Życie przegrane i życie wygrane.

Wbrew pozorom, ten pozornie zupełnie teoretyczny podział, istotnie wpływa nie tylko na nasze losy, ale także na to jak postrzegamy własne doświadczenia.

W jednym z wpisów zwróciłem uwagę na youtoube’owy profil „Na skraju gaju”. Jego twórca pokazał, że sukcesem są takie osiągnięcia, które sami uważamy za istotne. Krótko mówiąc, powinniśmy się kierować osobistym systemem wartości, a nie tym, co wskazuje nam świat (media, guru, religia). Tylko wtedy osiągniemy spełnienie. Pokażę to na kilku przykładach zupełnie absurdalnych tez, które przedarły się do mainstreamu.

„Kto nie kupił mieszkania przed 2007 r., ten przegrał życie”. Całkowicie błędne założenie, a jednocześnie cytat, który wepchnął miliony w niedolę kredytów frankowych. Na fali wzrostów cen mieszkań, propaganda deweloperska-bankowa (ze sławetnym Markiem Wielgo, który wrócił w Newsweeku, w awangardzie) szeregiem tekstów przekonywała, że oto właśnie ostatni moment, potem będzie jeszcze drożej, nie warto czekać, należy kupować beton, a kto zamieszka z rodzicami, ten nieudacznik. Atakowano: najemców, zwolenników tradycyjnej rodziny wielopokoleniowej ale i budowy na swoim – liczyła się tylko oferta deweloperów jako symbol nowoczesności. Wszystkie inne drogi – głupota, dramat i wstecznictwo. Wielu uległo, przepłacając osobistymi dramatami (długi, rozpad rodzin, niemożliwość wyjścia z matni itp.) W rzeczywistości, spokojnie można było poczekać do 2016 r. i kupić za podobną cenę, ale na spokojnie, starannie wybierając, budując bazę finansową. Ten, kto zwlekał 5 lat (jak ja – dom nabyłem w 2013 r. i to wcale nie od dewelopera), życia nie przegrał, a nawet sporo zaoszczędził.

„Życie bez dzieci, to życie przegrane”. Ogromny paradoks, że ojciec trójki musi zaprzeczać takiej tezie. Otóż są ludzie, którzy nie powinni dzieci posiadać. I tacy, którym nie da to satysfakcji. Dlaczego? Ponieważ osobiście, nie widzą w dzieciach żadnej wartości dodanej. Nie powinni ulegać zbiorowej presji, bo prowadzi to do tragedii. A presja, bazująca na wyśmiewaniu („psiecko zamiast dziecka”), umniejszaniu („kobieta nie będąca matką, nie jest prawdziwą kobietą”, „w życiu mężczyzna powinien posadzić drzewo, postawić dom i spłodzić syna”) służy tylko jednemu, poprawie samopoczucia tym, dla których jedynym osiągnięciem jest spłodzenie potomka, posadzenie drzewa i 0,8 mln kredytu. Umówmy się, nic wielkiego. Dzieci robi się najłatwiej i… najprzyjemniej.

„Kto pracuje w korporacji, wygrał życie”. Druga strona medalu. Są korpo lepsze i gorsze (a w nich jeszcze różni ludzie i szefowie). Budowanie swojej wartości na identyfikacji z firmą, uważam za grube nieporozumienie. To tylko miejsce prący, sposób zarabiania na życie. Znam rodziny, gdzie artystka zarabia więcej (czerpiąc przy okazji nieporównywalną satysfakcję) od korposzczura, albo stolarz od pani z HR w korpo, chociaż kobiece pensje zwykle bywają niższe. Nie dajmy się wtłoczyć w wyobrażenia innych.

Tutaj dochodzimy do sedna. Życie wygrane to życie na swoich warunkach, osiągnięcie osobiście ważnych kamieni milowych. Czyli dla każdego, coś nieco innego. Można mieć poczucie spełnienia, pracując w bibliotece i szpitalu (w korpo – też), cieszyć się posiadaniem dzieci i nieposiadaniem, czerpać satysfakcję z domu na kredyt, jak i mieszkania z rodzicami/dziadkami. Żeby tak było, trzeba najpierw przysiąść na chwilę i poznać własne wartości. Stąd tag „filozofia”.

Wystarczy. Dalsza część opowieści o Warszawie.

Ponieważ porównanie Warszawy z resztą kraju cieszyło się zainteresowaniem, postanowiłem opowiedzieć jeszcze jedną historię, którą znam od klienta.

Na fali „powrotów do szkoły podstawowej” spotkał się z koleżankami i kolegami z klasy. Po kilku głębszych, „przedstawiciel warszawskiego sukcesu”, prawnik z Warszawy, a w zasadzie głowa departamentu prawnego dużej (giełdowej) korporacji zaczął opowieść. Pensja netto – 37 tys. zł/m-c. Zrobił wrażenie, ponieważ większość tych, którzy zostali w Lublinie, marzyła o 10 tys. zł netto. Ale potem zaczęła się dalsza część. „Prawnik z Warszawy” razem z „panią z telewizji” narzekał na wysokie koszty nieruchomości (apartament na Powiślu po 50 tys. zł/m2 plus wykończenie i urządzenie), raty, prywatne szkoły, wymagania żony (zarabia mniej, tak jak pisał Bartek) i doszedł do konkluzji „Jeśli mam dobry miesiąc, odkładam 7 tys. zł, jeżeli gorszy – może dobiję do 5k”. I wtedy wszystkim, którzy jeszcze mogli logicznie myśleć, otworzyły się oczy, a w zasadzie spadły klapki.

Mój klient, człowiek utrzymujący się z transakcji gruntami powiedział mi wprost – gdyby dzisiaj ktoś dał mi 37k netto/m-c (sprawdziłem – ok. 54k brutto), wziąłbym w ciemno. Natomiast był w szoku, że można oszczędzać tylko 15-20% tak ogromnego dochodu (ok. 650k brutto/rok). I ponownie musiałem mu tłumaczyć:

  • że Lublin, to nie Warszawa – zarówno jeżeli chodzi o zwykłe koszty, jak i wydatki na styl życia,
  • że dyrektor w korpo musi prowadzić „odpowiednie” życie, obejmujące – wakacje 3 razy w roku plus długie weekendy, prywatne szkoły, operacje plastyczne żony (albo i zmianę żony na „nowszy model”), drogie alkohole i knajpy, markowe ciuchy itd., a mój klient jako „wolny strzelec” może przyjść na negocjacje z rolnikiem ubrany w dres z Lidla,
  • że zatrudniony na umowie o pracę płaci rocznie 200 tys. zł podatków i składek (różnica pomiędzy pensją netto i brutto), a on korzysta ze zwolnień podatkowych, bo kupione pole sprzeda po 6 latach,
  • wreszcie, że każdą sumę można wydać, jeżeli nie sprawuje się odpowiedniej kontroli.

Teraz wróćmy do tych 5-7 tys. zł oszczędności. Ponieważ sam znam ten styl życia, doskonale rozumiem sytuację. 72 tys. zł rocznie, wystarczy na … dwumiesięczny fundusz awaryjny. Żeby zebrać na 12 -miesięczny (co może odpowiadać okresowi poszukiwania pracy na tak wysokim stanowisku), potrzeba 6 lat. Czyli taki dyrektor cały czas stąpa po kruchym lodzie. Parę błędów podwładnych, zmiana zarządu i szukamy nowej roboty, o co po 50-tce niełatwo. Dlatego wielu dyrektorów wychodzi z pracy z pewną kasą na koncie, ładnym domem, wykształconymi dziećmi i… tyle. Natomiast handlarze ziemią konsekwentnie budują majątek. Co wybierasz?

Ile trzeba, aby utrzymać 3-osobową rodzinę na wsi?

Dzisiaj, o podstawach podstaw, czyli minimum, które pozwoli się nam utrzymać na wsi. Nie o singlach, bezdzietnych parach, ale trzyosobowej rodzinie.

Niesie to ze sobą wiele problemów, których singiel ani DINKS nie spotka. Dorośli ludzie zwykle są znacznie bardziej odporni na trudne warunki, co potwierdzał zarówno mój eksperyment „życie za 300 zł”, jak i przede wszystkim przywoływane przeze mnie blogi działkowców-samotników oraz gazetowa opowieść tej zimy o człowieku, który 15 lat żył w ziemiance na Pradze. Z dziećmi się tak nie da. Potrzebują pewnego minimum: odżywczego jedzenia, ciepła, ubrań na wiele okazji, szkoły (i wszystkich związanych z nią nakładów na „bezpłatną edukację”), dojazdu do tej szkoły, dostępu do leczenia. A z tego rodzą się wydatki. Wyliczam je zatem:

  1. Dom – z oddzielnym pokojem dziecka, temperaturą wewnątrz nie spadającą poniżej 19 st. C, kuchnią i łazienką oraz internetem.
  2. Życie – chemia, jedzenie, leki, kosmetyki.
  3. Ubranie – dość proste: buty i okrycie.
  4. Zdrowie – lekarz, dentysta, ubezpieczenie zdrowotne.
  5. Nauka – szkoła, zajęcia dodatkowe.
  6. Auto – przy dziecku na wsi – przynajmniej jeden samochód okaże się niezbędny.

Tyle, ale każdy z nich kosztuje.

Dom. Załóżmy, że nim dysponujemy. Dzisiaj da się kupić takie domy za 100-300 tys. zł. Jeżeli mamy działkę po rodzinie, zbudujemy tam dom na zgłoszenie albo postawimy tzw. Tiny house (20-35 m2 + antresola, 3 pokoje za 200 tys. zł). Utrzymanie takiego budynku kosztuje grosze. Moje poniższe wyliczenia odnoszą się jednak do całkiem innego przypadku – własnego i droższego. Posiadam na wsi, 30 km od miasta, pięciopokojowy, stary, murowany budynek mieszkalny z mieszkalnym poddaszem. Płacę za niego następujące kwoty:

  • prąd – 60 zł (abonament – mam FV),
  • woda+kanalizacja – 100 zł,
  • śmieci – 100 zł,
  • ogrzewanie (drewno do kominka, po ociepleniu domu) – 200 zł,
  • podatek – 100 zł,
  • internet – 95 zł,
  • komórki – 130 zł,

Suma: 785 zł.

Niektórych z Was zaskoczy niewielki wydatek na ogrzewanie. Zakładam tutaj ocieplenie domu, w stopniu gwarantującym zużycie 10 m3/rok (ok. 7t czyli 28.000 KWh), zakup drewna wstępnie pociętego w długie wałki, oraz uzupełnienie własnymi zasobami. Te 28.000 KWh/rok okaże się abstrakcyjnie wysokie w przypadku nowoczesnego domku o powierzchni użytkowej 30m2 i kubaturze ok. 75 m3. Tam spokojnie możemy przyjąć 4000 KWh. I wtedy da się ogrzać 1 toną drewna (1,5 m3), pozyskiwanym za 100-150 zł/rok albo z własnego lasu o powierzchni 1000 m2. Ale moje własne wydatki można przyjąć jako miarodajne, ewentualnie zwiększyć je o 200-300 zł, bo nie każdy posiada FV.

Życie. Nasze, zmierzone w kwietniu/maju własne wydatki na tzw. życie (jedzenie, chemia) – 2500 zł/4 osoby (w tym 3 osoby dorosłe i jeden szybko rosnący nastolatek). Celowo nie oszczędzaliśmy. Możemy zatem spokojnie założyć 1800 zł/3 osoby. Razem dwie pozycje 2565 zł.

Ubranie. Temat-rzeka. Osobiście widzę kilka rozwiązań. Da się pójść w całkowity minimalizm (ciuchland+dyskonty) i wydać 150 zł/m-c. Na drugim biegunie pozostają markowe produkty. Jestem zwolennikiem środka i wskazanie kwoty 300 zł. Łącznie z poprzednimi 2865 zł.

Zdrowie. Dokładne powtórzenie problemu leków. Kto choruje, wyda więcej. Zdrowy – znacznie mniej. W moim przypadku (dwie osoby z chorobami przewlekłymi + nastolatek), lecząc się częściowo prywatnie – na wizyty lekarsko-stomatologiczne wydajemy 200 zł/m-c. Ubezpieczenie zdrowotne mamy w pracy. Przenosząc się całkowicie na wieś – w grę wchodzi KRUS – ok. 250 zł/3-os/m-c. Gdybyśmy przenieśli się na wieś na 100%, oboje rzucając pracę, zyskamy mnóstwo czasu i przejdziemy na leczenie publiczne. A zatem, przyjmuję 250 zł. Suma – 3115 zł.

Nauka. Edukacja w teorii jest bezpłatna. W rzeczywistości płacimy za: jedzenie, książki, zeszyty, materiały dodatkowe, wycieczki, składki itd. Warto zapewnić zajęcia dodatkowe. Stąd przyjmowana przeze mnie kwota 700 zł. Z własnych doświadczeń. Razem 3815 zł.

Auto. Kolejny temat-rzeka. Ubezpieczenia podrożały i teraz płacę ok. 600 zł/auto. Przegląd obowiązkowy podrożał – 150 zł. Usługi mechaników, także. Sporo zależy od rocznika, marki, modelu, wielkości i naszych chęci i wiedzy. Za przeglądy, ubezpieczenia, naprawy, przyjmuję ok. 2000 zł/rok. Teraz paliwo. W tej kwestii pytamy o przebieg. Moja własna wizja – przeciętne dojazdy i ok. 10.000 km /rok. Hybryda i mały diesel 3200 zł/rok. Elektryk tankowany z gniazdka domowego – połowę mniej (1600). Suma 300 zł/m-c. Wszystkie dotychczasowe pozycje 4165 zł.

W teorii starczy nam 5000 zł, de facto jedna pensja. Gdybyśmy zostali w 100% na wsi, w wersji minimalistycznej – damy radę. W miejskim pomyśle na życie na wsi – nie. Tam trzeba jeszcze 3000 zł (w sumie 8000 zł). Dlaczego? Otóż pojawiają się kategorie, których nie wymieniłem.

Rozmontowywania systemu emerytalnego „ile płacisz, tyle masz”. Projekt ustawy – dopłaty do emerytur artystów.

Kiedy przeczytałem zajawkę na jednym z portali nie chciałem wierzyć. Rząd przyjął założenia ustawy o dopłatach składek dla mało zarabiających artystów. Dokładnie. Oto lista profesji z oficjalnej strony gov.pl:

Z badań wynika następująca szacunkowa liczebność poszczególnych profesji artystycznych: 
– architektura 13.693 osób,
– film 6.996 osób,
– literatura 3.010 osób,
– muzyka 16.346 osób,
– taniec 3.222 osób,
– teatr 3.960 osób,
– sztuki wizualne 13.176 osób,
– twórczość ludowa 2.020 osób.
Łącznie: 62.423 osób.

Warto zapamiętać te liczby, bo niedługo znacząco wzrosną. Ten, kto pracować nie chce, zacznie uprawiać np. twórczość ludową, osiągać niskie dochody (warunek dopłaty), a żyć dalej z pracy na czarno. W nagrodę dostanie dopłatę składek, jak przy pensji minimalnej. No i oczywiście preferencje podatkowe (przy umowie o dzieło, koszty uzyskania przychodów mogą sięgnąć 50%). Przecież to jest jakieś szaleństwo (zwłaszcza architekci) i zachęcanie do zejścia do szarej strefy. Czas na wskazanie założeń (cytaty pochodzą ze strony z rozszerzeniem .gov.pl).

„W sprawie statusu artysty zawodowego orzekać ma Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej, zwane dalej „CEiPA”, powstałe w wyniku przekształcenia Centrum Edukacji Artystycznej, które funkcjonuje obecnie na podstawie rozporządzenia Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego z dnia 27 marca 2019 r. w sprawie specjalistycznej jednostki nadzoru (Dz. U. z 2024 r. poz. 329). Decyzja wydawana będzie jednak w oparciu o opinię środowiska artystycznego, uczestniczącego w tym procesie w ramach Komisji Opiniującej.” Czyli jak śpiewał Kult „Komisja zadecyduje, kto dziś otrzyma weryfikacje”, wracamy do PRL-u.

„Artysta zawodowy będzie mógł uzyskać prawo do dopłaty, jeśli będzie posiadał ostateczną decyzję administracyjną stwierdzającą nabycie statusu artysty zawodowego, a jego dochód osiągany w 3 poprzednich latach podatkowych nie przewyższa średniorocznie 125% wynagrodzenia minimalnego w roku złożenia wniosku, oraz w każdym z poprzednich 3 lat podatkowych osiągnął dochody z związku z wykonywaniem zawodu artystycznego.” Czyli – ukrywaj dochody, pracuj na czarno, a my opłacimy ci składki. Pod warunkiem, że jesteś artystą, bo szewc musi płacić, nawet gdy w ogóle nie osiąga dochodu.

Nie wierzycie? Projekt macie tutaj: https://legislacja.gov.pl/docs//2/12397303/13124561/13124562/dokument715625.pdf

A jego skutki? Pierwszy – drastyczny wzrost liczby artystów. Drugi – spadek ich dochodów poniżej progu. Trzeci (najważniejszy) – dalsza erozja ubezpieczeń społecznych. Jeżeli nie przekonały Cię liczby, które regularnie publikuję, popatrz tylko na system. Prezes ZUS i jego płatni doradcy opowiadają, jak przedsiębiorcy zaniżają składki i dostaną niskie emerytury, a tutaj – w ogóle nie musisz nic płacić, a emerytura wpada. Lepiej niż w KRUS. Kiedy za parę lat przejdę na FIRE, kupicie moje fujarki z drzewa lipowego, albo zobaczycie na rynku w Kazimierzu Dolnym, grającego disco polo zmiksowane z muzyką Chopina, zbierającego kasę do czapki.  Praca etatowa to kiepski interes.

Na koniec parę mądrości MKDiN z wywiadów, gdy próbowała bronić swojego pomysłu:

  • do muzeów też mamy przestać dopłacać?
  • jestem Ministrem Kultury to walczę o ludzi kultury,
  • o przyznaniu dofinansowania zdecyduje 145-osobowa komisja. Nie wyznaczyliśmy żadnych kryteriów „sztuki”, bo komisja wie najlepiej.

Oceńcie, czy te argumenty Was przekonały. Mnie niekoniecznie.

 

Po co nam fundusz awaryjny?

O funduszu awaryjnym aka poduszce finansowej, czyli szybko dostępnym kapitale w wysokości 6 miesięcznych wydatków, opowiem Wam w sposób nietypowy. Nie będzie moralizowania (prawie), tylko konkrety. Przykłady.

Gdy popsuje się pralka, nie zaciągasz kredytu. Ile razy widziałem ten scenariusz – rodzina z dochodami w okolicach średniej i nagle następuje niespodziewany wydatek. Psuje się samochód, pralka, trzeba zostawić pewną kasę u dentysty. Wynik? -2000 zł w portfelu. Ale niewiele „typowych” rodzin posiada w budżecie luz w wysokości kilkunastu procent budżetu. Czym pokryć deficyt? Dostępna jest tylko jedna metoda – kredyt, czyli:

  • obniżanie przyszłych budżetów o kwotę raty,
  • płacenie odsetek (nie zawsze),
  • ryzykowanie grubej wpadki, gdy w przyszłym miesiącu popsuje się coś innego.

W typowej rodzinie szybko z -2000 zł na pralkę robi się -6000 zł. I koszty rosną, zwłaszcza jeśli dziury łatamy kartą kredytową.

Fundusz awaryjny daje nam luz „brania z oszczędności”. W typowej rodzinie finansowych planistów (dwie średnie krajowe dochodu, wydatki ok. 9000 zł/m-c), poduszka finansowa wyniesie 54.000 zł (6 x 9000 zł), podebranie 6000 zł, niewiele zmieni. Kredyt 6000 zł przy budżecie 13.000 zł dochodu i 13.000 zł wydatków, wymaga kombinowania i często staje się początkiem problemów.

Śpisz spokojnie. Znaczna grupa Polaków ma podobno ujemną wartość netto (majątek – zobowiązania). Aż 46% nie posiada oszczędności wyższych niż 30 tys. zł. Znając matematykę, pewnie w grupie 40- wynik pozostaje sporo gorszy. W takich warunkach, nawet drobne zachwianie równowagi, uruchamia kostki domina. Kto ma świadomość kruchości podstaw, czasem nie śpi po nocach. Dysponując oszczędnościami równymi 6-miesięcznym wydatkom nie mamy tego problemu. Snu nic nam nie zakłóca, bo wiemy, jak przeskoczyć drobne zawirowania, a i z grubszymi sobie poradzimy. A zdrowy sen pozwala żyć dłużej i ciekawiej.

Niespodziewana utrata pracy, nie wywraca Ci życia. Powiedzmy sobie szczerze, nagła strata źródła dochodu do przyjemnych nie należy. Amortyzacja upadku w postaci np. 3-miesięcznego okresu wypowiedzenia, niewiele zmieni. W końcu to tylko 3 miesiące od katastrofy finansowej. Zupełnie inaczej wygląda nasze życie, gdy wydłużamy czas na znalezienie nowego zajęcia do 9 miesięcy (a biorąc pod uwagę pary – nawet sporo więcej). A pracujący na czarno? Świeżo zatrudnieni? Tutaj wyglądamy jeszcze gorzej. 0 miesięcy dzieli nas od katastrofy, wywrócenia życia, przed którym przestrzegam. Dodatkowe pół roku, daje nam bezcenny czas na ponownie poukładanie spraw finansowych.

Odnosisz zwycięstwo na prywatnym Campo di Fiori. Moje pokolenie katowano w liceum wierszem Czesława Miłosza „Campo di Fiori”, w którym poeta zestawia śmierć Giordana Bruno i getta w Warszawie, w zasadzie obok toczącego się życia, zwykłych ludzkich spraw. I my mamy swoje prywatne klęski na tym polu. Ktoś milczał, bo „pilnował własnego nosa”, nie stanął w obronie krzywdzonego, ba nawet nie wsparł go dobrym słowem. Częste w korporacji. Dlaczego? Patrz poprzedni punkt – ponieważ niespodziewana utrata pracy wywraca życie, a na to w świecie powszechnych kredytów pozwalają sobie nieliczni – właśnie tacy, którzy dysponują pewną niezależnością, wynikającą z poduszki finansowej. Ten interpretowany przez polonistę wiersz wrócił do mnie, gdy słyszałem śmiech kolegi, który planował wakacje za nagrodę otrzymaną za rozjechanie dawnego kumpla. I spokojnie mogłem mu tę nagrodę symbolicznie wepchnąć do gardła, publicznym (albowiem sprawa rozgrywała się w grupie) dopowiedzeniem drugiej części historii znanej akturat nielicznym. Otóż ten niszczony – dostał w pracy zawału serca i przebywa na długim zwolnieniu, prawdopodobnie z tego powodu (dezorganizacja pracy) zostanie zwolniony, a wyobraźcie sobie człowieka, który całe życie wykonywał proste prace biurowe, szukającego nowej roboty w wieku 55+ i po przebytym zawale (długie L4 w świadectwie pracy). I tutaj wraca nam poduszka finansowa. Mogłem sobie pozwolić na komentarz głównie dlatego (pomijam różnice indywidualne we wrażliwości), że dysponuję oszczędnościami. Wielu w tej sytuacji nie otworzyłoby ust, nie z powodu braku odwagi, albo podobnych myśli, ale ponieważ bliższe im dobro własnych dzieci niż sprawiedliwość. Niektórzy na komfort honorowej odmowy uczestnictwa linczu pozwolić sobie nie mogą, muszą przełykać upokorzenia, albowiem ich „poduszka finansowa” po 30 latach pracy wynosi … 15 tys. zł, przy miesięcznych wydatkach 25k. Warto to zmienić. 6-krotność budżetu to minimum funduszu awaryjnego.

Gdyby ktoś podarował mi mieszkanie. Opowieśc o pragnieniach młodych i możliwościach starych.

Tytułowe słowa, wypowiedziała pewna dwudziestolatka rodziców z klasy średniej, gdy w jej obecności opowiadałem o planach zakupowych dla syna. Nie stanowi wyjątku, lecz regułę. W moim otoczeniu (dorabiająca klasa średnia 45-55) tylko znikomy procent kupuje/planuje kupić dziecku mieszkanie. Niektórzy młodzi (czyli dzieci pięćdziesięciolatków) reagują roszczeniowością, inni, tylko westchnieniem. Gdzie jednak leży prawda?

Moim zdaniem – pośrodku, i tutaj leży przestroga dla kolejnych pokoleń.

Z jednej strony, biorę klasę średnią 45-55 w obronę. Wielu z nas doświadczyło niesamowitego zwrotu akcji, związanego z rolą wykształcenia. Za komuny, dobry majster, zarabiał tyle co inżynier. Miał też sporą możliwość dorabiania „fuchami”. Czas „Planu Balcerowicza” i kolejne 25 lat, przyniosły zmianę. Zmieciono i spauperyzowano robotników. Do rangi mega zalety wyniesiono wyższe wykształcenie. Można było skończyć filozofię i zostać kierownikiem działu VAT w Urzędzie Skarbowym lub w korpo. Liczyły się literki mgr. Stąd moi rówieśnicy i młodsi z rozpędu inwestowali w wykształcenie kolejnego pokolenia. Z różnym efektem. Jeśli zaciskaniem pasa, korkami, wykształcili programistę, lekarza, ok – uznawano to za sukces. Nawet jeśli ceną był brak możliwości kupienia mieszkania. Udało się, dzisiaj dzieci w okolicach 30-tki powyżej średnich krajowych, ale na mieszkanie muszą sobie zarobić sami, bo niestety rodzicom nie starczyło. Moi znajomi, pompowali kasę w dwie córki, które do pewnego momentu spełniały ambicję, potem niestety przyszedł kryzys. I nie będzie ani pensji, ani mieszkania. Mówię tutaj o rodzicach dorabiających i zarabiających 5 średnich krajowych/rodzinę czyli 2 razy więcej niż moja żona i ja.

Niektórzy (w tym ja) przyjęli inną strategię. Gdy dzieci były małe, kupowaliśmy dla nich nieruchomości, które teraz oddajemy. Pomagał kredyt i planowanie. I tutaj leży pies pogrzebany.

Malkontenci powiedzą „Wam pomagali rodzice” i będzie to prawda, chociaż częściowa. Niejedna dobrze sytuowana rodzina nadal mieszka w domu rodziców/teściów. Niektóre opuściły piętro domku „dziadków” w okolicach 40-tki. 25 lat wstecz nie pomoc robiła różnicę, bo z mojego otoczenia 80% dostawało: mieszkanie, możliwość wykupu „komunałki”, działkę budowlaną, ziemię po dziadkach, wreszcie darmowy (za połowę opłat) dach nad głową w domu rodzinnym na 20-30 lat.

I tu dochodzimy do drugiej połowy prawdy. Dzisiaj taka postawa moich rówieśników to rzadkość. Mieszkanie na studia, w ich trakcie, lub bezpośrednio po dostaje może 10-20%. Stąd źródło roszczeniowości i westchnień. Bo jak to, rodzice dostali od dziadków a nam nie chcą kupić?

I dochodzimy do sedna. Znam sporo przypadków drastycznej deklasacji majątkowej. Rynek okazał się bezlitosny. Z 80% istotnie obdarowanych:

  • część zmarnowała (przehulała) własne mieszkanie i teraz wynajmuje,
  • część oddała je małżonkom po rozwodzie,
  • najliczniejsi – włożyli jako wkład własny w mityczny „dom” i do dzisiaj spłacają kredyt,
  • wszyscy – nie posiadają istotnych oszczędności.

Nie mają skąd wytrząsnąć pieniędzy na zakup dwóch mieszkań (wielu posiada dwójkę dzieci). Choćby młodzież sarkała, kwękała, musi wynajmować. Tym samym tworzy się zaklęty krąg najemców (w Niemczech 52%) i landlordów. Jedni biednieją, inni się bogacą (umieściłem na ten temat kilka wpisów z wyliczeniami).

Do tego dochodzi zanik umiejętności społecznych związanych z zakupem lokalu: analizy, targowania się, timingu. Kto przechodził cały proces wiele razy, podejmuje dobre decyzje, „rookie” głównie złe.

„Starzy” nie posiadają możliwości zapewnienia mieszkania „młodym” albowiem przerwali pewien cykl. „Młodzi” nie dadzą nic swoim dzieciom. Zaklęty krąg przeciętności i biedy. Pokażę go w liczbach.

Przypadek 1. Rodzice nie są w stanie pomóc. Młodzi mają 20 lat i jadą na studia do Wrocławia/Krakowa/Gdańska. Rodzice, jedni z przyczyn ideolo („sam się dorobiłem, więc syn też może”), drudzy finansowych nie kupują mieszkania. Trzeba wynajmować. Dzisiaj mamy następujące ceny – 1500 zł za pokój. Kończy się studia, idzie do pierwszej pracy – dajmy na to 5 k na rękę (w tych miastach to możliwe). Para wynajmuje 2 pokoje i płaci landlordowi (zwanemu czule w kręgach lewicowych „czynszojadem”) 3000 zł. Standard się poprawia, bo nie trzeba wspólnej łazienki czy kuchni. Przez 10 lat (5 na studiach, 5 po studiach) razem wyrzucili (wg dzisiejszej wartości pieniądza) – 360.000 zł na najem. Do tego rodzice przez 5 lat wydali na utrzymanie po 1500 zł/m-c. 1500 zł/m-c x 2 osoby x 60 miesięcy = 180.000 zł. W sumie 540.000 zł przejedzonych pieniędzy. Żeby je uzyskać, wielu młodych idzie do pracy. Pracuje całe studia i nadal nie ma nic.

Przypadek 2. Rodzice dają mieszkanie. Dokładnie taki sam układ, ale rodzice kupują mieszkanie. Zamiast płacić za pokój fundują trzy małe pokoje. W jednym mieszka dziecko z parą, dwa wynajmuje (za 2000 zł) i ma na utrzymanie, nawet z górką. Po studiach, nie musi wynajmować. Koszt? 0 zł.

Przypadek 3. Dwie pary rodziców dają mieszkanie. Ekstremum, chociaż możliwe. Młodzi wynajmują jedno mieszkanie za 3000 zł, w drugim dwa pokoje za 2000 zł. W sumie mają 5000 zł przy kosztach na poziomie 3000 zł. Zostaje im 2000 zł, rodzice nic nie dokładają, więc wynik po 5 latach wynosi +110.000 zł. W sam raz na wkład własny do zakupu kolejnej nieruchomosci po studiach, gdy przyjdzie pensja 2 x 5k =10k/m-c. Kula śniegowa rozpędza się.

Różnica pomiędzy przypadkiem 1 (najemca), a 2 (dostał mieszkanie od rodziców), okazuje się gigantyczna. 3000 zł x 12 miesięcy = 36.000 zł/rok. Praktycznie do końca życia. Dużo łatwiej budować nadwyżkę, dużo łatwiej myśleć o kolejnych zakupach. Trzeba, podobnie jak moje pokolenie, mądrze budować zamożność, a nie hulać, marnować przy rozwodzie, porywać się na drogi dom, który może stać się kulą u nogi.

Oko.press o emeryturze. Pięć sadzonek nieprawdy, które należy wykorzenić.

12 maja tego roku w portalu oko.press pojawił się artykuł: https://oko.press/demografia-bez-demokalipsy-nie-panikujcie-system-emerytalny-sie-nie-zawali . Zawarto w nim tezę, że z demografią wcale nie jest tak źle, a system ZUS nie zmierza do katastrofy. Nieprawdziwą tezę naukowcy (opisywana już „ekspertka od składek przedsiębiorców”, w rzeczywistości ma doktorat z dziennikarstwa, a nie ekonomii, prawa czy zarządzania, została wzmocniona prof. Szarfenbergiem… politologiem) próbują udowodnić za pomocą pięciu narracji, nazwałem je „sadzonkami nieprawdy”. Należy je szybko wykorzenić. Jeśli bowiem wydadzą nasiona, zarosną nam cały ogród. Wróćmy do zdrowych korzeni matematyki. Do dzieła, bo w długim artykule o emeryturach nie przywołano żadnych obliczeń, sama właściwa dziennikarzom i politologom „mowa-trawa”. Zresztą wystarczy się przyjrzeć cytatom.

Sadzonka nr 1.  Bo kiedy wszystko podporządkowuje się demografii, z pola widzenia znikają rzeczy najważniejsze: ubóstwo, nierówności, niepewna praca, samotność, przeciążenie opieką, kryzys zdrowia psychicznego, trudności w budowaniu trwałych relacji.

Czy ktoś o umyśle chociaż trochę ścisłym może się z tym zgodzić? 100 lat temu: ubóstwo, nierówności, bezrobocie, przeciążenie opieką były większe. I to zdecydowanie. Samotność, zdrowie psychiczne na podobnym poziomie, chociaż mniej o nich mówiono. Tylko trudności w budowaniu trwałych relacji zwiększyły się drastycznie. I to brak trwałych relacji odpowiada za niską dzietność, bardziej niż cokolwiek innego. Realnie chodzi o relacje dzieci-rodzice, mężczyzna-kobieta, dziadkowie-wnuki, ale i w dalszej rodzinie i gronie przyjaciół czy w pracy. Relacje odpowiadały za istnienie „grupy wsparcia”, która potrafiła przejść gorsze momenty. Ktoś zagłuszał lęki młodych, dawał im kasę na start, namawiał do pogodzenia się. Dzisiaj cały ten system wywrócono. Wielu dwudziestolatków musi radzić sobie samodzielnie, w coraz bardziej zmiennym świecie. Opisywałem to zjawisko wielokrotnie. Moje pokolenie dostało mieszkania lub istotne wkłady od rodziców. Teraz sami obdarowani często nie dają dzieciom prawie nic, więc te zaczynają od zera. Podobnie kształtuje się opieka nad wnukami. Wielu dzisiejszych 50-latków, w znacznym stopniu wychowywały babcie. Teraz wygląda to inaczej. Znowu – przyczyna leży w relacjach, ale i sposobie życia. Jeżeli 67-letnia kobieta nadal pracuje (przykład z mojej pracy), w jaki sposób jej 40-letnia córka może liczyć na pomoc, kiedy ma urodzić dzieci? Jeżeli korpo zwalnia młode matki, w pierwszym możliwym momencie (albo i od razu po powrocie), ile osób zdecyduje się na dziecko?

Sadzonka nr 2. A przecież dzieci nie rodzą się w statystykach. Rodzą się albo nie rodzą w konkretnych warunkach życia: w mieszkaniach, na które kogoś stać albo nie stać; w pracy, którą da się albo nie da się połączyć z opieką; w relacjach, które dają poczucie bezpieczeństwa albo go nie dają.

Kolejne humanistyczne brednie, zupełnie oderwane od liczb i historii. Jeszcze raz powiem – dzieci rodziły się w II RP, PRL, w rodzinach z PGR-ów w 1995 r. Aż przestały się rodzić. Pracy, wcale nie trzeba łączyć z rodzicielstwem, przecież jeszcze 45 lat temu nie istniały roczne urlopy macierzyńskie, a pensje wystarczały na mniej. Podobnie jest z relacjami. Obserwuję wiele osób, w złych, a nawet tragicznych relacjach. Nawet w nich pojawiają się dzieci, czasem całkiem sporo. Co się stało? Pisałem o tym już kilka razy. Matematyka. Niska baza matek. Znacznie niższa niż 30 lat temu. Nic nie da się szybko zrobić. 3 mln x 2 dzieci= 6 mln dzieci, a 1.5 mln x 2 dzieci = 3 mln dzieci. Drugi temat – wspominałem w jednym z komentarzy, dzisiaj żeby doszło do zastępowalności pokoleń matka w związku musiałaby rodzić 4-5 dzieci. Ponieważ samotne kobiety wyjechały do miast i … nie mają żadnych związków, nie tylko satysfakcjonujących. Samotni mężczyźni zostali na prowincji i czeka ich to samo. Jeśli weźmiemy pod uwagę te dwie zmienne – te które mają stałe związki powinny rodzić po 8 dzieci. Nierealne.

Sadzonka nr 3. Podstawowym powodem, dla którego nasze emerytury będą niskie, jest konstrukcja systemu tzw. zdefiniowanej składki, w określonym otoczeniu społeczno-prawnym. Od 1999 r. mamy bowiem system, w ramach którego każdy z nas, który ubezpieczony jest w ZUS, ma swoje indywidualne konto. 

Powtórzę się po raz nie wiadomo który – mamy niskie emerytury, bo dopłacamy świętym krowom: rolnikom, księżom, mundurowym, sędziom i prokuratorom, a teraz padł pomysł na artystów. Emerytury mamy niskie, ponieważ ogromna liczba osób bierze je przed 50-tką, nie płacąc grosza składek. Dzisiaj widziałem artykuł (https://businessinsider.com.pl/praca/emerytury/emerytury-mundurowe-o-70-proc-wyzsza-niz-w-zus-mamy-nowe-dane/0k2jymv )- średnia emerytura mundurowa wynosi ok. 7000 zł i jest o 70% wyższa niż ZUS-owska (tam jest 4000 zł). Do tego mamy 170 tys. emerytów mundurowych, ze średnią wieku zakończenia pracy 48 lat. Na tych emerytów budżet wydał 18 mld. Dodajmy do tego 30 mld dopłacane do KRUS (składki pokrywają 10% wydatków). Gdyby system był sprawiedliwy i równy dla wszystkich problem niskich emerytur dotyczyłby marginesu.

