Zacznijmy od definicji – klasyczna praca to wykonywana w siedzibie pracodawcy, w ustalonych godzinach, 40h/tydzień na podstawie umowy o pracę, bądź stałego zlecenia.
I teraz ponawiam pytanie – Czy warto z niej rezygnować?
Sporo zależy od sytuacji. Jeśli wyrabiamy się na zakrętach, atmosfera sympatyczna, fajni ludzie, dobra pensja – nigdzie nie będzie nam lepiej. Natomiast takich miejsc dostrzegam mało. Niskie pensje (czyli poniżej nie tylko średniej, ale i mediany), dużo pracy, zostawanie w niepłatnych nadgodzinach, wieczna walka i niestabilność potrafią zabić każdą osobę z inicjatywą. Bezpieczeństwo? W praktyce – mamy 3 miesiące wypowiedzenia i może jeszcze pół roku L4, jeśli na coś chorujemy. Widziałem zwolnienia, bo spółki się łączą i nie potrzebują dwóch działów handlowych, bo zmienił się szef i nie ma już chemii, bo na kiepskim produkcie nie da się zrobić wyników, bo ktoś dostał raka, bo chodził na zwolnienia. Tysiące różnych powodów, a ostatnio byłem nawet świadkiem rozmowy, w trakcie której szef powiedział na forum o zwolnionym pracowniku, próbującym się bronić „Co on chce, jednostka nie ma szans z dużą firmą”. Istotnie. Nawet jeśli wygra (obecnie 3-4 lata), przegra: wypadnie z zespołu, musi szukać roboty (nie będzie czekać na pensje przez ten czas) i sąd przyzna jej na osłodę 3 miesięczną pensję, jako odszkodowanie. Tyle. Ochrona pracownika to fikcja.
Drugi argument – podatki i składki. Praca jest najwyżej opodatkowanym dobrem. Pisałem o moim bonusie – zostaje mi mniej niż połowa wynagrodzenia brutto. Szaleństwo.
Wreszcie – uwiązanie. Musisz prosić o urlop lub go planować. Nigdzie nie wyjedziesz spontanicznie. Może nie pańszczyzna, bo możesz zmienić pana, ale …to nic nie zmienia. 2 tygodnie max i szlus. Jak zakład ma przerwy technologiczne na wiosnę, dostaniesz wolne w marcu. Szkoła, niby więcej urlopu, lecz tylko w wakacje. Wiadomo są firmy bardziej lub mniej liberalne, ale zawsze potrzebny zastępca, trzeba prosić, powstają kwasy, kto kiedy. Jeden ma żniwa u rodziców, drugi wakacje dzieci i ktoś jest przegrany.
Istnieje tylko jeden plus – raz na miesiąc kasa wpływa na konto. Czasami niezła kasa. Ale powiedzmy sobie szczerze, obecnie gospodarkę skonstruowano tak, aby dać przewagę korpo, czyli utrudnić większości wyrwanie się z kieratu. Można więc płacić tak, aby ledwie starczyło na podstawowe potrzeby (jedzenie, transport, ubranie, mieszkanie) rodziny. Czym jest bowiem w Warszawie pensja minimalna jak nie ekwiwalentem za zamieszkanie, ubranie i wyżywienie niewolnika? Dostajesz niecałe 4000 zł netto, a wynajem kawalerki w pobliżu Twojej pracy kosztuje – 2700 zł. Do tego opłaty (500 zł). I już niewiele zostaje. Tak ok. 800 zł na transport i ubranie. Ktoś inny powie – możesz kupić za gotówkę, możesz dojeżdżać spod Grójca. No wiele możesz, jak opisany przez Marię Konopnicką „Wolny najmita”.
Nikt zatem nie powiedział, że łatwo wyrwać się z kieratu. Wielu z pewnością się nie uda. Wchodzą w grę koszty wejścia. W usługach – niewielkie. W handlu już spore. W produkcji – gigantyczne. Kasjerka z Żabki, albo ze sklepu w galerii – nie da rady, o ile nie dostanie sporego spadku. No i trzeba mieć zupełnie inne umiejętności. Reszta – zwyczajnie się boi. I nie zrezygnuje z „pewnego” zatrudnienia.
Jednak, o ile nie jesteśmy pod ścianą, o ile nie wykonujemy typowego prostego zawodu (sprzedawca w sklepie) – warto. Jestem najlepszym przykładem. Jeszcze w styczniu 2025 r. pracowałem na dwa etaty i popołudniami ciągnąłem niewielką firmę. Teraz jedną nogą siedzę na swoim.
Czy każdy tak może? Z pewnością, nie. Ale wielu da radę pracować zdalnie, zmienić zawód na bardziej fizyczny, robić coś pożytecznego i nieźle płatnego. A przede wszystkim, zerwać z paradygmatem stałych godzin i wysokiego składko-podatku. Warto.