Komu bije dzwon? Dlaczego warto iść na emeryturę wcześniej.

W powieści Ernesta Hemigway’a pod takim tytułem pojawia się cytat z „Medytacji XVII” Johna Donne’a „Nie pytaj: Komu bije dzwon? Bije on Tobie”. Nigdy nie wiemy, ile pożyjemy. Czytając ostatnie polskie wydanie „Pieniądze albo życie” uderzyło mnie wspomnienie biograficzne o Joe Dominguezie, prekursorzy ruchu FIRE. Rok urodzenia 1938, zakończenie pracy 1969, śmierć 1997. Na emeryturze FIRE – 28 lat. Gdyby czekał na sowite, obiecane przez Matrixa świadczenie, no cóż nie doczekałby się. Zmarł w wieku 59 lat.

Porównanie losów, w świetle medytacji Johna Donne’a, stawia przed oczy problem – nigdy nie wiem jaki los jest mi pisany (nota bene zmarł ok. miesiąc przed 62 urodzinami), czy dożyję emerytury i w jakim stanie zdrowia. Stąd racjonalnie będzie wcześnie zakończyć aktywność zawodową.

Wiąże się z tym zasadniczy kłopot – pieniądze. Jak wspomina partnerka Joe, Vicky Robin, w chwili przejścia na FIRE miał 75k USD oszczędności i spłaconą hipotekę. Taka suma przeniesiona na warunki współczesnej Polski byłaby dzisiaj równowartością ok. 1-1,5 mln zł. I z taką sumą możemy startować. Kiedy zaczniemy? Wielu z nas nie ma szans na dorównanie mistrzowi.

16 komentarzy do “Komu bije dzwon? Dlaczego warto iść na emeryturę wcześniej.”

  1. Ja już-tak jak tutaj pewnie pisałem-8-10 h tygodniowo aktywności zawodowej.I to mi odpowiada, nie muszę więcej, ale jednak coś ogarniam-co powoduje zadowolenie i rodzaj samodyscypliny.
    Jednocześnie mam czas na wyjazdy, sport, książki. I na lenistwo- jak mam taką ochotę.
    Czego wszystkim gorąco życzę ( nawet życzę zero aktywności zawodowej-jeżeli ktoś woli).

    1. Powoli dochodzisz do standardu „Czterogodzinnego tygodnia pracy”. Wielu wybiera też opcję – tydzień w miesiącu. Jestem zdecydowanie za, chociaż realnie to taka opcja dla freelancera lub przedsiębiorcy. Żaden znany mi pracodawca nie zgodziłby się na 1/5 etatu.

  2. Hej ostatnio też o tym myślałem i zacząłem się zastanawiać jak tego dokonać. Pozwól, że wkleję mój plan w formie posta który zamieściłem na Facebooku. Ocenisz go może swoim fachowym okiem i wypowiesz się na ten temat. Chętnie przeczytam twoją wypowiedź bo bloga śledzę już od dawna i czytam każdy wpis. Mam nadzieję, że jest to napisane w taki sposób, że da się zrozumieć mój plan działania 🙂 Jeśli coś w związku z inwestycjami w poszczególne aktywa byłoby niejasne to chętnie dopiszę. Pozdrawiam Cię 🙂

    TREŚĆ POSTA:
    Ostatnio rozmyślałem nad tym ile tak naprawdę pieniędzy potrzeba do życia na FIRE i czy warto z tym wszystkim czekać aż do 40-45-50 roku życia. Czy naprawdę najlepiej jest najpierw uzbierać kwotę potrzebną do tego aby z niej żyć (zasada 4%) czy może lepiej wcześniej zacząć wykorzystywać te pieniądze póki się ma zdrowie i jest się w młodym wieku. Zobaczcie czy mój plan na FIRE ma szansę wypalić. Pomóżcie ocenić tę sytuację i może znaleźć potencjalne błędy w moim myśleniu:

    -wiek 32 lata, żona tyle samo, a więc 33 lata do osiągnięcia ZUSowskiej emerytury lub też 28 lat do pierwszych nieopodatkowanych wypłat z IKE i IKZE (dość długi horyzont)
    -aktualnie zainwestowane 1,2 mln zł w ETFy na NASDAQ, cały świat oraz częściowo Vanguard Life Strategy 80% bez dodatkowych dopłat jako inwestycja NR 1
    -w tym roku założone IKE + IKZE (JDG) i plan na wpłaty limitów przez kolejne 28 lat czyli około 45 tys rocznie na te dwa konta jako inwestycja NR 2 oraz zakup ETFa IUSQ za całość środków raz w roku
    -chęć przejścia na emeryturę w wieku 37 lat

    Więcej informacji o nas:
    -nowy dom bez kredytu, auto bez kredytu, kupione już wszystkie rzeczy, które potencjalnie mogą kosztować więcej i na które inni czasem też biorą kredyty
    -brak dzieci oraz brak planów na dzieci
    -podejście die with zero, minimalizm
    -żona z podobnym podejściem i filozofią
    -stałe koszty życia około 2,5k miesięcznie (utrzymanie domu, auta, jedzenie, podatki i ubezpieczenia)
    -dodatkowe koszty 4,5k na podróże i jakieś drobne rzeczy dla siebie (robimy wyjazdy często budżetowo z plecakami i jesteśmy raczej odkrywcami niż turystami, nie bierzemy all inclusive, lubimy odkrywać dane miejsca i być tu i teraz).

    I teraz tak:
    Przyjmijmy dla uproszczenia że mamy te dwie osobne inwestycje NR 1 i NR 2:
    Inwestycja NR 1 czyli 1,2 mln w ETFach jak wyżej bez żadnych dodatkowych dopłat zrobi średnio rocznie 8% i za 5 lat będzie to około 1,93 mln.

    Inwestycja NR 2 od zera czyli od tego roku w jedno IKE oraz IKZE (JDG) czyli razem około 45 tys rocznie z dopłatami full limitów, które potencjalnie mogą się zmienić na wyższe (ale to nie jest pewne więc przyjmijmy te 45 tys rocznie). Ta inwestycja zrobi przez 28 lat z tymi dopłatami około 5 mln przyjmując również 8% stopę zwrotu przy inwestycji w ETF IUSQ lub jakiś inny na cały świat.

    Przechodząc w wieku 37 lat na emeryturę chcemy zacząć korzystać z inwestycji NR 1 aż do wieku 60 lat kiedy to będziemy mogli wypłacać pieniądze z IKE bez podatku. Czyli potrzeba nam pieniędzy na około 23 lata. Według kalkulatora życia z kapitału będziemy mogli wypłacać sobie z inwestycji NR 1 około 13k miesięcznie z uwzględnieniem, że muszę zapłacić 19% podatku oraz, że oprocentowanie stale będzie wynosiło około 8%. Nie uwzględniam tutaj inflacji ponieważ te 13k to aż nadto na nasze możliwości wydawania i pewnie i tak wypłacalibyśmy mniej (miesięcznie po prostu tyle ile nam aktualnie potrzeba z uwzględnieniem żeby nie przekroczyć 13k). Tym oto sposobem kapitał zjechałby prawie do zera, ale:

    W między czasie cały czas wypełnialiśmy limit IKE i IKZE dla inwestycji NR 2, a więc przy wzroście 8% rocznie średnio, uzbierałaby się tutaj suma około 5 mln zł. I właśnie z tych pieniędzy żylibyśmy między 60 a X rokiem życia.

    Zasadnicze pytania:
    1. Skąd będziemy brać pieniądze na dopłaty do IKE i IKZE po przejściu na emeryturę? Będziemy mieć dużo czasu więc prawdopodobnie w wolnych chwilach będziemy się podejmować jakichś projektów, z których będzie kasa na dopłaty. Jeśli to się nie uda to będziemy robić te dopłaty z tych 13k bo to są jak dla nas pieniądze z górką i prawdopodobnie nie wykorzystamy ich w całości

    2. Co będziemy robić na emeryturze w wieku 37 lat? Jeść chipsy i oglądać TV 😛 Nie no żartowałem. Będziemy podróżować dużo częściej niż teraz, będziemy dbać o nasz ogród, uprawiać więcej sportu, próbować nowych rzeczy. Wielu z was zapyta a skąd na to pieniądze? Przecież życie kosztuje. No właśnie z tej inwestycji NR 1, bo przy niskich kosztach życia jest to do zrobienia, a poza tym najfajniejsze dla nas rzeczy robimy za darmo lub niskim kosztem. Jazda na rowerze, ognisko, spotkanie z rodziną to wszystko jest nisko kosztowym zajęciem. Nie oczekujemy fajerwerków od życia, chcemy tylko spokoju i stabilności. Jesteśmy minimalistami i nie potrzebujemy zmieniać co roku telefonów, komputerów i aut. Nasz dom jest tani w utrzymaniu i nie planujemy innego większego. Auto służy nam do jazdy a nie do szpanu, nie kupujemy ubrań z drogimi metkami, które i tak są szyte gdzieś w Bangladeszu za bezcen. Korzystamy często z promocji robiąc zakupy spożywcze i sprawia nam frajdę jeśli znajdziemy coś tanio. Ogólnie może ktoś kto popatrzyłby na to wszystko z boku powiedziałby, że dziadujemy ale nam naprawdę wystarcza to co mamy, nauczyliśmy się cieszyć z małych rzeczy.

    3. Co jeśli nam się znudzi? Wrócimy do pracy, może na cały etat, może na pół…

    BONUS:
    1. Żona też ma założone IKE więc zawsze coś tam wpłaci dodatkowo
    2. Będziemy mieć dwie skromne emerytury z Niemiec bo mieszkaliśmy tam 11 lat i uzbieraliśmy przez ten czas jakieś składki. Dodatkowo zadziała waloryzacja więc będzie to zawsze jakiś dodatek

    Tych dwóch rzeczy nie wliczam bo staram się przyjmować zawsze bardziej pesymistyczny scenariusz tak żeby się nie zaskoczyć.

    Myślę, że to wszystko i da się to zrozumieć. Napiszcie co o tym myślicie i czy są tu jakieś błędy w myśleniu oraz co byście poprawili gdybyście mieli podobną sytuację. I proszę nie namawiajcie nas tylko na dzieci 😛

    1. Plan, bo to nie jest tylko pomysł – niezły, z jednym zastrzeżeniem. Oszczędność, osiągnięcia finansowe, godne pozazdroszczenia. Trafiłeś bingo, bo żona ma podobne upodobania. Szansa na emeryturę w wieku 37 lat, super sprawa.
      A to zastrzeżenie? Plan wypłaty 100k i lokowanie wszystkiego w NASDAQ. Przejrzałem dane historyczne tego indeksu. W „bańce dotcomów” spadł z o 75% w dwa lata. Co to znaczy? Że wypłacając takie sumy, wyzerujesz rachunek w 3 lata. W 2003 r. miałbyś puste konto. Gdybyś nic nie wypłacał, a tylko chciał wrócić do punktu wyjścia – czekasz do 4700 pkt aż…. 15 lat. „Kup i trzymaj” bardzo kiepska strategia na trudne czasy. Pomiędzy 2007, a 2008 r. tracisz 50%. Potem 2021/2022 – 1/3. Pomiędzy lutym a kwietniem 2025 r. 25% w 2 miesiące. Wcześniej 25% w 3 miesiące w 1998 r. W 1987r. 1/4 w miesiąc. A do tego dochodzi różnica na kursie dolara (bo wydajesz w złotówkach). Teraz giełda jest na maksimach. Wyobrażasz sobie stratę 400k + wydajesz 100k i nagle zamiast 1.2 mln masz 700k w ciągu roku. Teraz żeby zarobić 100k, powinieneś mieć 14% netto rocznie przez najbliższe kilka lat. To się raczej nie uda.
      Znacznie lepiej grać bardziej konserwatywnie 50% akcje (ale nie jeden indeks), 50% obligacje, wypłata 4%. Przy spadku 25% na akcjach i zarobku 5% na obligacjach masz rachunek nie na poziomie 800k (25% spadku Nasdaq daje -300k i -100k wypłaty), ale 1,032 mln (-150k akcje, +30k obligacje, -48k wypłata). Stale bilansujesz, więc sprzedajesz trochę obligacji, dokupujesz akcji i korzystasz z odbicia. Spokojnie dotrwacie do emerytury.
      Moim zdaniem, tak jak pisał Bartek – lepiej pracować 10 godzin/tydzień, niż podejmować ogromne ryzyko. Jeśli dałeś radę odłożyć 1.2k w niedługim czasie (plus kupić dom, samochód itd.) z pewnością posiadasz kwalifikacje, pozwalające na zarobek znacznie więcej niż 30 zł/h. Przy 60 zł to 2400 zł/m-c. Ty 2400, żona 2000 i wychodzicie na poziom 8.4k/m-c (4,4k zarobki, 4k z kapitału). Albo wynająć dwa pokoje w domu. Policz 4% rok i napisz plan B, a potem startuj. Powodzenia.

      1. Dzięki za odpowiedź. Ja mam w nasdaq tylko około 83k euro reszta to vanguard life strategy 80% akcje 20% obligacje oraz etf na calu świat iusq, który kupuje od niedawna. Nasdaq kupiłem świadomie żeby podbijać swoją stopę zwrotu w okresie gdy zawsze mogę potencjalną stratę zasypać pieniądzmi i stać mnie czasowo żeby odrobić ewentualnie stratę. Teraz już nie dokładam do tego etfa bo właśnie rośnie. Wszystko wrzucam w iusq czyli cały świat gdzie i tak Ameryka wiedzie prym w tym momencie. Zdajemy sobie też sprawę że może warto mimo wszystko pracować na pół etatu. Żona obecnie nie pracuje już a ja mam 3 dni z możliwością rozszerzenia na więcej.

        Czyli ogólnie twoim zdaniem warto by było zredukować pozycje na nasdaq? A co z innymi etfami? Wiesz ze redukując pozycje musze płacić podatek 19% a trzymając mogę zwiększyć szanse na większy zarobek? Teoretycznie nie opłaca się sprzedawać już tego co się kupiło jeśli jest na plusie.

        1. Moim zdaniem pomysł 50/50 z bilansowaniem (plus idealna dywersyfikacja geograficzna) wygląda znacznie lepiej. Wrzucenie wszystkiego w ETF na akcje, jakie by nie były, przy silnej korelacji rynków, nie wygląda jak dobry pomysł na spokojną emeryturę.
          Co do strategii. Widzę dwie. Pierwsza to stop loss na określonym, ściśle wyliczonym poziomie (np. -25-30% od górki na każdym ETF), daje spokój, a jednocześnie nie wyrzuca Cię z rynku przy co drugiej korekcie. Jak idzie w górę, siedzisz i patrzysz jak rośnie. Aczkolwiek warto sobie uświadomić, że istnieją skuteczniejsze metody niż zwykłe „kup i trzymaj”.Drugi – aktywne żakupy, ETF-y lub spółki dywidendowe. Wtedy masz regularny zysk.
          Teraz podatki? Odpowiedz sobie na pytanie, czy lepszy stop loss na 25%+19% podatku od zysku, czy potencjalne 50%-70% spadku. A spadki 50% mieliśmy na przestrzeni 28 lat (tyle zostało Ci do emerytury), czyli przynajmniej raz taki trafisz. Moim zdaniem podatek to koszt, który trzeba wliczyć i uwzględnić w założeniach. Nie opłaca się sprzedawać, ale straty czyszczą rachunek jeszcze mocniej.

          1. Teraz pytanie czy przy gwałtownie zmieniającym się rynku tak jak w covid stop loss wogole zadziała. Próbowałem tego z bitcoinem i nie wyszło, inni koledzy tak samo. Stop loss nie zadziałał bo wahania rynku były zbyt duże. Poza tym statystycznie bycie w rynku jest lepsze niż bycie poza nim. Można by ewentualnie korzystać ze strategii gem żeby ograniczać straty. Uważam też ze w wieku 32 lat lepiej mieć 100% akcji niż 50/50

          2. Poza wyjątkowymi sytuacjami (całkowite zamknięcie rynków) – da się stop loss skorygować ręcznie.
            Z powodów praktycznych nie zgadzam się z koncepcją „statystycznie bycie w rynku jest lepsze niż bycie poza nim”, ponieważ żyję zbyt długo, by nie znać jej ofiar. Proponuję autoanalizę i zastanowienie się na pytaniem „Jak zniósłbym sytuację z 1929 r.?”, „Jak poradziłbym sobie ze spadkami na poziomie następujących po sobie „bańki dotcomów” i „kryzysu subprime”? „Kiedy wyszedłbym z rynku po dekadzie lat 70-tych XX w. (20% wzrostu przez 10 lat, przy nawet kilkunastoprocentowej inflacji)?”. „Co zrobię jeśli indeks zachowa się jak Nikkei w 1989 (odrobienie strat zajęło 35 lat!)?” Nie znam kozaka, który nie odpuściłby w pewnym momencie i nie sprzedałby. Jest statystyka i jest życie oraz psychologia. Polecam po raz kolejny p.Piotra Kuczyńskiego.
            Strategia GEM, jak każda podążająca za trendem, wydaje się znacznie lepsza niż czekanie aż rynek się wykrwawi. Zada nam jednak straty przy nagłych zwrotach, bo zadziała z pewnym opóźnieniem. A problemem rynku są właśnie nagłe zwroty.
            Pomysł posiadania 100% w akcjach w wieku 32 lat widzę dość prosto. Okaże się świetny w jednej sytuacji (niskie zaangażowanie kwotowe, dno bessy lub połowa wzrostu), a fatalny w innej (zbierane przez lata pieniądze, kasa np. ze spadku i blisko szczytu hossy). Problem polega na tym, że nie wiemy, w którym miejscu na wykresie (w historii) właśnie jesteśmy. Gdybym miał celować, to powiedziałbym, że bliżej roku 2000 albo 1929 niż 1935 lub 2005. Mogę oczywiście się mylić, chociaż akurat oceniam statystycznie. Znam ludzi, którzy weszli na 100% pod szczytem i nigdy nie wrócili na rynek. Zwyczajnie nie mieli z czym.
            Strategia 50/50 albo 60/40 wypłaszczą wahania, co daje spokojnym spokój, a oczekującym rekordowych wzrostów – poczucie straty. Każdy jest mądry na rynku rosnącym, a (prawie) każdy głupcem na spadającym. Bywają też czasy, gdy pieniądz traci wszelką wartość i mam nadzieję, że nie są blisko.

  3. Mam znajomego 46 lat, który przeszedł na FIRE uciekając od pracy. Jest teraz chyba w jakieś odmianie depresji, bo ma mnóstwo wolnego czasu, ale nie ma go z kim dzielić, gdyż jego kumple i znajomi nadal pracują, będąc często na szczycie swoich karier zawodowych. Gdyby nie dzieci, którym zaczął bardziej poświęcać się czekałaby go totalna pustka. Ostatnio na spotkaniu w prowadzonej rozmowie prawie załamał się. Wydawać się mogło, że ma wszystko a tak naprawdę, gdyby nie dzieci, nie widziałby sensu w życiu. Chyba jednak Fire nie wszystkim służy a napewno nie tym, którzy stawiają na Fire, bo uciekają od pracy a nie przemyśleli wcześniej konsekwencji, nie mają konkretnego hobby lub potrzebują stałego kontaktu z ludźmi.

    1. Możliwe, widziałem emerytów mundurowych, którzy pustkę zalewali alkoholem. Z drugiej strony, dorosły człowiek, dla którego spędzanie czasu z kumplami to treść życia…. no nie wiem, tam coś drastycznie nie zagrało. Dla mnie rodzina jest ważniejsza niż kumple, a jakbym nie miał rodziny, też sobie coś znalazłbym. Sens życia odnajduje się we własnej głowie, a nie w innych ludziach. Tak jak pisze Piotr, można wziąć plecak, żonę i iść przez góry. GSB (Główny Szlak Beskidzki) ma 500 km, przejdziesz go w miesiąc, a jak idziesz na luzaku to i całe wakacje. A doszedłeś dopiero do połowy – Polski. W samej Europie i tylko w górach nie starczy Ci 20 lat do emerytury. Droga Świętego Jakuba to 4000 km z Polski. Idąc po 15 km dziennie, a potem wracając – 1,5 roku. A pomoc w hospicjum? Nauka angielskiego dla biednych dzieci? Czy faktycznie wartościowa zostaje tylko praca? Nie. I warto o tym pamiętać. Tylko ZANIM przejdziemy na emeryturę, trzeba sobie wszystko poukładać w głowie.

    2. Dlatego Fire to dla mnie raczej rodzaj drogowskazu, a nie droga zwieńczona celem w postaci : ” od dzisiaj nic nie robię i ciągle liczę na ile mi wystarczy przy x % stopie zwrotu”.
      Cos robię bo sprawia mi to frajdę, jestem potrzebny, mam kontakt z ludźmi i daje dodatkowe dochody. Chcę ale nie muszę- to jest chyba clou.

      1. Twoja optyka, wynika z dość specyficznej sytuacji, na którą pracowałeś latami. Statystycznie mamy jednak tylko 20% samozatrudnionych, przy ogóle pracujących na poziomie 50% liczby obywateli. Stąd szansa wyboru „pracuję 10 godzin czy 20 albo 40” dotyczy 10% Polaków (pomijając niepełnoletnich i niedołężnych – pewnie 12-13%). Ułamkami – 1/8. Z tych samozatrudnionych, pewna, jak sądzę spora część, działa pod przymusem rynku (wymuszone b2b). Wracam zatem do 10%. Z tego odsetka, znowu, jakaś możliwa do oszacowania grupa, osiąga marne dochody (lub wręcz straty), przy dużym nakładzie czasu. Znowu, niech będzie, że znajdujesz się w 5% grupie, która ma taki wybór. I tutaj pewien paradoks. Nadal te 5% to znacznie więcej osób, niż ci, których stać na FIRE. Przedwczoraj rozmawiałem z jednym z klientów starszym od nas o dziesięć lat. Zarobił kupę kasy, pomimo życia na wysokim poziomie, sporo (kilkanaście milionów) mu jeszcze zostało. Ale biznes od 2-3 lat nie przynosi zysków. Nie to, że niskie – po prostu ledwo wychodzi na zero, pomimo pracowania po 8-10 godzin dziennie. Jest przedsiębiorcą, łatwo się nie poddaje, myśli „przeczekam”, ale coraz częściej pojawia się refleksja, czy nie lepiej przejść na emeryturę, do której zostały mu tylko 4 lata, spieniężyć aktywa firmowe, i żyć sobie na luzie, z odsetek. A mówię o człowieku, który biznes ma we krwi, a jego najmłodsze dziecko dopiero kończy podstawówkę (15 lat). On w ogóle nie wyobraża sobie „pracy po 10 godzin tygodniowo”, bo został ukształtowany w latach 90-tych w „kulturze zapierdolu” i albo coś robi na 110%, albo wcale.

      2. Jeżeli dożyjemy (a więc poza tymi, którzy umrą pracując), wszyscy kiedyś całkiem przejdziemy na emeryturę. Natomiast w FIRE różnicę robi „early” i oczywiście niezależność finansowa, bo znowu posłużę się cytatem z prof. Tyrowicz – „70% mężczyzn z roczników po 1977 r. oraz wszystkie kobiety w tym wieku (czyli dzisiejsze 49-latki), dostaną emeryturę minimalną”. Za takie pieniądze (dzisiaj niecałe 2000 zł netto) wyżyć trudno, chyba że ktoś przyzwyczaił się do skromnego poziomu.
        Ponieważ prawie znalazłem się w tej grupie wiekowej (stąd wysyp tematów emerytalnych na blogu), obserwuję wybory starszych, żyjących dzisiaj w odmiennych warunkach. Mój kumpel właśnie został „wyrzucony za burtę” w wieku 68 lat i mega się zdziwił, bo zaproponowali mu z ZUS-u 110% ostatniej pensji netto. Parę lat temu, koleżankę, skłoniła do wzięcia 80% dopiero poważna choroba. Te stopy zastąpienia, dla naszych rówieśników, czyli grupy przechodzącej za ca. 15 lat, okażą się czystą abstrakcją więc państwowe świadczenie będzie jakimś „dodatkiem”. Dlaczego tak twierdzę? Ponieważ większość tych, którym dzisiaj dają 70-90% i tak nadal pracuje, z prostego powodu, żyją za 100% pensji, więc po prostu im braknie. Oni finansowo niezależni nie byli nigdy. Stale powracam do tematu mojego byłego szefa, odstawionego na boczny tor (nie chciał iść) w okolicach 70-tki. Ten facet pracował razem z żoną na wysokich stołkach, w szczycie zarabiał sam jakieś 300% średniej, a przeszedł na emeryturę z odprawą, drobnym ekstra kapitałem, w starym domu po rodzicach (dwójkę dzieci wyposażył w pierwsze nieruchomości). O niezależności finansowej nawet nie myślał. Raz, bo żył pracą, dwa – nie posiadał takich możliwości.

  4. Bo jeśli nie masz pomysłu na siebie pracując, nie będziesz go miał na FIRE. Sama wolność bez określonego planu jest niczym. Planując inwestycje musisz równolegle planować swój wolny czas i co z nim zrobisz.

    1. 100% racji. Jak ktoś spędza popołudnia przed TV, idąc na FIRE w wieku 45 lat, będzie miał więcej czasu na TV. Nic więcej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *