Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 7 – Oszczędny Milioner

Czy da się zorganizować dziecku wakacje za 3000 zł/rok?

We wpisie o realnych kosztach posiadania dziecka, postawiłem tezę, że faktyczne wydatki na wakacje „małolata” mogą wynieść 3000 zł/rok. Zakwestionował je Bartek, podając koszty wielokrotnie wyższe.

A zatem, co składa się na wakacje nastolatka:

  • ferie – 1500 zł,
  • wyjazd z rodzicami w lecie – 1500 zł.

Mało? Warto uświadomić sobie, że ok. połowy Polaków nie wyjeżdża na ani jeden wyjazd wakacyjny. Jedna z moich klientek, nauczycielka w wiejskiej szkole, potwierdza tę prawidłowość (tam 70% dzieci nie wyjeżdża nigdzie). Na drugim biegunie znajduje się wielkomiejska klasa średnia, zaliczająca 5-10 rocznych wyjazdów (ferie, weekend majowy, czerwowy, sierpniowy, listopadowy, dłuższy urlop, sylwestrowo-noworoczny i już mamy 8 szt.). Czy wszyscy są ich w stanie naśladować? Oczywiście – nie. Część trzymają na miejscu obowiązki, niektórzy nie lubią, inni nigdy nie zasmakowali).

Wróćmy jednak do wakacji i ferii.

Da się je ogarnąć dziecku w wersji budżetowej. W jednym z komentarzy opisywałem agroturystykę:

  • 160 zł/dzień daje nam 1120 zł za 7 dni, czyli zostaje jeszcze coś na drobne atrakcje (np. zwiedzanie),
  • 5-dniowy obóz sportowy mojego syna – 1500 zł (bywają tańsze, gdy klub ma dofinansowanie od miasta),
  • 1100 zł (plus 400 zł na atrakcje) – wylot 5-7 dni last minute,
  • 560 zł – nocleg 1 os./weekend ( nadwyżka nad rodzicami) u moich przyjaciół w górach plus jedzenie jak zwykle z marketu, ale na lody i inne przyjemności trochę grosza zostanie,
  • 560 zł – 7 dni w schronisku górskim (po jedzenie schodzimy i robimy na zewnątrz),
  • symboliczna dopłata – wakacje na własnej działce lub „u babci na wsi”.

Za 1500 zł da się nawet zapewnić „wakacje w siodle”, tylko raczej dla młodzieży (część ceny pokryje osobista praca młodego pokolenia).

Krótko mówiąc – da się, chociaż o nartach, obozie tenisowym, zwiedzaniu Camp Nou raczej myśleć nie można.

I teraz niektórzy zapytają, czy jak tak żyję? Częściowo tak. W tym roku spędziliśmy z dwoma synami wakacje w Macedonii (koszt podałem, wystarczy podzielić na 5). Najmłodszy pojechał jeszcze na obóz sportowy (x2 – ca. 3000 zł), oraz do babci nad jezioro. Do tego 2 razy odwiedził z nami przyjaciół w górach (koszt ok. 300 zł/weekend). Wydałem na niego ok. 2 x więcej niż te 3000 zł, ale nie każde dziecko uprawia sport.

Pomysł na spokojne życie. Pogotowie hydrauliczne. Akt I – zakup elektrożmijki i pierwsza akcja.

Jak wiecie z bloga cały czas kombinuję jak się nie narobić, a zarobić. Dążę do ideału – 4 -godzinnego tygodnia luźnej pracy. A żeby był on realny potrzebne są:

  1. Niewielkie wydatki.
  2. Wysoka stawka godzinowa.
  3. Zawód niestresujący i najlepiej niezależny od koniunktury.

Zwykle piszę o wydatkach – dzisiaj robię wyjątek. Natchnieniem dla mnie były następujące wydarzenia. Dość regularnie zapycha się w moim starym domu jeden z poziomów kanalizacyjnych. Dwa łączą się pod kątem ostrym, gdzieś pod trawnikiem lub chodnikiem. Spadek niewielki, bo ktoś wymyślił łazienkę w piwnicy, czyli pod poziomem gruntu. Teraz łazienka nie działa, ale pion wykorzystuje kuchnia, a w niej zmywarka, czytaj wysokie stężenie tłuszczu w gorącej wodzie, która gwałtownie się ochładza, przechodząc powoli przez rurę o temperaturze 3-5 st. C. Warunki idealne dla zatorów. Do tej pory radziliśmy sobie wzywając pogotowie kanalizacyjne. Raz skasowali nas na 500 zł, raz na 800 zł (z czyszczeniem ciśnieniowym). Potem, gdy tylko zlew bulgotał, żona wlewała jakieś płyny. Aż przestało to pomagać. I cały ten tłuszcz wybijał razem z wodą w łazience, spływając sobie po betonowej posadzce do kratki. W efekcie – dramat. Próbowałem ręczną sprężyną 8mm, ale bezskutecznie. Padł pomysł. – nie będę co pół roku płacił po parę stówek – kupuje elektrożmijkę czyli taką walizkę z silnikiem elektrycznym 20 m grubych sprężyn i różnymi końcówkami. Koszt 5400 zł za sprzęt polskiego producenta wydawał się spory, dopóki nie zobaczyłem cen wiodącej firmy – 13k za taki zestaw. Ponieważ naoglądałem się filmów na YouTube i wiedziałem, że urządzenie wykorzystują profesjonaliści – myślę, tym bardziej ja, amatorsko.

Pierwsza robota u siebie. Zaczynam o 10. Najpierw lektura instrukcji, zniesienie wszystkiego do piwnicy, rozpakowanie, złożenie, podłączenie. Nic nie popsułem – działa. Kręcę godzinę – wyszło trochę tłuszczu i schowała się pierwsza sprężyna (ok. 2 m). Robię przerwę, żeby nie spalić silnika. Druga godzina, zmieniam końcówkę. W pewnym momencie – stop. Silnik pracuje – sprężyna nie kręci się. Z filmików i instrukcji, wiem o co chodzi – końcówka wbiła się w tłuszcz i zablokowała. Wyłączenie i próba wyszarpnięcia. Trzyma. Dopiero po chwili puszcza – całe 10 cm narzędzie nabite białym tłuszczem jak znicz parafiną. Powtórka. Kolejna przerwa na ochłodzenie maszyny. W końcu przebiłem czop. Miał chyba ze 30 cm długości. Woda cofnęła się. Teraz zmiana sprężyny na grubszą i dawaj od nowa. Na koniec poszerzanie otworu i wpuszczenie 4 sprężyn (8m – żeby ew. wyczyścić dalej). Zostało mi jeszcze mycie i sprzątanie.

I pierwsza refleksja. Każdy majster, który przyszedłby do roboty, skląłby mnie od ostatnich. 30 cm zatoru przy średnicy rury 50mm to wiele wpuszczonych zmywarek, aż całkiem się zatkało. Płyn dokończył dzieła, utwardzając i rozlewając tłuszcz w poziomej rurze. A potem wszystko stężało. Zapłaciłbym pewnie z 1000 zł, albo i lepiej (oficjalny cennik przedsiębiorstwa kanalizacyjnego to prawie 3000 zł w tygodniu i jeszcze drożej w weekend), o ile maszyna miałaby odpowiednią moc (moja ma 750W, ale są mniejsze po 450 W) i dałaby radę.

Druga refleksja. Nie święci garnki lepią. Kiedy pierwszy raz posługiwałem się żmijką, mój Tato, inżynier (w dodatku sanitarny) powiedział mi tak: jeśli nie będziesz trzymał dobrze w trakcie kręcenia, załamiesz sprężynę i koniec, do wyrzucenia. Tak działało na ręcznej. Ta profesjonalna ma 16 lub 22 mm średnicy (a nie 8) i pomimo, że obraca ją silnik, załamać się nie da. Do tego instrukcja straszyła – uwaga na odbicia oraz kręcącego się za maszyną węża (sprężyna przechodzi na wylot – wkłada się ją z jednej strony maszyny, a wyjmuje z drugiej). A przede wszystkim nie daj się wciągnąć, bo urwie rękę. Nic złego się nie stało. Sprzęt jest mega bezpieczny, o ile ktoś uważa na BHP.

Refleksja nr 3. Rozmowa z koleżankami i kolegami w pracy – każdy miał taki problem. Fachura przychodził z łaską i brał od 200 zł za proste zatkanie w łazience do 800 zł, gdy trzeba było odtykać domowe przyłącza. Roboty na 15 minut (zlew) albo na 2 godziny. Stawka godzinowa wychodzi niezła – 400 zł. Zero Vatu. Mógłbym robić dg nierejestrowaną na żonę lub syna. Tylko dochodowy (12% plus jakieś koszty). Idealnie. Rachunek wychodzi następujący:

4 godziny x 350 zł (netto) = 1400 zł/tydzień. 2,5 tygodnia x 1400 zł = 3500 zł. Za 10 godzin.

A gdybym chciał na poważnie? Pracować dajmy na to 8 godzin w tygodniu, płacić podatki i zdrowotną. Wtedy z 400 zł robi się 300 zł, ale i wynik inny.

8 godzin x 300 zł x 4 tygodnie =9600 zł. Po co było kończyć studia?

Myślicie, że to drogo? Lokalna firma publikuje cennik: 454 zł za rozpoczęte pół godziny (czyli 908 zł za 35 minut). Plus 160 zł za dojazd. Frezowanie (czyli usuwanie złogów ze ścianek rury) – 1262 zł za godzinę. I sama śmietanka – gdyby usługę wykonali w sobotę/niedzielę lub pomiędzy 22 a 7 – doliczają sobie 50% za każdą godzinę. Krótko mówiąc moja dzisiejsza (sobotnia) robota (3 godziny pracy – nie liczę studzenia sprzętu) – 4.246 zł (908 x 3 x 150% + 160 zł). Jakiś kosmos. Hydraulicy bez faktury i paragonu są tańsi, ale 400 zł za godzinę to taki standard.

Klamka zapadła, w przyszłym tygodniu wieszam ogłoszenia na dwóch sąsiednich osiedlach. Zobaczymy, jaki będzie odzew. Myślę, że spory, bo bloki stare, rury i mieszkańcy dobrze pamiętają Gierka, a fachowców w branży jak na lekarstwo. Nikt nie lubi śmierdzącej, brudnej roboty. Mnie, pomimo 25 lat w biurze, nie przeszkadza.

Czy kredyt hipoteczny na 0,5 mln zł uważam za rozsądny?

Jeśli czytaliście wpis o wywiadzie z wyborcza.biz, pewnie wiecie, do czego nawiązuję. Tak – jeden z blogerów finansowych, zgrabnie połączył „oszczędzanie 70% dochodów” z kredytem na 0,5 mln zł.

W „zwykłym świecie”, poza bańką IT, menedżerów itp. oba te założenia kompletnie się nie spotkają. 0,5 mln kredytu hipotecznego daje nam ratę w okolicach 3.5 tys. zł/m-c. Z czego 90% początkowo stanowić będą odsetki. Gdzie tu oszczędność?

Natomiast da się taki projekt spiąć pod pewnymi warunkami.

Warunek 1. Odpowiednie, czyli b.wysokie dochody. Jeżeli przyjmiemy amerykańskie założenie – rata nie więcej niż 20 % dochodów, mówimy o ludziach zarabiających 17.5 tys. zł netto. Bez znaczenia singiel czy rodzina. Ale mamy jeszcze jeden punkt – oszczędzanie 70% dochodów. I tu nie da się żyć za 10% dochodów (100% – 70% oszczędności – 20% raty = 10%), chyba że zarabiamy (rodzina 2+2 podana przez blogera inwestycyjnego), już nie 17.5k netto , ale 70k netto/m-c (zwłaszcza w dużym mieście). Ile znacie par z dochodem 70k/m-c? Ja, dwie. Żadna z nich nie bierze kredytu na mieszkanie.

Warunek 2. Żadnych innych kredytów/leasingów. Tutaj idziemy prosto, skoro raty nie mogą przekroczyć 20% dochodu, hipotekę musimy połączyć z brakiem innych zobowiązań kredytowo-leasingowych.

Patrząc na liczby (zwłaszcza ten dochód 70k/m-c), osiągamy prostą konkluzję – obu warunków, kredytu 0,5 mln i oszczędności 70% dochodu, przeważająca większość z nas nie osiągnie, albowiem mówimy o 840 tys. zł netto/rok, czyli ponad 1 mln zł brutto. Daninę solidarnościową, liczoną od dochodu 1 mln zł/rok, płaci w Polsce 40.000 osób (dane z 2024 r.). Jak pisałem, wąska bańka.

A gdyby zostać przy samym kredycie 0,5 mln, braku innych zobowiązań i warunku dochodów 17.5k netto? No cóż, wtedy ma to sens, ale znowu, liczba osób/rodzin zarabiających tę sumę (na umowie o pracę ok. 25k brutto). I nadal, pragnąc oszczędzać, muszą pozostać w kręgu ludzi oszczędnych.

Jest jeszcze jedna możliwość. Kredyt będzie brany na nieruchomość inwestycyjną (nie tę w której mieszkamy). Wtedy, przy dochodzie z niej, pokrywającym 80-90% raty, obliczenia wyglądają inaczej. Dokładamy ok. 20%. I mamy spory luz. Ponieważ da się wykonać taki ruch, zarabiając sporo mniej, a nawet całkiem przeciętnie. Tylko trzeba mieć pierwszą nieruchomość. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

W przypadku „przeciętnych” znacznie lepiej sprawdzi się kredyt na kwotę maksymalną ok. 300 tys. zł. Wtedy rata wyniesie 2.100 zł i będzie mogła być pokryta przez dwie osoby o średnich dochodach (ok. 10.500 zł przy zachowaniu proporcji – rata=max.20% dochodu). Singiel, z zarobkami na poziomie 120% średniej krajowej (8000 zł netto) pożyczyć może tylko 200 tys. zł. Wystarczy na mieszkanie/dom w miasteczku powiatowym. Na Warszawę to za mało. Stąd, dla większości ludzi kredyt na 0,5 mln nie stanowi rozsądnej opcji.

Czy stać Cię na niepracowanie?

Od kilku lat na blogu poruszam temat „wcześniejszej emerytury” – takiego pokierowania swoim życiem, aby po 50-tce rzucić robotę. Stosując proste reguły, możemy pokazać, ile trzeba zebrać, aby żyć sobie na luzie, bez konieczności pojawiania się w miejscu zatrudnienia/prowadzenia firmy. A oto spojrzenie z innej perspektywy niż dotychczas – historii emerytów, których miałem okazję poznać.

Założenie 1. Emerytura musi być dożywotnia. Żadnych złotych strzałów przez 10 lat, a potem zęby w ścianę i gryźć tynk. Żyjesz 100 lat, dostajesz wypłaty przez 50 (bo teraz masz 50). Żyjesz 65, aktywa przejmuje rodzina. Efekt – lepiej niż w ZUS-ie. Dlatego przyjmuje dość konserwatywne wskaźniki zwrotu.

Założenie 2. Emerytura, wraz z dochodami musi wystarczać na życie. Dochodzimy do kluczowego parametru – A ile potrzebujesz na życie?

Założenie 3. W wieku „urzędowym” zaczynasz dostawać świadczenie państwowe. Wiadomo, państwowa emerytura też będzie. W moim przypadku – 65 lat.

Teraz, na własnym przykładzie przeprowadzę Was przez doświadczenie wyliczenia własnych potrzeb emerytalnych. I możliwości – także.

W wieku 50 lat, człowiek ma jeszcze pewne koszty związane z rodziną. W moim przypadku będzie to uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej. Gdybym wtedy zdecydował się na zakończenie pracy i przeniesienie na wieś mogę potrzebować (wg cen dzisiejszych). Zakładam też rzucenie pracy przez żonę.

  • Życie (jedzenie, leki, lekarze, kosmetyki, chemia) – 2000 zł, zwłaszcza jeśli sporo żarcia wyprodukuję,
  • Ubranie – 400 zł,
  • Transport (15 tys. km jedno auto elektryczne) – 600 zł,
  • Nauka (jakieś korki i zajęcia dodatkowe, no i szkoła) – 700 zł,
  • Opłaty (woda, śmieci, ścieki, internet, komórki, prąd, opał) – 700 zł,
  • Suma wydatków podstawowych: 4400 zł.

Teraz czas dodać mniej konieczne, takie jak:

  • Ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe – 1200 zł,
  • utrzymanie pozostałych nieruchomości – 200 zł (koszty stałe),
  • fundusz remontowy – 300 zł,
  • wakacje – 500 zł,
  • wymiana auta, rezerwa na większe wydatki – 1000 zł,
  • Suma wydatków emeryta: 7600 zł.

Ustalono – potrzebuję 7600 zł/m-c. Skąd wziąć taką kasę?

Pierwszym źródłem okazuje się wynajęcie domu w mieście – 5000 zł. Drugim – pomoc państwa 800+, świadczenia rodzinne – 950 zł. I już mam 5950 zł. Jeśli dodam do tego odsetki od kapitału wg zasady 4% (dość konserwatywnie) potrzebuję jeszcze oszczędności 495.000 zł. Tak się składa, że nimi dysponuję. A zatem – stać mnie na przejście na emeryturę.

Rzecz jasna, te 495 tys. zł plus dom do wynajmu, wyglądają przerażająco. Da się jeszcze coś urwać.

Po pierwsze – zmniejszając wydatki. Mogę kupić auto, którym przejeżdżę do emerytury, a dopiero, gdy trafi mi się zastrzyk pieniędzy (4000 zł mojego świadczenia i 1600 zł minimalnego – żony) dokonywać wymian. Do jej emerytury mam tylko 11 lat, mogę zrezygnować z płatnych wakacji, kupować skromniejsze prezenty, mniej wydać na życie i zejść tym sposobem do 6800 zł. Ba, w ekstremalnej sytuacji do 5000 zł. Wtedy starcza mi sam dom oraz pomoc państwa. A może nawet nie dom, a lepsze mieszkanie na wynajem.

Po drugie – próbując coś dorobić. Bez szaleństwa, ot tyle, żeby całkiem się nie lenić – 1000 zł/głowę. Wtedy z pomocą państwa mamy już 2950 zł przy małżeństwie emerytów (i nie potrzebujemy oszczędności).

Po trzecie – wyciągnąć rękę do państwa i pracodawcy. Zasiłek dla bezrobotnych 1500 zł. Jakieś chorobowe, rehabilitacyjne, renta – kilka tysięcy. Już z tego da się wyżyć przez jakiś czas (6m L4, 3m odprawy, 1 rok rehabilitacyjnego 6m zasiłku dla bezrobotnych – razem 2 lata i 3 miesiące).

Po czwarte – maksymalizować inwestycje. Dlaczego 4%, skoro można mieć 8%? Wtedy sprzedając dom za 1 mln, uzyskuje 6500 zł odsetek miesięcznie. Znowu – z pomocą państwa starczy do „prawdziwej emerytury”.

Po piąte – po co w Polsce? Czytałem ostatnio artykuł o „tajskiej emeryturze”. Para żyje tam za 4000 zł, dziecko chodzi do lokalnej szkoły, fajny klimat, ciepło. Oczywiście, inna kultura i zasady, to trzeba lubić.

Po szóste – połączmy wszystko razem. Mamy dom w mieście za 1 mln, sprzedajemy go (w Warszawie 1mln = 2-3 pokojowe mieszkanie).. Za 300 tys. zł kupujemy dom na wsi z kawałkiem pola. Zostaje nam 700 tys. zł. Spokojnie starczy (my akurat taki dom mamy, nie musimy).

Albo wersja alternatywna. Nie mamy nic poza domkiem na wsi. Wybieramy wersję: świadczenia plus drobne prace, a przy okazji minimalizujemy koszty. Jedzenie produkujemy (1000 zł na życie), ubieramy się w ciuchlandach (300 zł/3 osoby), palimy zrębką, produkujemy prąd, wodę czerpiemy ze studni, a ścieki przepuszczamy przez przydomową oczyszczalnię, mamy 1 telefon komórkowy plus internet. Na dach nad głową wydajemy 600 zł, szkoła kosztuje nas 100 zł/m-c, a transport 300 zł. Tym sposobem damy radę żyć za 2300 zł. Jeśli dodamy jakieś prezenty, poduszki bezpieczeństwa – 1200 zł. Wystarczy nam 3500 zł. Dostajemy 1300 zł świadczeń (wtedy łapiemy się na wszystkie dodatki – mieszkaniowe, energetyczne, rodzinne, 800+), pracujemy po 20 godzin/m-c i wychodzimy na swoje. Dlatego generalnie wielu ludzi stać na niepracowanie (albo pracowanie po 5 godzin/tydzień), ale boją się zmian, lub nie chcą radykalnie obniżać standardu życia. I o tym pisali już Bartek i Marek – klasa średnia nie lubi ekstremów, nie chce obniżać swojego standardu życia (czytaj: żyć jak klasa niższa), broni habitusu, a z nim tzw. must have. Dlatego tak niewielu przechodzi na emeryturę po 50-tce.

Jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? Odpowiadam za premiera Tuska.

W tym tygodniu na spotkaniu premiera Donalda Tuska, młode aktywistki zrobiły dym, ale przy okazji zadały tytułowe pytanie. Premier wyraził przekonanie, że będzie lepiej, a przez dwa lata nic się nie pogorszyło. Wiadomo, wiec rządzi się swoimi prawami. Czas jednak odpowiedzieć konkretnie na bolączki młodych, bo problem jest realny.

Pełne pytanie.

„Mam 30 lat i minimalne szanse na własne mieszkanie. Być może nie będę mieć męża, z którym będę mogła dzielić kredyt. Nie wiem, czy będę mogła mieć dziecko, bo nie wiem, czy będzie mnie na nie stać. 

– Wiele razy powtórzył pan, że Polska jest dwudziestą gospodarką na świecie. To chcę zapytać, jak to jest, że w tej dwudziestej gospodarce na świecie młodym ludziom, takim jak my, nie starcza do pierwszego? – pytała.”

Kto pytał? Aktywistki klimatyczne – w wieku od 24 lat (Dominika Lasota, ona akurat ma stronę w Wikipedii) do ok. 30 lat.

Pełna odpowiedź oszczędnego milionera:

Powody są trzy: matematyka, polityka prezesa NBP – „leśnego dziadka” Glapińskiego, brak edukacji finansowej. Zacznijmy od pierwszego.

Matematyka czyli dlaczego 30-latka nie ma własnego mieszkania. Odpowiedź znajduje się w tekstach bloga (którego p. Lasota i jej koleżanki z pewnością nie czytały) oraz na lekcji matematyki. Już tłumaczę. Nie znam pytającej, ale odnosząc się do młodego pokolenia (oraz dostępnych informacji o pani Lasocie) zakładam, że:

  1. Miejscem zamieszkania jest pewnie Warszawa lub inne duże miasto (p. Lasota pochodzi z Bydgoszczy a urzęduje w stolicy).
  2. Rodzice nie wyciągną ze słoika 500k.

Krótko mówiąc, sytuacja wielu znajomych moich dzieci (p. Lasota rocznik 2001 jest rówieśniczką najstarszego syna). I teraz, znając te założenia, mogę powiedzieć, że:

  1. Cena mieszkania 500-600k (plus coś na koszty), w przypadku kawalerki może 400-450k.
  2. Skończone studia w wieku 22-24 lata.
  3. Ilość lat pracy do 30-tki – 6-8.
  4. Zarobki młodego pracownika – 4.5k netto.
  5. Obecne koszty życia z wynajmem mieszkania we trójkę – 3k.
  6. Możliwe oszczędności 1,5k/m-c i 18k/rok.

I teraz czas na matematykę. Odkładając 18k/rok uzyskujemy przez 6 lat ok. 108k, a przez 8 lat ok. 144k. Załóżmy, że oszczędności profitują 6%, a mieszkania podrożały za rządów PiS 2-krotnie (też pisałem wiele razy), więc ze zbieraniem może być trudno, ale zostawmy tę zmienną na boku.

Nasza aktywistka musiałaby pożyczyć ok. 450k na mieszkanie 2-pokojowe, przeznaczając część gotówki na meble, opłaty notarialne itp. (110 k wkład własny, 34 k pozostałe opłaty i umeblowanie).

Rata, w takim układzie, wyniosłaby ok. 3100 zł.

Pojawia się więc pytanie, który bank pożyczy, osobie samotnej, przy założeniu: kredyt 450k, singiel, pensja 4500 zł, rata 3100 zł? Żaden.

Maksymalna zdolność kredytowa takiej osoby wynosi ok. 300k. A przypomnijmy, nie jest w stanie więcej odłożyć (max 144k), ani kupić mieszkania za 400k, chyba że będzie to mikokawalerka (czyli lokal użytkowy). Matematyka nie kłamie. Dwie strony równania nie mogą się spotkać. I tu dochodzimy do punktu 2.

Glapa et consortes. Generalnie polityka finansowo-pieniężna PiS. Przypomnijmy – doprowadziła do 100% wzrostu cen mieszkań, na przestrzeni 8 lat, ogromnej inflacji. Obecnie Glapa sztucznie utrzymuje wysokie stopy procentowe, przez co kredyty są praktycznie najdroższe w UE (wyprzedzają nas tylko Węgry). Pozwala się bankom na harce. Dane macie tutaj: https://www.money.pl/gospodarka/polskie-kredyty-hipoteczne-wsrod-najdrozszych-w-ue-polak-nie-ma-wyboru-7206583535151872a.html Skutek? Niższa zdolność kredytowa i wyższe raty. Młodzi – podziękujcie Glapie i jego mocodawcom. Gdyby nie oni, rata nie wynosiłaby 3100 zł lecz 1500 zł (niższe ceny i oprocentowanie jednocześnie).

Gdyby utrzymała się tendencja europejska (i wejście do strefy EURO), nasz młody singiel miałby zdolność kredytową na 450k (+50%). Forowanie różnych programów „Deweloper na swoim” dało gigantyczny wzrost cen, no i właśnie rozjechanie się zdolności oraz cen.

To NBP, bankster Morawiecki doprowadzili do pompowania marży przez banki, drogich obligacji (które opłacają się rentierom, a nie młodym singlom). Projekty rozdawnictwa pieniędzy podniosły inflację, a teraz Glapa planowo sypie piasek w tryby. To nie wina Tuska, on za bardzo nie ma pola manewru.

Glapa zarżnął też program „Mieszkanie+”. Teraz, te budowane na kredyt, lokale uzyskały (w związku z oprocentowaniem) czynsz bliski rynkowemu. No i ludzie znaleźli się w kropce, zwłaszcza jeśli, jak donosiły media płacą 3k w Radomiu i 4k w Krakowie.

Brak edukacji finansowej. Gdyby szkoła, zamiast wymagać wzorów skróconego mnożenia, uczyła rzeczy potrzebnych, całe dwa powyższe punkty nie byłyby potrzebne, a „uzdrowiciele” i „geniusze finansowi” nie mieliby poparcia pow. 50% ludzi (i sporego wśród młodych).

Co jeszcze pokazałaby taka edukacja? Że całe pytanie jest źle postawione. Ponieważ praktycznie w żadnym kraju z 20-tki najbogatszych przeciętny 20-30 latek nie jest w stanie kupić sobie mieszkania w stolicy. Słowami-kluczami są tu „przeciętny” i „stolica”.

Dlatego pretensje do premiera błędnie zaadresowano. Edukacja finansowa, pokazałaby jednocześnie wszystkim 20-30-latkom (a nie tylko tym najgłośniej krzyczącym), że istnieje szereg sposobów, aby ten własny kąt jednak zdobyć:

  1. Odsunięcie się od stolicy. Łuków z ceną 250k za 2-3 pokoje, pozwala zarabiającej i oszczędzającej 30-latce na kredyt. Potrzebuje 130k kredytu, a zdolności ma na więcej.
  2. Pomoc rodziców. Nie mówię tu o zakupie mieszkania w centrum Warszawy, ale wkładzie na poziomie 150k. Co da edukacja? Moje pokolenie nie wiedziało jak i po co zbierać na mieszkanie dla dziecka i większość nie zbierała. Teraz mamy efekty zachłyśnięcia się konsumpcją. Rodzicie mogliby też „podzielić się zdolnością”, no ale już nie każdy chce (albo sam ma jeszcze niespłacony kredyt). Trzeba trąbić – ile kosztuje 30-letnia spłata versus nadpłata i skrócenie okresu do 15 lat (a wtedy 50-latkowie mają czyste hipoteki).
  3. Kasy mieszkaniowe. Dzięki kasie mieszkaniowej kupiłem pierwsze mieszkanie. Preferencja podatkowa, niezłe oprocentowanie, premia, niskie oprocentowanie kredytu. Uczy i zachęca młodych do oszczędności. Teraz mało popularne, mimo że przepisy nadal istnieje. Poświęcę im odrębny wpis.
  4. Szukanie okazji. Pisałem o tym kilka razy. Zakup starego domu i podział go na mieszkania, przebudowa lokali użytkowych, remont starych kamienic, adaptacja poddaszy. Tu trzeba trochę pracy własnej i kombinacji. Nie wystarczy krzyczeć „premierze daj”.

Na koniec problem „nie starcza do pierwszego”. To kłamstwo i piszę o tym z całą odpowiedzialnością. Mój syn, nauczony oszczędności w domu, za mniejszą kwotę we Wrocławiu:

  1. Wynajmuje z dziewczyną mieszkanie (2.4 k + opłaty – w sumie 3k, po 1.5k na głowę).
  2. Utrzymuje się (od mam młodzi dostaną słoiki).
  3. Jeździ małym autem.

Pisałem wielokrotnie – przy cenie w dużym mieście 1.5k za pokój, da się spokojnie żyć z pensji ok. 4-4.5k. Takie dochody uzyskuje większość pracujących dwudziestolatków. Kumple moich synów dostają od rodziców po 1000 zł, resztę muszą dorobić. I dorabiają: Bolt, gastro, sklepy, stypendia naukowe, jakieś prace przy social mediach.

Dlaczego więc aktywistki nie dają rady? Może nie pracują (bo aktywizm to nie praca), albo tylko na pół etatu? To już nie jest problem premiera. Natomiast, gdyby nie działał w trybie wiecowym, zadałby proste pytanie: Gdzie Pani pracuje? Ile zarabia? A potem wytłumaczył jej zależność: pieniądze/praca i jak konstruować budżet. Bo nie każdy ma zamożnych rodziców i odebrał odpowiednią edukację.

Warto te prawdy uświadamiać rządzącym i młodym.

Klasa średnia w małym mieście.

Ekonomiczne podejście do podziału klasowego koncentruje się na kwestii dochodu. Ponieważ dane statystyczne stały się coraz bardziej szczegółowe i dostępne, naukowcy sformułowali nową definicję: do klasy średniej zaliczamy osoby, których dochód netto kształtuje się na poziomie od 0,75 mediany do dwukrotności mediany dochodu w ich gminie. Jeszcze inny wzór, zaprezentowany w artykule https://businessinsider.com.pl/finanse/oto-prog-wstepu-do-zarobkowej-klasy-sredniej-sprawdz-czy-sie-lapiesz-kwoty/b5pp8gy , polega na uwzględnieniu liczby członków rodziny, podstawiamy wtedy do wzoru:

dochód rodziny netto/ pierwiastek kwadratowy z liczby członków rodziny. I dopiero tę wartość porównujemy. Ma to sens. Na podstawie takiego założenia BI obliczył kryteria klasy średniej w zależności od liczby osób w rodzinie. Co im wyszło?

Otóż w takiej Warszawie, DINKS (bezdzietna para) musi zarobić minimum 8017 zł, żeby znaleźć się w klasie średniej, a do wyższej wejdzie z dochodem ok. 15k. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w takim Łukowie – tu para może zarabiać sporo mniej – 5494 zł. W „mojej” gminie (tam mam działkę) wystarczy 5678 zł. W ten sposób możemy podróżować do klasy średniej (lub wyższej) przenosząc się, tam gdzie biedniej. Np. moja rodzina (4 os. na utrzymaniu) byłaby klasie średniej w Nałęczowie (7949 zł) , wyłącznie na mojej jednej pensji, a w Lublinie już nie (próg 8800 zł). Znajdę oczywiście jeszcze biedniejsze tereny – w takim Kozłowie (k.Olsztynka) wystarczyłoby nam 6636 zł. Jaki z tego wniosek?

Ano, moja teoria o sensie przenosin do niewielkiego miasta ma sens. Na potwierdzenie Onet.pl opisał „klasę średnią w małych miejscowościach” (https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/czy-4000-zl-wystarczy-by-nalezec-do-klasy-sredniej-sprawdz-co-mowia-polacy/jk9l6qv,2b83378a) czyli popytał ludzi z niewielkich gmin o ich siłę nabywczą. Bohaterami byli: singiel z Krokowej (wystarczający dochód 3768 zł), para spod Augustowa (gmina Raczki 5674 zł dla DINKS), oraz samotna matka jednego dziecka spod Pieniężna (5672 zł dla dwóch osób). Z perspektywy Wielkiej Piątki (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto), taki dochód wydaje się śmieszny, a w małym mieście osoby otrzymujące niewiele więcej (samotna matka nieco ponad 6k), żyją sobie przyzwoicie. Co o tym decyduje:

  1. Brak kredytów.
  2. Niewiele miejsc, w których wydaje się kasę.
  3. Lokalny styl życia nastawiony na gromadzenie oszczędności.

Hołdując tym trzem zasadom: zero kredytów (albo wyłącznie na inwestycje), nieodwiedzanie drogich lokali/sklepów oraz codziennej oszczędności jesteśmy w stanie prowadzić satysfakcjonujące życie, nie szarpiąc się zbytnio.

I znowu warto szerzej opisać każdy punkt z listy.

Brak kredytów. Jak się okazuje, w mniejszych miejscowościach ludzie kupują za gotówkę, dostają od rodziny lub dziedziczą. Takie możliwości dają im: niższe ceny zakupu (dom w Raczkach wyjdzie taniej niż kawalerka w Warszawie), budowy (ekipy mają niższe stawki), oraz metoda DIY (sporo robi się samodzielnie). Odpada grunt (często darowany przez rodzinę, w Wawie – tysiące zł/m2), nie ma dewelopera, który bierze 30% zysku itp. Rozglądam się po mojej wsi – tu domy powstają latami (nie w pół roku), a budowlańcami są inwestor, szwagier i sąsiedzi. Część pracuje za grosze (bez podatku), inni „na odrobek” (dzisiaj ja tobie, jutro ty mi). I ten system sprawdza się doskonale. A przede wszystkim pozwala uniknąć pętli z banku. Nawet zarabiający z żoną korposzczur ze stolicy, z pensją łączną 30k nie może sobie pozwolić na dom za 3 mln gotówką, a na pewno nie w wieku 35 lat. Co więcej, z pewnością nie dostanie działki od rodziców, bo ci mieszkają pod Bielskiem Podlaskim. Proste. Bierze więc kredyt i pomniejsza swój budżet wydatkowy o grube tysiące (przy 2,4 mln kredytu, 600k pierwszej wpłaty – rata ok. 17 tys. zł).

Podobnie z samochodem. Młody chłopak spod Siemiatycz nie kupił sobie nowej Audicy za 200k (czyli 3000 zł raty leasingowej) i drugie tyle SUVik dla żony (a 200k starczy ledwo na Q3). Nie, on sprowadził od Niemca albo Holendra 8-letniego Passata za 40k. I zapłacił oszczędnościami. W efekcie „Warsiawiak” ma 35k-17k-2x3k czyli 12k, a nasz bohater „klasy średniej z małego miasta” – 6k.

I co z tego, skoro dochodzi punkt drugi.

Niewiele miejsc, gdzie wydaje się kasę. Na wsi i miasteczkach nie ma: drogich restauracji (albo nie ma ich w ogóle), galerii, salonów SPA, kosmetyczek i fryzjerów ze stawkami 2k za uczesanie. W tych miejscach nasi korpobogacze z wysokim dochodem zostawiają krocie. No bo musi być: modna fryzura, pazur, ciuch i fitness. A w miasteczku? Znam takich milionerów. Ona sama farbuje sobie włosy, pazury maluje jej córka lub przyjaciółka, na zakupy jeździ raz w roku, po sukienkę na Sylwestra. Mąż na co dzień chodzi w dżinsach ze średniej półki, a na wakacje dostaje zestaw nowych koszulek z logo Bossa z … Lidla (sam mam takie i polecam: trójpak za 99,99 zł), GAPa. W swoim busie nie potrzebuje garnituru, proste.

Teraz kontrast. Mam kumpla w mieście (gdzie nam do Warszawy), którego żona puszcza 2/3 pensji (czyli ok. 7-8 tys. zł) na jeden rajd po galeriach. Ten gość pracuje na 3 etaty, wynajmuje mieszkanie po ciotce i… nadal mu nie starcza. Bez TSUE nadal spłacałby kredyt we franku. Na meble wydali 50k. Gdyby koleżanka mojej żony „milionerka z Podlasia” kupiła sobie fotel za 5k, jej własna matka, która urodziła ją jeszcze w „drewniaku”, nakazałaby natychmiastową konsultację lekarską. Dlatego M. znalazła berżerę w Ikei za 1.5k i poczekała aż ceny spadną (w pandemii) do 999 zł. Kiedy zobaczyła ceny szaf systemowych na wymiar, kazała mężowi pozamawiać formatki u stolarza i samemu skręcać po południu. Dzięki temu zamiast 15k wydała 3k. Jedyne znane Wam sklepy, jakie stoją w jej niewielkim miasteczku nazywają się: Biedronka, Pepco, Rossmann. Do najbliższego Monnari trzeba jechać 1.5 godziny. Podobnie do Hebe czy Ryłka. O Bossie, Tommym, Hillfingerze, Zarze a tym bardziej Pradzie, La Manii czy La Perli słyszało tam może 5% (optymistycznie). Tym bardzie nikt nie nosi tych marek, chyba że kupione w ciucholandzie (sam trafiłem tak kiedyś marynarkę Giorgio Armaniego za 30 zł zamiast 12k).

Oszczędny styl życia. Ponieważ żyje tak 95%, nikt nie czuje się gorszy. W tej samej Biedrze zakupy robi nauczyciel, dyrektor szkoły, właściciel tartaku i wójt. Panowie po godzinach piją tę samą Finlandię (1l za 60-70 zł) a nie 12-letniego Dalmora za 430 zł (pomijam 25-latka z tej samej destylarni za 10.000 z, w butelce 0,7l). Tam Johny Walker Red Label uznawany jest za szczyt sybarytyzmu, bo przecież obok na półce stoi Golden Loch i kosztuje jeszcze taniej. Prawie wszyscy ubierają się dyskoncie, poza wyjątkowymi okazjami (ślub, chrzciny itp.). Do pracy garnitur zakłada wójt i sekretarz (o ile akurat nie są kobietami), dyrektor szkoły codziennie chodzi w dżinsach i swetrze. Tam jeszcze trzyma się zdrowy rozsądek – lepiej mieć 300k oszczędności niż oddzielną garderobę, wypełnioną szpilkami od Louboutin-a. Mój kumpel z Wielkopolski (stolica oszczędności), dziwił się, że istnieją ludzie, kupujący auta na kredyt. Tam – stać Cię na nowe Audi – wyciągasz z konta, nie stać – kupujesz 10-letniego Passata. Dość proste.

I tak trzeba żyć, należąc do klasy średniej w małym mieście.

Jadą świry jadą, czyli jak przed 50-tymi urodzinami zaczynam pisać doktorat.

Moje życie pełne jest spontanicznych, szybkich i pozornie szalonych decyzji, które wywołały drastyczne i zaskakująco pozytywne skutki. Ślub po czteromiesięcznej znajomości, uprawnienia zawodowe przed 40-tką, działka na krańcu Polski, no wymieniać mógłbym długo. Wszystkie te szaleństwa mają wspólny mianownik – szczęśliwy koniec. Dlaczego z pomysłem doktoratu miałoby być inaczej?

A zaczęło się tak. W internecie wyświetliła mi się informacja o możliwości rozpoczęcia studiów doktoranckich w interesującej mnie dziedzinie. Eksternistycznie (3 lata), przy niewielkiej obecności na miejscu (czyli 350 km od mojego domu). Początkowo potraktowałem ją z przymrużeniem oka, ale po 2-3 miesiącach, kiedy pojawiła się ponownie – w 5 minut podjąłem decyzję: wchodzę w to. Powodów było kilka:

  • możliwość rozwinięcia skrzydeł (tu niczego chyba nie muszę tłumaczyć – rozwój jest ważny w każdym wieku),
  • chęć udowodnienia sobie i innym, że „stary słoń wykona jeszcze kilka sztuczek” i zrobi to szybciej niż mogłoby się wydawać,
  • zamiar wyróżnienia się (na ponad tysiąc osób zatrudnionych w mojej firmie jest tylko dwóch doktorów:teolog i socjolog, ja byłbym trzeci),
  • związek tematu z pracą zawodową,
  • szansa podniesienia stawek w firmie (w końcu dr przed nazwiskiem wygląda poważnie),
  • zamiar zaangażowania się w szkolenia on-line. Tutaj ponownie – doktorat otwierał wiele drzwi i tworzył nowe opcje,
  • dodatkowy urlop.

Decyzję, że zgłaszam się na studia doktoranckie, podjąłem przed 50-tką w pół minuty. Potencjalny efekt negatywny? W najgorszym wypadku, nie przyjmą mnie. Czy coś się stanie? Stracę 300 zł opłaty rekrutacyjnej i może ktoś określi mnie wariatem. Potencjalny efekt pozytywny? Opisany wyżej. Chyba warto zaryzykować, prawda?

A jak już mnie przyjęli okazało się, że:

  • opieprzyła mnie żona (znowu coś sobie wymyślasz, nie będzie cię w domu),
  • w tym kierunku zawodowym, ta uczelnia jest na 3-cim miejscu w Polsce `(po Uniwersytecie Warszawskim i Jagiellońskim),
  • zajęcia będą zdalne – 1 niedziela w miesiącu, tylko jeden zjazd w semestrze na miejscu
  • zgodzono się na temat pracy, odpowiadający dokładnie temu, co robię u pracodawcy,
  • całość kosztować mnie będzie niecałe 20k.

I najlepsze na koniec – jeśli napiszę i obronię pracę w terminie – mam szansę na habilitację, co wymaga jednak wyjazdu zagranicznego (współpracująca uczelnia). No to już byłyby jaja do kwadratu. Ale na razie biorę się do pracy nad pierwszym artykułem.

Jak się żyje na dojazdach?

Kiedy na blogu rozważałem sensowność dojeżdżania do miejskiej pracy ze wsi, na odcinku 30 km dobrą drogą, zacząłem zauważać, że w moim otoczeniu znajduje się kilka osób, dla których taka odległość to pestka. I dzisiaj zaprezentuję Wam ich historię. Postanowiłem podawać wiek, albowiem z wiekiem zmęczenie bywa znacznie istotniejszym czynnikiem. Podane odległości – jeśli nie zaznaczyłem inaczej – w jedną stronę.

Opowieść 1. Korposzczurka 45 lat. Dojeżdża 70 km. Bohaterką została pracownica banku, pechowo urodzona i mieszkająca w dużej wsi (200 lat temu miasteczku) na pograniczu województw. 2-3 razy w tygodniu przemierza 140 km (70 km godzinę jazdy w jedną stronę), w pozostałe dni pracuje z domu. Nie ponosi kosztów – samochód dostała od firmy. Tutaj powód jest prosty, wolała zostać na miejscu z rodziną, a pracy za takie pieniądze nie dostałaby. Stąd dojazdy do byłego miasta wojewódzkiego i siedziby oddziału banku. Przywykła i nie skarży się.

Opowieść 2. Lekarka 70 lat. Jeszcze 4 lata temu codziennie dojeżdżała z rodzinnej wsi, kiepskimi powiatowymi drogami 50 km w jedną stronę. I znowu – tu był rodzinny dom, a tam ciekawa praca w szpitalu wojewódzkim. Zero transportu, więc własnym autem. Jedyny plus – mogła się spóźnić, lecz dojechać musiała. Pracoholiczka i inne pokolenie, nigdy nie narzekała.

Opowieść 3. Pracownik korpo 45 lat. Podobnie jak matka (opowieść 2) dojeżdża codziennie te 50 km. Nie jest zachwycony, ale stanął przed alternatywą – albo coś zarobi i mimo dojazdów starczy mu na życie, albo zacznie wegetować na granicy minimalnej u Janusza, albo wynajmie mieszkanie w mieście i odda 40% pensji. Woli tak.

Opowieść 4. Policyjny emeryt na wysokim stanowisku w administracji – wiek 50 lat. Dojeżdżał codziennie 100 km, bo na miejscu „nie było pracy dla człowieka z jego wykształceniem”. Męczące i drogie. Dlatego zorganizowali „spółdzielnię” do auta wsiadało kilku takich dojeżdżaczy i każdy z nich miał dyżur (swoim samochodem) raz w miesiącu przez tydzień. W ten sposób reszta mogła odespać i wysiąść mniej zmęczona. Niemniej jednak 100 km rano (pracowano na 7 lub 7.30) stanowiło problem. Droga częściowo słaba, przez lasy, więc w lecie 1,5 godziny (wyjazd 5.30, pobudka 4.45), a w zimie 2 godziny (budzik na 4.15). Potem powrót o 17.30. Ale czego się nie zrobi, gdy w domu trójka nastolatków i studentów. Wtedy nawet emerytura mundurowa (wysoki stopień) nie wystarcza.

Opowieść 5. Urzędnik lat 55. Codzienne przejazdy – 80 km, niby krajówką, a przez wsie (miasteczkom zbudowano obwodnicę). Czas z przejazdem przez miasto – 1,5 h. I podobna historia jak poprzednio: wspólne dojazdy i rodzina na utrzymaniu. Na miejscu tylko praca wychowawcy w internacie (nocami), czyli po dodatkowy dochód (momentami nawet dyrektorski) trzeba dojechać. Nie skarżył się, może dlatego, że w obu pracach luz. Natomiast fakt pozostaje faktem, ciężkie życie, czasami nawet nie kładł się spać (gdy chłopaki w internacie narozrabiali i nie mógł zdrzemnąć się w robocie, a o 6, zaraz po zmianie wsiadał do auta, by wrócić o 17).

Te pięć opowieści spowodowało, że zacząłem inaczej patrzeć na moją sytuację. 30 km to mało (z dobrym wjazdem do miasta, komunikacją publiczną, której nie mieli tamci bohaterowie). Dam radę.

Czy stać Cię na posiadanie dzieci?

Tytuł nieco przewrotny, nawiązujący do publikacji prasowych , że Polacy mają coraz mniej dzieci z trzech powodów:

  • lewackiej propagandy i żydowskiego spisku (narracja prawicy),
  • opresji państwa (liberałowie),
  • braku pieniędzy, żłobków, mieszkań (lewica).

Dzisiaj zajmiemy się tym ostatnim zagadnieniem, albowiem pierwsze dwa są tak idiotyczne, że nie ma sensu komentować, a zresztą tylko trzecie dotyczy finansów.

Problem 1. Ile kosztuje posiadanie dzieci?

Dobra odpowiedź? To zależy. Jeśli chcemy je wychowywać w standardzie „dzieciństwo dzisiejszych X-ów i Y-ów” znacznie mniej niż mogłoby się wydawać. Jeżeli tak jak radzą publikacje parentingowe oraz Instagram – kupę pieniędzy.

Zacznijmy od podstawowej wartości. Wychowanie jednego dziecka do 18. roku życia kosztuje obecnie 346 tys. złotych – wyliczyli eksperci Centrum im. Adama Smitha (dane za 2024 r.). W sumie zwarte są wydatki na: jedzenie, opłaty, edukacja, transport, ubranie, oraz spędzanie czasu wolnego. Miesięcznie to (346.000 zł/18 lat/12 miesięcy) – ok. 1600 zł/m-c. Jeżeli odejmiemy świadczenie 800+ – uzyskujemy wynik 800 zł/m-c z własnej kieszeni. Resztę dopłaca państwo. Ten standard nazywam „dzieciństwo dzisiejszych X-ów i Y-ów”.

A teraz „instagramowe pierdololo” vel „standard alimentacyjny”. Otóż jak wynika z blogów prawników alimentacyjnych i shortów z TikToka, dzieciom niezbędne są:

  • egzotyczne wycieczki, do tego obozy językowe i sportowe,
  • najnowsze telefony, komputery,
  • korepetytorzy z minimum 3 przedmiotów, zajęcia sportowe, muzyczne itp.
  • prywatne szkoły i żłobki,
  • SUV-y przywożące do szkoły,
  • markowe ubrania, buty, kosmetyki,
  • kieszonkowe 1`000 zł/m-c,
  • catering dietetyczny aka dieta pudełkowa,
  • prywatna opieka medyczna i terapeutyczna,
  • samochodu i mieszkania na 18-tkę.

Generalnie 7000-15.000 zł/m-c. Takiego standardu nie da się dotrzymać bez zarobków przekraczających 30k/m-c.

Problem 2. Czego rzeczywiście potrzebują dzieci?

Pomijam specjalne potrzeby (geniusze lub dzieci wymagające kosztownych terapii), dzieci potrzebują:

  • uwagi i czasu przynajmniej jednego rodzica,
  • miłości,
  • wsparcia,
  • realnych nakładów na poziomie 2500 zł miesięcznie.

Problem 3. Jak podzielić te 2500 zł miesięcznie na kategorie?

Zrobiłbym tak:

  • jedzenie ok. 600 zł (wiadomo inne u nastolatka a inne u niemowlaka karmionego piersią),
  • nauka ok. 500 zł (zmieści się w tym szkoła/przedszkole publiczne z jakimiś zajęciami i wyżywieniem), zajęcia sportowe, w przypadku mojego syna + angielski,
  • opłaty ok. 200 zł (nadwyżka nad koszty rodziców: 42 zł śmieci, 45 woda i ścieki, 80 zł prąd, 35 telefon = 202 zł),
  • ubrania 200 zł (można mniej),
  • wakacje 260 zł (średnio: obóz, wyjazd z rodzicami ponad ich koszty),
  • abonament opieki medycznej 100 zł (ponownie nadwyżka nad rodziców),
  • kieszonkowe, rozrywki, prezenty – 440 zł,
  • inne (kosmetyki, chemia, telefon itp.) – 200 zł.

Rozstrzygnięcie problemu: Czy faktycznie Polaków nie stać na dzieci?

A zatem, jak widać posiadanie dziecka nie stanowi problemu finansowego (2500 zł – 800 zł od państwa = 1700 zł), tylko ułożenia sobie priorytetów w głowie. Zarabiając 2 x mediana dochodów w Polsce (10.000 zł) spokojnie wygospodarujemy te 1700 zł/dziecko, a nawet 3400 zł na dwójkę. A media społecznościowe i bzdurne filmiki – odpuśćcie.

Warszawa kontra średnie miasto. Specjalista.

Zanim napisałem ten tekst, sprawdziłem dane. Otóż, pracownik na moim stanowisku, może, pracując w średnim mieście dostać ok. 6 tys. zł netto na umowie o pracę, przy wykonywaniu obowiązków 3 dni/tydzień. Ja zarabiam jeszcze 30% więcej, ale to efekt dodatkowych uprawnień. Bierzmy za punkt odniesienia te 6 tys. zł netto.

W podobnym układzie w Warszawie proponowano 12 tys. zł + VAT. Co to oznacza w praktyce? Może Warszawa lepsza?

12 tys. zł + VAT należy pomniejszyć o koszty prowadzenia działalności gospodarczej (350 zł księgowa, 400 zł program specjalistyczny). Zostaje 11.250 zł. I od tego liczymy ZUS, składkę zdrowotną i podatki.

  • ZUS = 1646 zł (minimalna),
  • zdrowotna 9% = 1013 zł,
  • podatek dochodowy (zasady ogólne) – 1050 zł.

Zostanie nam ok. 8140 zł (11.250 zł -3110 zł). Sporo więcej niż w moim mieście. Może zatem przyjąć taką ofertę pracy? Jeśli zdecydujemy się, pozostają nam dwa wyjścia:

  1. Przeprowadzka do Warszawy,
  2. Dojazd.

Przeprowadzka do Warszawy, sprowadza się do cen nieruchomości wyższych o 50% (średnio). Czyli 50% większego kredytu. Przy obecnym przeliczniku +2800 zł. Średnio. A zarobiliśmy 2140 zł więcej. Bez sensu.

Inna opcja – dojazd. Najtaniej koleją. 80 zł/dzień x 12 dni = 960 zł. Ok. 1180 zł na plusie. Nie do końca. Te 1180 zł obciążone zostały ok. 3 godzinami bezpłatnych dojazdów/dzień (36 godzinami/m-c) oraz zwiększonymi wydatkami. Wychodząc z domu o 5, a wracając o 18, nie da się nie wstąpić na gorący posiłek. W Warszawie – 40 zł/szt x 12 = 480 zł. I już zysk spada do 700 zł/m-c przy 36 godzinach darmowego dojazdu. Nie warto.

Czy da się taniej? Oczywiście, tylko koszt będzie spory. Po pierwsze – obniżyć trochę ZUS, albo pracując na etacie w pozostałe 2 dni, albo małym ZUS-em. Potencjalny zysk – jeszcze 1646 zł. Razem 2346 zł/m-c przy dojeździe i ledwie 1000 zł/m-c przy przeprowadzce. Kompletny bezsens.