Trzy powody, dla których warto mieć psa.

Znacie pewnie te memy z tekstem „Stary mówi nie chce psa. Stary i pies po tygodniu” pokazujące zmianę paradygmatu od koncepcji „pies=kłopot” do „pies, najlepszy przyjaciel człowieka”. Ponieważ sam przeszedłem tę drogę, mogę podać tytułowe trzy powody.

Pies równa się towarzystwo. Widzę tę prawdę po samotnych paniach z sąsiedztwa i wszystkich okolicznych psiarzach. Doświadczam na sobie. Otóż pies, zwłaszcza określonych ras, uwielbia spędzać czas w towarzystwie „swojego człowieka”. Dostosowuje do nas nawyki i rytm dobowy. W moim przypadku oznacza to chodzenie wszędzie krok w krok, ja do ogrodu, pies do ogrodu, ja do wc, pies do wc, ja do łóżka, pies idzie spać. Do tego psisko ofiarowuje bezwarunkową miłość i przywiązanie, jakich w dzisiejszym świecie, nie możemy już doświadczyć. Cieszy się z naszych powrotów, nawet gdy wracamy z 10-minutowego wyjścia. W przypadku ludzi starszych, samotnych, powiedzmy wprost – często we własnym mniemaniu nikomu niepotrzebnych, taki zwierzak stanowi jedyną rację istnienia oraz okazję do nawiązania kontaktów ze światem. I tu przechodzimy do drugiego znaczenia słowa „towarzystwo”. Połowę osiedlowych znajomości, w tym z ludźmi z innych baniek towarzysko-wiekowych, zawdzięczam psu. Gdyby nie spacery, nigdy nie mielibyśmy okazji porozmawiać. Mój teść, zajęty różnymi aktywnościami emeryt, gdyby nie pies (oraz kumple-psiarze, którzy o 7 rano spotykają się na godzinny spacer), raczej nie odwiedzałby nas codziennie. Dla ludzi mało towarzyskich, introwertyków, zakup psa stanowił często jedyną drogę do poznania kogoś. I powstania, jak mówią psiarze nowej „psio-ludzkiej rodziny”.

Pies zapewnia ruch. Psia mina, nerwowe przestępowanie z nogi na nogę, oraz siedzenie pupila przy drzwiach, zmuszają największych kanapowców do zebrania się i wyjścia na spacer. A trzy spacery to minimum 40 minut ruchu. Akurat tyle, ile człowiekowi potrzeba (według naukowców). W pewnym momencie poczucie obowiązku naturalnie kształtuje w nas zdrowe nawyki oraz wygania z murów nawet w deszczowy dzień i pomimo złego samopoczucia, bo wiadomo, trzeba.

Pies pozwoli zwolnić tempo. Część tej prawdy wynika z poprzednich powodów. Otóż, wychodząc na spacer, poruszamy się nie biegiem, w wiecznym niedoczasie, ale w psim tempie. A ono oznacza (dla psa, nie dla człowieka), przywitania z innymi zwierzakami, powąchanie trawników, obsikanie drzew, latarni itp. Czyli idziemy wolno. A wtedy? Dostrzegamy pory roku, drobne zmiany otoczenia, mamy czas na niespieszną rozmowę, czy przemyślenie sobie pewnych spraw. Słowem, przestaniemy gonić, fizycznie i mentalnie. Ale zwolnienie ma też inny aspekt. Wspólny relaks w fotelu, z pyskiem na kolanach. drzemka „po psiemu” w środku dnia na kanapie. Niewiele lotów wariackich po świecie, bo „Co zrobię z psem?”. Szukanie parków, aktywności, miejsc przyjaznych zwierzętom i pełnym podobnych nam ludzi opanowanych przez „psią gorączkę”. A efekty: towarzystwo tego zwierzaka relaksuje, obniża ciśnienie i powoduje, że jesteśmy zdrowsi.

Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.

Jak żyją na wsi moi koledzy z dzieciństwa? Inny świat.

W marcu-kwietniu miałem możliwość przekonać się, jak bardzo różni się miejski styl życia od wiejskiego. Nie piszę przy tym o „wsi zabitej deskami” ani o „ludziach z pensją menedżera z IT tylko o przeciętniakach.

Przypadek 1. Mój kumpel „zza płota.” Nieco młodszy ode mnie, w dzieciństwie bawiliśmy się razem. Przyjął styl 3-4 miesiące intensywnej pracy „na szparagach”, reszta w domu, dorabiając. Starą stodołę rodziców przerobił na dom i ma lokal nie 35-60 m2 (standard deweloperski), ale 120 m2. Mówimy o człowieku, który zarabia obecnie z żoną ok. 50k rocznie, do tego dorabia sobie 4-5k dzierżawiąc pole. W sumie niecałe 5k/2 os. Auto? Dwudziestoletnie. Działalność rolnicza? Żadna – tylko warzywnik przy domu. Bezdzietny.

Przypadek 2. Kolega „z mojej wsi.” Starszy o 5 lat. Akurat on żyje z pola. Próbuje małych (nieudanych) biznesów, w stylu umowa na kurierkę, skup owoców. Zdrowie nie pozwala mu już ciężko pracować. Realnie zarabia 25k. Na kawalerskie życie – wystarcza. Auto? Stary Opel Astra rocznik 2004 r.

Przypadek 3. Mieszkaniec sąsiedniej miejscowości. Niewielkie (4ha) pole, praca w miejscowym zakładzie przemysłu spożywczego, niepracująca żona i 4-ka dzieci. Firma płaci minimalną plus za nadgodziny. MOPS daje 800+ i zasiłki.Razem 4,2 k pensji (na 6 osób) i 4k od państwa. 8.2 k. Wystarcza. Auto? Także dwudziestoletnie.

Generalnie, ludzie którzy nie opuścili tej grupy wsi, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza – bardzo nieliczna, utrzymuje się z ziemi (np. rówieśnik mojego starszego brata 30ha własnej + drugie tyle w dzierżawie) i małych firm (budowlanka, tartak itd.). Oni radzą sobie bezproblemowo. Druga – zarabia w okolicach minimalnej. Obie żyją znacznie poniżej poziomu, do którego przywykliśmy. Widzę to na pogrzebach. Mój 9-letni Ioniq, wiekiem i klasą znajduje się zawsze w top 10 na kościelnym parkingu, a bywa że i w pierwszej trójce. Trzon stanowią 20-letnie Audi, VW, Ople. Roczne przebiegi? Tylko 500 km. Za to znacznie droższe bywają traktory.

Nikt nie szaleje z wydatkami, sporo się oszczędza (bogatsi – by dokupić ziemi, biedniejsi – na czarną godzinę do skarpety). Domy ogrzewa się drewnen/węglem. Żywność kupuje w Biedronce. W niedzielę nadal pachnie rosół i domowe ciasto. Praktycznie nikt nie jeździ na wakacje.

O dziwo, mało rodzi się dzieci. Znam rodziny, w których trójka moich rówieśników dała dziadkom tylko jednego wnuka. Sporo osób (kawalerowie, niektóre małżeństwa) nie ma dzieci w ogóle i nie będzie ich mieć. Modele rodziny: singiel, DINKS, 2+1 pojawia się znacznie częściej niż zechce przyznać prawica. Jednocześnie, przywołany wyżej jako „przypadek nr 2”, głosuje na Brauna, uważając PiS za „sługę Ukrainy”, lajkuje posty Ewy Zajączkowskiej-Hernik itd. Konserwatyzm w głowie, nie idzie w parze z konserwatyzmem w życiu (poza typową chłopską oszczędnością).

Klasa średnia. Opowieść o genezie finansowej.

Klasa średnia przedstawiana jest w wielu mediach jako ideał. Umiarkowana, skrupulatna, łatwo przystosowująca się do zmian. Ma jednak skłonność dokonywania wyborów ekonomicznych, nacechowanych wadami dwójki własnych protoplastów: szlachty i chłopstwa. Tylko niewielka część postępuje zgodnie z ideami dawnego, klasycznego mieszczaństwa. A szkoda.

Zastaw się a postaw się. Klasyka polskiej szlachty. Hulaj dusza, piekła nie ma. Dopóki można pożyczyć, jest życie. Wielkie wydarzenia trzeba celebrować z rozmachem itp. ,itd. Co oznaczają te powiedzenia w praktyce? Wieczne życie na kredyt, wydawanie na luzie potężnych sum, a w konsekwencji całkowity brak oszczędności. Jako prenumerator Newsweeka, czytam je stale: specjalista w korporacji wszystko wydaje na podróże i imprezy. Posiada znikomą poduszkę finansową, za to spore długi. 40-latek wynajmujący mieszkanie, bo na swoje nigdy nie potrafił uskładać. Strach przed wzrostem czynszów i rat. Każda z tych bolączek pozostaje w bezpośrednim związku przyczynowo-skutkowym z wyborami:

  • wynajem zamiast zakupu,
  • nowe auto w leasingu – zamiast starszego za gotówkę,
  • wakacje, meble, komputery – na kredyt,
  • drogie ubrania, buty, torebki – zamiast oszczędności,
  • wybielanie części intymnych – zamiast zalążek funduszu na studia dziecka w innym mieście.

I każda wiąże się ze staropolską, szlachecką ideą – zastaw się a postaw się czyli życia na pokaz. Za pożyczone, rzecz jasna.

Obrzydzenie do pieniądza. Tutaj także wychodzi szlachecka tradycja. O pieniądzach nie rozmawia się. Od pieniędzy są Żydzi i łyki (mieszczanie). Wystarczy klasyka literatury szlacheckiej – Trylogia. Ile tam sensownych fraz o finansach? Praktycznie ich nie ma. Nawet w „Nad Niemnem”, opowieści w sumie o miłości i pieniądzu (podziałach , jakie tworzą, stylu życia, walce o utrzymaniu majątku), poza wiecznym brakiem kasy u Benedykta Korczyńskiego i niezrozumieniem tego faktu przez jego żonę Emilię, temat pieniężny wprost nie występuje. Kompletne milczenie. Szlachcic oficjalnie brzydził się pieniądzem.

Kasa jako wskaźnik pozycji społecznej. Przetrwała najsilniej, zarówno w tradycji chłopskiej jak i szlacheckiej. Poważanie chłopa w gromadzie mierzyło się w ilości ziemi, którą posiadał. Im więcej, tym ważniejszy i uważniej słuchany. Podobnie w tzw. elicie – Szczęsny Potocki mógł być intelektualnym i moralnym zerem, zdrajcą i „miękiszonem” ale nawet po śmierci Gertrudy Komorowskiej (narzeczonej zabitej z rozkazu rodziców Szczęsnego), cieszył się powodzeniem na rynku matrymonialnym. Arystokracja uważała się za lepszą, bo więcej posiadała. Wartość człowieka mierzyła liczbą poddanych (do końca pańszczyzny) i hektarów/mórg/dziesięcin (po uwolnieniu chłopów).

Analfabetyzm ekonomiczny. Ponownie – chłopsko-szlachecki. Chłop ledwie umiał liczyć, a arystokrata czy szlachcic średni zostawiał niejednokrotnie finanse pracownikom. Sam brał się za rachunki – z konieczności (wspomniany Benedykt Korczyński). Stąd gigantyczne problemy opisywane przez Jana Słomkę, rozrost klasy żydowskich kupców, sprzedawanie „na pniu”, karczowane za bezcen lasy. A dzisiaj? Kredyty, leasingi, wynajmy, wynikają z niezrozumienia idei. Całkiem niedawno prowadziłem negocjacje dotyczące rozwiązania problemów finansowych rozstającej się pary trzydziestolatków. Mąż nie wiedział, ile zarabia żona, nie kupował paliwa do samochodu „bo to jej firmowy”, a ona zapytana „Ile potrzebuje na życie z dziećmi?” absolutnie nie potrafiła udzielić odpowiedzi. Co więcej, oboje absolutnie nie planowali finansów. Nie rozumieli potrzeby posiadania funduszu awaryjnego.

Zero organizacji. W sumie nie chce się wierzyć, ale do końca XIX w. każdy chłop/szlachcic działał w interesach sam przeciw wszystkim. Szczytem współdziałania była rodzina („My z synowcem na przedzie…”). Skutki widzimy do dzisiaj. W korpo prawie nie ma związków zawodowych. Rolnik sprzedaje pośrednikowi i potem płacze, widząc swoje jabłka w sklepie w cenie x 10. Podobnie z tzw. żywcem. Brat mojego kumpla hoduje byki, które odbiera wprost z obory handlarz. Płaci z łaską 14 zł/kg. Cena wołowiny w sklepie – 100 zł (najgorsze mielone 40 zł/kg w markecie). Organizacja, nawet drobna spółdzielczość zmieniłaby obraz gry. Ale jej nie ma.

Te opowieści, wydaje się, że historyczne determinują dzisiejszy styl postępowania z finansami klasy średniej i nadal stanowią element „mentalu” w wielu szacownych zawodach.

Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.

Zalety pracy na swoim.

Dzisiaj opowiem z własnego doświadczenia o zaletach pracy na swoim czyli posiadania niewielkiej firmy – zasadniczo jednoosobowej działalności gospodarczej (lub spółki).

Pracujemy, kiedy chcemy. Etat wymaga od nas pojawienia się w uzgodnionym miejscu, w ustalonych godzinach. Kiedy pracujemy „u siebie” możemy wybierać sobie dowolny czas i długość zajęć zawodowych, w granicach określonych jedynie przez kontakty z klientami (nikt nie otworzy sklepu budowlanego w nocy, ale np. hurtownia kwiatów bywa czynna od 4 do 12 rano). Nocne marki działają wieczorami, skowronki – wcześnie. Przeciętny korposzczur też chciałby mieć taką wolność.

Pracujemy dokładnie tyle, ile chcemy lub potrzebujemy. Jeszcze lepiej – bierzemy wolne, ile chcemy . Ja najlepiej widzę to po rzuceniu jednego etatu. Założyłem sobie i spełniam wewnętrzną obietnicę, że wyrabiam w odzyskane 2 dni/tydzień kwotę, którą miałem wcześniej jako pracownik. Takie minimum. A efekt? W marcu 2025 poniedziałki i piątki wyglądały tak (poszczególne dni):

  • 3 – 4 godziny (rano spotkanie z klientem, po południu – drugie – 1 h dojazdu).
  • 7 – luz – wolne,
  • 10 – 6 godzin (ciężka praca w domu)
  • 14 – wyjazd nad morze,
  • 17 – 2 godziny (rano),
  • 21 – 4 godzinne spotkanie u klienta (połączone z 10 godzinami spędzonymi w aucie),
  • 24 – 5 godzin pracy w domu,
  • 28 – wyjazd na wieś,
  • 31 – 6 godzin pracy dla klientów w domu.

Suma: 31 godzin (plus 11 w drodze), pełne 3 dni wolne (z 8-9). Gdybym pracował na etacie, miałbym: 1 dzień wolny, 72 godziny pracy (12 godzin w drodze). A zarobiłem – w 31 godzin o 10% więcej niż na etacie w 72.

Płacimy mniejsze podatki. Na etacie traciłem 52% (13% ZUS, 9% NFZ, 32% US – ale różne podstawy). W firmie, efektywna stawka podatkowa wyszła znacznie mniejsza.

Sami ustalamy stawki. W granicach rozsądku – rzecz jasna. Ja staram się trzymać pewien poziom. Jednak szczególnie męczące prace, wyceniam wyżej. Na etacie – dostawałem tyle, ile płacił pracodawca.

Zarabiamy więcej. Proste – skoro płacimy mniejsze podatki, ustalamy stawki, to nawet pracując mniej zarobimy więcej. . Gdybym pracował jak na etacie – 72 godziny, zarobiłbym 2,5 razy tyle. Ale wolę mieć więcej luzu. Nadrobię jesienią i w zimie.

Czy stać Cię na dłuższe wakacje?

Odpowiedź na tak postawione pytanie da znacznie więcej wskazówek o Twoim życiu, niż tylko dotyczące finansów.

A po co mi dłuższe wakacje? Nie mogę. Firma się zawali beze mnie.

Takich odpowiedzi udzieli pracoholik. Żyje w przekonaniu, że praca stanowi najważniejszy element życia. Wręcz określa człowieka. Nie muszę mówić, w jaki sposób postrzeganie świata jako miejsca, w którym centralne miejsce zajmuje robota, wpływa na człowieka i jego rodzinę. Wystarczy pierwsza lepsza książka psychologiczna.

To kiedy ten urlop?

Tak zareaguje zarówno człowiek, mający zdrowe relacje z życiem zawodowym. Jak i homo ludens – dla którego największą wartością z etatu jest pensja. A tę można przeznaczyć na przyjemności.

Nie mogę. Zwolnią mnie.

Smutna historia. Strach przed zwolnieniem odczuwają osoby, traktujące pracę jako zagrożenie. Zazwyczaj z powodu mobbingu i innych mniej drastycznych elementów środowiska, gdzie pracują. Ale także wysoko lękowe.

Już dawno go zaplanowałem.

Tego spodziewam się po tych, którzy swoje życie uporządkowali w ogromnym stopniu. Oni wiedzą, co zwiedzą każdego dnia, jaki remont zrobią, ile książek przeczytają itp.

Nie stać mnie.

Najprościej jak można – ludzie bez kasy, bez oszczędności, w długach. Ale także z wysokimi oczekiwaniami (urlop kosztuje 20 tys. zł/tydz. bo Malediwy, Hawaje itp.).

Tymczasem rzeczywistość jest inna.

Tak stać mnie na dłuższe wakacje. Taką odpowiedź chcę od Was usłyszeć. Widać tu dwie składowe:

  • czas (mogę sobie pozwolić na niepracowanie). Przy czym „mogę” oznacza zarówno moje przekonanie jak i reakcję pracodawcy,
  • pieniądze. Wiadomo.

Jako, że miałem. zeszłym roku 6-tygodniowy urlop, mogę Wam coś opowiedzieć z praktyki. Otóż kwestia czasu ma kapitalne znaczenie. Pieniądze liczą się w znacznie mniejszym stopniu. Otóż, jak spędziłem ten czas:

  • 2 tygodnie wyjazd do Macedonii,
  • góry (przedłużony weekend),
  • Wrocław – odwiedziny u syna i siostry,
  • kilkanaście dni na wsi,
  • 2 dni uczciwej pracy (takiego czasu po godzinie, dwie nie liczę),
  • 2 koncerty chopinowskie w Warszawie.

Jak widać, było trochę wakacji, zawodu i remontu. Typowe „wakacje polskie”.

Ile mnie to kosztowało?

  • Macedonia niecałe 6000 zł (5 osób),
  • Warszawa – 160 zł,
  • Wrocław – 150 zł,
  • wieś – 200 zł (z paliwem),
  • góry – 1000 zł (paliwo, restauracje, nocleg).

W sumie 7510 zł za 6 tygodni wolnego, w tym 1510 zł za 4 tygodnie. Ale to nie wszystko. Po prostu odpocząłem.

Fenomen wsi. Recepta na trudne czasy.

Trochę tych tekstów o wsi na blogu już widzieliście. Dzisiaj spojrzę na sprawę i praktycznie, i filozoficznie.

Zacznijmy od filozofii. Na czym polega tytułowy fenomen? Na pewnym sprawdzalnym przez pokolenia fakcie – całe rzesze osób wychowanych w mieście, zakochuje się w wiejskości. Niektórzy powiedzą wręcz za Kazimierzem Przerwa-Tetmajerem ” Wolę polskie gówno w polu. Niźli fiołki w Neapolu!” O co konkretnie chodzi?

Po pierwsze – na wsi jest pięknie. Może nie jak w Neapolu, ale wystarczająco. Na pewno znacznie ładniej niż w mieście. I tę urodę możemy oglądać codziennie, mieć ja za darmo. Piszę te słowa, jest wiosna 20 kwietnia, godzina 18.12. Powoli zachodzi słońce. Widzę je doskonale pomiędzy modrzewiami, siedząc na bujanym fotelu przed werandą. Śpiewają ptaki, setki ptaków. Część z nich za miesiąc objedzą się moimi czereśniami, ale w tej chwili staram się o tym nie myśleć.

Po drugie – ta uroda kosztuje niewiele. Ma to ogromne znaczenie. Żeby kupić działkę w górach (taką jaką mam), musiałbym dzisiaj wydać ok. 0,5 mln zł. Kupa forsy, a tylko 900 m2. Na mojej wsi (w regionie turystycznym) te 900 m2, także budowlane, dam radę kupić za 1/5 tej sumy – 100 tys. zł. Dom do remontu na obecnych Kresach potrafi kosztować 200 tys. zł, mniej niż połowę małej działki w górach czy kurorcie. Dla wielu osób ma to znaczenie. Po prostu stać ich na wieś. Zwłaszcza tych, którzy miejscówkę częściowo odziedziczyli.

Po trzecie – jest blisko. Do siebie jadę 40 minut z centrum miasta. 32 km. W góry – 4 godziny i 375 km. W górach bywałem 10-15 razy do roku (i tak sporo), na wieś mogę dojeżdżać 3-4 razy w tygodniu. Koszt – 21 zł kontra 243 zł w tę i z powrotem. Dzięki tej bliskości, wieś pozostaje dostępna prawie dla każdego.

Po czwarte – zwalniamy tempo. Miasto pędzi, każdy gdzieś się spieszy. Na miejscu żyję spokojnie. Na wszystko mam czas. Dzień wydaje się trwać dłużej.

Po piąte – żyjemy taniej. Mój udany eksperyment „życie za 1000 zł” pokazał to dobitnie. W mieście za takie pieniądze opłacimy co najwyżej małe mieszkanie własnościowe. Na wsi starczy na życie, opłaty i wszystko, co niezbędne. Jasne, że na dłuższą metę potrzebujemy więcej, ale już 2000 zł wygląda całkiem realnie, nawet z małym autem. Do tego niepotrzebne nam wakacje w ciepłych krajach, bo relaks mamy codziennie w ciepłej połowie roku. A w zimie – kominek czyli przyjemne z pożytecznym.

Teraz czas na konkrety.

Skoro na wsi żyje się taniej, da się utrzymać 3-4 osobową rodzinę za 5-7 tys. zł. Nieźle. W dużym mieście taką kwotę wydawalibyśmy na ratę kredytu za trzy pokoje w apartamentowcu (6000 zł raty = 1 mln kredytu). Dom kosztuje ułamek tego co w mieście (na wsi, dość drogiej, moje 3000 m2 z domem 160m2 i garażem 60m2 jest warte najwyżej połowę tego co 100 m2 dom w mieście na działce 300m2).

Da się oszczędzać. We własnym domu możemy zdecydować się na palenie drewnem, fotowoltaikę, oczyszczalnię ścieków, studnię, czego w bloku nie dostaniemy, i wygenerowanie oszczędności w stosunku do gazu, prądu z gniazdka sieci wodno-kanalizacyjnej może nawet 1000 zł/m-c na rachunkach. Nie ma czynszu (kolejne 200-300 zł). A te różnice będą się pogłębiać.

Oddzielna historia – jedzenie. W warunkach wiejskich, ograniczamy wydatki dramatycznie, jeśli chcemy żyć samowystarczalnie, jak najbardziej możliwe.

Jedyny większy wydatek – samochód, da się ograniczyć. Wiem to doskonale po lecie, kiedy zacząłem dojeżdżać regularnie. Pierwszy pomysł – praca zdalna, choćby hybrydowo, wtedy dojeżdżamy może 2-3 razy w tygodniu. W przeliczeniu na miesiąc – niech będzie 13 razy. Miesięcznie 850 km. Rocznie 10.000 km. Elektryk przejedzie taki dystans (znowu własna fotowoltaika) za 0 zł. 500 zł ubezpieczenie, 650 zł przegląd, oraz te 1000 zł na naprawy i tak płaciliśmy w mieście, bo to koszty stałe. Może dodać trzeba tylko większe zużycie opon i części ruchomych – niech będzie komplet opon na 4 lata, czyli 600 zł/rok, – 220 zł/m-c. A spalinowy? 280 zł za paliwo na dystansie 850 km, plus właśnie te 50 zł na opony i 110 zł na naprawy/przeglądy – 440 zł. Zrównoważy je rachunek za prąd.

FIRE od 40-tki. Dlaczego większość nie jest w stanie odkładać 70% dochodów, oraz co z tego wynika.

Po raz kolejny wracam do idei FIRE czyli wcześniejszej emerytury. Spotkałem się z tezą, że FIRE od 40-tki dostępne jest w wielkim mieście, bo wystarczy odkładać 70% dochodów (16 lat odkładania 40 lat życia na takiej emeryturze). Dzisiaj skupię się na trzech powodach, dla których jest to niemożliwe w przeciętnych warunkach ( nie FIRE, tylko 70% oszczędności). Przy czym myśląc FIRE, skupiam się na klasycznym rozumieniu tego pojęcia – całkowity zanik zajęć zarobkowych (wyłączone barista FIRE itp.).

Powód 1. Polacy za mało zarabiają. Oczywiste. Dzisiaj przeciętne pobory to 9.5k i blisko 13k brutto w stolicy. Gdy odejmiemy podatki i składki – 6.5k i 9k netto.

Singiel, wydając 30% musiałby żyć za 2200/3000 zł. Bez szans.

W przypadku pary (zwykle z dzieckiem) 30% od podwójnej średniej wynosi 4400/6000 zł. No i powiedzmy sobie szczerze, w przypadku DINKS – możliwe, chociaż bez sensu. W przypadku pary z dzieckiem – raczej nierealne (same opłaty za własne mieszkanie 1.5-2k). Gdyby doszedł kredyt z ratą nawet 1400 zł, sam dach nad głową pochłonie 2.9-3.4k z … 4.4 k poza największymi miastami. A gdzie reszta?

W efekcie takie zarobki dają szansę przeżycia za 30% wyłącznie przy prowadzeniu mocno autarkicznej gospodarki i znacznie wyższych zyskach.

Powód 2. Wydatki, których nie wzięto pod uwagę. Założenie życia za 5k (i 800+) mówi o sytuacji idealnej tzn. wszyscy zdrowi, dziecko mądre, ale nie zbytnio uzdolnione, brak pomocy członkom rodziny. Niestety, nie zawsze tak jest. Leczenie w Polsce kosztuje, wspomaganie wybitnego lub niezdolnego dziecko także.

Linia życia co raz funduje nam niespodzianki, często dość powszechne. Nauka studenta w innym mieście 3k. Aparat ortodontyczny 12-17k. Głupia naprawa auta 3k. A nie wspomnę o rozwodach, podziałach majątku, albo kryzysach wieku średniego. Ktoś traci pracę i nie może jej znaleźć. Przy normalnym oszczędzaniu, mamy jeszcze bufor bezpieczeństwa, przy życiu za 30% dochodu – już nie.

Jeżeli zaś dodamy te wydatki nadzwyczajne, koszt życia w mieście z pewnością przekroczy 5k na trzy osoby.

Powód 3. Natura ludzka. Prosta sprawa. Do odroczenia gratyfikacji zdolny jest pewien procent populacji. Do życia jak mnich przez 16 lat, żeby potem żyć jak …. bezrobotny mnich, jeszcze mniejszy procent. Przecież jesteśmy tylko ludźmi, lubimy czasem zaszaleć, a a nie wydawać 3k, gdy zarabiamy 10k . Umiar wskazany we wszystkim.

Na koniec – mam dobrą wiadomość. Jeżeli odłożysz i dobrze zainwestujesz 30% (3k), może nie rzucisz pracy, ale przy przeciętnych poborach, nadal żyjesz przyzwoicie (za 7k) lecz bez skąpienia na wszystkim. Dysponujesz sporymi oszczędnościami już w okolicach 50-tki. Gdy masz w mniejszym mieście średnią+20%, dasz radę zostać milionerem (4k na 8% netto przez 20 lat da 2.3 mln, a przez 25 lat nawet 3.8 mln). I tak wygląda właściwa droga, którą promuję na tym blogu.

Miasto kontra wieś. Zaskakujący wniosek z dwóch dni.

Wszyscy, którzy piszą o negatywach zamieszkania na wsi, wymieniają jeden główny powód: czas dojazdu. Po wyprowadzce miałby się drastycznie wydłużyć. Czy prawda musi wyglądać właśnie tak?

Niekoniecznie, o czym świadczy moje ostatnie doświadczenie. W piątek jechałem na wieś. Godzina wyjazdu z centrum miasta 15.32. Do przejechania 33 km, z czego 10 km dwupasmówkami (w tym 5 km taką „miejską” z ograniczeniem prędkości 60-90 km/h). Czas – 35 minut.

We wtorek, o podobnej porze (wyjazd 15.35) miałem przemieścić się z domu do firmowego biura. Czyli z osiedla blisko centrum, prawie do obwodnicy miasta. Odcinek do przejechania 3 km. Czas? 32 minuty. Nie żartuję, pierwsze 1.5 km jechałem 20 minut. Nie było wypadku, po prostu korek, w sobotę nawigacja pokazała 7 minut. Nie musiałem przebijać się przez centrum, praktycznie 80% jechałem dwupasmówką. No, ale zator na jednej z arterii, wywołał problem ze skrętem w prawo na drugiej i odcinek 800m pokonywałem w 15 minut. Dla precyzji, zwykle w tygodniu (eliminuje weekendy) kwadrans wystarczy na przejechanie tych 3 km.

Zatem, nie – wyprowadzka na wieś nie musi drastycznie wydłużyć czasu przejazdu. Liczy się płynność ruchu na danym odcinku. Odległość też ma znaczenie, ale typowe 15 minut kontra 35 minut (gdybym mieszkał przy węźle obwodnicy byłoby 15 minut kontra 25 minut na odcinkach 3 i 23 km) nie robi tragedii.

Dlaczego więc większość byłych mieszkańców przedmieść (10 km od centrum) zgrzyta zębami? Powodów widzę kilka:

Porównują inny czas. Wielu ludzi wywiezionych jako nastolatkowie, porównuje dzisiejsze korki na wylotówce z płynnością ruchu sprzed 10 lat. Te czasy przejazdu nadal się wydłużają i tam, gdzie niedawno przejeżdżałem płynnie, teraz stoję.

Zestawiają dojazd komunikacją publiczną, a nie autem. Działa optyka nastolatka. Tutaj 3 przystanki tramwajem (10 minut) i był w galerii, a na wsi 3 km z buta do autobusu, potem 45 minut jazdy. Dorośli ludzie zwykle mają auta, albo… do miasta jeżdżą rzadko (emerytura, własna firma, praca zdalna).

Zakładają codzienne dojazdy. Znowu – optyka ucznia/studenta, który jedzie na poranne zajęcia, a nie np. pracownika zdalnego lub freelancera.

Zakładają BIG FIVE. Widzę ich czasem, jadąc z Poznania czy Wrocławia południową obwodnicą Warszawy. 1 godzina stania między dwoma węzłami, bo wypadek. Ktoś nie dostosował prędkości do warunków jazdy i wszyscy stoją (albo nie mogą wjechać na węzeł). W takich warunkach dojazd np. z Piaseczna na Pragę może zająć i 2 h. W mniejszych miastach (chociaż nadal sporych), wygląda to inaczej, bo nawet na obwodnicy natężenie ruchu mniejsze. Korkują się: centrum, wąskie wylotówki i newralgiczne drogi dojazdowe do osiedli. Mieszkam niedaleko jednej z nich, stąd z pracy wracam często autem w tempie piechura (20-30 minut). Wtedy wolę wybrać własne nogi (i idę skrótem 1.7 km, a jadę 3 km). Ale w te same 30 minut, jeżeli docisnę, przejadę 40 km (droga na wieś, gdy jadę s-ką, a nie zjeżdżam na węźle obwodnicy miasta), bo korka nie ma.

Wreszcie najważniejsze, ignorują topografię miasta. Dlaczego w 35 minut dojechałem z centrum na wieś? Bo po 200 m wąskiej drogi wyskoczyłem na płynną wylotówkę (obwodnica śródmieścia), a potem ominąłem wąskie gardło przedmieść obwodnicą miasta. Na koniec została mi typowa wiejska droga wojewódzka, jednopasmowa, lecz płynna. Gdybym miał jechać np. w kierunku domu mojego brata (dalej miasto, ale jedyny odcinek, gdzie nie domknięto koła obwodnicy), przez 6 km prowadziłyby mnie wąskie, zakorkowane drogi (z 1 km dwupasmówki). Stąd 35 minut nie byłoby rzadkością. 6 km czasem równa się 33 km. Ważne skąd i dokąd jedziesz. Opisywałem wielokrotnie Białołękę – w godzinach szczytu 1 godzina do Mordoru, a komunikacją publiczną, bywa dalej. Tymczasem z Otwocka da się dojechać  szybciej.

Dlatego wieś nierówna wsi, a miasto, miastu. Trzeba samemu sprawdzić, popatrzeć, jaką się ma rodzinę i dopiero wybierać.