowie-ministrowie, profesorowie-dziennikarze, profesorowie-adwokaci. Próba sprzedania przywileju jako standardu i porównanie się np. z młodym budowlańcem, budzi śmiech, nie tylko Z-etek, ale i mnie – X-a. I o tym warto pamiętać, kiedy słuchamy Jacka Dubois.

Życie przegrane i życie wygrane.

Wbrew pozorom, ten pozornie zupełnie teoretyczny podział, istotnie wpływa nie tylko na nasze losy, ale także na to jak postrzegamy własne doświadczenia.

W jednym z wpisów zwróciłem uwagę na youtoube’owy profil „Na skraju gaju”. Jego twórca pokazał, że sukcesem są takie osiągnięcia, które sami uważamy za istotne. Krótko mówiąc, powinniśmy się kierować osobistym systemem wartości, a nie tym, co wskazuje nam świat (media, guru, religia). Tylko wtedy osiągniemy spełnienie. Pokażę to na kilku przykładach zupełnie absurdalnych tez, które przedarły się do mainstreamu.

„Kto nie kupił mieszkania przed 2007 r., ten przegrał życie”. Całkowicie błędne założenie, a jednocześnie cytat, który wepchnął miliony w niedolę kredytów frankowych. Na fali wzrostów cen mieszkań, propaganda deweloperska-bankowa (ze sławetnym Markiem Wielgo, który wrócił w Newsweeku, w awangardzie) szeregiem tekstów przekonywała, że oto właśnie ostatni moment, potem będzie jeszcze drożej, nie warto czekać, należy kupować beton, a kto zamieszka z rodzicami, ten nieudacznik. Atakowano: najemców, zwolenników tradycyjnej rodziny wielopokoleniowej ale i budowy na swoim – liczyła się tylko oferta deweloperów jako symbol nowoczesności. Wszystkie inne drogi – głupota, dramat i wstecznictwo. Wielu uległo, przepłacając osobistymi dramatami (długi, rozpad rodzin, niemożliwość wyjścia z matni itp.) W rzeczywistości, spokojnie można było poczekać do 2016 r. i kupić za podobną cenę, ale na spokojnie, starannie wybierając, budując bazę finansową. Ten, kto zwlekał 5 lat (jak ja – dom nabyłem w 2013 r. i to wcale nie od dewelopera), życia nie przegrał, a nawet sporo zaoszczędził.

„Życie bez dzieci, to życie przegrane”. Ogromny paradoks, że ojciec trójki musi zaprzeczać takiej tezie. Otóż są ludzie, którzy nie powinni dzieci posiadać. I tacy, którym nie da to satysfakcji. Dlaczego? Ponieważ osobiście, nie widzą w dzieciach żadnej wartości dodanej. Nie powinni ulegać zbiorowej presji, bo prowadzi to do tragedii. A presja, bazująca na wyśmiewaniu („psiecko zamiast dziecka”), umniejszaniu („kobieta nie będąca matką, nie jest prawdziwą kobietą”, „w życiu mężczyzna powinien posadzić drzewo, postawić dom i spłodzić syna”) służy tylko jednemu, poprawie samopoczucia tym, dla których jedynym osiągnięciem jest spłodzenie potomka, posadzenie drzewa i 0,8 mln kredytu. Umówmy się, nic wielkiego. Dzieci robi się najłatwiej i… najprzyjemniej.

„Kto pracuje w korporacji, wygrał życie”. Druga strona medalu. Są korpo lepsze i gorsze (a w nich jeszcze różni ludzie i szefowie). Budowanie swojej wartości na identyfikacji z firmą, uważam za grube nieporozumienie. To tylko miejsce prący, sposób zarabiania na życie. Znam rodziny, gdzie artystka zarabia więcej (czerpiąc przy okazji nieporównywalną satysfakcję) od korposzczura, albo stolarz od pani z HR w korpo, chociaż kobiece pensje zwykle bywają niższe. Nie dajmy się wtłoczyć w wyobrażenia innych.

Tutaj dochodzimy do sedna. Życie wygrane to życie na swoich warunkach, osiągnięcie osobiście ważnych kamieni milowych. Czyli dla każdego, coś nieco innego. Można mieć poczucie spełnienia, pracując w bibliotece i szpitalu (w korpo – też), cieszyć się posiadaniem dzieci i nieposiadaniem, czerpać satysfakcję z domu na kredyt, jak i mieszkania z rodzicami/dziadkami. Żeby tak było, trzeba najpierw przysiąść na chwilę i poznać własne wartości. Stąd tag „filozofia”.

Czy warto pracować na emeryturze? Życie pisze najlepsze scenariusze.

Według samego ZUS i opłacanego przez niego grona badaczy (z Polską Siecią Ekonomii na czele) należy pracować maksymalnie długo i odprowadzać wysokie składki, gdyż tylko takie postępowanie gwarantuje dobrą emeryturę. Takie wnioski płyną m.in. z krytykowanego przeze mnie raportu o przedsiębiorcach „Dobrowolne ubóstwo…”. Każdy, kto stara się skończyć pracę szybko, albo deklaruje się jako zwolennik obniżenia wieku emerytalnego, ten łobuz, drań i burzyciel społecznego porządku.

