Wczoraj rozmawiałem przypadkiem z dawno niewidzianym kolegą. Jest menadżerem w knajpie i rzucał pioruny na tytułowe „roszczeniowe Zetki”. Do tego spotkałem się z obraźliwym określeniem młodych ludzi, rodem z USA – akronim KIPPERS czyli „kids in parents’ pocket eroding retiremont savings” czyli „dzieci w kieszeni rodziców, niszczące oszczędności emerytalne”. Jeszcze raz – czy tego już nie grali przez wieki?
Pisałem wiele razy – narzekanie na młodych, nie tolerujących autorytetów, a wymagających uwagi, pieniędzy, dobrej pracy, rozpoczęli starożytni. W literaturze greckiej i rzymskiej pojawia się archetyp młodzieńca „żerującego” na starszych i podważającego ich życiową mądrość. Czyli współcześni „obrońcy wartości” nie wymyśli nic nowego, powtarzają zdartą płytę.
Ale wróćmy do realiów. Najpierw rozmowa z moim rówieśnikiem. „Młodzi źli, bo nie umieją napisać CV, sami nie wiedzą czego chcą, pracują „bare minimum”, nie chcą nadgodzin.” I teraz clou – gość jest nominalnie zarządzającym, ale w rzeczywistości człowiekiem od wszystkiego (jeśli trzeba w kuchni, albo na dowozie), pracującym w interesie przyjaciół (właścicieli) non stop 7 dni w tygodniu (tak otwarte są lokale, spotkaliśmy się w niedzielne popołudnie, w jednym z nich), bezrodzinnym moim rówieśnikiem. Do 40-tki mieszkał z matką, która wychowywała go samotnie. Dostrzegam więc trzy aspekty:
- Gość krytykuje za to, za co i jego stawiano pod mur (mieszkanie „u mamusi”, brak stanowczych zobowiązań i szerszych ambicji, zadowalanie się robotą w knajpie, zamiast poszukania zgodnie z kierunkiem studiów), jeszcze 10-20 lat temu. Słowa dezaprobaty pod jego adresem wypowiadali o dekadę starsi członkowie rodziny, odnoszący sukcesy w „poważnych zawodach” (prawnicy, programiści, nauczyciele, policjanci itp.)
- Obiektem obecnej krytyki stają się dwudziestoparolatkowie (Zetki), którzy poszukują niekłopotliwej, niewymagającej roboty „na jakiś czas” czyli pracy w gastro. Nie trzeba mieć szczególnych kwalifikacji, praca jest zmianowa, 7 dni w tygodniu. Znowu – specyficzny target. Nie ma w nim mega ambitnych studentów wymagających kierunków, prymusów, którzy w razie życiowej konieczności wybiorą raczej dawanie korków niż stanie za barem.
- Nie dostrzega, że młodzi obserwując system pracy szefa (jego), nie chcą tak żyć. U kogoś, na smieciówce (dla niepoznaki zwanej kontraktem menedżerskim), od poniedziałku do niedzieli, bez stałego przytuliska (dwa lokale, pierwszy czynny 10-19, drugi pn-pt 10-18 i w sobotę do 14, ale trzeba jeszcze przygotować coś na otwarcie, więc de facto 10 godzin x 7 dni). Żadna „druga połówka” tego nie zniesie, stąd samotność. Młodzi widzą jądro systemu i wcale nie chcą takiego „awansu”.
Z indywidualnych (moje dzieci powiedziałyby „boomerskich”) przemyśleń trafiamy do grupy, obraźliwie określonej w amerykańskiej prasie – KIPPERS, a oskarżanej o rujnowanie oszczędności emerytalnych rodziców. Skąd taki pomysł?
Nie jest on ani nowy, ani lokalnie amerykański. U nas mówi się „gniazdownicy” we Włoszech „bamboccioni”. Ich życie krytykują i nagłaśniają problem badania sponsorowane przez deweloperów/landlordów. I tak sławetny HREIT twierdzi, że z rodzicami mieszka 52% ludzi pomiędzy 25 a 34 r.ż. a 80% gniazdowników posiada pracę. Problem nazywam rozdmuchanym z wielu przyczyn. Oto one.
Pierwsza – mieszkanie z rodzicami niejedno ma imię. Mieszczą się w nim niewywołujące zdziwienia tradycyjne gospodarstwa wiejskie. Tam młodzi dorośli mieszkają z rodzicami i pomagają w pracach od wieków. Na swoje idą w dniu emerytury rodziców. Tacy ludzie nie są ani pasożytami (pracują, pomagają), ani nie rujnują oszczędności rodziców. Także w miastach układ „młody ze starymi” miewa zalety, a nawet pozostaje obustronnie korzystny. Młodzi dorzucając się do rachunków, pomagają utrzymać duży dom, a dostają „dla siebie” np. całe piętro. Znowu – układ zaczerpnięty z tradycji wiejskich (większość z nas stamtąd pochodzi), ale i miejskiej (syn-rzemieślnik pracował z ojcem, dopóki nie dostał papierów mistrzowskich). Inny model – jedno dziecko zostaje z rodzicami, jako przyszła opieka na starość. Tu nie ma mowy o wykorzystywaniu, tylko rodzinnej wymianie przysług. I pisze to gość, który wyprowadził się w dniu uzyskania pierwszej pracy. Przedstawianie zjawiska typowego dla Polski, Włoch czy innych krajów, jako aberracji uważam za wręcz szkodliwe.
Druga – krytycy pomijają warunki życia. Tu kłaniają się deweloperzy, banki, landlordowie, czerpiący zysk z pompowania cen. Niesparowany trzydziestolatek ma trzy opcje. Wydać na samodzielne mieszkanie (kawalerka) w wielkim mieście 70% dochodów (2800 zł) . Jak student zamieszkać z kolegami (za 40% dochodów – tj. 1600 zł), albo zostać w domu rodzinnym i dokładać rodzicom 500 zł. Wybór trzeci wydaje się z gruntu racjonalny. Mniej stresów, znajome otoczenie, ekonomiczna opłacalność. Na wsi i w małym mieście – jeszcze inna bajka, tam widoków na nowy dom/mieszkanie nie ma, bo nikt ich nie buduje ani nie wynajmuje. Do tego te 500 zł „dokładania” pozwala na pewien luz. W świecie mediów społecznościowych, które stworzyli przedstawiciele pokoleń X,Y, oraz warunków życia panują proste oczekiwania. Od czasu do czasu wyjść coś zjeść. We dwoje z żoną poszliśmy na kawę i ciastko (dwa kawałki ciasta, kawa, shake) do knajpy zarządzanej przez wspomnianego na wstępie kumpla – rachunek 91 zł. Jeśli młody wyda 2800 zł na kawalerkę nigdy nie pozwoli sobie na podobne „szaleństwo”.
Trzeci – mieszkanie z rodzicami nie oznacza pasożytnictwa. Odróżnijmy niebieskiego ptaka, człowieka bez pracy i chęci jej podjęcia, domowego lenia, wymagającego obsługi od pracującego, dokładającego się do rachunków, sprzątającego trzydziestolatka. Dwa różne przypadki. Pasożyta piętnujmy, odpowiedzialnego – szanujmy.
Wreszcie na koniec – rujnacja oszczędności emerytalnych rodziców. Powiedzmy sobie szczerze, typowy X ich nie posiada. W moim otoczeniu, ludzie na zbliżonym do mnie poziomie dochodowym z pracy (nieco powyżej średniej, ale bez szaleństwa – do 3 średniej krajowej/rodzinę, wyłączam populację zarabiających więcej), dysponują łącznymi oszczędnościami max. kilkadziesiąt tysięcy złotych, spłacają jeszcze kredyty hipoteczne. Nie odkładają na emeryturę, która czeka ich za progiem (za 5-10 lat). Wyjątków niewiele. Wiele za to tych, którzy nie kupią dzieciom mieszkania, chociaż sami dostali od rodziców. Nie ma więc czego rujnować. W warunkach amerykańskich, niszczą je zaś krachy giełdowe, chciwi politycy, a przede wszystkim rachunki ze szpitala. Widzę tu niepokojący trend. Millenalsi po terapiach obwiniają za swoje niepowodzenia (także finansowe) rodziców, teraz pięćdziesięciolatkom wmawia się, że winne są dzieci. Zamiast popatrzeć na system polityczno-ekonomiczny i dojrzeć komu służy. Absolutnie nie dajmy się wkręcić. Ja tego nie kupuję. Może dlatego, że pomimo oddania synom mieszkań, dalej posiadam widoki na emeryturę, do tego bardzo bliską.
Twój kolega zamienił mamę na właścicieli restauracji. Znowu ma się do kogo przytulić. Żartobliwie pisząc.
Napisałeś, że wśród znajomych większość to ludzie jeszcze z kredytem i prawie z zerowymi oszczędnościami ( mniej niż 100 k pln).
Kurcze gdzie popełniłem błąd…:-)), wczoraj na moim osiedlu obudził mnie sąsiad- znajomy ryczącym 911, potem do piekarni po śniadaniowe pieczywo minął mnie kolejny dostojnie nowym Range Roverem ( tym największym, pewnie realnie z 700 k pln). To a propos samochodów i rycerzy.
Zrobiwszy szybki przegląd znajomych dalszych i bliskich, chyba nie mam kogoś kto ma jeszcze kredyt ( chyba, że tak mu pasuje-bo może spłacić jednym przelewem z ROR). Do tego -wydaje mi się, bo oczywiście nie siedzę w kieszeni ludzi- że majątki 8 na 10 przekraczają 1 mln zł, bez głównego miejsca zamieszkania.
Przedsiębiorcy, lekarze, architekt, prawnicy, dyrektor sprzedaży w IT, właściciel mieszkań na wynajem, pośrednik nieruchomości.
W takim towa`rzystwie czuję się zwyczajnie przeciętnym- zdając sobie oczywiście sprawę, że żyję pewnie w określonej ” bańce”.
Potwierdzasz coś, co wyszło w wynikach licznych badań naukowych dra Stanleya i dra Danko – miejsce zamieszkania decyduje o stylu życia. Jako człowiek interesujący się statystykami, doskonale wiesz, że majątek 1 mln zł netto (poza głównym miejscem zamieszkania) w całym społeczeństwie to nie jest 8/10, bo średnia wynosi 400k (z miejscem zamieszkania). Wymieniłeś sąsiadów – i wszystko jasne. Twoje towarzystwo zwyczajnie zarabia znacznie ponad przeciętną, optymalizuje podatkowo i dlatego ma taki majątek. Żeby rozsądnie (nie piszę o jakichś motoryzacyjnych wariatach, ani wygranych w Lotto) kupić sobie Range’a za 700k, zgodnie z amerykańską zasadą „auto = 3 x miesięczny dochód”, trzeba uzyskiwać dochody na poziomie 230k/m-c, a mocno ją naciągając (półroczny dochód) – 115k/m-c. Ile to jest? 0,5% populacji. Mediana przedsiębiorców-liniowców jest chyba na poziomie 15-20k, czyli 1/6.
U mnie w sąsiedztwie – silny demokratyzm, od profesora nauk medycznych (75-latek z 4 autami:911, Range, Land Cruiser i Lexus Ls, prywatnymi klinikami, portfolio nieruchomości komercyjnych) przez emerytowaną lekarkę (bez auta), aż do ukraińskiego gastarbeitera ze starym VW Jetta. Dwa domy dalej mieszka z mamusią 40-letni radca prawny z salonowym… Fiatem Tipo. Licząc bloki, stojące za płotem, już pełen przekrój społeczny (od profesorów-emerytów przez dyrektora szkoły do panów sączących piwko na skwerze). Czuję się tu doskonale, jeden z piwoszy i dyrektor mają suki, a ja psa, więc regularnie się spotykamy na spacerach… wcale nie różniąc się ubiorem. I tak wygląda większość starych osiedli w średnich miastach.
Tam gdzie pracuję, kredyt ma spora grupa ludzi w wieku 35-55, a średnia pensja (ok. 9500 zł brutto bez zarządu i dyrektorów), prawie dokładnie odpowiada średniej miejskiej i krajowej, więc też dostrzegam jakąś statystyczną wartość (z dużym rozstrzałem pojedynczych rekordów bazy). Z tego powodu właśnie powstał ten blog o „milionerze za średnią krajową+20%”, bo ja jako specjalista po egzaminach zarabiam więcej od juniora, (który ma najniższą krajową+15%), ale już średnio z żoną dokładnie 120% przeciętnego wynagrodzenia.
Oczywiście masz rację, môj post miał bardziej źartobliwą konwencję.
Kolega z Ranga, to raczej chyba spokojnie 2 miesięczny dochód.
Z tym, że nie robiłbym w Europie amerykańskiej kalki zarobek/ auto bo tam auta są minimum 30% tańsze niż w Europie. Cayenne kosztuje coś ok 300 k pln w przeliczeniu, więc 15-20 średnich pensji netto. Wyobraź sobie co by było u nas gdyby wymieniony Porsche kosztował 100-150 k pln..
W tym amerykańskim wyliczeniu chodziło bardziej o wskazanie realnej proporcji wydatki na auto/dochody. Kogo nie stać na nowe, kupuje używki. Z blogerów finansowych, bodajże Mr Money Mustache miał nową Teslę, a reszta brała coś z rynku wtórnego.
Aczkolwiek rynek samochodowy w USA jest zupełnie inny. Mnóstwo finansowania długiem (leasing, kredyt), wysoki spadek wartości używek. I oczywiście proporcja pensja/cena. Przyczyny dwie, średnia krajowa to 120k/rok, a w USA 70k USD (262k) czyli ponad 2 razy więcej. Do tego niższe podatki, chociaż często niewliczane w cenę. Popatrzyłem na ofertę dealerów. Fabryczne Cayenne – 95k USD, tak się zaczyna nowe (raczej w okolicach 356k zł). W Polsce najtańsze nowe – 0,5 mln. Więc faktycznie, coś co w USA to 18-miesięczna pensja, w Polsce 4-letnia.
W Chinach też samochody są tańsze, właśnie z powodów podatkowych.
Racja, Cayenne 90 k usd, pewnie liczyłem kiedyś po niższym kursie Usd/Pln.
Średnia w Usa to ok 60 k usd netto, w większości stanów raczej więcej.
Cena pewnie też ulega zmianom, bo dealer daje rabaty, firma też ustawia się do rynku. Średnia pensja w USA to w ogóle odrębny temat i masz rację, raczej 60k USD niż 70k USD. Różni się drastycznie od najniższej, w ramach zawodu i stanu. Netto wynosi średnio (bo podatki też są różne) ok. 45k USD netto/rok. Minimalna wynosi chyba coś ok. 7 USD, ale znowu – w niektórych stanach w ogóle nie ma ustawowo najniższej stawki, a w innych wynosi ona 17 USD. Kelner dostaje np. 2 USD/h, a resztę dorabia napiwkami (w majestacie prawa), a pracownik Amazona opisywany w „Nomadlandzie” ok. 11 USD/h (napiwków brak). Realnie obaj zarabiają podobnie.
U nas minimalna waha się w okolicach 50% średniej, chociaż nie tak dawno wynosiła 1/3. W efekcie Polak zarabia 8,5 USD/h na minimalnej, a Amerykanin 7,2 USD przy zupełnie innych kosztach życia. Żadnego na Porsche, a nawet jakikolwiek lepszy samochód nie stać, bo ledwo wiążą koniec z końcem.