Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 6 – Oszczędny Milioner

Co posadzę na podwyższonych grządkach?

Idzie wiosna. Podwyższone grządki czekają na wypełnienie materiałem (zrębki drewna, obornik i ziemia kompostowa) i obsadzenie. Co planuję?

Grządek powstało 7. Każdemu, kto liznął matmy w szkole podstawowej łatwo policzyć:

1.2 m x 0,8 m x 7szt. = 6,72 m2.

Musicie jednak wiedzieć, że w przypadku grządek podwyższanych powierzchnię liczy się zupełnie inaczej, ponieważ da się wykorzystać miejsce nawet 3-4 krotnie. Popatrzcie.

W połowie marca (czyli zaraz) siejemy nowalijki na zbiór w maju (sałata, rzodkiewka). Do skrzyni łatwo przymocować folię, a nawet przykryć starym oknem (i mamy bieda-inspekt).

W maju, wskakują warzywa ciepłolubne: ogórki, papryka, bakłażany i też idą pod folię. Siedzą tam do końca lipca/początku sierpnia.

W sierpniu zastępuje je fasolka szparagowa na wrześniowy zbiór (znowu – folia znacznie go przyspieszy).

Na koniec (wrzesień i krótki dzień) ponownie siejemy te rośliny, które go lubią.

`Do tego, żeby lepiej wykorzystać przestrzeń (i ponieważ można), rośliny sadzimy gęściej niż na zwykłej grządce. I teraz patrzcie na wyniki. Jeden z ogrodniczych polskich youtuberów podał je w filmie. 750 kg z 42m2. Tutaj mamy ok. 7 m2. Przeliczając – ponad 100 kg. Nieźle. Porównując z plonami z gruntu, musiałbym mieć ok. 60-70 m2 prawdziwej grządki.

Planowanie według linii życia.

Jedną z niezmiernie ważnych umiejętności pozostaje planowanie (w tym finansowe) według linii życia. Czym ona jest? Otóż, z uwagi na zmiany biologiczne, demograficzne i socjologiczne możemy wyróżnić 4 fazy w życiu dorosłego człowieka. Nazywamy je linią życia.

Faza pierwsza. Linia gwałtownie się wznosi. Początek – rozpoczęcie pracy. Koniec obecnie ok. 35 r.ż. W tej fazie nasze dochody rosną, zarabiamy coraz więcej, a ponieważ potrzeby nie rosną w tym samym tempie (singiel lub DINKS), mamy szansę na gromadzenie oszczędności i inwestycję. Tak, to jest ten czas. Kto go przegapi, będzie miał trudniej. Dlatego, gdy rozmawiam z 25-latkiem, mówię mu: teraz masz siły, teraz intensywnie pracuj, zarabiaj, oszczędzaj, inwestuj. Koło 50-tki mi podziękujesz (jeśli będzie komu).

Faza druga. Linia istotnie się wypłaszczą. Początek – pojawienie się dzieci. Koniec – ok. 45-48 r.ż. Odchowanie dzieci oznacza rosnące wydatki. Ale ponieważ rosną też płace (45-latek znajduje się na szczycie, potem jego pobory zaczną relatywnie spadać), mamy dalej spore możliwości. W tym wieku nadal odkładamy, ale już mniej, a na pewno nie tylko na swoją przyszłość.

Faza trzecia. Linia albo opada, albo delikatnie się wznosi. Faza korzystania z inwestycji i życia. Początek 45-48 r.ż., koniec – dzień przejścia na emeryturę. Nasze dochody z pracy relatywnie (w porównaniu do średniej) spadają. Jeśli pomyśleliśmy wcześniej, zastępujemy je dochodami z inwestycji. Do tego dzieci nadal wymagają pomocy finansowej, albo wręcz utrzymania. Da się żyć skromniej. Albo przeciwnie – wreszcie korzystać z życia.

Faza czwarta. Linia opada coraz ostrzej. Od początku emerytury do śmierci. Jeszcze lepiej widzimy różnicę pomiędzy nieplanującymi i planującymi, oszczędzającymi i żyjącymi na bieżąco, inwestorami i zakopującymi kasę w ogródku. Nasze dochody gwałtownie spadają – emerytura jest niższa niż pensja. Ratują nas wyłącznie inwestycje. Stopniowo pozbywamy się majątku, wspierając dzieci i wnuki albo rozdając organizacjom charytatywnym.

I teraz czas na przemyślenia. Kto dobrze zacznie, ten dobrze skończy. Kto uniknie: rozwodu z podziałem majątku, drastycznych obsunięć kapitału ten w ostatnich dwóch fazach przeżyje równie piękne chwile jak na studiach. Z jednym, nieubłaganym wyjątkiem – coraz gorszego zdrowia i spadku sił witalnych. Ignorowanie faz i linii życia kończy się zwykle dość boleśnie. Popatrzcie na 70-latków (mój były szef), którzy próbują nadążyć za 35-latkami, zaprzyjaźnić się z 40-latkami, a pomimo niewątpliwych atutów, zasługują tylko na ksywę „Joe Biden”. Czasami (jak w przypadku tego pana), taka jest życiowa konieczność, gdy wcześniej nie zadbaliśmy o inwestycję. Pieniądze z odprawy szybko się kończą, nawet gdy ma wartość 6-cyfrową. Moja historia (i kilku innych ludzi) pokazuje, że nie marnując fazy pierwszej, a wykorzystując drugą, zapewniamy sobie spokój w trzeciej i względny luz w czwartej (o ile szczęśliwie dożyjemy). Pomijając pierwszą, musimy zapieprzać w drugiej, a rezultat i tak osiągniemy gorszy. Możemy w nieskończoność przeciągać druga i trzecią (np. wchodząc w ojcostwo czy macierzyństwo po 50-tce), ale wtedy czwarta okaże się boleśnie krótka, albo nigdy nie nastąpi, wywiozą nas na cmentarz zza biurka.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Dlaczego walka o ograniczenie umów śmieciowych jest taka ważna? Czego nie zrozumiał premier Tusk (i większość polityków innych partii).

Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:

  1. pracę dzieci,
  2. 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.

A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.

Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.

Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, że ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc nawet nie budżetówka.

Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.

Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, że nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.

Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. Jeżeli działa, jak obecnie sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. Jeśli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.

A teraz argumenty pracodawców?

Pierwszy, że nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już obecnie może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.

Drugi, że wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. Jeśli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. Jeśli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba że mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeśli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, że „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.

Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację szybko zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) lecz wcześniejszego bezprawia pracodawcy.

Dwie opowieści o przedstawicielach wolnych zawodów, które wywrócą niektórym obraz świata.

Miałem ostatnio dwie pogawędki z dwoma kumplami. Obaj wykonują zawód, „długoletniej tradycji, zwłaszcza zaś doświadczeń w wykonywaniu wolnego, niezależnego i samorządnego zawodu” posiadając własne firmy. Obie pogawędki przybrały kierunek, którego się nie spodziewałem. Dlaczego?

Ponieważ dotyczył pieniędzy, a w zasadzie ich braku. Przypomnę – mówimy o 40-50 latkach, funkcjonujących na rynku kilkanaście lat.

Przypadek 1. Własna firma czy etat? Autor tej rozkminy w okresie studenckim był zdolnym informatykiem. Wybrał jednak wolny prestiżowy zawód. Teraz, w okolicach 50-tki mówi „Zrobię jeden certyfikat, pójdę na etat za 12k”. I moja refleksja, bo znam realia dg i pracownika. Chłopie, 12k brutto = 8.5k netto, a w grudniu nawet parę stówek mniej. Faktycznie taki raj, dla kogoś, kto do tej pory siedział we własnej kancelarii? No cóż, faktycznie, prawdopodobnie głównie siedział, jeśli stawka dniówki 400 zł wydaje się atrakcyjna.

Przypadek 2. Skromne realia niezależności. Drugi przypadek – zwierzenie dotyczące liczby spraw – 30 nowych rocznie (i 30 się kończy). 2.5 nowej sprawy w kancelarii oznacza dla niezbyt wziętego „niezależnego”, który ze stawkami nie poszaleje – może 12k +VAT (na fakturze brutto prawie 15k). Od tego odejmijmy lokal (1000 zł), składki ubezpieczeniowe i zawodowe (2200 zł), abonament za program (400 zł), paliwo (200 zł), księgową (250 zł), telefon (50 zł). Zostanie 7900 zł. Od tego już „tylko” zdrowotna (711 zł) i podatek (648 zł) i dochodzimy do 6541 zł. Nic dziwnego, że 8500 zł/m-c wydało się kumplowi szczególnie atrakcyjną stawką. W końcu +2000 zł na ulicy nie leży.

Wróćmy jeszcze do tych 6541 zł – to podobnie jak średnia krajowa. I teraz pytanie, czy warto wykonywać  wolny zawód z dochodem 6541 zł? Jeżeli nie zależy nam na prestiżu, absolutnie nie. Istnieje wiele miejsc (np. IT na państwowym, jak w pierwszym przypadku), gdzie zarobimy sporo więcej. Korpo w nieco większym mieście oferuje takie stawki człowiekowi z pewnym doświadczeniem. Ba, da się je zarobić w szkole. Czy mając 6541 zł/m-c da się mówić o prestiżu? Chyba nie bardzo. Jak mówią młodzi adwokaci – „starzy” zamiast lobbować jak związek zawodowy (podnoszenie stawek, przywileje podatkowe) skupili się na tradycji, która dzieci nie nakarmi. W efekcie prokurator, sędzia nie płaci składek ZUS, a tylko składkę zdrowotną i podatek (średnio nieco ponad 30%), a stojący po drugiej stronie opisany wyżej adwokat ma efektywne opodatkowanie i oskładkowanie dochodu na poziomie 52%.

Oczywiście, ci którym poszło lepiej, zarabiają sporo więcej (zwłaszcza w dużych miastach), ale znałem „młodego” z miasta powiatowego, któremu matka płaciła za lokal i składki ZUS, bo miał miesięcznie jednego klienta za niewielkie pieniądze. Dla niego 2,5 nowej sprawy/m-c każda za ok. 6k brutto, wydawały się marzeniem.

Co więcej, wbrew starej regule, nikt świadomy faktu rzeczywistych zarobków, nie pchał dziecka na prawo, lecz głównie na medycynę. Tam i stawki lepsze i podatki niższe (brak VAT-u, korzystniejszy ryczałt). Jaki bowiem jest sens walki o „prestiż” za 6541 zł, skoro 80% czasu zajmuje czekanie na klienta? Żaden. Niektórym faktycznie wywrócił się obraz świata.

Co ma zrobić trzydziestolatek pracujący w korpo na niższych i średnich stanowiskach?

Bartek w jednym z komentarzy do wpisu o sposobie działania korpo, postawił tezę, że tytułowy trzydziestolatek powinien mieć poduszkę finansową na 3 lata życia, ponieważ jest 85 % szans, że zostanie zwolniony, 12%, na utrzymanie pracy i 3% na awans. Jeszcze dwa lata temu, podpisałbym się pod taką tezą w 100%. Ale dzisiaj patrzę już na życie nieco inaczej. Co uległo zmianie?

W „Opowiadaniach z Doliny Muminków” możemy przeczytać rozdział „O Filifionce, która wierzyła w katastrofy”. Dzisiaj powiedzielibyśmy – zaburzenia lękowe, ale gdy jako nastolatek zapoznałem się z historią Filifionki, kompletnie nie mogłem jej zrozumieć. Dopiero dorosłość odsłoniła drugie dno opowiadania. Otóż, warto mieć plan, ale nie warto być Filifionką czyli popadać w paranoję. Bliski jest mi Szwejk, który w trudnej sytuacji mówił „Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było”. Filozoficznie – bliżej mi do Seneki czy Tima Ferrissa niż właśnie do Filifionki.

Ale wracając do naszego trzydziestolatka. Prawdopodobnie straci pracę. Może nie chodzi o 85%, ale o 50%. Mniejsza o liczby. Pewnie 90% nie awansuje, albo zrobi to zbyt późno. I co z tego? Ano nic. Miliony (żeby nie powiedzieć miliardy) ludzi przed nim traciły pracę. Większość przeżyła. Niewielu awansowało i też żyją.

Oczywiście korposzczur lat 30, ma pod pewnymi względami gorszą sytuację. 50% nie posiada „twardych”, czyli praktycznych umiejętności. Większość trwała w Matrixie parę lat i jest od niego stuprocentowo zależna. Widzę to codziennie i u pięćdziesięciolatków, którzy idą na grube kompromisy z uczciwością, żeby tylko utrzymać robotę. Dość jednak czarnowidztwa, zacznijmy wyliczenia.

Zastrzeżenie nr 1. Trzydziestolatek ma niewielką szansę na 36-miesięczną poduszkę. Tworzymy model – 34-lata, 10 lat pracy, pensja=wydatki i wynosi 8-10k netto. Ilu znamy ludzi, którzy odkładali 30% pensji? My może i sporo, ale obiektywnie – marne szanse. Ta poduszka 288-360k jest mu zresztą zbędna.

Zastrzeżenie nr 2.Korpo sporo płaci przy odprawie i mamy jeszcze osłonowe. Może nie jak kopalnie, ale uczciwe 3 miesiące wypowiedzenia, 3 miesiące ze zwolnień grupowych (w dużej firmie kończy się zwykle likwidacją działu), 6 miesięcy L4. Wychodzi prawie rok, na ćwiczenia, o których poniżej.

Zastrzeżenie nr 3. Państwo też nam coś da. Może „zasiłek” nie brzmi dumnie, ale istnieje. 1700 zł przez pół roku. No i mamy parę złotych. Kolejna pozycja żeby zmniejszyć poduszkę.

Ćwiczenie nr 1. Możesz wydać mniej a osiągnąć podobny efekt. Nauczyłem się go od wybitnego specjalisty zmiany w życiu – Tony’ego Robbinsa. Polega na tworzeniu znacznie mniej kapitałochłonnego scenariusza. Otóż, w jaki sposób można sobie zapewnić spokojny sen (dochód 8-10k, który szybko się nie kończy)? Wydając 10-20k na praktyczne umiejętności i narzędzia. W zeszłym roku kupiłem dwie maszyny: elektrożmijkę i rozdrabniacz do gałęzi. W sumie wydałem 9k. Pierwsze – pozwala mi zarabiać ekstra te 350 zł/h, drugie 400 zł dniówką. Obsługa tych sprzętów jest dziecinnie prosta, potrafi je obsługiwać ktoś na granicy inteligencji 80 pkt. A pozwalają zarobić te 10k/m-c na spokoju. Trzydziestolatkowie!!! Nie lubicie ścieków? Nie bawi Was wciąganie gałęzi? Może zostaniecie cukiernikami, zaczniecie produkować świeczki, pójdziecie na kurs mechatroniki? Albo zgłosicie się do WOT. Na każdym z tych zajęć zarobicie 5-8k, a może i sporo więcej. Odróbcie ćwiczenie.

Historia nr 1. Jak poszedłem na urlop bezpłatny, żeby zarabiać 3 razy tyle. Moja własna historia sprzed 17 lat. Pracodawca nie chciał finansować mi szkolenia. Nie dość, że musiałem zapłacić, to jeszcze potrzebowałem czasu. Co robić? Ano zakładać dg, prowadzić szkolenia, opracowywać procedury – na swoim. W efekcie po pół roku zarabiałem x3.

Historia nr 2. Jak rzuciłem stałą pracę, żeby mieć więcej czasu i nie zarabiać mniej. Znowu o mnie, tylko sprzed roku. 2 lutego 2025 r. cisnąłem na biurko Szefa natychmiastowe wypowiedzenie, bo Nowy chciał mi dołożyć 100% pracy (bez podwyżki). Od 3-go byłem wolny (tzn. miałem jeszcze jeden etat). Zamieniłem 50 godzin w miesiącu (albo 68 godzin, gdyby, się zgodził) na średnio 14 godzin miesięcznie, jednocześnie nie tracąc na dochodzie. Jak to możliwe? Zoptymalizowałem pracę i podniosłem stawki o 20%. Dzięki temu nie tylko robię więcej w podobnym czasie (o 20%), ale i na wszystkich godzinach (a nie tylko dodatkowych) uzyskuję 20% nadwyżki. Gdybym poszedł w 100% w kierunku czyszczenia kanalizacji wyglądałoby to jeszcze lepiej, chociaż mniej prestiżowo.

Ćwiczenie nr 2. Zastąpimy poduszkę obniżeniem wydatków. Tutaj nie mam co wiele pisać, bo wylałem już morze atramentu. Obniżając wydatki o 30% (dość łatwo, gdy zdejmuje się garnitur, wyrzuca z głowy kawiarnie i Pana Kanapkę itd.) zmniejszamy poduszkę do 6-12 miesięcy. Typowo. Robotę za 5-7k/m-c raczej znajdziemy. Pierwszy krok – zamknąć leasing/kredyt auta i przesiąść się do gorszego, drugi krok – poduszkę przeznaczać na raty kredytu.

Ćwiczenie nr 3. Zacząć szukać pracy już dziś. Brzmi szokująco? Niekoniecznie. Otóż siądźmy na spokojnie i zastanówmy się – skoro klepanie Excela zastąpi AI, to czego nie zastąpi? Co możemy robić? Z czego żyć? I szukać takiej pracy, może na początek na sobotę, 2 popołudnia. Zdobywać doświadczenie. Wtedy wypowiedzenie niewiele zmienia.

Ćwiczenie nr 4. A może coś sprzedać? Nie każdy jest pewnie takim zbieraczem jak ja, ale widziałem parę piwnic, garaży, ba całe hale ze szmelcem. Dzisiaj mamy dobrą cenę na złom, zwłaszcza miedziany. Mój plan na 2026 r. stworzyć „ekstra poduszkę” z porządkowania kilku garaży. Tak na szybko – 2-3 pensje pewnie uzbieram.

Jak widzicie, gdy zdejmiemy garnitur (albo jak w moich historiach nawet nie musimy go zdejmować), a przede wszystkim zmienimy paradygmat, wystarczy nam 6-miesięczna poduszka. Spokojnie, będzie dobrze.

3 błędy, których usunięcie pozwoli Ci bezboleśnie oszczędzać pieniądze.

Nikt z nas nie jest idealny, wszyscy czasem popełniamy błędy. Rzecz w tym, aby unikać ich, tak często jak to możliwe. Ponieważ oszczędzanie nie może być wyjątkiem, pokażę Wam 3 błędy, które łatwo wyeliminować, aby zyskać dodatkową kasę na „czarną godzinę”.

Błąd 1. Marnowanie żywności. Kultura nadmiaru prowadzi nas do marnowania żywności. Kupujemy więcej, niż potrzeba, nie wykorzystujemy resztek, wyrzucamy. Pomimo iż, ceny żywności są obecnie niewysokie (na 1 kg mięsa nawet zatrudniony za minimalną pracuje poniżej godziny), pękające w szwach wielkie lodówki, wypełniają produkty, które zamiast trafić do żołądka, wylądują w śmietniku. Jedni marnują więcej, inni mniej. Natomiast w Polsce gospodarstwa domowe marnują rocznie 3 mln ton jedzenia (kolejne 2 mln przepadają na innych etapach łańcucha dostaw). 3 mln ton/36 mln ludzi to ok. 83 kg na osobę rocznie, 7 kg miesięcznie, aż niewiarygodne. Na pierwszych miejscach znajdują się:pieczywo, owoce i warzywa, wędliny i mięso. Jeżeli kg produkty kosztuje (optymistycznie) przeciętnie 10 zł, obliczenia będą proste: 83 kg x 10 =830 zł. Tyle możemy zaoszczędzić jeśli łapiemy się w średniej.

Błąd 2. Jeżdżenie wszędzie samochodem. Jak wiecie, lubię auta, ale obserwując świat dostrzegam nadużywanie korzystania z samochodu. Przy ładnej pogodzie (czyli co najmniej 180 dni w roku) można poruszać się piechotą, rowerem, hulajnogą elektryczną. Tymczasem mnóstwo ludzi w moim otoczeniu wybiera samochód. Koszt to nie tylko paliwo (o czym wielu zapomina), a le także: bilety parkingowe, dodatkowe przeglądy naprawy. Znowu posłużę się pewną anegdotą. Pracowałem kiedyś z koleżanką, wychowaną w duchu „moje auto świadczy o mnie”. Dostawała niską pensję (odpowiednik dzisiejszego 4k/rękę w sporym mieście), spłacała kredyt hipoteczny i utrzymywała 3-4 letni samochód, codziennie dojeżdżając nim do pracy. Oczywiście, wóz był oszczędny, ale nawet mały diesel pali „na zimnym” na pierwszych 3 km 6-7 l/100 km. Trasa liczyła 4.5 km. Sprawny piechur przejdzie ją w 50 minut, dla rowerzysty (hulajnogisty) wystarczy 15 minut. I kiedy już wiemy, mamy prosty rachunek:

  • koszt dojazdu (wg dzisiejszej wartości) – 22 dni w miesiącu x 9 km (bo trzeba wrócić) = 198 km. Przy zużyciu paliwa 6 l/100 km =ca. 72 zł/m-c. Ale to nie wszystko. Trzeba było kupić abonament parkingowy: 300 zł. Razem mamy 372 zł. Do tego rata kredytu na auto (znowu dzisiejsze ceny – na dojazd do sklepu wystarczyłoby małe 10-letnie toczydełko, więc liczę od 30k), brała na 5 lat (odsetki 10% rocznie) – ok. 200 zł/m-c (na początku więcej, potem mniej, ale uśredniam. I już mamy 572 zł/m-c – ok. 15% pensji. W tamtym czasie wyglądało to jeszcze gorzej. Paliwo było niewiele tańsze, odsetki podobne (tylko od mniejszej kwoty) w sumie dojazdy kosztowały ok. 400 zł przy pensji ca. 2200 zł. Mówimy o blisko 20% pensji.

A praca to tylko wierzchołek góry lodowej. Znam ludzi, którzy jeżdżą wielkim vanem do piekarni po bułki na dystansie 500m. Mieszkańców wielkich miast, płacących 500 zł za garaż, żeby mieć gdzie zaparkować (albo wykupujący po 2-3 miejsca parkingowe na rodzinę, w cenie 50k każde). Biorących SUV-a w leasing i płacących 2000 zł/m-c, a potem nie wykupujących auta (bo w „leasingu małych rat” takie działanie się nie opłaci). Każda z takich decyzji kosztuje. I to sporo.

Błąd 3. Wydawanie na przedmioty zbytku. Jak napisał kiedyś Thomas Stanley w książce „Nie zgrywaj milionera….” zegarek Casio za 20 dolarów, pokazuje czas tak samo dobrze jak Rolex” (za 10.000 dolarów) . Wiadomo, w pewnych kręgach zwyczajnie nie wypada przyjść w Casio. Ale nie oszukujmy się, istnieje jeszcze wiele modeli pośrednich, a zegarek to tylko przykład. Mamy jeszcze smartfony (po co komu składany model Samsunga?) za 10k, 70 calowe telewizory, komputery biurowe za 15k? Osobiście większość pracy (i ten wpis) wykonuję za pomocą zestawu: Mac mini m4 (cena 2600 zł +600 zł za akcesoria) + 8 letni telewizor LG 32 cale + 5-letni GalaxyNote20. Tylko Mac jest nowy, bo padła bateria w 10-letnim Macbook-u Pro. Do moich zastosowań spokojnie starczy podstawowa M4, nie potrzebuję 64GB pamięci, M4 pro i 1TB dysku. Dlatego zostawiłem w kieszeni 7500 zł, plus 6k za monitor i 8k za najnowszego Iphone-a.

O jakich jeszcze przedmiotach piszę? Dresach za 20k (serio, mam przyjaciółkę, kupującej takie cuda ze znaczkiem), garniturach za podobną sumę, wyposażeniu auta (ciekawy kolor z dopłatą 6k). O tych wszystkich elektronicznych, przepłaconych za logo gadżetach. Oceniam, że nawet w przypadku ubogich (chłopak podejmujący pierwszą pracę i biorący kredyt na telefon za 8k) takie zjawisko występuje. A z pewnością u średniaków. Koszt? Z pewnością nie mniejszy niż 10-15% dochodu.

Patrząc na te 3 pozycję jestem w stanie ocenić, że łącznie potrafią pochłonąć 30% dochodu ludzi nawet całkiem przeciętnych, a 10% to minimum. Tak się składa, że odkładając 10% możesz sporo zmienić (np. 2% pensji netto by dostać dodatkową emeryturę z PPK). Do przemyślenia.

O wykluczeniu komunikacyjnym. Dlaczego nie tylko na wsi warto mieć samochód.

Kiedy patrzę na „moją” wieś z bliskim (od 1.5 do 2.5 km) dworcem PKP, z którego co godzinę odjeżdża pociąg do miasta wojewódzkiego, problem wydaje się nie istnieć. Zwłaszcza dla kogoś, kto zrobił prawo jazdy i kupił auto. 2.5 km pokonuję w:

  • 30 minut idąc piechotą,
  • 7 minut rowerem lub elektryczną hulajnogą,
  • 5 minut autem.

A z dworca już prosto:

  • w 10 minut do miasta gminnego elektrycznym busem,
  • w 10 minut do powiatowego pociągiem,
  • 20-30 minut do stolicy województwa koleją.

Super to wygląda w lecie. Bo wyobraźcie sobie hulajnogę elektryczną w listopadzie lub lutym. Już na dworzec dojeżdżałbym brudny. Stąd potrzeba własnego samochodu. A znam znacznie gorsze miejsca. Wystarczy sąsiednia miejscowość – na granicy gmin. Autobus 3 razy dziennie, tylko na dystansie 5 km (bez przesiadki). Do dworca PKP 5 km i żadnego transportu publicznego. Co robić? Kupuje się auto.

Generalnie w Polsce mamy zasadę – lepszy transport zorganizowany (bus, pociąg) działa w miejscowościach turystycznych. Ale nadal jest sporo wolniejszy niż własny samochód, bo trzeba jeszcze dotrzeć na przystanek. W takim „moim miejscu w górach” – powiat 40 km – jadą busy co godzinę, województwo (bardzo duże miasto) co 2 h. Super. Tylko miasteczko gminne tak rozciągnięto, że mieszkający na skraju, żeby dotrzeć na najbliższy przystanek, muszą przebyć 4 km, z tego 1 km po błotnistej górskiej ścieżce. Zamieszkali bliżej centrum – już nie. Osiedle bloków, 20 lat temu zlikwidowali busa, który tam się zatrzymywał, teraz po powrocie 500 m ostro pod górę (chociaż po chodniku).

Ale wystarczy mieszkać w okolicach Warszawy, albo w jej granicach. Białołęka-Mordor – 1,5 h komunikacją miejską i na nogach w godzinach szczytu. Piaseczno – podobnie. W zasadzie tylko bliskość metra, kolejki miejskiej lub tramwaju nas ratuje.

Teraz czas na opowieść o skutkach takiego stanu rzeczy.

Pierwszy – trudność podjęcia nauki przez „wykluczonych”. Dojechać na zajęcia bez samochodu – dłużej o 20-40 minut, jeśli mieszkamy w promieniu 30 km od miasta akademickiego.

Drugi – drastyczne wydłużenie czasu przeznaczonego na pracę – z 9 h (8h w i 1 h na dojazdy mieszczucha) do 10 h, a w przypadku pracowników fizycznych nawet 11-12h (dochodzi jeszcze czas na mycie, przebranie się, no i rozkład jazdy bywa gorszy dla trzeciej zmiany).

Trzeci – zagęszczenie ruchu samochodowego. Skoro większość dojeżdża swoim, powstają korki. No i stąd podane czasy. W mieście prędkość średnia 20 km/h uchodzi za normę, w korku 5-10 km/h.

Czwarty – parkingi. Żeby pojawić się w pracy (1,7 km od mojego domu w mieście) rano mam 3 opcje:

  • wyjść pół godziny przed pracą i dojść na piechotę,
  • tak samo, ale znaleźć miejsce parkingowe i spokojnie sobie czekać przez 20 minut na początek roboty,
  • 5 minut do przystanku, 10 minut autobusem i 5 minut do biura. Jeśli dodam godziny odjazdu – zyskam 5 minut. Bez sensu. Dlatego chodzę. Natomiast mając 3 razy większy dystans byłbym skazany na auto lub autobus.

A gdybym jeszcze rozwoził dzieci do szkoły? Autobusem bankowo dodajmy 40 minut. I robi się te 1h 40 minut dziennie, od wyjścia z domu do powrotu z pracy 9h 40 minut. W naszym świecie auto upraszcza życie nawet w mieście.

Wolność ma swoją cenę. Ucieczka z miasta na wieś.

Dzisiaj przemyślenia dotyczące miksu: 6-tygodniowego urlopu z wiejskim stylem życia. Zamierzam opisać negatywne, głównie pozafinansowe aspekty przenosin na wieś.

O plusach wypaliłem już masę pikseli na monitorze. Wiecie, że zdecydowałem się na mieszkanie w starym domu na wsi. Natomiast nie sposób nie dostrzec wad, w stosunku do miasta. I właśnie na nich dzisiaj się skupiam.

Na wsi zawsze jest coś do zrobienia. Od wyczyszczenia rynny (każdy) do dwukrotnego w ciągu dnia obrządzenia zwierząt (niektórzy). A w środku: koszenie, plewienie, sadzenie, sianie, podlewanie, naprawa ławki, walka z szambem, tworzenie planów awaryjnych. Negatywne skutki widzę dwa: czas i pieniądze. Czasami dochodzi jeszcze subiektywny element – niechęć do takich prac.

Z czasem jest prosto. Czyszczenie rynny to zadanie na pół soboty. Koszenie – podobnie. Własne warzywa – 3-4 godziny tygodniowo w sezonie. Zwierzęta gospodarskie – 1-2 godziny dziennie (w opcji: 10 kur, 3 kozy, a nie 100 świń). Odśnieżanie podjazdu – od 10 minut do 3 godzin. Nic dziwnego, że dzisiaj na wsi została 1/3 społeczeństwa, a z rolnictwa utrzymuje się 10%. Przy czym mieszcząc się w tych 23% nierolników (1/3-10%) ze wsi, gwarantujemy sobie zajęcie na 5-6 godzin tygodniowo. Spokojnie do pogodzenia z zawodem. Dla niektórych zapalonych mieszczuchów – i to za dużo. Jeśli ktoś boi się ciemności, kosiarki, drabiny i komarów – lepiej niech zostanie na bruku.

A pieniądze? Tu mamy spory rozstrzał. W wersji „samowystarczalność” wydajemy sporo mniej niż w mieście, ale w inny sposób. Zamiast na nowe lakierki, 500 zł idzie na grabie, widły i siekierę. 1000 zł na weekend w SPA zamienia się na 6-metrową drabinę. Itp. itd. Kto nic nie potrafi zrobić sam – płaci sporo więcej. Naprawa dachu, rynien, zrobienie ogrodu, położenie kostki, każda z tych rzeczy może kosztować tanio, jeśli liczymy tylko materiały i bardzo drogo (równowartość 10-letniego czynszu), gdy trzeba zapłacić fachowcom. A DIY wymaga czasu. Wracamy powyżej.

Na wsi liczą się specyficzne kontakty. Nieco inne niż w mieście, ale jednak. Jeśli źle potraktujemy szambiarza, dekarza czy kogoś kto kosi nasz ogródek, dostaniemy jasny komunikat zwrotny. W wersji eleganckiej – następnym razem nie znajdzie dla nas czasu. W zwyczajnej – zetnie się z nami. Dla kogoś przyzwyczajonego do poprawności korporacji, takie bezpośrednie reakcje potrafią wywołać szok. Żeby ich uniknąć w 90% wystarczy być miłym. I raczej słuchać niż mówić. A jeśli usłyszymy odmowę? W mieście bierzemy następny telefon. Na wsi, np. w sytuacji awarii pieca c.o.. dobre kontakty to być albo nie być. I warto o tym pamiętać.

Wiejskie świry są świrami do kwadratu. `I nie da się ich uniknąć. W mieście, jeżeli żyjemy w bańce miłego osiedla, skrajnych świrów nie spotykamy. Ja mam np. dwóch lekkich postrzeleńców w sąsiedztwie, ale nieszkodliwych. Jeden – straszliwy gaduła-weredyk, drugi dorosły chłop mieszkający z mamusią. Taki folklor. Na wsi świr, inaczej bzik, wygląda inaczej. Regularny, agresywny, niekontrolujący emocji, wariat. Gania z siekierą, zaczepia ludzi. I możemy go spotkać codziennie. Może podpalić dom („puścić czerwonego kura”), w domu trzyma samopały. Lepiej zejść mu z drogi, bo to zupełnie inna kategoria. Podobnych spotkamy w mieście tylko w tzw. złych dzielnicach. W praktyce klasy średniej – nigdy.

Wieś wymaga pokory. Padający śnieg, wyłączenia prądu, własne szambo, ziemia. Wszystko uczy nas pokory. Nic nie da się zrobić na zapas. Nie możemy także nic nie robić. Piękne tulipany zje nornica, pod dachem zamieszka kuna, jastrząb porwie królika, a w zimie zasypie nas do połowy drzwi. Taki wiejski life. Kto chce, już natychmiast, szybko…. szybko się wykończy. Psychicznie. Trzeba zredukować do dwójki i spokojnie iść do przodu. Nie każdy lubi, nie każdy potrafi.

Na wsi miejskie umiejętności okazują się nieprzydatne. Zdolność do wykonania prezentacji – bez sensu. Umiejętność szybkiego czytania – zbędna. Języki obce – a po co to. Nikogo nie interesuje wiedza jak ugotować wegański obiad. Triathlon – szaleństwo. Co więcej, chwaląc się nimi zyskujemy łatkę dziwaka.

Co innego, gdybyśmy umieli naprawiać silniki diesla, piłować drewno na czas, wędzić kiełbasy, wtedy jesteśmy na miejscu.

A i nam samym bardziej pomogą: szybkie odśnieżanie, patent hydraulika itd. Typowy mieszczuch zazwyczaj tego nie wie. I popełnia kosztowne błędy.

Na wsi trzeba wiejskiego stylu życia. A on sprowadza się do wiejskiego small talku (czyli nie o najnowszej premierze Opery Warszawskiej, lecz cenach skupu pszenicy), słuchania odpowiedniej muzyki (i nie jest to ani Kwiat Jabłoni, ani Dawid Podsiadło), spędzania wolnego czasu (ogród, grill, jezioro), a nawet właściwej rasy psa (i nie mówmy „owczarek niemiecki” lecz wilczur, buldog francuski odpada). `Nie wierzysz? To pojedź na najbliższe targowisko i posłuchaj rozmów, zobacz kto występuje na dożynkach itp.

Styl życia to też odpowiednie wybory. Od auta (pickup, VW, Audi), do stroju (roboczy, dżinsy to elegancja). Sam widziałem idących do kościoła chłopaków w sportowych butach (białe Nike) do garnituru. Na żadnym facecie nie zrobi wrażenia dobór paska do butów, ani wina do potrawy, podstawowa umiejętność korposzczura.

I znowu, dzielę się własnymi doświadczeniami. Wzbudziłem podziw wiejskiej młodzieży, ze swadą wyliczając zalety różnych silników do kosiarek, a zdziwienie analizą twórczości Słowackiego (Kordian = wokalista disco polo). Ponieważ nie mam kija w tyłku, więcej błędu nie zrobiłem i skupiam się raczej na przewagach Loncina nad Hondą, a „Beniowskiego” i „Króla-Ducha” zostawiam na inne okazje. I tak musi pozostać. Teraz nawet upodobania muzyczne (Chopin, a nie Czajkowski) sprzedaję opowieściami o rosochatej mazowieckiej wierzbie, między innymi dlatego, że o rosyjskim kompozytorze-romantyku, nikt nie słyszał, a moi rozmówcy nie wiedzą co to rubato czy maestoso. I powiedzmy szczerze – świetnie sobie bez tej wiedzy radzą, ponieważ jest im doskonale zbędna.

Warto mieć tego świadomość. I płacić cenę, bo jest tego warta.

Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?