Konstrukcja zdefiniowanej składki, stosowana konsekwentnie, wymuszałaby normalność. Jeszcze raz ujawnię dane: W ZUS mam 660 tys. zł, w OFE 220 tys. zł. Przy czym do ZUS od kilkunastu lat trafia 85% składki emerytalnej, a do OFE 15%. Wcześniej podział też był korzystniejszy dla ZUS. Ten system zwyczajnie okrada nas z odsetek pod przymusem oszczędzania w państwowym molochu.

Sadzonka nr 3. Skąd się biorą więc tak niskie stopy zastąpienia?  Powodów jest kilka. Po pierwsze jest to licznik równania emerytalnego. Wiele osób gromadzi niskie kapitały, bo pracują za niskie wynagrodzenia, niektórzy mają dłuższe lub krótsze przerwy związane z opieką nad kimś, bezrobociem, nieaktywnością, a także dlatego, że system umożliwia, czasem wbrew woli samych ubezpieczonych, a czasem sami tego chcą – unikanie lub obniżenie oskładkowania, o czym pisaliśmy wyżej. Drugim powodem niskiej stopy zastąpienia jest mianownik, a więc dalsze trwanie życia wg GUS w momencie przejścia na emeryturę.

Wyrywałem ją już z 10 razy, zrobię to jeszcze jedenasty. Dla dzisiejszego młodzieńca lat 30, stopa zastąpienia (stosunek emerytury z ZUS do poborów) wyniesie 25%. Jak to możliwe matematycznie, skoro mężczyźni żyją na emeryturze średnio 12-13 lat, pracują ok. 41 lat (po studiach, bo niektórzy i 47 lat), a składka wynosi 20% ich pensji? 20% x 41 lat= 820. 820/13=63,0769. Stopa zastąpienia powinna wynosić 63% pensji, czyli całkiem przyzwoicie.

Nawet prowadzący DG posiadają swoje wyliczenia. 20% x 60% średniej = 12% średniej. 12% x 41 = 492. 492/13=37,846. Przedsiębiorca powinien dostać zatem emeryturę w wysokości 38% średniej pensji – ok. 2 emerytury minimalne. A dostanie jedną.

Bajki o opiece nad kimś (ilu znacie facetów na wychowawczym?) wyśmiewam, bezrobocie wynosi od lat sporo poniżej 10% i nic nie zapowiada drastycznych wzrostów. System wyrównuje te lata kobietom, doliczając okresy macierzyńskiego i wychowawczego, jakby były opłacane składki. To jest system składki zdefiniowanej? Do tego preferencje wieku (czyli mianownika) dla kobiet.

Co więc się dzieje? Państwo (ZUS) okrada nas w biały dzień. Wymyśla sztuczne okresy dożycia (18 lat dla 65-latka), znacznie powyżej faktycznej średniej i co roku je podnosi. Okrada nas podnosząc mianownik. Swoim szalbierstwem zachęca do ucieczki z systemu: unikania bądź obniżania składek, albo nie płacenia ich przez całe lata. Ponieważ, właśnie z powodu demografii dzisiejszej stopy zastąpienia nie da się utrzymać. Mówią o tym ekonomiści, a nie politolog z dziennikarką.

Sadzonka nr 4. Warto też pamiętać, że niskie prognozy emerytalne w Polsce nie wynikają przede wszystkim z demografii, lecz z konstrukcji systemu zdefiniowanej składki funkcjonującego w silnie segmentowanym rynku pracy. Jedni pracują stabilnie, na dobrze wynagradzanych umowach i gromadzą znaczące kapitały emerytalne. Inni, z własnego wyboru albo z powodu warunków rynku pracy, funkcjonują w świecie umów cywilnoprawnych, samozatrudnienia, okresów bezrobocia czy nieoskładkowanych dochodów.

Kolejna część anty-matematyki. Dla pani doktor i pana profesora, żeby zrozumieli, piszę po raz 12-ty. Przez 27 lat miałem stabilną i dobrą pracę. Żadne smieciówki, UOP. Nigdy nie doświadczyłem bezrobocia, samozatrudnienia (w sensie składkowym), umów cywilnoprawnych.

Nie zgromadziłem „znaczących kapitałów emerytalnych” bo ZUS wypłacił je aktualnym emerytom. Zostało, tylko w zapisach, 650k w ZUS plus 220k w OFE. Odprowadzałem górę składek (przez 11 lat od 250% średniej krajowej) czyli w roku 2024 ok. 54 tys. zł. Tylko te 11 lat dało mi prawie nominalną kwotę ZUS. Gdzie waloryzacje i obiecywane frukta?

Uśredniając, płaciłem składki od ok. 170% średniej. Gdybym ostatnie 15 lat przed emeryturą pracował na 145%, wyszłoby ok. 160% średniej. Przepracowałbym 42 lata. Policzmy. 160% x 20% składki x 42 lata= 1344. Podzielmy przez oficjalną średnią dożycia (13 lat) ok. 103% średniej pensji. Ile proponuje mi system? 65 %. Na dzisiaj. Zanim dojdę do emerytury, będzie to 50%, bo ZUS co roku majstruje przy stopie zastąpienia.

Matematyk nie widzi żadnej tajemnicy, opowieści o bezrobociu (którego od 20 lat prawie nie ma), tylko nagie liczby. Powinienem dostać 103% średniej krajowej (czyli ok. 9500 dzisiejszych złotych), dostanę 50% (czyli ok. 4800 dzisiejszych złotych). Co się stało z resztą, przy tzw. gigantycznych waloryzacjach, braku bezrobocia itd.? Ano poszła na kogoś, kto pracował 14 lat, ale skończył studia i rok był na bezpłatnym (okresy bezskładkowe) i trzeba mu dopłacić do emerytury minimalnej. Resztę zjadł ciągle podnoszony mianownik. Z tego powodu, powiedzenie „pas” i wypadnięcie z systemu, wydaje się najrozsądniejszą alternatywą. O ile odkładamy na boku.

Sadzonka nr 5. Panika demograficzna nie pomaga projektować instytucji. Przeciwnie, zastępuje analizę moralną opowieścią o kryzysie.

Zdanie takie napisała para naukowców, nie podając żadnej liczby. Zatem podam je ja. W 2005 r. mieliśmy 5 mln emerytów i 12.6 mln pracujących. Stosunek 1:2.5.

W 2050 r. będzie to 13.7 mln emerytów oraz 11.5 mln pracujących. Stosunek 1.19:1 na niekorzyść pracujących.

Powiedzcie mi szczerze, czy sieję panikę, czy da się te liczby zastąpić „analizą moralną”? Przecież dwójka pracowników szacownych uczelni, odprawia jakieś, kompletnie oderwane od rzeczywistości czary. W 2005 r. przy składce emerytalne 20%, dało się zapewnić emerytom 50% stopę zastąpienia (2.5 x 20%), bez dokładania z budżetu. W 2050 r. wyjdzie nam 17% (20%/1,19), czyli 3 razy mniej. Tak działa demografia i matematyka. W efekcie miliony emerytów, które nie zadbały same o siebie (IKZE, IKE, PPK, OKI), dostaną głodowe świadczenia, albo pracujących zarżnie się podatkami. Żadne „analizy moralne” nic nie zmienią, zwłaszcza że są niemoralne, albowiem nawołują do przyzwolenia na kradzież.

Rzucenie etatu. Z czego się utrzymywać?

W październiku ubiegłego roku wyborcza.pl zaprezentowała wywiad z „influencerem finansowym”, którego głęboka myśl sprowadzała się do konkluzji „W Warszawie 8 tys. zł to minimum egzystencjalne”. Inny mówił „Na 3-osobową rodzinę potrzeba 14k”, po czym wymieniał 4,5 tys. zł na wynajem mieszkania i 2,5 tys. zł raty leasingowej.

Jeśli wiecie co nieco o obliczeniach statystyczno-ekonomicznych minimum egzystencji oznacza granicę biologicznego przetrwania, czyli zaspokojenie potrzeb cielesnych: dach nad głową, jedzenie. Kiedy jednak wejdziemy w szczegóły, widzimy następujące pozycje:

  1. 3 tys. zł najem mieszkania lub spłata kredytu („tanie mieszkanie”),
  2. 2-2,5 tys. zł życie,
  3. 1,5 tys. zł dzieci, paliwo, zdrowie.

No cóż, przy podejściu, że najem lub spłata mieszkania to pozycje obowiązkowe w domowym budżecie, nie mam więcej pytań. Pozostałe punkty mega uproszczonego budżetu przyjmuję (aczkolwiek ponownie – nie ma przymusu posiadania samochodu, ani korzystania z odpłatnej opieki lekarskiej).

Kiedy ma się taką typową ścieżkę wydatkową korposzczura (tzn. kredyt, samochód, pakiety medyczne), trudno myśleć o rzuceniu pracy. O to, rzecz prosta, chodzi korpodzierżcom. Zaspokojenie podstawowych potrzeb ma być tak drogie, aby zmusić do ciężkiej pracy dla korpopana. A gdyby pomyśleć inaczej?

Krok pierwszy – opuszczamy Warszawę i to raczej nie dla Zakopanego, Sopotu, Krakowa czy Wrocławia. Wybieramy np. Łuków, Radomsko, czyli miasta wystarczająco duże, aby posiadały infrastrukturę (szkoły średnie, szpital, zakłady pracy), a jednocześnie tak kompaktowe, żeby czuć się prawie jak na wsi. W takich miejscach 3-pokojowe, wcale „niebiedne” mieszkanie kupimy za 250-300 tys. zł. Patrząc na 35-latków ze stolicy, pozbędziemy się w ten sposób kredytu. Zostaną nam stałe opłaty. Tym prostym sposobem zejdziemy z wydatkami do 5 tys. zł (mieszkanie trzeba utrzymać) na rodzinę 2+2.

I wtedy powoli możemy zacząć myśleć o rzuceniu etatu i utrzymywaniu się…. no właśnie z czego?

Pomysł 1. Świadczenia społeczne + drobne prace dorywcze. Zacznijmy od świadczeń: 1900 zł (świadczenia rodzinne + 800+), dodatek mieszkaniowy, energetyczny 600 zł, i już mamy połowę potrzebnej sumy. Musimy zarobić dorywczo 2500 zł, co oznacza przepracowanie przez oboje rodziców po 40 godzin miesięcznie (ok. 10 godzin tygodniowo) za wynagrodzeniem minimalnym.

Pomysł 2. Świadczenia społeczne + praca sezonowa. Jeśli nie etat, to praca sezonowa: zbieranie owoców/warzyw, gastronomia, a nawet odśnieżanie. I tutaj ponownie, przy założeniu świadczeń, musimy zarobić dorywczo 30.000 zł. A to wymaga zarobienia 7500 zł x 4 miesiące.

Pomysł 3. Freelance. Drobne umowy zlecenia na zadania z naszego zawodu lub hobby. 1600 zł (800+ na dwójkę) wzbogacamy o 3400 zł czyli każda z dwóch osób musi dorobić 1700 zł. W moim przypadku – dwa, trzy dni pracy/m-c. Nawet przy minimalnej stawce godzinowej równoważnik ok. pół etatu.

Pomysł 4. Gruba kombinacja. Coś a’ la żona działacza PiS: zatrudniamy się, popracujemy chwilę, idziemy na L4, wracamy, znowu zaczynamy chorować, zwalniają nas, dostajemy zasiłek dla bezrobotnych, i tak w koło. Naprawdę chorzy może dostaną nawet rentę. Jeśli nie, chodzimy po MOPSach, organizacjach charytatywnych, wypraszamy sobie jedzenie. Szczerze? Jestem leniem, ale wolałbym wybrać freelance. Niemniej jednak są ludzie, którym takie życie odpowiada.

Pomysł 5. Rentierstwo. Żeby zarobić rentierstwem 2500 zł (bo 2500 zł dostaniemy ze świadczeń, o których opowiada pomysł 1), potrzebujemy ok. 750 tys. zł oszczędności (przy zachowaniu zasady 4%). Jeżeli umiemy zarobić więcej – jeszcze lepiej.

Żywot 50-latka. Opowieść o sensie oszczędzania.

Piękną historię o przemijaniu z punktu widzenia 50-latka opowiedział nam Artur Nowak w pewnym felietonie pod koniec kwietnia tego roku. Nie dorównam mu brutalnej szczerości przy jednoczesnym poetyckim opisie, więc koncentruje się na nieco innej działce.

W jednym zdaniu – w finansach 50-tka oznacza czas zbierania owoców pracy poprzednich lat. Rozłóżmy ten temat na czynniki pierwsze.

Praca. Kto lenił się przez 25-30 lat, ten dzisiaj, w najlepszym przypadku (biurowe warunki lubelskie), pracuje sobie za 5000 zł netto – mediana pensji netto w Polsce. Wyżej mediany nie podskoczy. W zupełnie innym układzie znajdują się Ci, którzy jednak postawili na pewien rozwój. Albo poszli w specjalizację, albo kierowanie ludźmi. Efekt? Minimum 2000 zł/m-c netto więcej. 2000 – 5000 zł miesięcznej różnicy robi istotną robotę. Oddziela człowieka żyjącego przyzwoicie, od oszczędzającego na wszystkim.

Drugi aspekt pracy, nie wypada tak rewelacyjnie. Zwolnienia grupowe, likwidacja stanowisk pracy, zaczynają się od najmniej wnoszących (więc tych, którzy lenili się), oraz najlepiej zarabiających (stawiających na rozwój). Ci ostatni, dużo kosztują, a jednak, podobnie jak ja, mają jeszcze co najmniej kilka opcji np.:

  • prowadzić JDG,
  • dojeżdżać do Warszawy,
  • rzucić biuro i zająć się dobrze płatną pracą fizyczną.

Alternatywa lenia – zasiłek.

Majątek. Ten aspekt dobrze odrobionej lekcji życia dostrzegam każdego dnia. Ktoś, kto przez ok. 25-30 lat pracował, oszczędzał, inwestował, kombinował widzi efekty swoich starań. Dochód z pracy powoli zastępuje mu dochód z kapitału. Majątek rósł, aż osiągnął wartości zdecydowanie ponadprzeciętne. Kiedy na początku lat 90-tych XX w. doktorzy Stanley i Danko wprowadzali do popularnego obiegu swoje słynne „równanie zamożności”, wreszcie dało się obiektywnie zmierzyć, jak dobrzy byliśmy w budowaniu bogactwa. Podstawmy wartości i sprawdźmy. Równanie bierze pod uwagę wiele zmiennych (inflację, stopę zwrotu), ale niezmiernie je upraszcza, a wygląda tak:

oczekiwany poziom zamożności (majątek, który powinniśmy zgromadzić) = roczne zarobki netto x wiek w latach x 10%.

Dla rodziny pięćdziesięciolatków, zarabiających, podobnie do mojej żony i mnie wynik wynosi ok. 0,9 mln. Gdybyśmy mieli majątek mniejszy – powinniśmy się martwić, przy co najmniej 2-krotnie większych (czyli 1,8 mln) moglibyśmy się uznać za „przodowników w budowie bogactwa”. W rzeczywistości zdecydowanie wyprzedziliśmy i te „podwójne” oczekiwania, a sporo już rozdaliśmy.

Patrząc na warunki mojego miasta i mojego miejsca pracy, niewiele osób osiąga ten poziom minimalny, zwłaszcza jeżeli odejmiemy od ich dochodu netto wartość spadków i większych darowizn. Dlaczego?