Wielokrotnie podobne myśli, z racji swojego urzędu wyrażali prezesi ZUS. Poza efemerydami (ponieważ stanowisko jest typowo polityczne), do publicznej świadomości przebiły się dwa nazwiska: reprezentantki PiS – Gertrudy Uścińskiej oraz przedstawiciela KO/PSL – Zdzisława Derdziuka. Wspólnie (tzn. na przemian) kierują ZUS-em od 2009 r. A w zasadzie kierowali. Tutaj bowiem ziściła się opowieść pt. życie pisze najlepsze scenariusze, a zarazem zmaterializowała odpowiedź na pytanie, jako to jest z tą długą pracą.

Otóż, Zdzisław Derdziuk, człowiek zaprawiony na wszystkich możliwych szczeblach administracji (dyrektor departamentu w ministerstwie, minister, a potem murowany szef ubezpieczeniowego giganta), z bezpośrednim dostępem do „saloników VIP” w każdym szpitalu, zachorował. Jak podał w czerwcu 2026 r. wicepremier Kosiniak-Kamysz, 64-letni prezes ZUS, w styczniu trafił do szpitala i obecnie „walczy o każdy oddech” (co sugeruje ciężki stan, moim zdaniem albo raka albo zwłóknienie płuc). Trudności zdrowotne uniemożliwiają mu pracę. Wnioski wydają się proste, ty, szary człowieku masz pracować na budowie, w brudzie, pyle do 67 r.ż., albo jeszcze dłużej, pomimo że prezes ZUS traci zdolność do pracy 3 lata wcześniej (czyli przed osiągnięciem wieku emerytalnego).

W rzeczywistości los prezesa Derdziuka (któremu osobiście faktycznie współczuję) stały się realną odpowiedzią na przywołane na wstępie raporty PSE. Choroba nie wybiera i chociaż sporo kobiet pożyje na tej emeryturze (np. wspomniana Gertruda Uścińska ma 68 lat i nadal pracuje naukowo), mężczyźni mają statystycznie znacznie mniejsze szanse. Jeśli zaś mówimy o „życiu w komforcie”, „zdolności do pełnoetatowej pracy” granicą dla przeciętnego przedstawiciela „słabej płci” wydaje się właśnie 65 lat. Mój były szef, który odszedł na emeryturę w wieku 70 lat, jako 65-latek fatalnie przeszedł COVID-a, a potem już zsuwał się zdrowotnie po równi pochyłej (przychodził do biura na 4-5 godzin, co nadzorujący przez pewien czas tolerowali). Drugi, przeżył dwa zawały, a jeszcze do 60-tki nie dobił. Dlatego, powtórzę jeszcze raz, FIRE wydaje się odpowiedzią na realny problem – darem wolnego czasu powinniśmy się cieszyć, gdy mamy jeszcze 100% sił, a nie powoli czołgamy się i myślimy o terminie kolejnej wizyty, zamiast o podróży życia.

O targowaniu się. Moja rozmowa z panią dyrektor od HR z korpo.

Jedną z umiejętności, którą nauczył mnie mój Tato jest targowanie się przy zakupie. Podobnie pisało wielu przedsiębiorców „Nigdy nie płać ceny z oferty”. Wszystko to dało efekt w postaci zamykania niezłych transakcji.

I właśnie o tej sztuce rozmawiałem z panią dyrektor od HR. Miejsce zatrudnienia – duże korpo. HR nie podejmuje decyzji zakupowych, więc i nie rozwija umiejętności. W życiu prywatnym menedżer też nie ma zbyt wielu okazji na targowanie. Ponieważ pracuje w sztywnej strukturze, uważa negocjacje cenowe za możliwe w niewielkim zakresie. A jest wręcz przeciwne. Podałem jej dwa przykłady, które wycięły ją z butów.

Zakup działki w górach. Rok 2017, wiele lat spadków, ale ja już czuje przyszłe ożywienie. Początkowa cena działki w ogłoszeniu- 240 k. Cena w chwili, gdy na nią trafiłem – 200k. Cena na umowie – 150k. Zapytasz, jak to możliwe? Ano możliwe i prawdopodobne.

Zakup mieszkania dla syna. Rok 2026. Kilkumiesięczny zastój na rynku. Ceny w okolicy i podobnym stanie- ok. 500k. Cena początkowa tego mieszkania 450k. Cena, gdy ja je znalazłem – 430k. Cena zakupu – 402k.

I teraz przechodzimy do sposobu – jak kupić nieruchomość za 75% ceny rynkowej, nie bawiąc się w egzekucje komornicze? A zakup za 75% daje kilka plusów: margines bezpieczeństwa, wyższy zysk przy odsprzedaży, wysokie ROI.

Timing. W każdej transakcji istotny jest timing. O ile nie musimy, nie kupujemy na górce. Czekamy na lokalny dołek, albo najlepiej koniec dołka (moment przed odbiciem). Trzeba umieć interpretować fazy rynku. W przypadku działki – dobrany idealnie. W przypadku mieszkania – to się jeszcze okaże. W takim momencie nawet dobre oferty wiszą chwilę w internecie.

Drobny problem, który łatwo rozwiązać. Wiecie jaki jest główny mechanizm działania flippingu? Ludzie kupują oczami, wielu z nas nie ma wyobraźni, ani chęci babrania się z problemami. Ale te są czasem drobne i możliwe do rozwiązania za grosze. W przypadku działki – niewyrównana powierzchnia, w przypadku mieszkania – konieczność remontu. Wracam do swoich historii. Pierwsza działka miała wjazd na papierze. Wejście zagradzał 0,5m mur oporowy (zjazd już wyznaczony na chodniku), rosły drzewa, a przez środek biegł niewielki rów. Wystarczyło, żeby ludzie odrzucali ofertę. Koszt rozwiązania (dobry majster z koparką)? 3000 zł.

Mieszkanie, przez wiele lat użytkowano jako małe biuro. Nigdy nie zmieniono przeznaczenia formalnie, co pozwalało kupić mieszkanie. Ale ludzie widzieli biuro. Brak brodzika w łazience. Open space. Dla mnie to była szansa – łatwiejsza aranżacja, nowe ściany, brak wyburzeń (i usuwania odpadów). Koszt przeróbki DIY? Znacznie mniejszy niż szacowano.

Zmotywowany sprzedawca. Słowo-klucz. Musi sprzedać i robi to natychmiast. Tak było w obu przypadkach. Działka – ludzie budują dom, potrzeba kasy na zapłacenie majstrom, którzy wydzwaniają, bo zakończyli robotę. Trzeba sprzedać albo narazić się na proces. No i wtedy pojawiam się ja. Dlatego zbiłem 25% z już obniżonej ceny. W drugim przypadku właściciele biura szli na emeryturę. Nie mieli czasu czekać, bo już liczyli sobie i tak po 70 wiosen. Do tego rozumieli spadek. Stąd spory opust.

Na koniec wróćmy do pani dyrektor od HR. Ona otworzyła oczy, bo nigdy tych zasad nie stosowała. Ba, nie słyszała o nich. Dlatego obcinka na poziomie 25% ceny rynkowej wyrwała ją z butów. Dla niej 5% to już było sporo.

Ze sposobów mojego Taty dodałbym jeszcze jeden – wygląd człowieka bez kasy. Takiemu łatwiej się targować.

Psychologiczne aspekty inwestowania. Skłonność do ryzyka.

Wielokrotnie opisywałem na blogu, jak działaniami inwestora żądzą dwa uczucia: chciwość i strach. Umiejętność panowania nad nimi, stanowi wyznacznik sukcesu. Dzisiaj omówię jeszcze jeden bardzo ważny czynnik – skłonność do ryzyka.

Zacznę od trywialnego stwierdzenia – inwestowanie nie jest hazardem. Działaniami inwestora nie rządzi ślepa siła, fatum, przypadek, czy jak tam chcemy nazwać okoliczności niezależne i niemożliwe do kontrolowania. Jednocześnie, pomimo iż poszczególne osoby, działają na tym samym rynku w tym samym czasie, osiągają diametralnie różne wyniki. Dlaczego?

Decydują o tym emocje i wrodzona bądź wyuczona skłonność do ryzyka oraz zastosowane narzędzia kontroli (pomijam tu celowo dane poufne, bo te dostępne są dla wąskiej grupy). Tyle.

Wrodzona skłonność do ryzyka. Każdy z nas rodzi się z określonym poziomem tolerancji na ryzyko. Nie jest on uwarunkowany genetycznie, lecz istnieje. Dwóch braci a nawet bliźniaków może mieć zbliżony pułap tolerancji, ale i zupełnie inny. Obserwuję takie zjawisko regularnie. Spośród rodzeństwa, jedno wykazuje się od dziecka (co składnia do tezy, że mamy do czynienia z cechą wrodzoną), znacznie wyższą tolerancję na ryzyko w każdym aspekcie życia, przede wszystkim interesującego nas postępowania z pieniędzmi i lokowania ich. Widzę to i w swojej rodzinie, widzę wśród znajomych. Jeden brat potrafi być poukładanym, konkretnym urzędnikiem, księgowym etc. a drugi kompletnym krejzolem, bez stałej pracy, znoszącym gigantyczne wahania kursów, inwestującym we wszelkie nowinki. Wpływu wrodzonej tolerancji na ryzyko nie da się całkowicie usunąć, aczkolwiek wracając do własnego dzieciństwa da się go ustalić. O dziwo, w mojej rodzinie, zawsze byłem ten najbardziej ostrożny.

