Fastlane milionera. Czy warto przeczytać tę książkę?

Tytułową pozycję sygnowaną przez MJ DeMarco przeczytałem kilkanaście lat temu, gdy tylko ukazała się na rynku (2012). Zachowałem z niej mgliste poczucie (mam słabą pamięć długotrwałą, zostają mi w głowie głównie wrażenia), że nie była to jedna z książek, które zmieniły moje życie. Niedawno, na życzenie kumpla i czytelnika bloga, odnalazłem ją na dysku (wtedy kupiłem w księgarni internetowej „Złote myśli”) i ponownie przeczytałem. I wiem dlaczego nie zrobiła na mnie wrażenia. Oto powody.

Praktycznie nie zawiera konkretów. Gruby na 528 stron tom, o podtytule „Złam kod bogactwa” obiecuje całkiem sporo. W rzeczywistości jest czymś pomiędzy „Bogatym ojcem, biednym ojcem”, a pozycjami z kręgu „energii pieniądza”. Jeśli oczekujesz ścisłych rad, jak w „Czterogodzinnym tygodniu pracy”, albo „Bezpiecznych strategii inwestycyjnych” (a ja właśnie tego szukam), zawiedziesz się.

Oparta została na kompilacji. Nie ukrywam, czytam całkiem sporo. Od pozycji pisanych przez księgowych „Jak kontrolować swoje finanse”, przez doradców inwestycyjnych „Wealthy barber”, praktyków ruchu FIRE „Your money or your life”, aż do głośnych pozycji z gatunku „pomyśl a osiągniesz” – „Jednominutowy milioner” czy „naśladuj milionerów” dra Stanleya, Tima Ferrissa, czy Briana Tracy. Widziałem pozycje cieniutkie „Najbogatszy człowiek w Babilonie” i ekstremalnie grube „Nawyki tytanów”. Znam większość idei dotyczących bogacenia się. W „Fastlane milionera” nie znajdziesz nowego pomysłu. Nawet naczelna idea – istnieje sidewalk (chodnik) dla ludzi biednych, slowlane (wolny pas) dla pracującej klasy średniej i fastlane (szybki pas do bogactwa) dla właścicieli firm stanowi, w mojej ocenie, kompilację myśli Roberta Kiyosakiego („biedni, klasa średnia, bogaci”) oraz Tima Ferrissa („stwórz biznes niewymagający poświęcania uwagi”).

180 stron, czyli 1/3 treści, zajmuje krytykowanie 99% społeczeństwa w tym pracującej klasy średniej. Jak napisałem, idea że nie można się wzbogacić wydając wszystko, co się zarabia (tzw. sidewalk), nie ma w sobie nic odkrywczego. Pisał o tym już Benjamin Franklin, a i wspominają o tym święte księgi wielu religii (w tym Stary Testament). Codziennie przypomina się o tym protestantom. Nie ma więc głębszego sensu, rozwlekanie tej myśli na 100 stron. MJ DeMarco idzie jednak dalej. Krytykuje ideę klasy średniej: ciężko pracuj, oszczędzaj, inwestuj w akcje, nieruchomości itp. (kolejne 80 stron). I o tym chcę napisać szerzej.

Książka zawiera bałamutne argumenty dotyczące niemożliwości wzbogacenia się pracą, oszczędnością i inwestowaniem. Jak wiecie, mój pomysł na zamożność opiera się na zasadach:

  1. pracuj o 20% więcej niż inni,
  2. oszczędzaj 10-50% dochodu,
  3. inwestuj i maksymalizuj zyski.

Bliskie są mi także idee, propagowane przez ruch FIRE (nie kłócące się z pozostałymi, ale wymagające oszczędzania nawet 2/3 dochodu) i skromnego życia, a nawet Tima Ferrissa „pracuj mądrze, nie ciężko”, „optymalizuj pracę”, „deleguj, eliminuj” itp. Nie zawsze zgadzam się ze wszystkimi jego pomysłami, bo „żyj jak milioner już dziś, wynajmij apartament, zamiast go kupić”, budzą mój sprzeciw. Ale ten sam człowiek kupił mnie swoimi dążeniami do znalezienia sposobów „optymalizacji życia”.

