Temat analizowałem po raz pierwszy, gdy moja żona rzuciła pomysł przeprowadzki w góry. Inna miejscowość, ale kłopoty dokładnie te same. Chociaż nieco inne dla dzieci i dorosłych. Przy czym omawiam temat z gruntu prawdziwej wsi, a nie przedmieścia. Patrzę z punktu widzenia mieszczucha, a nie kogoś, kto po studiach wraca „na stare śmieci”.
Problemy dzieci. Pierwszy i zasadniczy – zmiana szkoły i całej grupy rówieśniczo-przyjacielskiej. Owszem, na rok, dwa da się go przetrwać, dowożąc dzieci do starej placówki oświatowej, ale na długi dystans nie ma to sensu. Zmiana szkoły = zerwane więzi. I problem. Wiele nieudanych przenosin rozbiło się o tę rafę. Ci, którym się udało, mieli zupełnie inny pomysł. Na wieś wyjeżdżali albo na etapie przedszkolnym dziecka, albo w chwili podjęcia przez nie kolejnego etapu edukacji. Ma to głęboki sens. Mój syn za rok kończy szkołę podstawową. Planuje liceum sportowe, w innym województwie. Co z tego wyjdzie? Nie wiemy. W rezerwie pozostaje dojazd do miasta, razem ze mną/koleją/własnym mikroautem.
Druga kwestia, nieco związana z pierwszą, zupełnie inne wartości obu środowisk, umiejętności, tematy rozmów. Poza wspólnymi w męskiej grupie (sport, samochody, gry), kobiecej (kosmetyki, ubrania), oraz dla wszystkich (płeć przeciwna, muzyka), wpadamy w czarną dziurę zmian. Najpierw zacznijmy od różnic kulturowych. One się zacierają, ale istnieją. Widzę na styku „mój syn a dzieci przyjaciół ze wsi.” I tak, o ile chłopaki wspólnie grają w CS-a, o tyle zwykle mają inne tematy. Rówieśnicy ze wsi rozmawiają o maszynach (rolniczych i nie tylko), samochodami interesują się nie patrząc na wygląd, ale zawartość (silniki, mechanika). Kompletnie nie interesują się ubraniami czy fryzurami. Mieszczuchy odwrotnie. Dziewczyny, ciuchy zaprzątają im głowy. Pojawia się temat praw ucznia i człowieka, wolontariaty, kultura alternatywna i klasyczna. Muzyka? Również obecna, ale inna. Młodzież wiejska jest doroślejsza w jednym aspekcie (praktyka, praca), a bardziej dziecinna w innym (związki, umiejętność nawiązywania relacji). Te światy mają okazję się spotkać na niewielu polach. Stąd „mieszczuch” w wiejskiej szkole, o ile nie spotka bratniej duszy (o co trudniej w małej grupie) będzie zwykle stał z boku. Jeśli uprawia niemasowy sport, może mieć kłopot ze znalezieniem miejsca do treningów. Typowy „mól książkowy” do wsi rzadko pasuje. Niektórzy rodzice wydają się o tym zapominać, i akcentując swoją odmienność, zaogniają sytuację.
Problemy dorosłych. Biorą się również z odmienności światów i niechęci przystosowania. Słynny jest casus Krzysztofa Zanussiego, który próbował zamieszkać w Bochotnicy, wsi pod Kazimierzem Dolnym. Jako przedstawiciel „kina moralnego niepokoju” postanowił włączyć się w budowę kościoła. Publicznie uzasadniał to marnością moralną swojej wsi. No cóż, reżyser wybitny, ale gigantyczny kabotyn. Wieś zawrzała gniewem i skończyło się wyjazdem. Wywyższanie się, opowiadanie o swojej „mega ważnej pracy”, stanowi najgorszy pomysł. Wyróżnianie się ubiorem w zwykłych okazjach (chodzenie w garniturze do sklepu) – również. Na „mojej wsi” nie rozmawiam o doktoracie, religii, ale urodzajach, cenach zboża, szkodnikach, zmianach prawa dotykającego ludzi (zmiana planów zagospodarowania wyłączająca zabudowę, Mercosur). I oczywiście o tym, co zawsze łączy: dzieciach, jedzeniu, alkoholu. Ale wróćmy do problemów dorosłych.
Brak umiejętności praktycznych, cenionych w społeczności. Wieś rządzi się innymi prawami. Umiejętności korporacyjne: kłamanie, podpierdalanie, tworzenie raportów są kompletnie niepożyteczne, a nawet sprowadzą na nas kłopoty. Nie znaczy to jednak, że mieszczuch się nie przyda. Lekarz, prawnik, nauczyciel, o ile nie zaczną się wywyższać wniosą wartość dodaną do społeczności. Podobnie mechanik, informatyk, muzyk. Ale zanim podejmiemy się przeprowadzki, dążymy do nauczenia się prac fizycznych. Lekarz sam odśnieżający podjazd, prawnik rąbiący drewno, muzyk grający na festynie, informatyk-strażak – zdobędzie łatkę „swojego chłopa” podobnie kobieta gotująca, sprzątająca, dbająca o męża i dzieci. Wieś jest tradycyjna i trzeba mieć tego świadomość.
Nieobecność, praca w mieście wyłączają nas ze środowiska lokalnego. Nie tylko z odmienności zawodowych, ale i czasu. Pracując 9-17, przez 5 dni w tygodniu, wyjeżdżamy o 8, wracamy o 18. W zimie, o tej porze wieś zamiera, bo jest ciemno. W lepszej sytuacji znajdzie się ktoś, kto zaczyna o 6 i wraca przed 15. A w najlepszej – wolne zawody, przedsiębiorcy, a zwłaszcza pracujący na 12-tki, bo w niektóre dni jesteśmy na miejscu. Mój system – 2-3 dni w mieście, niepracująca żona, opiera się na takim założeniu.
Wejście na starcie w silne konflikty. Na wsi każdy jest od kogoś. Walcząc z jednym, stajemy naprzeciw całej jego rodziny. Narzędziem zwalczania (jak w korpo), okazuje się plotka, narażanie na śmieszność (np. określenie przyjezdnych z Warszawy „Papuasy”, wspomniane przez Joannę Posoch). Nie mając sojuszników (a na początku ich nie mamy), skazujemy się na przegraną i wykluczenie ze wspólnoty.
Osłabieni relacji z miastem. To jest realny problem. Zaczynamy wisieć pomiędzy. Nowych znajomości jeszcze nie mamy, stare trudniej kultywować. Zostając w kawiarni, wracamy po pracy jeszcze później. Idąc w sobotę do teatru, tracimy czas na wiejski festyn. Sielska wieś przyciąga gości, ale niektórzy przywożą ze sobą miejskie nawyki: pośpiech, oczekiwanie na obsługę. A one do wsi nie pasują. Nie jesteśmy agroturystyką ani „rodziną na wsi” sprzed 50 lat.
Czy dodacie coś jeszcze?
Wyczerpująco przedstawiłeś dylematy przy takiej decyzji.
Ja nie mam takich problemów, ponieważ nie zamierzam spędzać całego życia w jednym, innym kulturowo miejscu. Zbyt duże ryzyko prozy życia, złego wyboru, że coś pójdzie nie tak, że nie zostaniemy zaakceptowani. Na co mi to na stare lata? Lubię miasto, dostęp do wszystkiego jest bliski, są znajomi.
Zawsze to podkreślam- mam ochotę liznąć innego życia- wynajmę na kilka miesięcy mieszkanie/dom w dowolnej części świata. Spodoba mi się- będę myślał nad powrotem za rok. Nie spodoba- pojadę w inne miejsce. Ale zawsze wracam do siebie.
Z powodów, o których napisałeś lepiej podejmować decyzje o zmianie, gdy jest się młodym. Żaden ze znanych mi słoików, ludzi przeprowadzających się po studiach nie miał takich rozkmin, czy zostanie zaakceptowany, czy nie. Po prostu szedł coś zmienić, poświęcał wspólnotę na rzecz szansy. Z wiekiem coraz trudniej postawić wszystko na jedną kartę. Przeprowadzałem się już 2 razy i nigdy nie wystąpił „problem adaptacji”.
Ja z wyprowadzką znajduję się w innej sytuacji, poniekąd wracam do miejsca lat dziecinnych. Mam tam kumpli, jestem rozpoznawalny. Miasto cenię coraz mniej, a jeśli nawet na czymś mi zależy (jak dostęp do kultury czy lekarza), mam to w zasięgu półgodzinnej jazdy autem. Podobno opowiadanie memów jest boomerskie, ale widziałem takiego mema: „Ile zajmuje przejechanie 15 km? Na wsi – 15 minut. W mieście czasem całą godzinę.” Dokładnie tak widzę problem dojazdu. Ze wsi do Nałęczowa 8 km pokonuje w 8 minut (10 z otwarciem i zamknięciem bramy). W mieście, 20 minut jadę w niedzielę do brata, mieszkającego 8 km ode mnie. W dzień powszechni 30 minut nie wystarczy. Jeśli jest korek, jakaś przebudowa i do swojej firmy 3 km potrzebuję 40 minut.
I wiesz chyba dobrze, nadal ze wsi mogę wynająć dom w dowolnej części świata na rok. Po prostu zamknę okna, zakręcę i spuszczę wodę i tyle z tym roboty.