Doświadczenia. Po konkluzji o wrodzonym poziomie tolerancji na ryzyko czas na najważniejszą część wpisu – wskazanie jak doświadczenia zmieniają nasze podejście i zachowania. Cała psychologia behawioralna prowadzi do wniosku, że swoje zachowania możemy modyfikować i mogą je modyfikować też inni (czynnik wpływu). Jestem właśnie po drugiej lekturze książki „Biedni w bogatym kraju”, opisującej losy dzieci z jednej klasy, gdzieś w interiorze USA. Wszystkie chodziły do tej samej szkoły, dojeżdżały tym samym autobusem, jednak ich tolerancja na ryzyko była diametralnie inna. Wychowani przez rodziców ze stabilnej klasy średniej (np. nauczycieli), wykazywały wysoką subordynację i niską skłonność do zachowań ryzykownych. Wzrastający w rodzinach dysfunkcyjnych, bez miłości, lecz z przemocą, podejmowali ryzyko skrajnie wysokie (np. handel i produkcja narkotyków). W końcu ponosili tego skutki, często bardzo brutalne, z przedwczesną śmiercią włącznie. Co więcej, autorzy wywodzą, w jaki sposób rodzina, jej dążenia, wyuczone mechanizmy kontroli nad ryzykiem różnego rodzaju, stanowią doskonały predykat późniejszego powodzenia.

Osobiście, jestem przykładem człowieka niezmiernie ostrożnego, którego doświadczenia życiowe skłoniły do przemodelowania podejścia. Dzisiaj, mam wrażenie, że spotkani ludzie oraz wszystkie sytuacje, które przeżyłem, pozwoliły dojść do modelu idealnego – pośrodku skali.

Wrodzony zachowawczy sposób podejścia do ryzyka, skutkował wybraniem bezpiecznego zawodu, trzymaniem się etatu, oszczędzaniem (uwaga: ludzie nie oszczędzający mają zwykle wysoki poziom tolerancji na ryzyko).

Część analityczna mojego umysłu, skłoniła do szukania luk w systemie i tworzenia zabezpieczeń. To zjawisko wzmacniały obserwacje. Opisywałem chyba pewną księgową – mamę mojej studenckiej narzeczonej. Efekty jej wykorzystania skromnych pensji, dały mi do myślenia i spowodowały, że stałem się super oszczędzaczem.

A za podniesienie poziomu tolerancji odpowiadają moi przyjaciele-kompletni krejzole i znowu analiza przypadków. Potem doszło pozytywne wzmocnienie w postaci efektów. I tak odkryłem pokłady cech, o które nigdy nikt mnie nie podejrzewał. Obracając się w gronie ludzi, dla których rzucenie wszystkiego (i to dosłownie, a nie zaryzykowanie 20 tys. zł) nie stanowi żadnego problemu, zacząłem tworzyć pewien system, którym dzielę się z Wami. Czas na jego części.

Nie da się żyć bez ryzyka. Oczywista konkluzja. Każda decyzja niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Wychodząc z domu, już ryzykujemy. Mniej lub więcej, ale zawsze. Ktoś, kto stworzył iluzję „bezpiecznego świata”, powinien zostać przywiązany goło do słupa na rynku (pozwolę sobie na niedosłowny cytat z pewnego polityka). Absolutnego bezpieczeństwa nie ma. Wiedząc to, wyzbywamy się maksymalnej ostrożności. Niesie ona bowiem szereg …. niebezpieczeństw. Bojąc się ryzyka, młodzi nigdy nie wyprowadzą się z domu. W Japonii raportują trzydziestolatków, którzy nie opuszczają własnego pokoju. Zjawisko, jeśli nie masowe, to zauważalne. Dlaczego? Ponieważ wykształcili w sobie nadmierną potrzebę bezpieczeństwa. Czy takie zachowanie nie niesie ryzyk? Ależ tak, tylko innego rodzaju. Podejście do dziewczyny, która mi się podoba, zaryzykowanie telefonu, zagadania, było często początkiem pięknej znajomości. Dokładnie ten sam mechanizm działa w inwestycjach. Skupiając się na lokatach bankowych, o ile nie zarabiamy wiele. Idąc na rynek akcyjny – podejmujmy ryzyko, w zamian otrzymując potencjalnie wyższy zysk. Dokonując flipa – dokładnie tak samo. Jeżeli wiemy, że bez ryzyka nie ma życia, zaczynamy ryzykować i… żyć.

Skrajne ryzyko jest skrajnie niebezpieczne. Nie powinno się iść po drugim końcu skali, wiecznie „jechać po bandzie”. Znam paru ludzi, którzy wyznawali maksymę „żyj szybko, umieraj młodo” i faktycznie już nie żyją. Uznali handel narkotykami, kradzieże za „zajęcie jak każde inne, tylko bardziej zyskowne” i dostali nożem, zaćpali się, a ich koledzy księgowi żyją. Podobnie w inwestycjach – skrajna tolerancja na ryzyko zmiata z planszy, czyści rachunek. Nie da się wiecznie wchodzić za pełną pulę. Przypominam tutaj rosyjską babuleńkę z „Gracza” Fiodora Dostojewskiego, która zawsze stawiała na „zero” w rulecie. Wygrała wiele razy (co samo w sobie było matematyczną aberracją), aż seria przegranych wyczyściła jej zasoby.

