Było o KIDS (kids in parents pockets eroding retirement savings), teraz o innym akronimie – SKI (spending the kids’ inheritance, „wydawanie dziedzictwa swoich dzieci” – w luźnym tłumaczeniu ). Odnosi się on do emerytów, którzy żyją tzw. pełnią życia, wydając pieniądze na podróże, przyjemności i gadżety, zamiast zostawić kasę (spadek dzieciom).
Taka „szufladka” ma dwa oblicza. W pierwszym, starzy rodzice traktują sprawę żartobliwie, a dzieci podobnie, żartując, że każda podróż w tropiki umniejsza przyszły spadek. W drugim, obie strony podchodzą do sprawy niezmiernie poważnie, a różne grupy żyjące z nakręcania konfliktu, świetnie sobie żyją dostarczając argumentów.
Opcja „rodzice” podkreśla, że „nam nikt nic nie dał, a więc i my nie zostawimy w spadku nic.” Wykształciliśmy, posłaliśmy w świat, nasza rola się skończyła, młodzi mają sobie radzić. Statystycznie, taka narracja pozostaje niezmiernie daleka od prawdy. Niewielu znam dzisiejszych 50-60 latków, którzy od rodziców nie dostali nic. A to sprzedano pole, żeby kupić mieszkanie w mieście. A to sfinansowano samochód, hobby, opiekę nad wnukami. Działa mechanizm wyparcia. Ba znałem młodą emerytkę (babcię koleżanki, więc historia sprzed 40 lat) z kategorii „ja nic nie dostałam”, która wprawdzie spadek otrzymała niewielki, ale za to całe życie żerowała na pracy męża i wiecznie jej było mało. Nie planowała nic zostawić dzieciom, może trochę wnukom. Była SKI, zanim to stało się modne.
Druga skrajna grupa zakłada, że spadek trzeba zostawić „ja miałem kiepsko, niech teraz dzieci zakosztują lepszego życia.” W wersji antagonizacja „Twój ojciec to samolub, bo zamiast dać Ci odziedziczyć, znowu zmienił auto”.
Żadna nie ma racji, obie nie rozumieją mądrości poprzednich XIX-wiecznych pokoleń. Otóż uważano wtedy, że majątek dzieli się na dwie części:
- odziedziczony, darowany, który trzeba przekazać dzieciom (w wersji skrajnej – nie można nim było dysponować w testamencie),
- zarobiony samodzielnie – pełna swoboda: zostawić kolejnym pokoleniom, przepuścić, przepisać na kościół, nikomu nic do tego.
I zgodnie z tym postępowano. Jeśli ktoś dostał majątek ziemski, starał się go zachować dla dzieci. Jeśli warsztat, to warsztat, pole to pole itd. Wszystko inne mógł przegrać w ruletę, przepić. Kto przegrał odziedziczone, narażał się na grupową dezaprobatę i łatkę utracjusza. W świecie prostych reguł, ludzie żyli prosto.
Bardzo dobra zasada, źeby utrzymać dobrobyt pokoleń. Ja bym do tego dodał 50% tego co sami wypracowaliśmy plus to co odziedziczyliśmy- jako suma którą otrzymają spadkobiercy.
Ta zasada opisywała minimum. Zwykle każde pokolenie dokładało swoje, stąd po 4-5 generacjach powstawał spory majątek. Widać go np. we Francji albo imperium VW.
A w Polsce? Sporo zniszczono, zmarnowano, a część woli przetupać niż zostawić dzieciom.
Gdy wrócę z wakacji pojawi się parę wpisów o regułach tzw. drobnomieszczaństwa.
Ja jestem zdania że wolę przepalić swój majątek za swojego życia, zwiedzić świat, kupić sobie Auto jeśli będę chciał, zmienić dom na większy itd. Dzieci nie planujemy więc dlatego mamy takie podejście. Nie mamy też komu przekazać swojego majatku bo nie widzimy w ludziach potencjału gdzie oni dalej mogliby to pomnożyć tak jak my. Jak patrzę na najbliższą rodzinę to mi się odechciewa. W ogóle nie zastanawiają się nad inwestowaniem ani złotówki, wolą wydać to co mają i zero refleksji na temat przyszłości. Próbowaliśmy coś zmienić w tej kwestii ale nie ma szans. Dlaczego więc miałbym oddawać im swoje zarobione pieniądze? Oni na pewno to przejedzą i nie będą tego pomnażać. Wolę więc wydać sam w zgodzie z zasadą die with zero ze znanej książki.
Pozdrowienia
W sytuacji bezdzietnej pary – Die with zero raczej oczywiste. Jeśli stosunki z dalszą rodziną niespecjalnie – tym bardziej, albo z perspektywą zmarnowania. Jak ktoś ma przepuścić, lepiej wydać samodzielnie