Decydują dwa czynniki:

  • konsumpcja (czyli niezdolność do oszczędzania 10% rocznego dochodu). Możesz być zdziwiony, bo oznacza to, że ludzie zarabiający ok. 180 k netto na rodzinę (2,5 średniej krajowe u szczytu możliwości zarobkowych), nie są w stanie odłożyć 18 tys. zł/rok.
  • nieumiejętność inwestowania. Ta z kolei sprowadza się do braku uzyskiwania z kapitału przynajmniej równowartości inflacji.

Jeżeli nie spełnili tych dwóch założeń, moi rówieśnicy i koledzy doszli do stanu majątkowego, w którym dysponują np. jednym starym mieszkaniem, wartym 450k i odrobiną (czyli np. 50k) funduszu awaryjnego, samochodem o wartości 50k i… to w zasadzie wszystko. Pięćdziesięciolatkowie, których dochód nadal pozostaje ponadprzeciętny, wybudowali wprawdzie dom za 1,2 mln zł, ale nadal ciąży na nim 400k kredytu, a 400k pojawiło się w wyniku sprzedaży darowanego mieszkania, samodzielnie zgromadzili 400k, więc zgromadzona osobiście wartość netto = 400k, znacznie mniej niż moglibyśmy oczekiwać . Co więcej, znam ludzi, którzy mają tylko odziedziczoną działkę i 400k ze sprzedanego prezentu ślubnego (darowanego mieszkania) czyli pozornie wykazują spory majątek (ok. 1.2 mln zł), ale sami nie dorobili się nic. Po co o tym wszystkim piszę?

Ponieważ zdolność do oszczędzania (anty-konsumpcji) oraz inwestowania (osiągania wysokich stop zwrotów), prowadząc do budowania majątku, tworzy podbudowę komfortu i bezpieczeństwa. Zaniedbując te dziedziny, narażamy się na pracę do końca życia, żmudną pracę, stwarzającą wrażenie, jakbyśmy podobnie do chomika, kręcili się w kółko, bez widocznych efektów. Dbając o dobre zwroty i przyzwoity poziom inwestycji, zapewniamy sobie luz w wieku średnim, czyli właśnie około 50-tki. Dzięki tej kombinacji, nie drżę o pracę, bo po prawdzie, mógłbym już w ogóle nie pracować. Dotrwałbym do emerytury, żyjąc sporo lepiej niż skromnie (na trzy osoby 10k/m-c = 120k/rok) tylko przejadając zasoby, a dokładając symboliczne odsetki od obligacji (1-5% netto) bez żadnego ryzyka. Wielu zarabiało znacznie lepiej i dzisiaj znajdują się na poziomie fat FIRE czyli 30-40k/m-c.

Tym razem jednak w ogóle nie chodzi o FIRE (wcześniejszą emeryturę), tylko powrót do prostej oceny – podobnej do bilansu zdrowotnego – odpowiadającej na pytanie: Na jakim miejscu na linii zamożności (od 0 do wielokrotności oczekiwanego majątku), znajduję się wraz z rodziną? Odpowiedź świadczy bądź o poważnej chorobie, bądź zdrowiu. Finansowym, rzecz jasna. O tym, że lata dorosłości nie przeminęły bez echa, lecz przyniosły namacalny efekt.

50-tka i związany z nią obrachunek, przynosi czasem jeden efekt, opisany w książce Davida Bacha „Start late, finish rich” – próba wyrwania się z finansowej zapaści lub przeciętności, do lotu na ostatniej prostej. Wielu ta sztuka się uda. Wprawdzie procent składany podziała tylko przez kilkanaście lat, ale lepsze to niż przetrwanie z dnia na dzień lub martwienie się, co będzie jeśli jutro stracę zdolność zarabiania. Oszczędzając 30% dochodu (54 tys. zł/rok), w 15 lat, przy 10% stopie zwrotu zbierzemy 1.8 mln zł. Nawet, jeśli dzisiaj nie mamy literalnie nic (wartość netto = 0 zł), po półtorej dekady możemy wyprzedzić wartość oczekiwaną z całego życia, która wyniesie 1,17 mln zł. Oszczędzanie, nawet w późnym wieku ma sens.

Niekonwencjonalne sposoby na dach nad głową.

Przytaczane wielokrotnie analizy pokazują, współcześnie klasa średnia tzw. Zachodu, zaczyna dzielić się na dwie grupy: posiadaczy i nieposiadaczy. Pierwsi – dysponują własnym (choćby kredytowanym) mieszkaniem/domem. Drudzy – wynajmują lub mieszkają z rodzicami. Ponieważ w przebiegu linii życia, znalezienie się w jednej lub drugiej bańce powoduje ogromne różnice w majątku (wynajmujący dysponują 1/10 aktywów netto posiadaczy), trzeba starać się o własną nieruchomość. Odrzućmy narrację o „kulturze (czasem wręcz cywilizacji) współdzielenia” jako nieefektywną i zwyczajnie nieprawdziwą.

Klasyczne metody mówią, duże miasto, mieszkanie/segment od dewelopera, spory kredyt. Teraz jednak czas na weryfikację. Sporo młodych nie posiada zdolności kredytowej, albo ma ją w niewystarczającej wysokości (np. na 200-300 tys. zł). Jak z tego wybrnąć? Niekonwencjonalnie, łamiąc standardy.

Metoda 1. Dom na wsi lub miasteczku. Wiem, wiem, jestem w tym już nudny. Ale jednocześnie powtarzam bez przerwy – dane ekonomiczne nas nie okłamią. Oddalając się od miasta o 30 km (często niezłej drogi) możemy kupić nieruchomość za 1/3 ceny „miejskiej”. 100-metrowy dom blisko centrum(taki jak mój) – 1 mln, na przedmieściach 600-700k, na wsi 300-400k (a czasem nawet 200k). Taki sam standard, wielkość, a większa działka. Tu wystarcza przeciętna zdolność kredytowa. 300k w mieście oznacza kawalerkę. Jak tu zakładać rodzinę?

Metoda 2. Wspólny zakup domu w gorszej dzielnicy. Czasem nawet nie trzeba opuszczać granic miasta. Geografia cenowa okazuje się sprzymierzeńcem. Skoro w dobrej dzielnicy (jak moja) stumetrowy dom kosztuje 1 mln zł, w innej 200-metrowy 750k. A to oznacza, że łącząc siły z przyjaciółmi (oraz dzieląc dom na dwa lokale) możemy uzyskać 100-metrowe mieszkanie za 375k (plus koszty podziału). I znowu, te 375k daje nam szansę na życie „jak człowiek” z rodziną, w pięciu pokojach, z kawałkiem ogrodu, za cenę dużej kawalerki. W granicach zdolności kredytowej pary zarabiającej na poziomie mediany dochodu miasta.

Metoda 3. Samodzielna budowa, przebudowa, przeróbka. W tym punkcie proponuję 3w1. Bo tak, samodzielna budowa na podmiejskiej działce (koszt z zakupem 400k, za nowoczesne 60m2 zbudowane siłami własnymi). Albo przebudowa istniejącego, albo przeróbka z lokalu użytkowego (za pół ceny – czyli 60m2 =250-300k). Jeden z moich klientów mógł kupić 120 m2 w dobrej dzielnicy za 350k. I dochodzimy do sedna. Trzeba kombinacji, inwencji, pracy własnej. Natomiast skutek – podobny jak w metodach 1 i 2 – zyskujemy sporą przestrzeń za niewielkie pieniądze, albo po prostu niską cenę (kawalerka za 130k, przy cenach rynkowych zaczynających się od 250k). Warto pomyśleć, pokombinować i popracować.