Zachowajmy złoty środek w ryzykowaniu. Francuzi mają piękne określenie „Juste milieu”. Cała gra słów opiera się na „juste”, które jest wieloznaczne. Może być zatem „środek: właściwy, sprawiedliwy, realny, uzasadniony, słuszny, celny czy należyty. Pomyślmy o tych przymiotnikach, ponieważ niosą one za sobą pewną akuratność, wartościując zachowania. Umiejmy zachować się właściwie, podejmować uzasadnione ryzyko, oceniać sprawiedliwie, patrzeć realnie itd. Wtedy i tylko wtedy zmieścimy się między skrajnościami. Nie stawiajmy wszystkiego na jedną kartę, nie atakujmy bez sensu i nie składajmy broni przed walką. Tak oceniam nasze podejście do ryzyka, do inwestowania, ale i do życia. Znowu przywołajmy przykład inwestora. Nie oczekuje 100% bezpieczeństwa, akceptuje stratę, ale nie całości lub 50% kapitału. Co robi? Analizuje, dywersyfikuje, kontroluje.

Ryzyko da się policzyć i kontrolować. Nie wszyscy zgodzą się ze mną, ale unikanie ryzyka nie jest jego kontrolowaniem (patrz pkt „Nie da się żyć bez ryzyka”). Oznacza życie-nieżycie. Tak samo w inwestycjach. Akceptując mentalnie 4% stopy zwrotu, skazujemy się (o ile nie zarabiamy na poziomie klasy wyższej i nie oszczędzamy 70% dochodu) na niedostatek. Wyłączamy, więc w głowie podejście „zero ryzyka”. Jak mawiają „kto nie ryzykuje, ten nie…” i tu możemy dodać różne pointy, z których najłagodniejsza brzmi „nie pije szampana”. Powoli dochodzimy do sedna. Żeby coś kontrolować, trzeba to najpierw policzyć. Służą temu albo skomplikowane modele matematyczne oparte na analizie prawdopodobieństwa i skutku, dostępne jednak dla niewielu (w tym nie dla mnie, ponieważ tzw. wyższa matematyka jest mi obca). Na szczęście możemy poradzić sobie nieźlej, jeśli znamy 5 działania (dodawanie, odejmowanie, mnożenie, dzielenie, obliczenie procentów) plus ułamki czyli mamy wiedzę ze szkoły podstawowej ewentualnie zastosujemy, lepszy dla humanistów model analityczno-opisowy, który doskonale definiuje Tim Ferriss w „Narzędziach tytanów” i rozdziale „Sztuka opanowywania lęku”. Otóż, powróćmy do inwestycji.

Jeżeli wiemy, że statystycznie bessa na giełdzie zdarza się raz na 7 lat, możemy policzyć prawdopodobieństwo bessy na 1/7 x 100%= 14,28%. Co nam da ta wiedza? W sensie praktycznym – niewiele. Idźmy dalej. Największa historyczna bessa sprzed 100 lat wyniosła -90%, czyli indeksy spadły o 90%. I tutaj już mamy większą wiedzę. Szansa, że stracimy 90% kapitału na giełdzie nie jest wielkie – wynosi 1%. Załóżmy, że szukamy odpowiedzi na prawdopodobieństwo spadku co najmniej 30%. Raz na dekadę – 1/10 x 100% =10%. Zdefiniowaliśmy i prawdopodobieństwo w procentach i skutek (ile stracimy). Dla wielu powoduje to ruch „uciekam”. No i głupio. Policzenie prawdopodobieństwa stanowi tylko połowę. Teraz czas na drugą – kontrolowanie. Czy wszyscy, którzy weszli na rynek w 1929 r. stracili 90%? Nie. Albowiem zastosowali narzędzia kontroli, o których jeszcze napiszę w całym cyklu:

  • zlecenia stop loss (stop-straty),
  • dywersyfikację,
  • analizę wielkości pozycji,
  • uciekanie z zyskami,
  • optymalizacja podatkowa,
  • niskie opłaty.

Wszyscy współcześni guru inwestowania, którzy nie przeżyli spadku nawet 50%, zaproponują Wam jeszcze dwie: fundusze indeksowe i uśrednianie ceny nabycia. Ja się z nimi nie zgadzam, ale to czas na kolejną opowieść.

Tworząc klasyczny portfel, w którym mamy akcje i obligacje w proporcji 50:50, zmniejszamy ryzyko straty 90% praktycznie do zera.

Teraz przejdźmy do opisowego modelu Tima Ferrissa. Polega on na odpowiedzeniu sobie na dwa pytania: W skali 1-10 jak bardzo trwałe i niszczące będą negatywne skutki? Co zrobię, żeby ich uniknąć? Pierwsze jest prostym sposobem policzenia (analizy) ryzyka. Drugie narzędziem kontroli. Ferriss, cytując Marka Twaina, zauważa, że większość ryzyk w ogóle się nie wydarzy, przyniesie niewielkie negatywne skutki, da się kontrolować. Wróćmy na chwilę do życia.

Jeżeli posiadam:

  • 12-miesięczny fundusz awaryjny,
  • umiejętności praktyczne,
  • kontakty,
  • własną działalność gospodarczą,
  • ubezpieczenie chorobowe i od bezrobocia,
  • możliwość życia w „państwie socjalnym”,
  • niskie koszty stałe.

jak poważne jest dla mnie ryzyko postawienia się pracodawcy i utraty pracy wraz z żoną? Czy wyrzucą nas z domu? Czy nasze dzieci będą głodować? Czy umrzemy do chorób? Przecież nie.

W gruncie rzeczy doświadczymy niewielkich, czasowych perturbacji. Stosując terminologię Ferrisa, skutki utraty pracy będą wynosić 2 – przejściowe zakłócenia. Z łatwością pokonam przeszkody. Zupełnie w innej sytuacji jest zatrudniony na wysokim stanowisku 54-letni urzędnik samorządowy, z pensją 15 tys. zł netto, wydatkami sztywnymi 10 tys. zł, 3-ma kredytami na łączną sumę ok. 700 tys. zł (przykład z oświadczenia majątkowego). On uznał, że zabezpieczeniem przed ryzykiem jest tzw. pewna praca z dobrymi poborami i akonto zarobków zadłużał się przez lata, ani nie spłacał zobowiązań przed terminiem. I musi się bać.

Teraz przenieśmy te rozważania na inwestowanie. Jeżeli inwestuję pieniądze, których nie mogę stracić, narażam się na ryzyko. Nierozsądnie. Tracąc jednak 10% z kapitału zazgrzytam zębami i pójdę dalej. Znowu – skutek 2. O to chodzi w analizie ryzyka: o ocenę skutków straty określonej wysokości dla mojego życia (choćby w skali 1-10) i zmniejszeniu tego ryzyka (kontrola).

Ryzykiem możemy zarządzać, ale zawsze zdarzy się nieprzewidywalne. Pewien John kupował tylko akcje poważnych firm, z branży finansowej i energetycznej. Ludzie zawsze potrzebują pożyczek i prądu. Firmy audytorskie oceniają ryzyka. Czego się bać, jeśli ma się w portfelu takie pewniaki jak Enron czy Lehman Brothers? Nadchodzi rok 2001 potem 2008. Portfel spada do zera, obie spółki po kolei upadają. Przez giełdy przesuwa się faza bessy. John uważa wszystkie akcje za oszustwo i nigdy nie wraca na rynek.

Zawsze zdarzy się: kryzys dotcomów, Wielki Kryzys, wojny, Covid-19, prezes ucieknie z kasą i sekretarką, księgowy kupi opcje walutowe, urośnie chińska gospodarka, pojawi się Hitler lub Osama bin Laden. Nie jestem w stanie wymienić wszystkiego, ale jestem pewien – w następnej dekadzie usłyszymy o ryzyku, którego nie zidentyfikowaliśmy. I pojawia się dobre pytanie – Co wtedy? Jak zabezpieczyć się przed niewiadomym? Właśnie ten lęk skłania wielu do unikania giełdy, albo szukania „cudownych rozwiązań”, które przed niczym nie chronią, ale dają iluzję „przypilnowałem”. Ładnych parę lat temu, opisywałem Wam Piotra Wajdę, który namawiał na zakup i trzymanie złota, które miało wtedy cenę ok. 1300 USD za uncję. Ale nie zwykły zakup, tylko ulokowanie całej własnej forsy w złocie. Kto go posłuchał, przeżył wzrost do 5500 USD, a potem spadek do 4000 USD. Nie każdy dobrze to zniesie. W długim okresie, zapewniam Was i ceny złota spadną do jakiegoś poziomu równowagi. Ktoś kto wszedł za 1300 USD może stracić. Kto zaczął przy 5500 USD już traci, a ten kto kupi dzisiaj, ma spore prawdopodobieństwo zejścia na poziom 3000 USD, a może i 1000 USD. Nazywa się to kupowaniem na górce. Zdarzy się coś takiego, co zepchnie złoto poniżej poziomów ostatnich lat, które stanowią długoterminową aberrację.

Podobnie jest na giełdzie, w nieruchomościach itp. Każdy z tych rynków podlega cyklom. Warto o tym pamiętać, kiedy zaczną się spadki. W przypadku zaistnienia nieprzewidywalnego, ruchome zlecenie stop loss może uratować nam tyłki. Podobnie dywersyfikacja.

Wnioski. Wrodzona i wyuczona skłonność do ryzyka może nas kierować w stronę działań niebezpiecznych dla życia i portfela. Zignorujemy analizę i mechanizmy kontroli, uznamy, jak dwóch profesorów ekonomii, że ryzyko jest za niskie, aby w ogóle się przejmować. Nasi maklerzy mają wysoki poziom etyki i przestrzegają reguł, myśleli menedżerowie Baringsa, nie wiedząc o niecnych działaniach Nicka Leesona. I popełnimy błąd. Kosztowny błąd. Warto jeszcze raz przemyśleć swoje podejście do ryzyka. Nie można być ani przesadnym optymistą, ani nadmiernym pesymistą. Polecam środek, sprawiedliwy środek.

Wystarczy. Dalsza część opowieści o Warszawie.

Ponieważ porównanie Warszawy z resztą kraju cieszyło się zainteresowaniem, postanowiłem opowiedzieć jeszcze jedną historię, którą znam od klienta.

Na fali „powrotów do szkoły podstawowej” spotkał się z koleżankami i kolegami z klasy. Po kilku głębszych, „przedstawiciel warszawskiego sukcesu”, prawnik z Warszawy, a w zasadzie głowa departamentu prawnego dużej (giełdowej) korporacji zaczął opowieść. Pensja netto – 37 tys. zł/m-c. Zrobił wrażenie, ponieważ większość tych, którzy zostali w Lublinie, marzyła o 10 tys. zł netto. Ale potem zaczęła się dalsza część. „Prawnik z Warszawy” razem z „panią z telewizji” narzekał na wysokie koszty nieruchomości (apartament na Powiślu po 50 tys. zł/m2 plus wykończenie i urządzenie), raty, prywatne szkoły, wymagania żony (zarabia mniej, tak jak pisał Bartek) i doszedł do konkluzji „Jeśli mam dobry miesiąc, odkładam 7 tys. zł, jeżeli gorszy – może dobiję do 5k”. I wtedy wszystkim, którzy jeszcze mogli logicznie myśleć, otworzyły się oczy, a w zasadzie spadły klapki.

Mój klient, człowiek utrzymujący się z transakcji gruntami powiedział mi wprost – gdyby dzisiaj ktoś dał mi 37k netto/m-c (sprawdziłem – ok. 54k brutto), wziąłbym w ciemno. Natomiast był w szoku, że można oszczędzać tylko 15-20% tak ogromnego dochodu (ok. 650k brutto/rok). I ponownie musiałem mu tłumaczyć:

  • że Lublin, to nie Warszawa – zarówno jeżeli chodzi o zwykłe koszty, jak i wydatki na styl życia,
  • że dyrektor w korpo musi prowadzić „odpowiednie” życie, obejmujące – wakacje 3 razy w roku plus długie weekendy, prywatne szkoły, operacje plastyczne żony (albo i zmianę żony na „nowszy model”), drogie alkohole i knajpy, markowe ciuchy itd., a mój klient jako „wolny strzelec” może przyjść na negocjacje z rolnikiem ubrany w dres z Lidla,
  • że zatrudniony na umowie o pracę płaci rocznie 200 tys. zł podatków i składek (różnica pomiędzy pensją netto i brutto), a on korzysta ze zwolnień podatkowych, bo kupione pole sprzeda po 6 latach,
  • wreszcie, że każdą sumę można wydać, jeżeli nie sprawuje się odpowiedniej kontroli.

Teraz wróćmy do tych 5-7 tys. zł oszczędności. Ponieważ sam znam ten styl życia, doskonale rozumiem sytuację. 72 tys. zł rocznie, wystarczy na … dwumiesięczny fundusz awaryjny. Żeby zebrać na 12 -miesięczny (co może odpowiadać okresowi poszukiwania pracy na tak wysokim stanowisku), potrzeba 6 lat. Czyli taki dyrektor cały czas stąpa po kruchym lodzie. Parę błędów podwładnych, zmiana zarządu i szukamy nowej roboty, o co po 50-tce niełatwo. Dlatego wielu dyrektorów wychodzi z pracy z pewną kasą na koncie, ładnym domem, wykształconymi dziećmi i… tyle. Natomiast handlarze ziemią konsekwentnie budują majątek. Co wybierasz?

Żyć bez państwowej emerytury.

Ponownie, zainspirował mnie Bartek komentarzem o „umieraniu z głodu”, jeśli zlikwiduje się ZUS.

Stąd pytam: Czy faktycznie przed systemem emerytalnym ludzie umierali z głodu i czy właśnie dlatego?

Wracamy do podstaw ekonomii, ale i filozofii czyli starego dobrego Seneki. Otóż, człowiekowi na stare lata potrzebne są:

  1. dach nad głową,
  2. ubranie,
  3. jedzenie,
  4. opieka zdrowotna.

Tę ostatnią (moim zdaniem mega ważną) pomijamy, bo ZUS jej nie gwarantuje. Od tego mamy NFZ.

I docieramy do sedna – ile kosztują te dobra? Otóż, w mojej ocenie, obserwując „wiejskich emerytów z domem” – niewiele – może 1000 zł/os. W mieście sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo nie wyprodukujemy jedzenia, a dach nad głową będzie droższy. Natomiast nikt przecież nie zabrania dokonać racjonalnej decyzji – sprzedania drogiego mieszkania w dużym mieście i urządzenia się na wsi.

Odchodzę jednak od dyskusji o słuszności systemu do nagiej konstatacji – życie bez systemu emerytalnego jest możliwe. Niełatwe, lecz z głodu umieraliby nieliczni.

1000 zł zaspokoi nasze potrzeby podstawowe (nie umrzemy z głodu, ani nie będziemy żyć na ulicy). I te 1000 zł można mieć z kapitału 300.000 zł (4% z tej sumy daje odsetki 1000 zł/m-c).

Istnieje też drugi system, stary jak świat – dzieci. Kiedy będziesz już stary, dzieciaki (a masz ich trójkę) zrzucą się po 666 zł (w końcu mają też matkę) i z głodu i zimna nie umierasz. Te 666 zł okazuje się znacznie mniejsze niż składki ZUS, a przede wszystkim krótsze. W wielu krajach „niecywilizowanych” ludzie nie umierają na ulicy, albowiem system międzypokoleniowej solidarności nadal działa. Nie masz dzieci? Możesz jak w Rzymie z czasów Nerona adoptować nawet dorosłego, a dzisiaj podobno często zdarza się to w Japonii. Na naszej wsi istnieli tzw. wychowańcy.

