Czas dojazdu do pracy. O granicy rozsądku?

Dzisiaj zastanowię się nad sensem dojeżdżania do pracy, w aspekcie finansowym i czasowym.

Wyobraźmy sobie, że jestem przeciętnym mieszkańcem mojej wsi. Mam do wyboru:

1/ Pracować na swojej wsi za minimalną (3.7k netto),

2/ Dojeżdżać do miasta wojewódzkiego, żeby dostać 5k netto.

3/Dojechać do Warszawy za 7k netto (mediana warszawska).

Co robić?

Zacznijmy od czasu. W miejscowym zakładzie jestem po 3 minutach i przejechaniu 2km (a mieszkam na skraju wsi). W mieście wojewódzkim sprawy komplikują się. Jeżeli jadę własnym autem i pracuję „po swojej stronie” liczę 30 minut jazdy. Jeżeli muszę okrążyć miasto obwodnicą – 45 minut. Gdybym do tego poruszał się komunikacją publiczną nieco ponad godzinę. Mnożąc razy 2 (dojazd plus powrót). Otrzymuję od 6 minut (lokalnie) do 2 godzin 20 minut. Krótko mówiąc, podejmując pracę w wielkim mieście tracę na dojazdy średnio 1,5 godziny dziennie. Miesięcznie to 30 godzin.

Wybierając Warszawę, znajduję się w jeszcze trudniejszej sytuacji. Dojazdy i powroty pochłaniają mi od ok. 3 g (własne auto, dobra strona) do 4,5 godziny dziennie. Miesięcznie 60-90 godzin.

W efekcie poświęcam na pracę już nie 8, ale nawet 12,5 godziny, przez 5 dni w tygodniu. Za te dodatkowe, nikt mi nie płaci.

A teraz pieniądze. Fajnie jest zarabiać prawie 2 razy więcej. Tylko chyba nie przebywając poza domem po 12 godzin? Zobaczmy, ile realnie zyskujemy.

Warszawa. 3.7 tys. zł za 174 godziny/m-c, albo 7 tys. zł za 250 godzin. A odejmijmy dojazdy. W pierwszym przypadku – 2 km – pomijalne. W drugim już nie. Komunikacja publiczna to koszt ok. 1 tys. zł/m-c (miesięczny w mieście i kolejowy). I już robi się 3,7 tys. zł za 174 godziny/m-c przeciwko 6 tys. zł za 250 godzin. Stawka godzinowa netto 21,26 zł vs. 24 zł.

Miasto wojewódzkie. Zyskujemy 1.3 tys. zł, a dostajemy o 500 zł wyższe koszty i 215 godzin pracy. Stawka godzinowa 20,93 zł (4.5 tys. zł/215 godzin), wypada nam nawet gorzej niż na wsi.

Podsumowanie. We wszystkich przypadkach policzyłem tylko koszty dojazdu i jego czas w wersji nieoptymalnej. Pominąłem koszty społeczne (brak kontaktu z rodziną i znajomymi), a różnice okazały się niewielkie, nawet jeśli Warszawa oferowała nominalnie prawie 100% podwyżkę. Oczywiście, im wyższe mamy kwalifikacje, tym różnica rośnie – i właśnie tu psa pogrzebano, większość dojeżdżających, ma alternatywę „minimalna przy produkcji na miejscu” kontra „średnia w dużym mieście w biurze albo 140% średniej w Warszawie”.

10 komentarzy do “Czas dojazdu do pracy. O granicy rozsądku?”

  1. Praca blisko domu to wielkie dobrodziejstwo.Mam to szczeście niebywale :-)) że mieszkam w duzym mieście i do pracy pieszo mam ok 7 min.Kolezanka mieszka dużo dalej i poświeca ponad godzinę na dojazd z drugiego końca miasta.Korki,inne opóżnienia itd.Nie zastanawiamy się nad tym ale codziennie dwie godziny wyrwane z życiorysu przez miesiące,lata to kawał bezccennego czasu spędzonego w samochodzie lub miejskiej komunikacji.

    1. Ten komentarz pokazuje wyraźnie – długie dojazdy nie są wyłącznie domeną wsi. Proste wyliczenie marnowanego czasu – 1 godzina rano i po południu równa się 40 niepłatnym godzinom w miesiącu i 480 (3 miesiące) w roku. Dla wielu będzie to chwila refleksji – czy lepiej szukać pracy na miejscu za niższą pensję i gdzie leży granica opłacalności.
      Czas w pewnym momencie okazuje się bezcenny. Moi rówieśnicy po 10 godzinach (8-18) czują się jak koń po westernie i raczej nic konstruktywnego już nie zrobią, pozostaje czekanie na weekend. W takim systemie pracy nie ma co liczyć na fuchy czy dg na boku. Nierealne, chyba że mamy po 30 lat. Rodzina też się nie ucieszy.
      Warto patrzeć na jeszcze jeden aspekt – finanse. Tak się złożyło, że ceny mieszkań (zwłaszcza nowych) wybiło w kosmos. Im dalej, tym taniej. No i ludzie wybierają godzinny dojazd zamiast szukać używanego bliżej. Padały już liczby, na przykładzie Wrocławia i Warszawy. Zakup mieszkania w granicach szeroko pojętego rozsądnego czasu dojazdu (30 minut) do głównych miejsc zatrudnienia, okazuje się niemożliwy, bez posiadania zasobów/pomocy rodziny. Jeżeli bierzemy pod uwagę wyłącznie nowe – na 100%. 30k/m2 powoduje przy 3 pokojach i 65 m2 – 2 mln zł czyli 400k wkładu własnego i 10k samej raty. Kosmos. Żeby sprostać założeniom rozsądku (max.30% na ratę i utrzymanie) – robi się nagle prawie 40k netto dochodu na rodzinę. Mediana warszawska (dwie osoby) 15k. Średnia ok. 17k. Dlatego ludzie wybierają za 800k segment (80m2), gdzieś poza granicami stolicy i …dojeżdżają.

      1. 3 miesiace w roku mniej na własny rozwój,odpoczynek ,czas z bliskimi.Albo więcej pieniędzy,albo czasu.Coś za coś.Tylko nie każdy to przemyśli.Ludzie także maja różne sytuacje osobiste i nie zawsze jest tak jakby się chcialo.Ja staram się zawsze wybrać czas.Jest nie do kupienia.

        1. To jest dokładnie to, o czym wiele razy pisał Bartek – Big5, przy wszystkich za i przeciw, okazuje się szansą dla niewielu, reszcie koszty życia (także niefinansowe) nie rekompensują nieco wyższych dochodów. Przy czym wielu zupełnie takie rachuby pomija. Pomimo, że książka „Pieniądze albo życie” powstała już ponad 30 lat temu. Mało kto pyta – wolisz być zombie przez 5 dni w tygodniu i zarobić 20% więcej. Zresztą, nawet zarobki. Pewien internetowy twórca z Warszawy podał wydatki i dochody swojej rodziny – żona zarabia netto 4.6k, tu właśnie znalazłbym przykład bezsensu wyboru stolicy. Tyle w „moich górach” dostanie sprzątaczka i chętnych jest znacznie mniej niż miejsc.

      2. Dojazd mniej niż 30 min do centrum Wrocławia i możesz przebierać w ofertach poniżej 15 k pln m2 za nowe a poniżej 9 k pln za używane ( co sam doświadczyłeś kupując dużo taniej).
        W Warszawie odpowiednio mniej niż 20 k i 15 k za m2 używane.
        Także nie 2 mln a ok 1,3 mln w przypadku Warszawy za nowe -a to jest spora różnica.