Natomiast MJ DeMarco krytykuje i ośmiesza wszelką ideę oszczędności, ciężkiej pracy i inwestowania w akcje czy nieruchomości. Ponieważ zawodowo żyję z liczb i udowadniania swoich racji pozwolę sobie na chwilę refleksji. Autor „Fastlane milionera” na jednej ze stron pokazuje rzekome prawdopodobieństwo wzbogacenia się za pomocą własnej, bezobsługowej firmy, sprzedanej na giełdzie lub większym inwestorom, prezentując ten sposób jako jedyną drogę do bogactwa. Wskazuje nawet prawdopodobieństwo – 1:14. To więcej niż praca, oszczędzanie, inwestowanie – 1:16, no i oczywiście lepiej niż wygrana na loterii (1: milionów). Nie wiem skąd DeMarco wziął te dane, bo książka nie zawiera przypisów ani odnośników (co już budzi wątpliwości). Są to jednak dane zupełnie sprzeczne, nie tylko z moim doświadczeniem, ale i badaniami ilościowymi dra Stanleya. Ba, nawet rozmówcy Tima Ferrissa, okazują się w większości pracownikami, wolnymi strzelcami, małymi przedsiębiorcami, a tylko pewna grupa (w tym sam Tim) – startupowi milionerzy, odpowiada ideom „Fastlane milionera”.

Większość milionerów zalicza się do grupy 1-5 mln (w USA, w dolarach) i wzbogaciło się oszczędnością, pracą, inwestowaniem (we własną firmę, akcje, nieruchomości) ok. 40 r. ż. I tu dochodzimy do drugiej części „bałamuctwa”. Wymieniając z imienia i idei (stąd nie ma potrzeby podawania nazwisk) „guru slowlane”: Davida Bacha, Suze Orman, George’a Clasona i jeszcze paru innych, zarzuca im propagowanie nieprawdziwej myśli – „wolnego bogacenia się”, dającej „bogactwo na starość” przedstawianej jako pieluchy, wózek inwalidzki i dom opieki. Przytacza tabele z książek Bacha (bez źródła), pokazujące, że niewiele, osiągniemy zamożność w wieku 65-75 lat, przy średniej długości życia 74 lata. Nie trzeba Wam chyba mówić, że mamy do czynienia z manipulacją liczbami. Po pierwsze – żeby cieszyć się wolnością finansową i zamożnością (nawet rozumianą jako posiadanie Lamborghini), wcale nie potrzebujemy 3-5 mln dolarów. David Bach, i wszyscy zwolennicy ruchu FIRE na czele z The Frugalwoods, udowadniają nam to codziennie. Wystarczy (w polskich warunkach) ok. 2 mln zł (poza wartością „miejsca do mieszkania”). Już milion złotych w inwestycjach znacząco zwiększy nasz komfort życia, a za 300 tys. Euro możemy kupić kilkunastohektarowe gospodarstwo: gaj oliwny, winnica, sad orzechowy, dwa domy (spokojnie agroturystka) w centralnych Włoszech i prowadzić tam życie pełne słońca, slow foodu i radości, zamiast użerać się w korpo. Po drugie – jestem żywym przykładem, że ten pierwszy milion (poza mieszkaniem), da się zarobić do 35 r.ż., za przeciętną pensję. Po trzecie – ocena 15% stopy zwrotu jako „nierealnej”, także kłóci się z doświadczeniem. Wie o tym 50% ludzi, którzy zainwestował w swoje kwalifikacje (dobrze je wybierając), nieruchomości czy starannie dobrane akcje. Po czwarte – kto mówi o 10.000 dolarach (złotych) jednorazowo? Przy średniej pensji+20% 90 tys. USD (USA) 10% oszczędności to 750 USD miesięcznie. Do tego, da się spokojnie zaoszczędzić w takich warunkach 30% średniej pensji czyli 22.5 tys. USD (blisko 2000 USD/miesięcznie). Patrząc w tabele oszczędzania, mamy pierwszy milion USD (a w Polsce – złotych), po 13 latach (stopa zwrotu 15%). Czyli nie na emeryturze, nie przed śmiercią, ale po 30-tce (jeżeli zaczynamy pracę po maturze), albo przed 40-tką (gdy pracujemy dopiero po studiach). Znowu MJ DeMarco trochę podkolorował swoje obrazy.

Niskie prawdopodobieństwo scenariusza proponowanego przez autora. Życzę Wam (i sobie) dobrze, ale szansa na stworzenie i sprzedaż bloga, bezobsługowej firmy, za minimum 5 milionów dolarów (taki jest próg bogactwa), z pewnością nie wynosi 1:14. Gdyby tak było, mielibyśmy ulice pełne multimilionerów. W rzeczywistości, co MJ DeMarco zbywa, aż 99,9% firm nigdy nie osiąga rozmiarów pozwalających właścicielowi na sprzedanie swojego dziecka za takie kwoty. Stosując agresywną wycenę finansową, oznacza to roczny zysk ok. 1.7 mln zł (c/z = 12, czyli cena sprzedaży = 12-letni zysk). Przy ostrożnych rachunkach (c/z =8), firma musiałaby przynosić 2.5 mln zł zysku rocznie i jeszcze spełniać wymóg bezobsługowości. Znam kilka przedsięwzięć o takich wynikach finansowych, właściciel każdego z nich ma 45 lat i nadal zapieprza codziennie po 10-12 godzin. Natomiast, z drugiej strony, obserwuję całkiem sporą grupę ludzi z wartością netto (bez mieszkania/domu) pow. 1 mln zł w wieku 40+, zarządzających niewielką firmą z zyskami kilkaset tysięcy rocznie, lub pracujących na etacie.

Czy widzę w „Fastlane milionera” jakiś jasny punkt? Nawet dwa. Pierwszym jest nowatorska „matryca podejmowania decyzji” (przełożenie argumentów „za i przeciw” na liczby), drugim wskazanie, że na etacie trudniej się wzbogacić. Pisałem o tym wielokrotnie – przeciętny przedsiębiorca ma lepsze możliwości optymalizacji podatkowej, oraz w konsekwencji dochody, niż przeciętny pracownik. Dodatkowo, co podkreślał już Robert Kiyosaki, pracownik żyje ze sprzedaży swojego czasu, a na właściciela firmy pracują inni.

23 komentarze do “Fastlane milionera. Czy warto przeczytać tę książkę?”

        1. Sądząc po poglądach, to raczej zwolennik tezy – mnie się udało, to przecież takie łatwe.

          1. Ogladalem kiedys rozmowe finansowego fundamentalisty z mlodymi ludzmi, ktorzy zalozyli blue chipa i chcieli,zeby zainwestowal,poniewaz wchodza na gielde i wartosc firmy wzrosnie.Finansista ich zapytal dlaczego wartosc mialaby wzrosnac bo nic nie produkuja.Chyba podobnie jest z tym wyzej.

          2. Wbrew pozorom spółki usługowe, handlowe wyceniane są wysoko. Produkcja nawet taka miękka (poza oprogramowaniem) ma się gorzej. Przecież te wszystkie platformy społecznościowe coś są warte. Może raczej chodzi o to co ten start up proponował. Tim Ferriss (z wielu funkcji startupowy inwestor) opisuje gościa, który nakręcony opowiadał mu o nowatorskim pomyśle na aplikację „coś jak Tinder, tylko dla psów”.

          3. Do 7.15:
            Nie wiem co ta firma sprzedawala.
            Chodzilo (zbyt krotko i niejasno opisalem), ze mlodzi zalozyciele chcieli namowic inwestora na inwestycje w ich spolke dlatego,ze jej wartosc wzrosnie jedynie z powodu wejscia na gielde a nie z powodu np.zwiekszenia sprzedazy czy nowych produktów.I dlatego ich pytal dlaczego wartosc spolki mialaby wzrosnac.A oni odpowiedzieli,ze wylacznie z powodu wejscia na gielde.Szacowali,ze wycena firmy wzrosnie x 10.

          4. Teraz rozumiem, dlaczego miał rację. Reguły wyceny firm istnieją od lat i są jasne. Zysk roczny x współczynnik – zależny od branży, stałości zysku, wycen rynkowych analogicznych spółek (x 6-20). Nikt przy zdrowych zmysłach nie kupi nieznanej spółki przy wycenie rynkowej x 10. Zrobi to wariat na górze cyklu i… straci. Młodzi naczytali się Forbesa i pletli głupoty.
            Dzisiaj z rana, nawet mój 12-latek pojął, dlaczego jego pomysł na produkcję płatków śniadaniowych, nie wygląda na doskonały biznes.

          5. Do 14.03: wlasnie, i nie dal im kasy.
            Podobne wyceny sa uzywane do nieruchomosci-czynsz razy 120 (miesiecy) daje cene budynku.
            Chyba nie zawsze to jest dokladne, bo np. jeden z moich bylych domow mogl dawac przychod okolo 5k miesiecznie (wies 20 km od KRK, 2 spore mieszkania i na dole lokal na sklep), mnozac to razy 120 wyszloby 600k, a jego wartosc sprzedazy byla wtedy kolo 400k.Pewnie uzywa sie tych metod orientacyjnie i koryguje odchylki.

    1. Posłuchałem tej historii o Fullmichu. Jak dla mnie klasyczny spór pomiędzy akcjonariuszami niezbyt czystego interesu. Ludzie ze zbiórek założyli firmę. Kupili sporo złota, więc i zbiórka spora. Nic nie produkowali, złoto wartości dodanej nie tworzy, plan zakładał pewnie dalsze zrzutki, bo zarządowi trzeba płacić, a działalność typowa śledczo-promocyjna. Z majątku tej firmy udzielili pożyczki jednemu z nich. Potem się pokłócili i grupa złożyła skargę na brak spłaty. Tyle.
      W Polsce takie kłótnie zdarzają się dosyć często. Wchodzi prokurator i… po spółce, a ktoś idzie siedzieć.

      1. Tak ale drugie i trzecie dno tej sprawy jest, ze Fullmich od 2020 organizuje proces karny , tzw. Norymberge 2, przeciwko tworcom c19 i resetu, i na to zbieraL te wplaty.
        Jak twierdzi wrobiono go w malwersacje, zeby mu zamknac gebe.I uniemozliwic dzialalnosc.
        Nawalny dzisiaj zmarl w lagrze i tez byl wrogiem,tyle,ze Putina.
        Trumpa tez wrabiaja w NY bo jest wrogiem amerykanskich komunistow.
        Naszego pastora Artura Pawlowskiego tez wsadzono do paki w Kanadzie, ale wyszedl i dalej dziala, i tez jest wrogiem tamtejszego komunistycznego rzadu.

        1. Ale przeciw Fullmichowi świadczą jego wspólnicy, to oni złożyli oskarżenie – nie rząd.
          Nawalny – zupełnie inna kategoria, rzeczywisty przeciwnik Putina, wrócił do Rosji, żeby umrzeć jak męczennik, z pełną świadomością. Aczkolwiek, jak wielu Rosjan – Polaków nienawidził.
          Trump – duży i bezwzględny gracz biznesowy. Wysoko grał. Bankrutował. Wyzuwał z majątku przeciwników. Uwodził cudze żony, córki. Wyrzucał ludzi z roboty. Zatem sporo wrogów (prywatnych i publicznych, wpływowych) posiada – jak Berlusconi i podobni awanturnicy. Nie mam żadnych wątpliwości, że popełniał przestępstwa, jeśli było mu to użyteczne. Wrabiać go nie trzeba było.

          1. Fuelmich – widocznie ktos namowil wspolnikow,zeby swiadczyli przeciw niemu.Nie takie rzeczy juz zalatwiano.Dla mnie argumentem przekonujacym jest,ze F. jest wrogiem globkomunistow.I to oni robia mu kolo d.

            Nawalny-sprawa oczywista.W Rosji tak sie usuwa przeciwnikow.Dobrze,ze w ogole mial kontakt ze swiatem, pewnie dla zachowania pozorow.

            Trump-obojetne jakich ma prywatnie wrogow, dems chca go odsunac od mozliwosci kandydowania, bo ostatnio dostaje kolo 50% poparcia.Sposob jest im obojetny-wiezienie, wysoka grzywna, wazne,zeby osiagnac cel.Wiedza,ze wielu z nich pojdzie do paki jesli wygra.

  1. Przypuszczam,ze prowadzacego blog nawet krotki wpis motywuje do dalszego dzialania, bo wie, ze jego robota komus sie przydaje.

    1. Dokładnie. Masz rację. Ostatnio znalazłem nowego bloga ogrodniczo-minimalistycznego link i tam autor przyznaje to samo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *