Ponownie, zainspirował mnie Bartek komentarzem o „umieraniu z głodu”, jeśli zlikwiduje się ZUS.
Stąd pytam: Czy faktycznie przed systemem emerytalnym ludzie umierali z głodu i czy właśnie dlatego?
Wracamy do podstaw ekonomii, ale i filozofii czyli starego dobrego Seneki. Otóż, człowiekowi na stare lata potrzebne są:
- dach nad głową,
- ubranie,
- jedzenie,
- opieka zdrowotna.
Tę ostatnią (moim zdaniem mega ważną) pomijamy, bo ZUS jej nie gwarantuje. Od tego mamy NFZ.
I docieramy do sedna – ile kosztują te dobra? Otóż, w mojej ocenie, obserwując „wiejskich emerytów z domem” – niewiele – może 1000 zł/os. W mieście sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo nie wyprodukujemy jedzenia, a dach nad głową będzie droższy. Natomiast nikt przecież nie zabrania dokonać racjonalnej decyzji – sprzedania drogiego mieszkania w dużym mieście i urządzenia się na wsi.
Odchodzę jednak od dyskusji o słuszności systemu do nagiej konstatacji – życie bez systemu emerytalnego jest możliwe. Niełatwe, lecz z głodu umieraliby nieliczni.
1000 zł zaspokoi nasze potrzeby podstawowe (nie umrzemy z głodu, ani nie będziemy żyć na ulicy). I te 1000 zł można mieć z kapitału 300.000 zł (4% z tej sumy daje odsetki 1000 zł/m-c).
Istnieje też drugi system, stary jak świat – dzieci. Kiedy będziesz już stary, dzieciaki (a masz ich trójkę) zrzucą się po 666 zł (w końcu mają też matkę) i z głodu i zimna nie umierasz. Te 666 zł okazuje się znacznie mniejsze niż składki ZUS, a przede wszystkim krótsze. W wielu krajach „niecywilizowanych” ludzie nie umierają na ulicy, albowiem system międzypokoleniowej solidarności nadal działa. Nie masz dzieci? Możesz jak w Rzymie z czasów Nerona adoptować nawet dorosłego, a dzisiaj podobno często zdarza się to w Japonii. Na naszej wsi istnieli tzw. wychowańcy.
Kolejną metodę na emeryturę wymyślili zapobiegliwi Francuzi, ale i polscy chłopi. Nazywa się dożywocie. Przepisuję nieruchomość na kuzyna, dalszego członka rodziny lub obcego, dalej sobie mieszkam, a on wypłaca mi ustalone świadczenie do śmierci. Kapitalizm zastąpił państwo i więzi rodzinne, a nawet je wyprzedził.
Inny pomysł – dożywotnia renta kapitałowa. Znowu – pisał o niej już Balzac. Całe życie prowadziłem firmę, przekazuję ja następcy, a on zobowiązuje się spłacać mi ją w dożywotnich ratach. Udostępniam oszczędności lichwiarzowi (lub szacownemu obywatelowi, bankowi, firmie ubezpieczeniowej) i on mi płaci „od sta” czyli odsetki, a na koniec zgarnia kapitał – również da się zrobić. Są warianty i bez zgarniania kapitału.
No dobrze, a co z tymi, którzy kapitału i dzieci się nie dorobili? Dobre pytanie. I na nie znalazł odpowiedź człowiek sprzed 200 lat. Czeka ich nie dostatnia starość, ale:
- dożywotnia praca,
- a jak nie pracują – przytułek.
W przytułku, mają pracować przymusowo, za jedzenie i dach nad głową lub dostają za darmo nocleg i żarcie niskiej jakości (co nie znaczy, że chodzą głodni). Liczba chętnych do trafienia tam – okazywała się drastycznie niska (5-10%). I jeszcze raz powiedzmy sobie szczerze – w świecie, gdzie jedzenie pochłaniało 50-70% dochodu rodziny. Dzisiaj, gdy żywność jest względnie tania, albo dla obywatela nawet darmowa (jak posiłek w Caritasie), dofinansowanie tych max. 10% starców, kosztować musi w podatkach znacznie taniej niż system emerytalny. Do samego KRUS dopłacamy 30 mld, a do ZUS 90 mld. Emerytów mamy 9 mln. 10% z tej liczby to 900 tys. zł. Podarowanie każdemu po 1000 zł x 12 miesięcy stworzy wydatek ok. 11 mld zł, a więc 1/11 dopłaty budżetowej. Oszczędność – 109 mld/rok z wyasygnowanych dzisiaj 120 mld i to w sytuacji zerowej dobroczynności.
I na koniec, warto uświadomić sobie pewne fakty – pomimo tzw. powszechnego systemu emerytalnego istnieje w Polsce spora grupa:
- nie otrzymująca żadnych emerytur,
- dostająca emerytury poniżej minimalnej nazwane „groszowymi”.
Dzisiaj szacuje się liczbę „groszowców” na pół miliona z mocną tendencją wzrostową. Część z nich wybrała świadomie „życie poza systemem”, część stała się ofiarą drapieżnego kapitalizmu (przypominam, przy opowieściach o tzw. „umowie społecznej” i „powszechnej emeryturze”), bo jakiś zakład nie odprowadzał składek, zniszczył dokumenty, a ZUS ich nie archiwizował lub po prostu miał bajzel.
Na deser zostawiłem sobie USA. Tam ludzie dostają minimalne świadczenie w wysokości 180 USD czyli równowartość …. dwóch dni pracy za minimalną. Przy większych kosztach niż w Polsce, mamy równowartość 600 zł/m-c. Bohaterowie Nomadlandu powszechnie opisywali czeki na 500 USD (co nie wystarcza nawet na mieszkanie, stąd komuny starców, miasteczka przyczep lub praca do śmierci), a średnie świadczenie wynosi 1800 USD (przypominam – koszt wynajęcia jednopokojowego mieszkania na obrzeżach Miami – 1300 USD). Nie zbierałeś, nie dostajesz (plus lekarz kosztuje). W Europie i tzw. państwie opiekuńczym – nie do pomyślenia.
Kończąc wpis, trzy słowa jak żyć bez ZUS. Wystarczy zapytać wielu ludzi FIRE. Oni przeszli na emeryturę w wieku 30-40-50 lat. To co napisałem na wstępie. Jeżeli przez lata pracy dorobiłeś się 300k (mniej niż statystyczny majątek Polaka), z takiego kapitału dostaniesz 1000 zł. Jeżeli nie chcesz na stare lata spieniężać domu, oszczędzasz dodatkowo. Zwłaszcza, że znaczna większość pracujących będzie miała z czego, jeśli przestanie płacić haracz ZUS-owi. Od pensji minimalnej (ok. 4800 zł) składka emerytalna wynosi 900 zł, od własnej firmy 1150 zł (plus reszta składek drugie tyle). Żeby oszczędzić 300k z 900 zł, wystarczy przez 30 lat zarabiać z kapitału 4% (średnia inflacja). System kapitałowy (zwrot 7-8%) z 500 zł składki przez 40 lat zgromadzi nam kapitał 1 mln zł, co wystarczy na emeryturę ponad 2 -razy większą niż państwowa z ZUS. Ze składki od połowy pensji minimalnej.
Większość ludzi nie oszczędza, ponieważ presja społeczna wymusza droższy samochód, większy dom, luksusowe wakacje. Dlatego trudno im zrozumieć ideę FIRE. Odnoszę wrażenie, że w ich oczach ludzie decydujący się na szybszą emeryturę to nieudacznicy. W rozmowie z pewnym człowiekiem, który mógłby dawno pójść na emeryturę resortową,
usłyszałem, że trzeba się uczyć, zwiększać kwalifikacje tak jak on. Razem z nim pracuje 73-latka więc tak trzeba. On musi dbać o rodzinę i zapewnić jej byt. Jednocześnie sam twierdzi, że nie wie co robią jego dzieci. Albo mówi tak jak powinno być albo to jakaś maska przed niepewnością, że dziś jest się kimś a na emeryturze będzie się zwykłym obywatelem. Tacy ludzie, prowadzący wysoki standard życia, nie chcący ograniczać się, sami odrzucają ideę o której wspominasz.
Problem polega też na tym, czym w istocie, po odrzuceniu całej marketingowej otoczki jest ten „wysoki standard życia” – niepohamowaną konsumpcją. Ludzie odkładają emeryturę (czyli pracują po 70-tce), żeby zrobić remont w domu, zmienić auto, spłacić kredyt zaciągnięty na wesele córki itd.
Postaw ludzkich obserwuję sporo i często powiedzenie „nieudacznik” o osobie, która decyduje się żyć niestandardowo, albo oznacza ciasnotę umysłową albo pokrywa własne rozczarowanie życiem (syndrom kwaśnych winogron). Przy czym „niestandardowo” nie oznacza wyłącznie FIRE, ale ponownie, spektrum postaw, od artysty („co to za zawód”), przez podróżnika („kiedy on pracuje”), aż do freelancera. Kto nie robi „nine to Five”, albo lepiej „seven to seven” ten leń, obibok i wyrzutek społeczny.
Co do mundurowych. Ponownie – różnica potrafi być ogromna, od 45-latka, który zbudował kampera z autobusu i pojechał po Europie, aż do mojego starszego kolegi z pracy. Pan Robert, kiedy przyszedłem do firmy, był już emerytem wojskowym i pracował na pół etatu (3 razy w tygodniu wpadał do biura na niecałe 7 godzin), odszedł z biura w wieku … 75 lat. Za rok dowiedziałem się, że ciężko choruje (poważny Parkinson).
Dzisiaj młode pokolenie ceni inne wartości i świetnie, bo od tego mamy młodość. Lepiej widzieć własne dzieci, móc je wesprzeć, niż „być kimś”, co w 90% nie oznacza słynnego muzyka, a możliwość powiedzenia „jestem lekarzem”, „jestem księgowym”, „jestem dyrektorem” itd. Ponieważ taka identyfikacja zawodowa, zaciera wrażenie pustki, którą odczuwa emeryt. A bycie emerytem, we współczesnych mediach (podobnie jak w XIX-wiecznym chłopskim świecie), równa się bycie nikim.
Jednocześnie rozumiem tych, którzy FIRE odrzucają z przyczyn racjonalnych, bo FIRE nie pasuje każdemu.
Szczególnie wymieniona liczba 666 zł w tekście zrobiła na mnie piekielne wrażenie..
Masz diabelnie radykalne poglądy w zakresie systemu emerytalnego…:-)))
Zrobiłeś mi dzień.
A na poważnie, czy widzisz gdzieś błąd w obliczeniach? Bo jeżeli radykalizm polega na przedstawieniu trudnych prawd, jestem radykałem.
Obecnie wiele osób (zwłaszcza młodych, którzy w 70% dostaną tę emeryturę minimalną, często równą ostatniej wpłaconej składce) zaczyna dostrzegać wady istniejącego systemu. Im więcej, tym mniejsze ma on szanse na przetrwanie. Kiedyś „systemem” były dzieci i społeczna kontrola nad przestrzeganiem więzi rodzinnych. Potem przyszedł konserwatywny Bismarck i wymyślił jak jednocześnie wygrać wybory i napełnić kasę państwa (przez wiele lat system bilansował się dodatnio, bo wszyscy wpłacali, a wypłacano mało). W ostatnich kilkudziesięciu latach chciwość całych grup (przywileje), taka sama kalkulacja polityków (zysk wyborczy dzisiaj, a koszty dla następców) plus decyzja o nieposiadaniu dzieci zadała ostateczne ciosy. Przy aktualnej dzietności i piramidzie demograficznej (stosunek pracujących do emerytów), ZUS zawali się jak domek z kart, albo zacznie wypłacać grosze. I to już za kilkanaście lat. Obecnie przypada ok. 1.2 dziecka na kobietę, co oznacza, że jeśli trend się utrzyma (a nie ma znaków, żeby nie), każde kolejne pokolenie będzie prawie o połowę mniejsze (pomijam imigrację i emigrację). ZUS tego nie wytrzyma (może nie przestanie istnieć, ale nikt nie określi go jako realny sposób na zapewnienie starości).
Wbrew pozorom sygnał dało państwo. Stworzyło poza ZUS-em kilka innych „systemów emerytalnych”, więc część przeskakuje do nich. Reszta decyduje się działać „poza systemem” albo minimalizuje składki.
Do tego dochodzi tzw. wolny rynek, który w wersji „marzenie XIX-wiecznego kapitalisty” oznacza nieposiadanie istotnych oszczędności przez 80% populacji. Kto ich nie ma (a nie posiada też dzieci), musi pracować do śmierci. Widzę to u siebie w biurze, nadal pracująca (na część etatu) siedemdziesięciolatka nie budzi niczyich emocji, a potem przychodzi choroba i prosto zza biurka wywożą panią inżynier najpierw na OIOM, a potem do ZOL (oddział dla niesprawnych, wymagających stałej opieki, a nie rokujących poprawy pomimo leczenia). A za 40 lat emerytura z ZUS nie wyniesie 70% ostatniej pensji (jak dzisiaj), tylko 20%.
Żeby wszystko nie wyglądało tak dołująco, przedstawiam program alternatywny: PPK+IKZE (dla gorzej zarabiających IKE)+oszczędności.
Oczywiście zgadzam się z logiką i wyliczeniami. Chciałem wnieść trochę żartu do tego poważnego i -w mojej opinii- nierozwiązalnego tematu.
A to, że emerytury będą dla nas większości ( z wyjątkiem emerytów uprzywilejowanych) niskie albo bardzo niskie- zaakceptowałem mentalnie i traktować zamierzam jako niespodziewane, dodatkowe pieniądze.
Dokładnie, z rzeczywistością trudno dyskutować, pozostaje tylko skwitować ją śmiechem. Aczkolwiek Ty i ja znajdziemy się jeszcze w niezłej sytuacji – 55%-70% średniej pensji to nie dramat, zważywszy jak spadną wydatki. Na drugim biegunie wylądują kolejne pokolenia ze stopą zastąpienia, o której pisałem i bez oszczędności. Im z pewnością (zwłaszcza jeśli nie otrząsną się szybko) do śmiechu już nie będzie.