4 osoby, jeden dochód. Czy dzisiaj da się tak żyć?

Głównym argumentem przeciwników „państwa dobrobytu”, silnie związanego z podatkami pozostaje twierdzenie „W czasach naszych dziadków, wystarczyła pensja mężczyzny, żeby utrzymać rodzinę”. Sprawdźmy, ile prawdy, kryje taka reguła.

Cofnijmy się o 90 lat, czyli o czas odpowiadający młodości naszych dziadków. I faktycznie, przez II WŚ mój dziadek – młody oficer pracował, a babcia siedziała w domu z dziećmi. Tylko wtedy, porucznik WP zarabiał 400-500 zł czyli 4-5 krotność ówczesnej średniej pensji. Dzisiejsze 40-50k brutto. Przyznacie, że i obecnie, przy dwójce dzieci, wystarczy.

A 50 lat temu? Mamy lata 70-te XX w. Wiele kobiet nie pracuje zawodowo (np. babcia mojej żony). Tylko znowu – jej dziadek zarabia ponadprzeciętnie. A pozostali? No cóż, model „jeden żywiciel rodziny” w Polsce dało się utrzymać wyłącznie na wsi/w małym mieście (samodzielna produkcja żywności) albo przy wysokim dochodzie. Zwłaszcza, gdy jedzenie pochłaniało znaczną część budżetu.

Zejdźmy jednak na ziemię, średnia pensja = utrzymanie 4-5 osób (takie były wtedy rodziny). I znowu 1975 r. Średnia pensja ok. 4000 zł. Ceny w sklepach: 1 kg mąki 4 zł, ser żółty – 50 zł/kg, mięso – 45-60 zł/kg, masło – 16 zł/kostkę, szynka (wędlina) – 90 zł/kg, 10 jajek – 28 zł.. Porównajmy te ceny do dzisiejszych relacji – średnia pensja jest o 50% wyższa, a ceny (z wyjątkiem mąki) … niższe. Skąd więc przekonanie, że było taniej?

Działa tu prosta metoda. Tańsze było utrzymanie i budowa domu/mieszkania. Rodzice w większym stopniu pomagali młodym finansowo. I wreszcie, co najważniejsze, obowiązywał znacznie niższy standard życia. Samochody mieli wybrańcy, w miastach mieszkano na mniejszych powierzchniach (moi rodzice z czwórką dzieci na 67m2, moi teściowie z dwójka w 38m2, a i tak byli szczęśliwcami, dostając klucze do spółdzielczego mieszkania), nie wyjeżdżano masowo na wakacje (albo do babci na wieś). Gdyby porównać do dzisiejszego stylu – oszczędnie i na wsi.

Stąd tytułowa wątpliwość i zarzuty, że dzisiaj się tak nie da (głównie zwolenników tzw. partii wolnościowych) trafiają tylko do głów nie uważających na matematyce. Otóż dzisiaj, średnia pensja wynosi ok. 6500 zł netto. Do tego doliczmy (rodzina 4-osobowa) ok. 1600 zł świadczeń 800+. Mamy 8100 zł. Za taką sumę, na wsi, lub w małym mieście, spokojnie da się utrzymać rodzinę. I to na lepszym poziomie niż za średnią z 1975 r. O ile oczywiście zdecydujemy się na styl życia z tamtego okresu.

Dostęp zamiast własności. Czy faktycznie jest tak źle?

Jedną z tez współczesnej klasy wyższej stało się promowanie posiadania (wynajmu, leasingu) zamiast własności. Wielkie firmy udzielają tylko czasowego dostępu do dóbr i usług i każą płacić coraz więcej.

Ba, nawet autorzy piszący o finansach (np. Tony Robbins) promują „wynajmij zamiast kupić”. Tak działają platformy takie jak Booking, Netflix, firmy leasingowe, wreszcie fundusze nieruchomościowe.

Z kolei lewicujące gazety, krytykują obecnie ten standard, ponieważ doprowadził do zubożenia wielkomiejskiej klasy średniej. Jak to? Przecież oni mają mieszkania po 1 mln zł. No cóż, na kredyt i nie wszyscy. Twarde dane wyglądają nieubłaganie. Liczy się wartość netto. I znacznie bogatszy jest przeciętny rolnik z Mazur niż właściciel skredytowanego mieszkania w stolicy (z 70% wartości do spłaty). Liczby nie kłamią.

Teraz wszyscy miłośnicy dyniowej latte szeroko otwierają oczy. Przy czym wiele rzeczy jeszcze da się odwrócić. Jak pisał Dave Ramsey „Start late, finish rich”. Znam kilka przypadków ludzi, którzy obudzili się po 40-tce i z najemców stali się właścicielami. Więc tragicznie nie jest, chociaż trend widzę nieubłagany. Napędzają go dwie siły: metropoliocentryzm oraz fałszująca rzeczywistość reklama.

Pierwsze ze zjawisk polega na przenoszeniu się do wielkich miast. Tylko w nich życie ma być ciekawe, satysfakcjonujące, piękne, prawdziwe i wartościowe. Dopóki nie przeniesiesz się do Big Five, jesteś z boku ważnych spraw. Największy pęd do translokacji mają zupełnie przeciwstawne grupy: mega ambitni wykształceni, oraz ambitni niewykształceni. W założeniu bowiem znacznie łatwiej zarobić (pracą fizyczną czy umysłową) w Warszawie niż w Siedlcach czy Strzegomiu. Prawda, tylko w połowie. Ambitni zapominają bowiem o kosztach. A te potrafią być ogromne. Skoro przedstawiciel specjalistów i managerów z wielkich miast, bloger finansowy mówi o „rozsądnym kredycie 0,5 mln zł”, mający ciśnienie na sukces wpadają w pułapkę. A nazywa się ona „kosztem życia w wielkim mieście”. Popatrzmy na modelową rodzinę z Warszawy. Ich dochody (mediana) są wyższe o 7k brutto od analogicznych w Łukowie. Co to oznacza? Że mają do dyspozycji 5k/m-c więcej. I co z tego? W Łukowie trzypokojowe małe (ok. 50m2) mieszkanie w bloku kosztuje 300k. W Warszawie podobne w Ursusie, Wawrze czy na Pradze – 800k. I już z 5k ubywa 3 k na ratę. Zostaje 2k nadwyżki. Super? Niekoniecznie. A gdzie koszty prywatnej opieki nad dzieckiem (opiekunka weźmie więcej), nauki, dojazdu do pracy? W Łukowie wystarczyło 10 minut dojazdu (a czasem i spaceru), z Ursusa do Mordoru jedziemy 45 minut (komunikacją publiczną). Z Wawra już prawie godzinę. Gdzie koszty stylu życia? W efekcie „średniak” ma się znacznie gorzej.

Ale to nie wszystko. Dlaczego ludzie łapią się na tę fałszywą narrację? Ponieważ stoi za nią ogromna machina reklamowa. Od bezpośredniej do ukrytej (np. seriale). Przemysł reklamowy deweloperów (głównie wielkie miasta) fałszuje rzeczywistość. Subtelnie („Osiedle Eko Park” – cztery bloki obok ogólnodostępnego skweru na nowym blokowisku), albo na rympał (z tej samej oferty) „Centum miasta na uboczu” przy lokalizacji 8 km od centralnego punktu miasta, niedaleko jego granicy, bez infrastruktury takiej jak publiczne szkoły, komunikacja miejska (najbliższy przystanek 15 minut spaceru) itp. Jest też reklama negatywna. Małe miasta przedstawia się jako siedliska ciemnoty, zacofania, bezrobocia. Ludzi tam żyjących jako nieudaczników. W mediach zamawia artykuły o ciężkich dojazdach z Mińska Mazowieckiego czy innego Grójca, zapominając, że wcale nie trzeba dojeżdżać do Warszawy. I wielu złapie się na ten lep.

A poza wielkimi miastami wcale nie jest tak źle. Króluje bezkredytowa własność, a nie kredyt lub wynajem. Babcie nadal zajmą się wnukami. W zasięgu krótkiego spaceru mamy prawdziwy park. Oczywiście, brakuje galerii, knajpek i sal zabaw, ale za dwie medianowe pensje da się utrzymać rodzinę. Tu „kultura dostępu” jeszcze nie przeorała głowy.

I biorąc pod uwagę, że w średnich i małych miastach żyje ponad połowa ludności Polski istnieje nadzieja, że trend może się odwrócić. Młodzi w końcu złapią za Excela i zobaczą – nie da się żyć w miejscu, w którym wynajem zabiera połowę pensji. Udostępniony (służbowy) samochód pozbawia mnie szans na wyjazd następnego dnia po zwolnieniu. Wreszcie, budowanie majątku prowadzi do niezależności. A nikt go nie zbuduje płacąc 4k za wynajem dwóch pokoi oraz 2k raty leasingowej. Zwłaszcza jeśli zarabia nieco ponadprzeciętnie.

Święta z garmażerki. Gorzka refleksja.

Dwa tygodnie przed Świętami Wielkanocnymi wyświetlił mi się artykuł lokalnej firmy oferujący „świąteczne menu”. Sprawę badałem już pod względem ekonomicznym, ale chyba faktycznie problem leży nieco głębiej.

Kwestie cen można traktować jak ponury żart, bo kurczak w galarecie za 110 zł/kg, czy baleron za 100 zł/kg oznacza przebitkę zupełnie bezsensowną i oderwaną od realiów ( mówimy o garmażerce). A restauracje? Poczynają sobie jeszcze lepiej. Sałatka jarzynowa – 70 zł/kg, żurek – 45 zł/l (dwa talerze), szynka (wędlina) – 140 zł/kg, jajko z chrzanem za 10 zł/szt – ceny chore przy dostawie na wynos (za którą dodatkowo płacimy albo przyjeżdżamy sami). Tyle wiemy – jajko kosztuje w hurcie ok. 1 zł, szynka przy przełożeniu z samochodu dostawcy zyskuje 100%, a jarzyny po pokrojeniu, wymieszaniu z majonezem i śmietaną 500%.

Ale pozostaje aspekt praktyczno-organizacyjny. Skoro oferta istnieje, co więcej dość szeroka (wszystkie garmażerki, cukiernie, wiele knajp), ktoś z niej regularnie korzysta. I czas na odrobinę filozofii, w dwóch płaszczyznach.

Pierwsza – porcje. Może to i dobrze, że święta nie oznaczają już uczty rodem z „Wielkiego żarcia”, ale wyliczane restauracyjne menu na osobę jak mawia mój szwagier „pachnie malizną”. Znajdą się w nim: dwa jajka (podzielone dla niepoznaki na cztery połówki), 3 plasterki szynki z pastą jajeczną, 2 plasterki pasztetu, 80g sałatki jarzynowej (porcja wielkości 3 połówek jajka), 100g ciasta (czyli bardzo mały kawałek). W sam raz na śniadanie. Kiedy dodamy danie gorące – 250 g żurku (porcja na pół talerza), biała kiełbasa z ziemniakami mamy podobno obiad i śniadanie. Nie znam dorosłego mężczyzny, a tym bardziej nastolatka, który w Wielkanoc do 16 zje jeden kawałek ciasta odpowiadający wagą dwóm średnim kromkom chleba. Czego to dowodzi? Że przy stole siądą dwie osoby z niewielkim apetytem, na poważnej diecie. Prawdopodobnie ludzie starsi i samotni. Nastąpiła drastyczna zmiana społeczna, którą widać właśnie w takich przypadkach.

Drugi temat – czas, chęci, umiejętności. Przygotowania były zawsze częścią wszelkich świąt. Wyprawy do sklepu, zatrudnienie męża do choćby prostych prac podkuchennego (obieranie i krojenie warzyw do sałatki, ogórków do sosu tatarskiego, kręcenia maku, ubijania białek mikserem), spędzanie całego dnia w kuchni, porządki. Miały też wymiar wspólnotowy, działała cała rodzina. Ale wiadomo – każda z tych czynności wymaga czasu, bo krzątanina zaczynała się już w Wielką Środę. I teraz w wielu domach tego czasu brakuje. Nie mieszka w nim babcia-emerytka, dzieci, czekające na rytuał, a często są to wręcz zapracowane gospodarstwa jednoosobowe. I łatwiej nawet zarobić te 160 zł/os. (cena wspomnianego menu) niż poświęcić trzy popołudnia, całą sobotę i niedzielny poranek. Wreszcie umiejętności – kucharz ze mnie żaden, nie mam też pasji mojej żony (która nawet sos tatarski robi sama), ale powiedzmy sobie szczerze, większość półproduktów kupimy (sos tatarski, majonez, wędlinę, kiełbasę, żurek), a ugotowanie jajka, zrobienie pasty jajecznej i zawinięcie jej w plasterek szynki, ugotowanie ziemniaków do białej kiełbasy, pokrojenie warzyw, zwłaszcza w ilości przedstawionej powyżej (80g sałatki jarzynowej/os.) – nawet ja potrafiłbym wykonać takie menu, z wyjątkiem ciasta – do kupienia w każdej piekarni. Tak płynnie przechodzimy do chęci. Skoro ilości wspomniane powyżej, kucharski leszcz jak ja, byłby w stanie przygotować w 2 godziny (menu śniadaniowe dla 4 osób oznacza godzinę roboty z nakryciem do stołu, a odgrzanie żurku i kiełbasy, obranie ziemniaków i ich ugotowanie – drugą), może wcale nie chodzi o czas, lecz o brak ochoty? No nie wiem, zaangażowania, pokazania, że jednak odrobinę zależy. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle coś organizować? Wsiadamy do auta, jedziemy nad morze albo w góry, na śniadanie schodzimy do restauracji (lub idziemy do knajpy), na obiad podobnie, i niczego nie udajemy. Wiele rodzin woli jednak zamówić i położyć na stole „swoje” (plus wykonać zdjęcie stołu na insta) niż przyznać, że nie ma ochoty uczestniczyć w pustych gestach. Gorzka refleksja.

Żeby ją osłodzić, na koniec pochwała mojej żony i teściowej. Obie jak zwykle naszykowały tradycyjne święta, bez porcjowania, wydzielania, z ładnie zastawionym stołem, stale czynnym od śniadania w niedzielę do podwieczorku w poniedziałek. Litościwie odpuściły „kucharzom z bożej łaski” czyli teściowi i mnie, włączając w pracę jedynego przedstawiciela broniącego tu honoru mężczyzn – posiadającego sporo kulinarnej inwencji szwagra. Kompromisem wobec tradycji było spędzenie poniedziałku nad jeziorem, zamiast w domu.

Młodzi nie chą mieć dzieci? Statystyka kontra propaganda.

Zacznijmy od podstaw. Kogo uważam za młodego? Człowieka pomiędzy 25 a 35 lat. Wystarczająco dorosłego, żeby podejmować decyzję i już w teorii samodzielnego, ze skończoną edukacją. Jednocześnie ludzie w kolejnej kategorii wiekowej 35-45 lat także są zdolni biologicznie do posiadania dzieci.

Jeżeli spojrzymy w ten sposób możemy dokonać porównania – czy więcej dzieci rodzi się w przedziale 25-35 czy 35-45? Nie ma takich danych. Wiemy, że pierwsze dziecko rodzą kobiety średnio 28-29 letnie. Często jest to ostatnie. Widziałem dane z 2022 r. Kobiety po 35 r.ż urodziły niespełna 20% dzieci. Po 40-tce tylko 2% porodów. Jednocześnie rodzi coraz mniej kobiet niesamodzielnych (nastolatek i przed 25 r.ż). Przyczyn jest kilka, natomiast trudno uznać, że dzieci rodzą dzieci, albo ciężar dbania o demografię przeniósł się na wiek średni. Statystyka przeciwko propagandzie.

Jednocześnie coraz więcej młodych par dzieci mieć nie może. Odsetek sięga 20%. Jeśli skorelujemy go ze zmniejszającą się liczbą kolejnych roczników (tzn. 40-45-latkowie to wyż demograficzny, a 25-latkowie – niż) oraz różnicami liczby kobiet i mężczyzn w wieku rozrodczym w różnych miejscach (drastyczna przewaga kobiet w wielkich miastach i mężczyzn na wsiach) dojdziemy do wniosku, że zapaść demograficzną zafundowali nam nie młodzi, a starzy. Nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. To oni stworzyli świat drogich mieszkań, niepewnej pracy, wyzysku, zapierdolu. Prof. Matczak podał receptę – praca po 12 godzin, żeby się dorobić. Nie zgadzam się z nią i nie winię młodych za lenistwo. Koszt posiadania i wychowania dziecka stał się ogromny. Zarówno finansowy, jak i czasowy. Jak poświęcić popołudnia dziecku, kiedy siedzi się w pracy? Jak spełnić wszystkie oczekiwania społeczne? Jak poradzić sobie z sytuacją, gdy dziadkowie nie włączają się do pomocy.

Mieszkanie czy wykształcenie? Co jest lepsze dla dzieci.

Bartek poruszył w komentarzu ważny temat – granice poświęceń dla dzieci. Zmusił mnie tym samym do odkurzenia i wykończenia prawie gotowego szkicu.

Zacznijmy od określenia czym jest „wykształcenie”. Ja użyję tego słowa w jednym sensie – uzyskanie dyplomu akademickiego. Należy je odróżnić od „kwalifikacji” czyli nawet formalnego, ale nieakademickiego papierka (np. tzw. świadectwa kwalifikacji). Nie każdy się z tym zgodzi, ale chcę zwrócić uwagę – uprawnienia elektryczne po technikum nie uznaję tu za wykształcenie.

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy dyplom zdobywało 3% populacji był on coś wart. Dzisiaj, gdy studiuje podobno 80% młodej populacji, nikomu nie zaimponujemy magisterką. Socjologowie nie zostaną managerami w korpo, albo taka kariera stanowić musi wyjątek. I tym sposobem docieramy do sedna rozważań.

Otóż „dyplom” może nie mieć żadnego sensu, jeżeli nie przekłada się na pozycję rynkowo-zawodową. Znacznie lepiej mieć ” papier na koparkę” i zacząć pracę w wieku 20 lat niż po magisterce z filozofii pracować w call center. Z tych 80% wykształconych, rzeczywistą korzyść ze studiowania odniesie może 1/3. Reszta zginie w morzu sfrustrowanych, wykonawców prostych prac, które za chwilę (no dobra, dłuższą chwilę) wykona AI. Już dzisiaj w biurze spora grupa młodych dostaje pensję minimalną. Mniej niż magazynier, albo kasjerka z Biedronki.

Ponieważ to blog finansowy zaczniemy od kosztów.

Ile kosztują studia w obcym mieście. Minimum, na państwowej uczelni i dziennie – 3k/m-c. Przez 5-letni cykl – 180k. Grubo.

Ile kosztują płatne studia w obcym mieście. Dodajmy do 180k jeszcze 30k i mamy 210k.

Ile kosztują studia medyczne w obcym mieście. Zamiast 5 lat, studiuje się 6 lat, trzeba sporo dokupić, zainwestować w intensywne korki. Liczymy.

Opłata – czesne – 70k x 6 lat =420k

Utrzymanie – 4k x 6 lat x 12 miesięcy = 288k

Korepetycje od 7-klasy SP do matury. 1.5k x 6 lat x 10 miesięcy = 90k.

Suma 798k.

Ile kosztują studia zagraniczne. Wbijamy na wysoki poziom.

Czesne – 420k (a może nawet x 2),

Utrzymanie – 600k,

Korepetycje – 90k,

Suma 1,11 mln.

Zobaczcie jakie kwoty wyliczyłem. Minimum 180k, maksymalnie powyżej miliona. Te 180k nie gwarantuje absolutnie niczego. A jeśli potraktujemy studia jako inwestycję, oczywistym jest, że oczekujemy zwrotu. Jeśli go nie będzie, marnujemy pieniądze. Znam całkiem sporą grupę ludzi, którym studia nie dały nic. Zarabiają sobie 4-5 k netto, nie pracując w wyuczonym zawodzie. Czysta strata. Posłuchali „musisz mieć dyplom” i wtopili. Powoli docieramy do sedna. Otóż są studia, które gwarantują zwrot. Medycyna, budownictwo, informatyka i w nie warto inwestować. I pojawia się kolejny problem. Nie chcę nikogo urazić, ale każde dziecko nadaje się na lekarza, kierownika budowy czy programistę. Tutaj decydują cechy intelektualne (IQ znacznie powyżej średniej, zdolności w danej dziedzinie), emocjonalne (znam przypadki załamań nerwowych studentów wyjeżdżających do innego miasta, albo wspomaganie się amfą, kogoś kto nie wyrabiał) i wolicjonalne (obowiązkowość, dążenie do celu itd.). Nie każdy je ma w wystarczającym stopniu. Wyższa matematyka nie oznacza wykucia się, a żeby skończyć medycynę trzeba mieć doskonałą pamięć. Z konia roboczego nikt nie zrobi zwycięzcy Wielkiej Pardubickiej. Zbyt wiele widziałem nad-ambitnych rodziców, którzy zwyczajnie zajeździli dziecko. 3 treningi w tygodniu, do tego 3 języki po 2-3 godziny, korki z 3 przedmiotów, a czasu na odpoczynek brak. Orka od poniedziałku do soboty po 10 godzin (plus odrabianie prac domowych i nauka własna). W efekcie od książek od 8 do 24 lasował się mózg, nie istniał czas na życie prywatne, rówieśnicze. I taki średnio zdolny przechodził przez podstawówkę na piątkach, dowoził jeszcze w liceum, a wysiadł na studiach. Problem. Niezmiernie trudno ocenić własne dziecko. Warto zapytać specjalisty, bo rodzice mylą się w dwóch kierunkach. Mam kumpla, który syna ze średnią 5.2 określa jako mało ambitnego, ponieważ powinien mieć 5.4 i być najlepszym w klasie. W drugą stronę – wielu ludzi uważa własne dzieci za geniuszy, chociaż w istocie są przeciętne. Wracamy do tematu, żeby ładowanie kasy w studia dzieci miało sens, muszą znacznie wystawać w tej dziedzinie ponad średnią. Krótko mówiąc – przypadek 20% rodziców. Pozostali kasę na „wykształcenie” zmarnują, bo nigdy się nie zwróci.

A mieszkanie? No cóż, każdy potrzebuje mieszkania, dziecko ma dach nad głową i poważny start. Co więcej, kupienie mieszkania w dużym mieście, a zwłaszcza w Big Five, daje gigantyczną przewagę na starcie. W obecnym świecie, gdy 10% populacji (nie wiem czy nie zawyżam), albo 20% dzieci klasy średniej dostanie własny kąt (bez kredytu) niesamowicie ułatwiamy potomstwu życie. Czy umie z tego skorzystać, zupełnie inny temat. Wróćmy do kasy. Moje doświadczenie to trochę ponad 400k we Wrocławiu. Kolega syna, który takiego mieszkania nie dostał, albo wyda 3k na najem (i będzie tak robił do śmierci), albo przez 30 lat zapłaci 2.400 zł raty. Nawet te 2400 zł (plus 80k na opłaty i „pakiet startowy, które pewnie rodzice zbiorą), równa się sytuacji pensji większej o 1/3 średniej krajowej brutto. Lewica powie „ogromna i nieuczciwa przewaga bananowego synka”. Dlatego, pomimo iż studia w innym mieście kosztują „ledwie 180k” a mieszkanie „aż 450k” rozważmy zakup (o ile nie mamy wyjątkowego zdolniachy).

Na koniec wracam do koncepcji Bartka czyli „wypruwanie sobie żył dla dziecka”. Osobiście sądzę, a rozmawiałem na ten temat z bezdzietnymi i dzieciatymi, iż posiadanie potomstwa daje ogromnego kopa do gromadzenia majątku. Brak dziedzica w wielu gasi ambicje finansowe. Trumna nie ma kieszeni, więc po co zbierać, jeżeli nie dostanie tego „krew z krwi i kość z kości”? Dobre pytanie. Nie warto.

Jeśli jednak dzieci mamy, pojawiają się dwie szkoły: wypruwać sobie żyły, bo i mnie rodzice coś dali, albo „do wszystkiego doszedłem sam, więc i ja nie dam”. Obie mogą stać się źródłem poważnych problemów. Głupie i źle wychowane dzieci nie docenią gestu, że ojciec/matka z klasy średniej, odejmuje sobie od ust, ogranicza konsumpcję, żeby dzieciom zapewnić przewagę. Mądre dzieci – podziękują. Tu już problem wychowania, także finansowego. Przypomina mi się piosenka pewnego punkowego zespołu z młodości „….Przeze mnie ojciec opadał z sił, matka już dawno w grobie, nie mieli przecież dla kogo żyć…”.

I wreszcie dla wielu powiem herezję – wcale nie trzeba sobie wypruwać żył. Lepiej ruszyć głową niż ciężko pracować. I znów odwołam się do własnego doświadczenia. Dwaj synowie mają mieszkania, na trzeciego też czeka. Wszystko było przeciw mnie: duża rodzina, niska pensja żony. Wielu lepiej zarabiających, zdolniejszych nie kupiło, a my tak. Co zrobiliśmy inaczej? Trzy rzeczy.

Kupiliśmy bardzo wcześnie. Dwa pierwsze, gdy dzieci były w przedszkolu, trzecie w 2017 r. Tym samym mieliśmy okazję korzystać z procentu składanego, wzrostu wartości itp.

Nie trzymaliśmy się kurczowo nierealnych scenariuszy a kombinowaliśmy. 2 mieszkania były w naszym mieście, trzecie w górach. Kiedy warunki uległy zmianie, synowie wyjechali, bez sentymentu sprzedaliśmy. Wielu zmuszało dzieci do objęcia „krwawicy” dla której „wypruwano sobie żyły”. Generowano konflikty zamiast przynosić radość.

Wykorzystaliśmy lewar. Tani zakup, kredyt, własna praca i efekt gotowy. Mieszkanie w górach kupiliśmy za 220k, z czego wyłożyliśmy gotówką 40k (20k opłaty około nabywcze). Sprzedaliśmy za 450k, a minęło 6 lat.

I mieć ciastko i zjeść ciastko.

Zbieramy na wkład własny. Kupujemy mieszkanie we Wrocławiu za 450k (cena, opłaty, remont). Z tego rata kredytu 2400 zł. Wynajem za 3000 zł – podatek – naprawy. Wychodzimy na zero. Dokładamy 600 zł (zamiast 10 godzin korepetycji/m-c, albo 4 godzin matematyki) jako nadpłatę i dziecko po maturze ma swoje mieszkanie. Realnie – za 600 zł. Przez 19 lat? 7200 zł x 19 lat=136 800 zł. Z wkładem własnym 90k- trochę ponad 200k.

Na studiach tworzymy kolejnego samograja. Wynajmujemy innym studentom istniejące 2 pokoje (dziecko zostaje w trzecim). Czynsz 2k wystarcza na pokrycie koszów. Studia w innym mieście kosztują nas 0 zł. Teraz, jak 70% absolwentów, może sobie studiować coś spoza „finansowej triady” (medycyna, informatyka, budownictwo). Dziecko i ma ciastko (mieszkanie) i zjadło ciastko (wykształcenie). Na studiach tego nie uczyli.

Wybór nasion, przygotowanie ziemi pod siew i walka ze szkodnikami na mojej działce.

Ten wpis stanowi odpowiedź na pytanie zadane przez Tomsiego. Chcę zaznaczyć, że żaden ze mnie fachowiec i specjalista, ot ogrodnik-amator, pewnie znacznie mądrzejszych znajdziecie na każdym z ROD-os. Niemniej jednak, dzięki całej redakcji „Działkowca”, nauce pokoleń oraz dobrej ziemi, udaje mi się zebrać przyzwoite plony. Chociaż nie zawsze, o czym jeszcze powiem na koniec.

Wybór nasion. Nie ma w tym żadnej filozofii. Na przedwiośniu idę o sklepu PNOS w moim mieście i kupuję to, czego mi zbrakło. Kieruję się trzema zasadami:

  1. Aby było polskie (głównie właśnie odmiany PNOS), w tym sensie, że pasujące do lokalnych warunków klimatycznych.
  2. Sprawdzenie w poprzednich siewach.
  3. Polecane przez „Działkowca”.

Wybór polskiego ma następujące aspekty – zasada „swój po swoje, do swego”. Po co mam płacić za licencję Holendrowi, skoro Polak wymyślił coś dobrego? Nie prowadzę zbioru przemysłowego, nie walczę o każdy kilogram z hektara. Powiedzmy, że mogę sobie na to pozwolić. Do tego wiem, także historią porażek, jak wybór nasion holenderskich, francuskich, dla nas egzotycznych (zarówno odmiana, jak i gatunek) może okazać się niewypałem. Próbowałem już i melonów, i arbuzów, i karczochów, i jeszcze wielu innych. Wyniki – marne, a to mało powiedziane. Niech sobie rośną w Hiszpanii, Prowansji czy Maroku, gdzie udają się lepiej. U mnie – pomidor Malinowy, ogórek Ożarowski, bób Biały Jankiel, fasolka Saxa.

Lokalne warunki klimatyczne (a nawet glebowo-klimatyczne) – tutaj czerpię pełnymi garściami z parmakultury. Siej to, co udawało się dziadkowi, ojcu. Moje ziemie, nazwane pszenno-buraczanymi, ale o północnym nachyleniu, mają własne preferencje – warzywa o wysokim poziomie oczekiwań pokarmowych, ale nie wczesne. Fachowo mówi się „rośliny gleb zasobnych w azot i wilgotnych”. Tutaj warto patrzeć na rośliny wskaźnikowe, chwasty, pojawiające się naturalnie. U mnie – pokrzywa i podagrycznik. Mało mam skrzypu (czyli gleby nie są zakwaszone). Dziadkowie posiadali szparagarnię, rodzice skutecznie uprawiali pomidory. Sąsiedzi pszenicę i buraki zamienili na krzewy jagodowe (maliny, porzeczki). W okolicy pełno pozostałości Słowiańszczyzny (zespół grodów: Żmijowisko, Kłodnica, Chodlik, Dobre oraz dwa miejsca w Nałęczowie) i prehistorii (ślady osadnictwa z okresu kultur ceramiki wstęgowej i pucharów lejkowatych). Od lat najlepiej udają się: bób, fasola, cukinia, ogórek, chociaż wymagają podlewania w susze. Gorzej korzeniowe (cebula, marchew, ziemniak, burak), z uwagi na zbitą ziemię. Najgorzej – kapustne, szybko niszczą je szkodniki. Dlatego – dobieraj do siebie.

Na koniec legendarny „Działkowiec”. Polecam sam miesięcznik, jak i jego książki. Od p.Sikory, która wychowała pokolenia działkowiczów na swojej „Intensywnej uprawie warzyw”, aż do młodego pokolenia naukowców. Kiedyś kupowałem „Hasło ogrodnicze”, ale tam traktuje się o wielkiej produkcji owocowo-warzywnej, a nie przydomowym ogrodzie. W „Działkowcu” co roku znajdziemy zarówno wskazanie odmian, ich wad i zalet, jak i metody uprawy. Część powtórzy się, ale pewne rzeczy pozostają klasyką.

Przygotowanie ziemi pod siew. Tutaj ograniczają mnie siły i technika. Ponieważ mam spalinową glebogryzarkę dużej mocy, nie kopię już ogrodu. Wykonuje przejazd pługiem na 20-25 cm (kiedyś powiedzielibyśmy „na sztych” czyli głębokość łopaty), a potem właśnie talerzówka. Tyle. Nawet nie trzeba grabić. Zwykle z uwagi na praktykę lat, orka na jesieni, bronowanie wiosną. Przed siewem mieszam kompost i obornik w granulkach. Koniec.

Ten rok będzie nieco inny. Powstały wspomniane grządki podwyższone, efekt mojego wieku, lenistwa i spostrzeżeń. Same zalety – mało chwastów, lepsze przygotowanie ziemi – w punkt. Tutaj trzeba warstwowo, dokładnie tak, jak pisze „Działkowiec”. Zero kombinacji. I powinno wyjść. Wykładam maty. Z dwóch powodów: lenistwo (mniej plewienia) i lepsze ogrzewanie ziemi na wiosnę. Jak pisałem – północny stok.

Wiem, są ludzie, którzy zamówią gościa z traktorem, przekonają o wyższości głębokiej orki nad tym co robię. Jeszcze raz, widziałem wielu ogrodników, którzy na niewielkiej powierzchni zbudowali gigantyczne plony, właśnie „działkowców z ROD-os” nigdy nie orząc. Czyli da się.

Na przyszły rok – eksperyment. Dużo obornika końskiego (poprawia strukturę gleby), ściółkowanie.

Szkodniki i choroby. Kompletnie nie idę z duchem czasu. Nie stosuję żadnej chemii. Nowe odmiany wręcz jej wymagają, więc je odrzucam. Nie wybieram też tego co sąsiedzi. Kiedyś miałem brokuła, na sąsiednim polu też rósł. Tam rolnik pryskał, szkodniki poszły do mnie i plon trzeba było wyrzucić. Podejście mam filozoficzne – co przeżyje, zjem. A przeżyje sporo, jeżeli wybiorę gatunki i odmiany odporne, dostosowane do moich warunków, sprawdzone, optymalnie dobiorę metody uprawowe. Na pewne straty godzę się, bo z tego nie żyję. I tak – w lata wilgotne kompletnie zawodzi pomidor (zaraza ziemniaczana). Mszycę na bobie traktuje, jak moja babcia – popiołem, albo uszczykiwaniem wierzchołków. Fasoli nic nie bierze, chyba że ptaki wyjedzą nasiona. Cukinia okazuje się prosta, odporna. Ogórka wystarczy chronić przed mączniakiem tzn. nie lać wody po liściach. I jeszcze jedno – sprawdzona rozsada. Mocna, dobra, sadzona w punkt (nie przesuszona) i będzie dobrze. W ostateczności gnojówka z pokrzyw, preparaty z czosnku, dobre sąsiedztwo. Jeszcze raz odsyłam do „Działkowca”.

Generalnie, trącę trochę herezją, ale z racji powierzchni mogę sobie pozwolić na straty i brak spiny. Takiego komfortu nie ma ktoś, kto uprawia działkę ROD-os 300-500 m2, a na niej warzywa, drzewka i jeszcze strefę rekreacji. Nie ma też producent na rynek. Jak coś padnie – przeżyję. Jem to co lubię, zdrowe (w standardzie „Bio”) i tak jak napisałem – nie zawiodły mnie ani fasola, ani bób, ani cukinia. W średniowieczu francuski chłop opierał na strączkowych swoje wyżywienie (poza zbożem, serem i mięsem), ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Marzenie o własnym mieszkaniu. Jak spowodować, by się spełniło.

Krzyczące nagłówki portali, starają się nam wmówić, że posiadanie własnego mieszkania/domu stanowi niedościgniony cel. Trochę wbrew takim malkontentom, każdego roku, tysiące ludzi spełnia to marzenie. Jak?

Powód 1. Schodzą na ziemię. Krótko mówiąc – porzucają mrzonki na rzecz konkretów. Zamiast kawalerki w Alejach Ujazdowskich, małe dwa pokoje na Białołęce. Zamiast apartamentowca na Powiślu, stary blok w Grójcu. Bo takie są możliwości. I nagle z 1 mln robi się suma 4 razy mniejsza. Już realna. Kiedy spojrzymy na ten punkt, zaczynamy kręcić nosem. Po co? Dlaczego mam rezygnować z marzeń? Zawsze chciałem tego Powiśla, nie kupię nic starego. Otóż, powiedzmy sobie brutalnie – możesz mieć albo ten nieszczęsny Grójec, albo do śmierci wynajmować (i to nie apartamenty w wybranej lokalizacji). Co wybierasz w takiej sytuacji? Takie postawienie sprawy wcale nie jest łatwe. Znam takich, którzy nadal, dobrze po 40-tce gonią za mirażem, który coraz bardziej im ucieka. Już tylko majaczy na horyzoncie. Dlaczego? Ponieważ nożyce ceny/możliwości stale się rozwierają. 10 lat temu Powiśle kosztowało 10-12k/m2, a teraz 30k, a pensje nie wzrosły trzykrotnie. Nie wiemy, co wydarzy się jutro, ale zawsze warto myśleć realnie. Grójec, Białołęka za dają nam pewien kompromis. Tu wystarczy mieć „tylko” 100k gotówką, a resztę pożyczyć (1400-3000 zł raty). Nadal mniej niż wynajem.

Powód 2. Rezygnują z czegoś innego. Bolesna konstatacja. Ale realia są następujące – nie można mieć wszystkiego, zwłaszcza natychmiast. Dlatego żeby zebrać na wkład własny, rezygnujemy z zagranicznych lub nadmorskich wakacji, jedziemy do dziadków pod Łomżę. Odpuszczamy nowy samochód. I często warto. Zwłaszcza jeśli składamy ofiarę z rzeczy mniej istotnych: wizyt w restauracji, nałogów, wygód (jeżdżenie Boltem zamiast tramwajem).

Powód 3. Dorabiają. Znam urzędnika, który rozwoził jedzenie. Zacisnął zęby, schował ambicję do kieszeni. I wiecie co, szanuję taką postawę. Jak to leciało? „Wstyd to kraść i …”. Dodatkowe dwie i pół stówy za wieczór, to 4k/m-c. Rocznie 48k. 4 lata i spłacimy kredyt na mieszkanie w Grójcu.

Powód 4. Wybierają dom poza miastem. Ta droga, która często wydaje się najbardziej racjonalna. Wymaga jednak całkowitej zmiany paradygmatu. Otóż, w rozsądnej odległości od miasta (piszę o realiach mojego), tak 20-30 km da się za 300k (na poziomie ceny kawalerki) kupić 3-4 pokojowy dom z działką. Albo, alternatywnie, zapłacić 150k za działkę i za 150-200k wybudować dwupokojowy domek na zgłoszenie. Pomijam stare drewniane budynki pośrodku niczego za 100k. Mamy więc ponownie magiczną sumę 300k. Z tego miejsca, jeśli ktoś się uprze (wiem, bo sam mam taki dom), da się: dojechać do dużego miasta. Jak? Pisałem o tym wielokrotnie, ale ponownie powtórzę – przejazd autem na dystansie „dom na wsi- centrum miasta” zajmuje mi 40 minut. W mieście 3 km przejeżdżałem z reguły w 20 minut. Do centrum Warszawy jadę pociągiem w 1 godzinę 40 minut. Żeby być na 8.20 na Centralnym, musiałbym wyjść z domu 6.45. Powrót o 19.40. I teraz trzeba ocenić, co lepsze (dla przeciętnego człowieka): szukać pracy na miejscu za 5k netto, dojeżdżać do Lubina przez 1,5h dziennie i zarobić te 7k, czy poświecić prawie 3 godziny dziennie na dojazd, żeby. zarobić 10k. Alternatywa? Wyższy kredyt i rata. 3-pokoje w Lublinie – 500k (czyli +2100 zł), a w Warszawie (oba miasta rozsądna dzielnica) – 900k (czyli +5600 zł). Osobiście wybrałbym pracę na miejscu, o ile nie byłbym fizykiem kwantowym. A dom na wsi ma jeszcze jedną zaletę – jest tańszy w utrzymaniu.

Powód 5. Dostają od rodziny. Ten punkt musiałem zostawić na koniec. Nie mogłem go pominąć, ponieważ stanowi główną oś medialnego sporu. W Newsweeku wręcz twierdzą, że istnieją dwie klasy średnie „Ci co dostali mieszkanie” i „Ci co nie dostali mieszkania”. No cóż, takie są realia. Staram się nie być hipokrytą – sam kupiłem mieszkania dla moich synów (jeden już dostał, drugi też, trzeci dostanie po podjęciu stałej pracy). Jednak budowanie narracji wokół „dostałem/nie dostałem” wydaje mi się błędne. Istnieją bowiem 4 rozwiązania tego problemu, dostępne nawet dla „średniaka”.

Czy stać Cię na spełnianie marzeń? Jeśli tak, jesteś prawdziwie bogaty.

Dzisiaj jeden z serii wpisów filozoficznych, ale i matematyki nie zabraknie. Otóż, literatura finansów osobistych posługuje się następującymi pojęciami:

  • potrzeby (realne, często wręcz fizjologiczne oczekiwania, których odsuwanie na bok zwiastuje kłopoty),
  • zachcianki (nasze oczekiwania wobec życia, (chwilowe) przyjemności, ale możemy bez nich żyć),
  • marzenia (nierzadko duże wydatki, ale pozostające w zgodzie z naszymi długoterminowymi celami, albo powiązane z potrzebami wyższego rzędu).

I tak potrzebami są: pełny żołądek (czyli jedzenie), ciepły dach nad głową („mieszkanie prawem, nie towarem”), zdrowie, możliwość ubrania się, przemieszczania, nauki. Przekładając na kategorie wydatków: życie, opłaty, leki i lekarze, ubranie, transport i edukacja. W wielu budżetach, zajmują tak wiele miejsca, że nie ma go już na marzenia. Winę ponosi wtedy najczęściej niski dochód lub miejsce zamieszkania (np. czynsz w dużym mieście, rata kredytu).

Zachcianki z kolei, rujnują budżet nawet nieźle zarabiającym. Często trudno je odróżnić od potrzeb, bo gdybym miał je zdefiniować najkrócej, napisałbym – pozorne potrzeby. I tak o ile zaspokojenie głodu jest potrzebą, to wizyta w restauracji albo kawiarni – zachcianką. Trzeba się ubrać, ale niekoniecznie kupując buty za 2000 zł. Samochód, zwłaszcza na wsi okazuje się niezbędny rodzinie, ale SUV marki premium doskonale nadaje się na zachciankę. W zasadzie w każdej pozycji widzę ten problem.

Tak dochodzimy do marzeń. Nie dajmy sobie wmówić, że zachcianka jest marzeniem. Wiadomo – marketing właśnie takie schematy nam podsuwa. Dlatego mówimy „marzę o tej bluzce”, podczas gdy mamy do czynienia ze zwykłą zachcianką. Marzenia to nie konsumpcja, lecz zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu (uznania, rozwoju, bezpieczeństwa). Czasami graniczna linia pozostaje dość cienka i łatwo ją przekroczyć. Kryterium oceny: czy zakup przyniesie nam spełnienie czy dalszą eskalacje oczekiwań. Opisywałem kiedyś na blogu swoje marzenia: fortepian, Porsche. Dzisiaj, przynajmniej auto konkretnej marki nazwałbym, bardziej neutralnie – celem. Ponieważ z jednej strony, spełnienie nie spowodowało lawiny dalszych oczekiwań (kupując prawie pełnoletniego Porsche Boxstera, nie zapragnąłem nowej 911-tki) i przyniosło sporą satysfakcję na lata, z drugiej – konkretne auto, no cóż zwykle możemy bez niego żyć, i nie zaspokaja żadnych istotnych potrzeb. Zupełnie inaczej oceniam zakup fortepianu. Przyniósł tyle głębokiej (a nie chwilowej) satysfakcji, że bez wątpliwości nazywam go marzeniem.

I dochodzimy do sedna. Zadaj sobie pytanie – Czego pragnę doświadczyć? Co pragnę mieć? Kiedy już uzyskasz odpowiedź, wierzę mocno, inną niż „szpilek od Louboutina” czy „pięćdziesięciometrowego jachtu”, musisz przejść do kolejnego – Czy mnie na to stać? Jeśli tak (choćby po długim oszczędzaniu) – jesteś farciarzem, podobnie jak ja (wiele marzeń spełniłem). A zatem popatrzmy na potencjalne, typowe marzenia i przekonajmy się, ile kosztuje ich spełnienie.

Zobaczyć papieża, odwiedzić Rzym. Pożyczyłem je od mojej przyjaciółki. Powód – wyższe potrzeby (przeżycie duchowe) czyli typowe marzenie. Koszt – od kilku do dziesięciu tysięcy złotych. Da się uzbierać w ciągu 2-3 lat np. biorąc 2 nadgodziny/tygodniu. Jeśli marzysz podobnie, prawdopodobnie stać Cię.

Pobiec w maratonie nowojorskim. Tutaj już koszty muszą być wyższe. Lot przez Atlantyk, nocleg, jedzenie, kilka dni na zaklimatyzowanie się. Ale jeśli ktoś zaciśnie zęby 10k wystarczy. I liczymy: 10.000 zł/40 miesięcy = 250 zł. Prawdopodobnie znowu, parę nadgodzin, jakaś fucha, rezygnacja z zachcianki i damy radę.

Kupić dom wakacyjny na wsi. W takim przypadku, powiedzmy sobie szczerze, łatwo przekroczyć granicę zachcianki. Albowiem „dom na wsi” może oznaczać zarówno chatkę, w której spędzaliśmy wakacje za szczeniaka, wykupioną od pozostałych spadkobierców, jak i 500 m2 rezydencję z własną linią brzegową jeziora. Załóżmy, że to pierwsze. Nieruchomości siedliskowe (dom z działką pow. 1000 m2) stanowią istotny fragment rynku nieruchomości. Ceny zależą od lokalizacji i stanu technicznego (jak zwykle) i różnią się drastycznie. I tak. widziałem „drewniaki” w okolicach wschodniej granicy „pośrodku niczego” ze złym dojazdem, daleko od głównych dróg – za 100 tys. zł, ale i odnowione miejscówki np. na Podhalu za 10 razy więcej (pomimo, że nadal na wsi). Stąd zalecam rozsądek. Granica rozsądku leży na linii 300 tys. zł plus koszty stopniowego remontu. I teraz, zebrać 300 tys. zł, dla przeciętnej rodziny, prowadzi do konkluzji „niedasię”. Osobiście i trochę przewrotnie zapytam „Jak to zrobić?”. Otóż, podzielić tę sumę na kawałki. Może zebrać 50 tys. zł (800 zł/m-c przez 5 lat), a resztę pożyczyć? Może coś innego sprzedać i nie czekać tych 5-ciu lat? Przestrzegam przed dwoma krokami: pochopną decyzją (spełnienie marzenia musi wymagać wysiłku, żeby przyniosło satysfakcję) oraz likwidowaniem wszystkich oszczędności (zwłaszcza funduszu awaryjnego). Część poświęci własny nałóg (np. odkładając na wkład własny pieniądze zaoszczędzone na rzuceniu palenia), inni wezmą dodatkową pracę, wreszcie zrezygnują z innego marzenia („nie można mieć wszystkiego”). Zwłaszcza taka selekcja pozostaje ważna.

Przejść na emeryturę 10 lat wcześniej. Popatrz na to zdanie, i pomyśl, czy na pewno o tym marzysz. Chcesz być 50-letnią emerytką? 55-letnim emerytem? Co zrobisz w tym czasie? Za co będziesz żyć? Odróżnij złego szefa od porzucenia pracy jako takiej. Ale jeśli chcesz, pokażę Ci, jak to zrobić. Otóż, 10 lat wymaga dochodu na poziomie wydatków. Nie mniej. Jeżeli planujesz żyć za 5k/m-c, potrzebujesz 60k/rok. Zgodnie z równaniem wolności finansowej – 60k x 25 = 1.500.000 zł. Dobrze czytasz, półtora miliona. A da się mniej? No pewnie. Przecież nie potrzebujesz niewyczerpanego źródła lecz tylko kasy, która może skończyć się po 10 latach. 60 x 10 =600 k. Już lepiej, ale nadal sporo (dwa razy więcej niż siedlisko). Możesz tę kwotę jakoś zmniejszyć, powiedzmy do 300 k, ale nadal będziesz musiała/musiał przynajmniej trochę pracować (dorywczo, na pół etatu). Nie ma w tym nic złego, wielu emerytów dorabia. I tu dochodzimy do sedna. W wielu marzeniach o wcześniejszej emeryturze, nie chodzi nawet o rzucenie pracy, ale o znalezienie normalnego, ludzkiego balansu. Zawód powinien stać się nieobciążającym zbytnio doświadczeniem. Mieć ciasto i zjeść ciastko. Budzić się rano bez wysiłku (co dla wielu oznacza 8-10) pracować 3-4 godziny, żeby mieć wolne całe popołudnie. Czasem chcemy pracy cyklicznej (3 miesiące pracy, 3 miesiące przerwy). W takiej opcji może się okazać, że wcale nie marzyliśmy o emeryturze, albo wystarczy nam mini-emerytura oraz 150k oszczędności. Te są realne (patrz punkt o siedlisku).

Sztuka spełniania marzeń to ważna rzecz, warto się jej nauczyć, żeby pod koniec życia nie żałować, tego czego nie zrobiłem.

Wyśpicie się jak królowie. O śnie na wsi i w mieście.

Jeden z Tiktokowych komików, opisując wiejskie wygody mówi „Wyśpita się jak króle”. Ten nieco uładzony cytat stał się tytułem dzisiejszego wpisu. Pasuje doskonale.

Od pewnego czasu używam narzędzi do śledzenia jakości snu. Opaska, noszona na ręku, połączona z telefonem zbiera dane i dokonuje oceny:

  • fazy (lekki, głęboki, REM, przebudzenia),
  • chrapanie,
  • częstotliwość oddechów,
  • puls,
  • godzina zaśnięcia i pobudki.

Na tej podstawie program wystawia ocenę przespanej nocy, w skali od 1-100. Przez wiele miesięcy używania systemu w mieście, moja maksymalna ocena wynosiła 90, co już stanowi świetny wynik (od 85 pkt nazywany w programie „wspaniałym snem”), ale bywały i 60-tki. Czy wiecie jakie rezultaty zacząłem osiągać, od kiedy spędzałem na wsi minimum 2-3 noce? Ano nagle regularnie zaczęły mi wpadać: 96, 97, 99, a nawet 100. Po powrocie do miasta, znowu było gorzej. Jak to możliwe?

Po prostu, wszystkie składowe oceny na wsi kształtowały się bardzo wysoko. Zasypiałem wcześnie (21.30), budziłem się ze świtem (ok. 5-6). W efekcie sen trwał wystarczająco długo (7.5-8.5 godziny), ale nie za długo (pow. 9). Miałem optymalną ilość głębokiego snu (1,5 godziny), podczas gdy w mieście nierzadko widziałem 20-30 minut. Wydaje się to dziwne, ponieważ w wiejskim domu śpię na poddaszu, tam słychać wszystkie odgłosy natury, od biegających po blaszanym dachu wiewiórek, do śpiewu ptaków. Poza tym w odległości (w linii prostej) ok. 0,5 km biegnie linia kolejowa, a więc każdy przejazd pociągu da się zdiagnozować jako dodatkowy szum. No i samoloty z lotniska w Dęblinie. Pomimo tego, sen głęboki przychodził wtedy, kiedy powinien, w 3-5 fazach. Puls odpowiednio spadał, a oddychałem regularnie.

Także subiektywne odczucia wypadały doskonale – budziłem się wyspany, a zasypiałem bez problemu. Zupełnie inaczej niż w mieście. Tu regułą stały się przebudzenia ok. 2-3. Zasypiałem potem jeszcze raz ok. 4, ale nie na długo (pobudka do pracy, ruch w domu). Na wsi takich pobudek nie doświadczałem.

I teraz czas zastanowić się nad przyczyną. Nasze babcie powiedziałyby: świeże powietrze, chodzenie spać z kurami (czyli niedługo po zmroku), fizyczna praca. Im dłużej mierzę parametry snu, dostrzegam prawdę intuicyjnych ocen (przecież babcia nie miała narzędzi, którymi dysponuję). Wieś zapewnia tzw. „spokojny sen”, wycisza, regeneruje. I tam, nawet nie przeszkadza światło ekranu (nierzadko zasypiałem po pracy, albo 3-4 godzinnej transmisji z Konkursu Chopinowskiego), które podobno ma być gigantycznym problemem. Spory ciężar ma także praca fizyczna, męcząca lecz nie wykańczająca, w przeciwieństwie do stresu miasta. Tam wszystko pędzi, nawet jeśli z pozoru nie ma ku temu powodu. Oczywiście, nawet tutaj nie sypiam źle. Moje wyniki kształtują się zwykle pomiędzy 70 a 90 czyli na poziomie „dobry” lub „wspaniały”, znacznie powyżej średniej wiekowej czy populacyjnej (aplikacja dysponuje danymi z całego świata), ale zdarzają się też 60-tki (np. gdy zasypiając po 22, budzę się o 2 i mając obowiązki, dosypiam tylko godzinę).

Kończąc, twarde dane pokazują, faktycznie na wsi wyśpicie się jak królowie.

Idzie wiosna, przygotuj … drewno na zimę. O sztuce zapobiegliwości.

Wielu ludzi działa tak – we wrześniu przypominają sobie, że idzie zima, więc trzeba kupić drewno. Idą do składu, zaopatrują się w wysuszone. Obecna cena – nawet 700 zł/m2. To nie ma sensu.

Starzy wyjadacze i oszczędni robią inaczej. Stosują jedną z 4 metod.

Metoda 1. Najtańsza. Nie zawsze możliwa. Ścięcie własnych drzew zimą, porąbanie na ćwiartki i ich suszenie w stosach i wykorzystanie po dwóch sezonach (drzewo ścięte w styczniu 2026 r. wykorzystujemy w sezonie grzewczym 2027-2028). Koszt? Tyle co eksploatacja piły i przyczepy. Ok. 50 zł/m3.

Metoda 2. Tania. Kupujemy drewno w Lasach Państwowych, ścinamy i przewozimy na działkę. Tam tniemy, rąbiemy na ćwiartki i ponownie suszymy przez dwa sezony. Koszt? Do poz. 1 dodajemy 150 zł. Ok. 200 zł/m3.

Metoda 3. Klasyczna. Dalej LP, ale kupujemy drewno w wałkach. Tylko przewieźć, pociąć i porąbać. Suszyć jw. Tym razem cena będzie wyższa – ok. 300 zł/m3.

Metoda 4. Na lenia. Kupujemy w składzie mokre i porąbane drewno. Zostaje nam tylko suszenie. Cena 500 zł/m3.

Jak widzicie, zapominalstwo i wygoda kosztuje całkiem sporo. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy potrzebujemy 10 m3. Różnica pomiędzy suchym drewnem we wrześniu a najtańszym kupionym(samowyrób) wyniesie 6000 zł. No i w składzie nadal nie mamy pewności, czy nie wcisnęli nam niedosuszonego szajsu. Kilku moich znajomych nacięło się w takiej sytuacji – teraz wolą brykiet po 1300 zł/tonę. No, ale samowyrób drewna z LP, jego suszenie na działce nadal wyjdzie sporo taniej. Spóźnialscy i lenie zapłacą frycowe.