Kolejną metodę na emeryturę wymyślili zapobiegliwi Francuzi, ale i polscy chłopi. Nazywa się dożywocie. Przepisuję nieruchomość na kuzyna, dalszego członka rodziny lub obcego, dalej sobie mieszkam, a on wypłaca mi ustalone świadczenie do śmierci. Kapitalizm zastąpił państwo i więzi rodzinne, a nawet je wyprzedził.

Inny pomysł – dożywotnia renta kapitałowa. Znowu – pisał o niej już Balzac. Całe życie prowadziłem firmę, przekazuję ja następcy, a on zobowiązuje się spłacać mi ją w dożywotnich ratach. Udostępniam oszczędności lichwiarzowi (lub szacownemu obywatelowi, bankowi, firmie ubezpieczeniowej) i on mi płaci „od sta” czyli odsetki, a na koniec zgarnia kapitał – również da się zrobić. Są warianty i bez zgarniania kapitału.

No dobrze, a co z tymi, którzy kapitału i dzieci się nie dorobili? Dobre pytanie. I na nie znalazł odpowiedź człowiek sprzed 200 lat. Czeka ich nie dostatnia starość, ale:

  1. dożywotnia praca,
  2. a jak nie pracują – przytułek.

W przytułku, mają pracować przymusowo, za jedzenie i dach nad głową lub dostają za darmo nocleg i żarcie niskiej jakości (co nie znaczy, że chodzą głodni). Liczba chętnych do trafienia tam – okazywała się drastycznie niska (5-10%). I jeszcze raz powiedzmy sobie szczerze – w świecie, gdzie jedzenie pochłaniało 50-70% dochodu rodziny. Dzisiaj, gdy żywność jest względnie tania, albo dla obywatela nawet darmowa (jak posiłek w Caritasie), dofinansowanie tych max. 10% starców, kosztować musi w podatkach znacznie taniej niż system emerytalny. Do samego KRUS dopłacamy 30 mld, a do ZUS 90 mld. Emerytów mamy 9 mln. 10% z tej liczby to 900 tys. zł. Podarowanie każdemu po 1000 zł x 12 miesięcy stworzy wydatek ok. 11 mld zł, a więc 1/11 dopłaty budżetowej. Oszczędność – 109 mld/rok z wyasygnowanych dzisiaj 120 mld i to w sytuacji zerowej dobroczynności.

I na koniec, warto uświadomić sobie pewne fakty – pomimo tzw. powszechnego systemu emerytalnego istnieje w Polsce spora grupa:

  • nie otrzymująca żadnych emerytur,
  • dostająca emerytury poniżej minimalnej nazwane „groszowymi”.

Dzisiaj szacuje się liczbę „groszowców” na pół miliona z mocną tendencją wzrostową. Część z nich wybrała świadomie „życie poza systemem”, część stała się ofiarą drapieżnego kapitalizmu (przypominam, przy opowieściach o tzw. „umowie społecznej” i „powszechnej emeryturze”), bo jakiś zakład nie odprowadzał składek, zniszczył dokumenty, a ZUS ich nie archiwizował lub po prostu miał bajzel.

Na deser zostawiłem sobie USA. Tam ludzie dostają minimalne świadczenie w wysokości 180 USD czyli równowartość …. dwóch dni pracy za minimalną. Przy większych kosztach niż w Polsce, mamy równowartość 600 zł/m-c. Bohaterowie Nomadlandu powszechnie opisywali czeki na 500 USD (co nie wystarcza nawet na mieszkanie, stąd komuny starców, miasteczka przyczep lub praca do śmierci), a średnie świadczenie wynosi 1800 USD (przypominam – koszt wynajęcia jednopokojowego mieszkania na obrzeżach Miami – 1300 USD). Nie zbierałeś, nie dostajesz (plus lekarz kosztuje). W Europie i tzw. państwie opiekuńczym – nie do pomyślenia.

Kończąc wpis, trzy słowa jak żyć bez ZUS. Wystarczy zapytać wielu ludzi FIRE. Oni przeszli na emeryturę w wieku 30-40-50 lat. To co napisałem na wstępie. Jeżeli przez lata pracy dorobiłeś się 300k (mniej niż statystyczny majątek Polaka), z takiego kapitału dostaniesz 1000 zł. Jeżeli nie chcesz na stare lata spieniężać domu, oszczędzasz dodatkowo. Zwłaszcza, że znaczna większość pracujących będzie miała z czego, jeśli przestanie płacić haracz ZUS-owi. Od pensji minimalnej (ok. 4800 zł) składka emerytalna wynosi 900 zł, od własnej firmy 1150 zł (plus reszta składek drugie tyle). Żeby oszczędzić 300k z 900 zł, wystarczy przez 30 lat zarabiać z kapitału 4% (średnia inflacja). System kapitałowy (zwrot 7-8%) z 500 zł składki przez 40 lat zgromadzi nam kapitał 1 mln zł, co wystarczy na emeryturę ponad 2 -razy większą niż państwowa z ZUS. Ze składki od połowy pensji minimalnej.