        1. Po Wrocławiu zdarzało mi się jeździć tramwajem – w godzinach szczytu najszybszym środkiem transportu, jeżeli nie ma metra. Podawałem konkretne dane – 30 minut z Pilczyc na Podwale. Moja koleżanka kupiła córce mieszkanie na Nowym Dworze 14k za m2, a 17k z wykończeniem – czas dojazdu od kiedy powstał tramwaj właśnie 30 minut (wcześniej autobusem 45).
          Używane – sporo taniej, ale pisałem o nowych. W Warszawie – podawałem ceny z Ursusa, Białołęki i północnych okolic Śródmieścia. W tym ostatnim miejscu, niewielkie 2 pokoje – 800k za używane. 600k za kawalerkę do remontu. Za 1.3 mln kupisz nowe w przyzwoitej dzielnicy (Mirów), ale bez miejsca parkingowego, 2 pokoje o powierzchni 41 m2 (28k/m2). Po czym włożysz jeszcze 120k w wykończenie. I nadal będziesz miał 2 pokoje i 41m2. Wykończone o tej powierzchni – 2 mln (pardon 1.98 mln) na Woli. Znalazłem tam i 2 razy większe – prawie przy samych torach i niewykończone. Stąd dylemat – czy kupić segment pod Warszawą (30-40 km od granic) za 800k, czy za 1.4 mln 40m2 na Mirowie pozostaje aktualny. Za 20k za m2 (znowu niewykończone, bez piwnicy i garażu) – przy samym lotnisku na Okęciu, do Mordoru – 38 minut tramwajem (poza szczytem), do PKiN – 45 minut, do Zamku Królewskiego – 1 godzina. Ciągle tramwajem, bo jeżeli jego nie ma (Falenty) to 1.5 godziny. I wtedy cena faktycznie spada do 15k (+wykończenie).

  2. Warszawa Włochy czas dojazdu teraz-średnio 30 min. ( szczyt korków) – połowa ofert ( rynek wtórny i pierwotny, mieszkanie do 65 m2, 3 pokoje) poniżej 17 k m2. Widocznie żyjemy w innym świecie, Ty bardziej premium…:-))).
    Myślę, że jednak zdecydowanie lepiej w określonym wieku ( 20-50) żyć w sporym mieście. Masz 50 plus, dzieci samodzielne- można sobie kombinować: prowincja polska, Tajlandia, Hiszpania, etc.

    1. Klucz tkwi w rynku. Ja pisałem o mieszkaniach nowych i za 20k/m2 oddalone od tramwaju o 5-10 minut spaceru. Używane znajdziesz bez problemu za 17k, bo to w końcu 8 km od centrum. Przejedziesz tramwajem w 30 minut, jeżeli masz pracę w PKiN oraz blok przy przystanku. Jeżeli nie, dojście na przystanek, poczekanie 2-3 minuty, potem droga i dotarcie do celu i z 30 minut robi się 45.
      Obserwacje na prowincji oraz znajomych moich dzieci, utwierdzają mnie w przekonaniu, jak żyje się „grupie średniaków” w stolicy, dużym mieście i gdzieś na uboczu. I jeżeli w stolicy średnia pensja to 12k brutto, a w górach juhas (wymagane wykształcenie podstawowe) zarabia 10k do ręki, zimą wyciągnie 8k w budowlance, to nie mam więcej pytań. Typowe zawody klasy średniej: strażak, nauczyciel, policjant, pielęgniarka, urzędnik także na prowincji uzyska znacznie lepszy współczynnik zarobki/koszty życia. Przy czym, pragnąc być precyzyjnym, dopowiem, że prowincja to miasto minimum 5 tys. mieszkańców, albo nieźle skomunikowana wieś, a nie chata pośrodku lasu lub słynne Podlasie.

  3. Oczywiście, dla urzędnika, nauczyciela, osoby która ma przyzwoicie płatną pracę na ” prowincji” i jej przenosiny do Warszawy nie zwiększą znacznie wynagrodzenia- najlepszą opcją jest pozostać tam gdzie mieszka.
    Duże miasta są dobre dla osób, które dzięki zamieszkaniu w nich są w stanie dynamicznie zwiększyć dochody na przestrzeni kilku lat.
    Albo dla tych co odziedziczyli/dostali mieszkanie.

    1. Pewna liczba tych ludzi, którzy mieszkania/domy odziedziczyli przenosiła się bezboleśnie na wieś, korzystając z różnicy cen na obu rynkach. Jeden z nich – Marcin Wójcik, opisał taką transakcję we własnej książce. Podobnie zrobiła jedna z redaktorek Newsweeka. Tym sposobem zyskali i więcej miejsca i kapitał.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *