Ostatnio jeden z klientów podrzucił mi ofertę – dwupokojowy apartament na wyspie na Oceanie Indyjskim za 100.000 zł. Wady? Daleka podróż lotnicza (przez kraje Zatoki Perskiej), nieco inna kultura. Natomiast identyczny lokal na Wyspach Kanaryjskich (część UE, mnóstwo lotów) – za ok. 400.000 zł (z lokalnymi podatkami i kosztami transakcji). Wady? Ochrona dzikich lokatorów, aczkolwiek przy stałym pobycie ma ona mniejsze znaczenie. Dom na Sycylii (nie ruina) – 100.000 zł?
I teraz wracamy do tytułu. Czy nas stać? Bungalow „na Kanarach”10-20 minut spacerem do plaży – w cenie kawalerki w Warszawie, albo małego mieszkania w dużym mieście. Dom na Sycylii czy tropikalnej wyspie za 1/3 kawalerki w Lublinie.
Wieczne wakacje – oznaczają albo pracę zdalną, albo całkowity luz. Koszt życia przez miesiąc, podawany przez lokalnych blogerów – ok. 3000 zł/os. Para w tym mieszkaniu/bungalowie 6000 zł/m-c. W konsekwencji stać kogoś, kto ma 400k na start i 6000 zł/m-c pasywnego dochodu. Licząc regułą 4% – 1.800.000 zł. Sporo. Przeciętny Polak, na pewno taką kwotą nie dysponuje. Co robić?
Sposób 1 – pracować na miejscu. Na życie zarobimy nawet z jedną pensją minimalną. W wielu miejscach system pracy 4 godziny rano i 4 po południu. Stąd w środku dnia mamy wakacje. Naciągane. A praca sezonowa? Np. przez 3 miesiące. Już lepiej.
Sposób 2 – maksymalizować stopę zwrotu. Np. do 8%/rok. Wtedy wystarczy mieć 900 tys. zł oszczędności plus lokal.
Sposób 3 – kupić coś większego za 900 tys. zł i wynajmować turystom. Dość proste i na życie zarobimy i dach nad głową zapewniony.
Sposób 4 – znaleźć pracę na plaży. Jak bohater „Sztuki opanowywania lęku” – jednego z rozdziałów „Nawyków tytanów” Tima Ferrissa. Wtedy jesteśmy i w pracy i na wakacjach.
Sposób 5 – nie kupować mieszkania tylko starego kampera. Klimat idealny. Póki silnik pracuje, jeździmy po wyspach, co miesiąc zmieniając miejsce pobytu. Wtedy wystarczy nam kasy z przeciętnego mieszkania w Polsce, o ile umiemy ją ulokować na 6-7%.
Jeżeli nie zamierza mieszkać się w takiej nieruchomości przez większą część roku albo wynajmować komercyjnie to zakup dla incydentalnego korzystania nie ma ekonomicznego sensu.
A co mieszkania na wyspie na Oceanie Indyjskim… no cóż, mieszkać na tam stałe to szok kulturowy x10 w stosunku do przeprowadzki na wieś. Dla amatora.
Odniosę się do Twojego komentarza pod poprzednim wpisem tutaj: facet po 60 roku życia, który zgromadził pokaźny majątek ( kilkanaście milionów) jeszcze użera się z firmą i wychodzi od kilku lat na zero..? Tutaj potrzebna jest już terapia…
Potwierdzam – zakup do incydentalnego korzystania nie ma sensu. Ale „wieczne wakacje” znaczą coś innego. Albo całkowitą przeprowadzkę, albo spędzanie na miejscu kilku miesięcy. Niemożliwe? Mam w rodzinie informatyka, który w Hiszpanii siedzi prawie pół roku (tyle, żeby nie stracić statusu rezydenta w WB). Kumpel, wcześniej pracoholik – siedzi po 1-2 miesiące na raz na Teneryfie, a wcześniej trudno było go wywlec na urlop dłuższy niż tydzień. Ja powoli myślę spędzaniu zimy w ciepłym kraju. Dwóch-trzech miesięcy nie nazwałbym może „wiecznymi wakacjami”, ale już może miniemeryturą – tak. I tyle pogodziłbym z pracą. 2-3 wyjazdy w roku wymagałyby już rezygnacji z etatu.
Co do szoku kulturowego, cała szeroka grupa chwali sobie np. Tajlandię, Wietnam, więc pewnie i bliżej da się żyć.
A co do tego klienta. Tu zadziałały dwa mechanizmy. Pierwszy „wzorcowy przedsiębiorca” polega na silnej wierze w sukces, „jeszcze się odbije”, „jeszcze będzie dobrze” i nieprzyjmowania do wiadomości złych wieści. Ktoś, kto latami odnosił sukcesy, nie rozumie, że kryzys w branży (tu nie chodzi o jego własne starania), zmienił ją diametralnie. Małe rodzinne firmy wypierają korpo, drastycznie wzrosły koszty, a internet zaorał handel. Drugi – „syndrom ojca późnego dziecka”, czyli dwa razy silniejsze starania, by nie skapcanieć, aby dziecko nie odczuwało, że jego tato jest 10-15 lat starszy od rodziców rówieśników. Osobiście mnie to nie dziwi, że broni się przed emeryturą.
Taki też mam plan-jak Bóg pozwoli -od przyszłego roku, na początku na 1,5 miesiąca. Docelowo listopad-luty w cieplejszym klimacie.
Wydaje mi się, że dla tego faceta ważniejsze powinno być uczestniczenie aktywne w życiu dziecka a nie „walka z wiatrakami” jako przedsiębiorca. Kwota kilkanaście milionów ( niech będzie 12 netto ) pozwala w tym wieku absolutnie żyć na wysokim poziomie, zostawić sporo dziecku, inwestując w jego pasje, hobby i edukację.Przy rozsądnym i bezpiecznym inwestowaniu ( bez luksusowych wakacji co 2 miesiące i nowego Porsche w garażu) ten człowiek jest w stanie z odsetek z tych środków jeszcze…. odkładać sporo.
On w życiu tego dziecka uczestniczy, w stopniu znacznie większym, niż którykolwiek z jego rówieśników 15 lat temu. Wszystkie tematy, które poruszamy, poza zawodowymi, to właśnie nasze dzieci-sportowcy. Powoli, bardzo powoli, dociera do niego myśl, którą napisałeś, że dobrze pracujący majątek wystarczy mu na życie. Plac z biurem wynajmie, aktywa trwałe spienięży, a gotówką, nieruchomości, których ma jeszcze sporo, też sypią co miesiąc (dlatego jest w stanie wychodzić na zero). I poza ilością pracy, de facto nic się nie zmieni, bo i tak żyje z tego, a nie z niezyskownej firmy. Starcza na kosztowny sport dziecka, GLS-a w garażu, nawet drogie ciuchy żony. Problem tkwi w mentalu. Nie każdy potrafi, jak Piotr, postanowić „die with zero”. Na wakacjach siądę nad wpisem na ten temat.
A te całe miesiące w ciepłym klimacie, oby Ci się udały.