Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 8 – Oszczędny Milioner

Małe/ średnie miasto kontra metropolia. Co bardziej opłacalne? Czy warto wyjechać?

Młodzi ludzie na całym świecie głosują nogami. Opuszczają wioski, małe i średnie miasta, jadąc do metropolii. Zjawisko znane opisał je m.in. Filip Springer w „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” oraz Marek Szymaniak w „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Obaj starają się wskazać przyczyny:

  • niskie pensje i mało pracy,
  • niewiele nowych mieszkań,
  • układy, układziki,
  • marazm i brak oferty kulturalno-rozrywkowej.

Ale ponieważ obaj autorzy są humanistami, popatrzmy na sprawę z innej strony.

Mieszkanie na Gajowicach we Wrocławiu (w miarę blisko centrum) , w stanie do remontu, 3 pokoje – 67 m2 kosztuje minimum 670 tys. zł.

68 m2 w kamienicy w Ostrowie Wielkopolskim (miasto 70 tys. mieszkańców) – 190 tys. zł. Także do remontu (nawet poważniejszego). Koszty utrzymania mogą okazać się podobne jeśli pogodzimy się z ogrzewaniem gazowym.

Jeszcze raz zestawmy. 10 tys. zł/m2 przeciwko niecałym 3000 zł/m2. A w wartościach bezwzględnych? 670 k zł vs. 190 k zł. W racie kredytu (wkład własny 100 tys. zł) – 4200 zł vs 700 zł. Czy faktycznie pensje w Ostrowie Wielkopolskim są aż tak złe, żeby móc plunąć na 3500 zł różnicy w racie?

Nie. W grudniu różnica mediany wynosiła ok. 1650 zł brutto (8621 zł m.Wrocław i 6367 zł powiat ostrowski) . A gdyby brać pod uwagę same miasta pewnie ok. 1100 zł brutto (widać różnicę pomiędzy m.Kalisz a powiatem kaliskim – na poziomie ok. 600 zł brutto), a więc ok. 800 zł netto.

Jeżeli nałożymy te dane – mediana +1600 zł/rodzinę, kontra 3500 zł raty, wybór ekonomiczny wydaje się prosty. Za „zbywające” 1900 zł damy radę:

  • sporo zaoszczędzić (co po 20-30 latach zrobi ogromną różnicę),
  • wyjechać raz w miesiącu na wydarzenie kulturalne do Poznania, Warszawy, Wrocławia, czy Łodzi,
  • pójść raz w tygodniu do knajpki (w Ostrowie Wlkp. będzie też taniej).

I powiedzmy sobie szczerze, to miasto nie jest żadną „zabitą dechami dziurą”. Liczy prawie 70 tys. mieszkańców Nie porównujmy go nawet ze Strzegomiem (15 tys.), ani Grójcem (niecałe 17 tys. ). Dysponuje szpitalem, wieloma instytucjami kultury, oraz takimi wydarzeniami jak festiwal filmowy, siedmioma liceami ogólnokształcącymi a nawet (kiepską) uczelnią. Działa w nim dworzec kolejowy, 23 linie autobusowe.

Kiedy spojrzymy na porównanie z Warszawą – słabo, ale nie beznadziejnie. Natomiast ekonomicznie (dostępnością) mniejsze miasto wygrywa.

Teraz sięgnijmy do tytułowego pytania: Czy warto wyjechać? No cóż. Zależy. Finansowo – tylko jeśli masz świetny zawód i chcesz pracować nad miarę. Średniakom – zupełnie się nie kalkuluje. A osobom na minimalnej – tym bardziej. Zwłaszcza, że wyjechać/zostać nie zawiera w sobie więzi rodzinnych, pomocy starszego pokolenia jak i późniejszej opieki. Znam takich, którzy wrócili do miasta powiatowego i po kilkunastu latach nie żałują. Zarabiają może 30% mniej niż w stolicy, ale żyją spokojniej, a co najważniejsze bardziej komfortowo. Za mieszkanie 53 m2 kwadratowe mają 150 m2 domu i… jeszcze, po dzisiejszych cenach, zostałoby im 300.000 zł. Wynik? Stratę pensji jednej osoby równoważy stopa zwrotu obligacji skarbowych (1500 zł/m-c), drugą – koszty opieki nad dziećmi.

Częściową odpowiedź daje też, przywoływana na wstępie książka Marka Szymaniaka. Wśród bohaterów jego reportaży Warszawa przegrała z Piszem, Kętrzynem, Sanokiem itp.

Co mogę dodać od siebie? Zostając na miejscu, nie liczmy na nowe bloki. Znajdziemy je głównie w satelitach-sypialniach stolicy: Garwolinie, Grójcu czy Ożarowie. W Ostrowcu Wielkopolskim stanowią śladową część oferty i są znacznie droższe (chociaż 4 pokoje nowe, wykończone pod klucz za 6500 zł/m2 nadal kosztuje 1/3 ceny analogicznego mieszkania we Wrocławiu). W Sanoku takich mieszkań nie ma wcale. Podobnie w Piszu.

Istnieją jeszcze inne małe miasta – kurorty. Stamtąd ludzie też uciekają, ponieważ rynek zdominowały drugie lokale (wakacyjne) i pod wynajem. W Giżycku mamy ofertę apartamentów za 10-27 tys. zł/m2 oraz sąsiadujące bloki za 5 tys. zł/m2. Oferta tych drugich pozostaje uboższa. Nie ma pracy (poza turystyką), a nie każdy chce być kelnerką, recepcjonistką, kucharzem. I dochodzi do ucieczki. Czasem tylko w okolice Warszawy (nowe mieszkania w Ząbkach za 10 tys. zł/m2 konkurują z lokalizacjami miejskimi – 17 tys. zł/m2).

Ale statystycznie? Jak napisałem na wstępie, młodzi wyjeżdżają z małych i średnich miast. To trend ogólnoeuropejski. Część dla kariery, część dla oferty kulturalnej, część by nie czuć się gorszym. I ten ostatni element, zostawiam sobie na inną opowieść.

Rodzina 2+1. Budżet wiejski.

Dzisiaj planuję odnieść się do twierdzenia, że życie na wsi wychodzi drożej niż w mieście. Przyjmuję dwa istotne założenia . Pierwsze – żyjemy po wiejsku, bez dowożenia do miasta, ani pracy w nim. Drugie – dostajemy świadczenia od państwa.

Budżet rodzinny, jak wiecie, składa się z dwóch części: dochodów i wydatków. Dzisiaj zajmiemy się obydwoma, zaczynając od mniej interesującej i bardziej indywidualnej. Nie planuję fundować Wam szaleństw, lecz normalne, zwyczajne warunki. Zaczynamy.

Wydatki. 3940 zł Dzielimy je na kategorie: Życie 1500 zł, Nauka 200 zł, Opłaty 580 zł, Transport 300, Inne 1000 zł, Rezerwa 360 zł. Zakładamy brak kredytu. Liczmy więc.

Życie – obejmujące: jedzenie, chemię, kosmetyki. Dla trzech osób (bazuję tu na doświadczeniach blogerki godnezycie.blogspot.com) powinno nam wystarczyć 1500 zł (400 zł na jedzenie/os. plus 300 zł na resztę).

Nauka – szkoła (składki), jakieś tanie zajęcia dodatkowe – 200 zł.

Opłaty. Tutaj proponuję przyjąć mały domek, wybudowany w miarę współcześnie i ogrzewany piecem na drewno kawałkowe, z fotowoltaiką na dachu, wodą z wodociągu, oczyszczalnią przydomową, internetem. Poszczególne wydatki: podatek od nieruchomości 30 zł, śmieci – 100 zł, prąd – 60 zł, woda 60 zł, wywóz nieczystości plus bakterie do oczyszczalni – 50 zł, internet 90 zł, drewno do pieca 100 zł, komórki 90 zł. Razem – 580 zł.

Transport – 300 zł – jedno małe auto, z niewielkim silnikiem benzynowym+LPG (przykładowo: Fiat Panda 1.2, Skoda Fabia 1.0), przebieg miesięczny 400 km.

Inne. W moim domu nazywam je UUPK (ubrania, ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe). W tym punkcie warto pomyśleć sobie o własnych potrzebach i umieć oddzielić je od zachcianek. Jednej rodzinie wystarczy 800 zł, drugiej 2 razy tyle będzie mało. Przyjmijmy kompromisowo 1000 zł (30 zł ubezpieczenie domu, 300 zł ubrania, 400 zł kieszonkowego i 270 zł na prezenty).

Rezerwa. 10% poprzednich pozycji – 360 zl.

Dochody. Mając dziecko, mamy 800+ i świadczenia rodzinne. Razem ok. 950 zł. Brakuje nam ok. 3000 zł na pokrycie podstawowych wydatków (tym razem nie liczę amortyzacji auta, napraw budynku, wakacji, rozrywek itp.). Jak wiemy – wyjdzie nam mniej niż jedna pensja minimalna. A więc podjęcie pracy przez ojca rodziny uznajmy za możliwość nr 1. Drugą opcję daje nam kapitał. Żeby zarobić 3000 zł/m-c, umiejąc uzyskać 8,4% netto, potrzebujemy zgromadzić ok. 425.000 zł. Alternatywnie – wynajmować mieszkanie w dużym mieście (opcja nr 3). Pozostaje nam jeszcze – praca dorywcza wg własnej stawki godzinowej (30 zł netto =3 dni/tydzień, 50 zł netto = 2 dniówki/tydzień, 100 zł netto = 1 dniówka w tygodniu), roboty sezonowe (pracujemy 2-3 miesiące w roku). 3000 zł da się też zarobić rolnictwem, tylko wtedy kupując dom, trzeba zaplanować grunty. Jedna gęś kosztuje na wolnym rynku ok. 200 zł (pisklę 20 zł – zostaje 180 zł minus koszty – policzmy 150 zł). Żeby zarobić na życie, musielibyśmy sprzedawać ich rocznie ok. 240 szt (20 miesięcznie). Nieco mniej, jeśli odliczymy jeszcze jajka. Może kozy albo owce? Sam o nich myślałem.

Podsumowanie.Bilans miesięczny budżetu domowego ok. 4000 zł/3-osoby, przedstawiony w warunkach wiejskich, nie straszy. Jeśli pracuje jedna osoba, da się tak żyć. Bez stresu, bez pośpiechu. A może nie zgadzacie się ze mną?

Ucieczka z wyścigu szczurów – miasto.

Wiejski slow life to jest to, co lubię. Jednak nie każdy musi podzielać mój entuzjazm. Niektórzy chcą, żyć spokojniej, ale zostać w mieście. No cóż, sam tak żyłem przez lata. Wracamy zatem do podstaw – zmniejsz wydatki, zwiększ dochody i oszczędności. Korzystaj z życia.

Zmniejsz wydatki – mieszkanie. Jeśli mieszkamy w sporym mieście, wiejskie 450 zł/osobę z przeznaczeniem na dach nad głową, wydaje się nam nierealne. I takie jest, w standardowym wydaniu. Czeka tu wielki kredyt (3-5 k/rodzinę) zaciągnięty niedawno na 30 lat. Do tego opłaty. Kto chodzi do roboty na 11 godzin, nie zamierza przecież palić w piecu. Efekt – rodzina dwuosobowa 30-latków wydaje na mieszkanie 4k zł. Nie wszyscy jednak żyją w takim świecie. Niektórzy dostali coś na start (niekoniecznie całe mieszkanie, ale np. 40%) i już robi się 1 tys. zł mniej. Inni kupili parę lat temu, gdy ceny wyglądały inaczej, mają jeszcze 200 tys. zł kredytu i płacą 2.6k za mieszkanie. A gdzie opcja – kup na kredyt dom na 4 poziomach, 3 sprzedaj, Twoje 50m2 wyjdzie za darmo lub 200 tys. zł (wkład własny)? Mieszkanie z rodzicami? Nie takie straszne, jeśli proponują piętro w domu. Może nie zaraz po ślubie i nie z teściową z piekła rodem, ale czasem się uda. Wszystkim spadną koszty, a Wy zyskacie czas na rozliczenie się z rodzeństwem (jeśli je macie). Tacy, którzy lubią miasto, dadzą pewnie radę wybrać nieco mniejsze. Zamiast Warszawy, Radom lub Płock. Dziękując za Poznań, powiedz tak Swarzędzowi. Nie Lublin, lecz Świdnik. Ceny nieruchomości spadną często o 1/3.

Mam też inną radę. Tu opieram się na cenach z mojego miasta. Nowe mieszkania deweloperzy oferują za 10k zł/m2, a trzeba je wykończyć. 60 m2, takie w sam raz na 3 osoby kosztuje docelowo 800 k/zł z garażem. Boli. Z drugiej strony widzę oferty starego mieszkania, do remontu za 7700 zł/m2. Za 425 tys. zł mamy małe 3-pokoje (55 m2) za 480 tys. zł znacznie większe (67 m2 całość, a pokoje 18,15,9 m2). Jeśli remont zrobimy w rozsądnych cenach (1k zł/m2 z podstawowym wykończeniem, bez prucia ścian) – dojdziemy do 480 tys. zł (55m2) lub 550 tys. zł (67m2). Sporo mniej. Garażu nie kupimy, ale miejsce parkingowe, gdy trochę pojeździmy, powinno się znaleźć. Widzę sporo takich ogłoszeń w moich okolicach. Te 320k zł czy 250k zł (różnica nowe-używane) stanowi odpowiednik raty 1800 zł- 2400 zł. Nowość sporo kosztuje. Nawet jeśli uwzględnimy wyższe koszty eksploatacji (300 zł/mieszkanie), wychodzimy na swoje, bo do pracy i szkoły często dojdziemy piechotą.

Dieta pudełkowa kontra niskowęglowodanowa. Koszty.

W dietach nie ma cudów. Jeżeli nie masz czasu na treningi, spadek wagi najłatwiej osiągnąć zmniejszeniem kalorii.

Tylko jak? Skoro człowiek wiecznie pozostaje głodny. Chyba znalazłem receptę – dieta niskowęglowodanowa. Wypróbowałem ją na sobie i wynik – 7 kg w miesiąc, 11 kg w dwa. Pomimo 1200 Kcal/dzień nie czułem ssania w żołądku.

Ale to blog o finansach, więc czas na podsumowanie kasy.

Dieta pudełkowa, przez wielu uważana za wygodną, kosztuje w opcji „niski cukier” na poziomie 2250 zł/m-c. A moje menu miesięczne? 700 zł, w tym:

  • jajka 120 szt/m-c – 120 zł,
  • szynka/kiełbasa 3 kg – 130 zł,
  • mięso (3 kg) – 70 zł,
  • skyr/jogurt (30 szt) – 150 zł,
  • owoce (6 kg) – 50 zł,
  • oliwa z oliwek (0,6 l) – 60 zł,
  • warzywa (6 kg) – 40 zł,
  • mleko (10l) – 40 zł,
  • kawa (0,6 kg) – 40 zł.

A gdybym spróbował być samowystarczalny? Poza zastąpieniem oliwy, olejem, musiałbym kupować tylko kawę (40 zł), albo z niej zrezygnować. Nieźle.

A poza kasą?

Byłem łasuchem, uwielbiałem ciasto, czekoladki, chleb. Okazało się, że dzięki diecie low carb, z łatwością się bez nich obywam. I nie muszę zamawiać pudełek. Jajecznicę na szynce/kiełbasie robię w 2 minuty, obiad gotuje żona (usmażenie kotleta+sałatka 10 minut). Reszta również zwyczajnie. Polecam.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Działaj.

Od gadania świat się nie zmieni. Od samego czytania także. Działaj.

Wykonaj po kolei 9 kroków. Zaplanuj zmianę. Zakończ to, co Cię niszczy, co dokucza i uwiera. Ale znowu – zniszczenie starych przyzwyczajeń, powiązań, akcji nie wystarczy.

Trzeba stworzyć nowe. I tu pojawia się największy problem, który sygnalizuję. Dlatego poleciłem Wam „Gęsiego”.

Rozpoczęcie „nowego życia” w nowym miejscu, może z nową osobą u boku, podobnie jak nowego zawodu rodzi gigantyczne ryzyka. Wielu praktyków radzi – zanim dokonasz radykalnej zmiany, ustal przyczyny poprzedniej porażki, bo poniesiesz ją ponownie.

Zostawienie toksycznego partnera i znalezienie identycznego – nic nie zmieni, poza samą osobą. Dalej będzie Ci ciężko. Po miodowym miesiącu, albo kwartale z endorfinami, pojawią się kłótnie, awantury itp.

Z nową pracą możesz mieć podobne doświadczenia. Własny biznes, kogoś kto olewał pracę, okazuje się najczęściej prostą drogą do katastrofy.

Przeprowadzka na wieś, pary skłóconych małżonków wywoła kolejne konflikty. O to, kto ma jechać po południu z dziećmi do miasta, kto nie posprzątał podłogi (a na wsi brudzi się 10 razy bardziej niż w mieszkaniu), kto wstanie rano napalić w piecu, czy kupować zwierzęta czy z nich zrezygnować. Widziałem niedobrane związki i ludzi skaczących sobie do gardeł o kolor sofy w salonie, albo w temacie „zasłony czy rolety”. Serio. Taka para na wsi rozwiedzie się błyskawicznie, bo spraw do załatwienia, decyzji do podjęcia, mamy ogrom. A potem tematów do wzajemnego obwiniania się.

Ktoś, komu problem sprawiało wyniesienie śmieci, nie zacznie dbać o ogród. Leniwiec czy Netflixowy zasiedlacz kanapy nie ulegnie nagłej przemianie w sielskiej atmosferze. Zacznie wkurzać x 10. Miłośniczka galerii będzie uciekać z domu. Itp., itd.

Stąd, odróbcie wszystkie punkty, przemyślcie 2 razy. I… działajcie. Zgodnie z własnym dobrze pojętym interesem.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Przeczytaj ten wpis – „”Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście””.

W ogóle poczytaj historie ludzi, którzy opuścili kierat i zmienili swoje życie. Jedni na gorsze, inni na lepsze, ale na każdy taki temat powstała książka, blog, a na nim dziesiątki wpisów.

Wiadomo, każde rozwiązanie ma swoje wady. Obecnie mainstream ciągnie do dużych miast. Tylko w nich ma być praca (co obaliłem). Warto dobrze poprowadzić rachunki. Mój syn przez ostatnich 7 lat mieszkał w dwóch średnich miastach, takich ok. 100 tys. mieszkańców, zlokalizowanych w odległości 100 km od znacznie większych ośrodków. Jedno okazało się upadkiem i niewypałem, z knajpą na rynku zamykającą się o 22. Drugie tętni życiem i rozwija się. A ceny mieszkań w obydwu bywają podobne.

Są dobre i złe korpo. Jedne płacą i rozwijają, drugie nie płacą i wymagają (np. niepłatnych nadgodzin). Po co Ci opera, jeśli do niej nie chadzasz? Po co Ci natura, jak lubisz miejski gwar?

A wszystko trzeba jeszcze dopasować do rodziny. Przecież nie zawsze nastolatek chce na wieś (a w zasadzie rzadko chce). Mamy zobowiązania, etaty, firmy itp. Trudno jest rzucić wszystko i wyjechać w podróż dookoła świata. A na pewno w okolicach pięćdziesiątki. Niejednemu się udało (patrz p.Doba).

Dlatego namawiam, żeby czytać, historie prawdziwe, a nie lukrowane. Amatorom wsi polecam „Gęsiego”. Autor pisze boleśnie szczerze, że gdyby nie miał pracy zdalnej, dawno zbankrutowałby na rolnictwie.

Dlatego polecam tamten wpis i stosowanie wskaźnika, który nazwałem D/d (napiszę o nim w książce oraz poświęcę odrębny post).

10 kroków do ucieczki z kieratu. Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

Ponieważ kierat nie ma tylko wymiaru pracy 9-17 (z dojazdami w stolicy 8-18), 5 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku, musimy spojrzeć na pojęcia aktywów i pasywów nieco inaczej. Rozdzielić wymiar ekonomiczny od tzw. mentalu.

Klasycznie „aktywem” jest wszystko (przedmiot, prawo, oszczędności, inwestycje), mające jakąś materialną wartość: dom, działka, akcje, lokaty, obligacje, kryptowaluty. Gdybym był ścisły, powiedziałbym nawet nie wartość, a cenę.

W „mentalu” aktywem stają się nasze cechy (np. odporność na zmiany, pracowitość), znajomości (kontakty) itp.

Odwrotnie, pasywami są albo długi (majątek ujemny), albo negatywne cechy, traumy, złe relacje. Kiedy już tyle wiemy, możemy zacząć analizy praktyczne.

Zacznijmy od najprostszej – projektu „rzucam tę robotę”.

Żeby rzucić pracę, trzeba mieć drugą, albo inne źródło dochodów, albo możliwe do stworzenia źródło dochodów, albo… radykalnie obniżyć wydatki. W przypadku kolejnej pracy, sprawa wydaje się prosta. Trzeba mieć kontakty, dobrą opinię, umiejętności. Dobry handlowiec ma łatwiej, listonosz może sprawdzić się jako kurier, policjant zatrudni się w ochronie, ale co zrobi urzędnik, który całe życie tylko tworzył pisma? Jak poradzi sobie nauczyciel akademicki ze specjalnością np. poezja Cycerona? Takie umiejętności trudno sprzedać rynkowo. Aczkolwiek każdy może się przekwalifikować. Popatrzmy na czasy Wilczka i Balcerowicza (żywiołowy rozwój przedsiębiorczości w latach 1988-1992). Moja mama, z zawodu lekarz prowadziła wtedy butik, spotykając jako dostawców, właścicieli hurtowni mikro-szwalni, wytwórców biżuterii (dzisiaj powiedzielibyśmy w stylu „boho”): polonistów, historyków, inżynierów etc. Niska była kwota na wejście, niskie koszty. A w takich warunkach łatwo o zmianę. Mój brat – nauczyciel polskiego z liceum, woził busem ryby z Pomorza, moja siostra – inżynier – najpierw dorabiała prowadząc wypożyczalnię kaset wideo, potem produkując kamienie szlifierskie (to już bardziej w branży). Dzisiaj takich historii widzimy już mniej. A i tamci pionierzy, albo nie żyją, albo są na emeryturze, albo z racji zmniejszonego bezrobocia, wrócili jednak do wyuczonych zawodów.

Patrząc na współczesną piramidę zawodów, widzę że, jako właściciel szambiarki mam szansę zarobić więcej niż przeciętny człowiek w biurze. Z lokalnej sprzedaży owczych serów (ostatnio poznałem podhalańskiego bacę – wożącego na pace Toyoty Hilux Adventure – 200kg bryndzy, rozprzedanej w ciągu 2h) da się żyć znacznie lepiej niż z wielu analityków. I tu wracamy do aktywów.

Żeby prowadzić firmę szambiarską muszę mieć:

  • prawo jazdy kat. C ew. T pozwalające na ciągnięcie przyczepy,
  • kasę na zakup szambiarki,
  • minimalne umiejętności techniczne, by z każdą pierdołą nie lecieć do mechanika.

W sumie kilkadziesiąt tysięcy zł kasy i dwie ważne umiejętności. No i kasę na początek (3-4 miesiące kosztów życia, zanim interes ruszy).

Planując zostać „nizinnym bacą” powinienem dysponować:

  • owcami i owczarnią,
  • pomieszczeniem/budynkiem produkcyjnym,
  • uprawnieniami rolniczymi,
  • wiedzą weterynaryjno-spożywczą,
  • półciężarówką,
  • pomysłem na zbyt.

W sumie 2 lata nauki, kilkaset tysięcy złotych.

Teraz projekt „partnerka dokonała” może być też „partner doskonały”.

Załóżmy na chwilę, że masz dosyć swojej żony/swojego męża/partnera/partnerki. Co robisz? Klasyka – idziesz do prawnika, papiery rozwodowe (przy konkubinacie – zbędne) i jakoś będzie. Ale przecież trzeba:

  • mieć gdzie mieszkać,
  • wiedzieć jak podzielimy majątek,
  • stanąć finansowo na nogi (z założeniem, że prawdopodobnie przyjdzie płacić alimenty lub samotnie wychowywać dzieci).

Przy okazji (mental) musisz:

  • poradzić sobie z rozstaniem,
  • ułożyć dalsze życie.

A do tego trzeba sporego majątku, zdolności kredytowej, oraz całkowitego przestawienia. Znam ludzi, którzy z dnia na dzień wyszli i zmienili radykalnie swoje życie. Ale i takich, którzy po awanturnicy trafili na dobrze zamaskowaną alkoholiczkę, pijaną 3 razy w tygodniu po pracy, albo wariatkę wrzeszczącą im pod oknami, niszczącą rzeczy itp. Rozwód po 30-tce nie oznacza nastoletnich randek lecz „spotkania biznesowe”. Dlatego warto dobrze oszacować aktywa (pieniądze, umiejętności, kontakty) i pasywa (długi, negatywne cechy własne). A przede wszystkim zdolność do stworzenia nowej rutyny, bo kłótnie ze złą żoną, częściej niż egzotyczne wyjazdy, zastępują popołudnia z piwkiem przed telewizorem.

A na koniec o bilansie ekonomicznym.

Wracamy do typowego korpoluda. Mieszka w Warszawie, ma 40 lat i mieszkanie w 30% obciążone kredytem, auto za 80k, 15k pensji, żonę, dziecko i 100k oszczędności. Wkurza go szef a praca nudzi. Typowy kierat. Może zmienić pracę, może zmienić szefa (nie jako człowieka, ale na inną osobę), ale to… niewiele zmieni. Korpo wszędzie wygląda podobnie.

Marzy o wiejskiej sielance. Spacerach po rosie, kawie na tarasie, kawałku warsztatu, niższych składkach itp. Generalnie – typowe marzenia korposzczura, które jednym rozmywa się, innych napędza. Jeśli chce o nim myśleć realnie, potrzebuje analiz.

Aktywa finansowe. Spłacona część mieszkania (490k), oszczędności 100k, auto 80k.

Aktywa niefinansowe. Żona, która pragnie tego samego, szwagier na wsi pod Siedlcami, podstawowe umiejętności rolnicze.

Pasywa finansowe: kredyt (210k).

Pasywa niefinansowe: Dziecko i jego edukacja, brak wyksztalcenia rolniczego, brak gospodarstwa rolnego i maszyn, czarne myśli „z czego będziemy żyli”, rodzice opowiadający „tyle lat pakowaliśmy w Twoje wykształcenie, a Ty chcesz rzucić tę świetną pracę z pensją 15k dla kawałka ziemi, w jakiejś głuszy”.

Bilans finansowy: Ze spłaconej części mieszkania wystarczy na małe gospodarstwo. 100k oszczędności pozwoli przeżyć przez 1,5 roku (a może dłużej). Auto z prześwitem 12 cm do zmiany na coś praktycznego.

Bilans niefinansowy: Koniecznie trzeba zdobyć wykształcenie (bez tego trudno kupić ziemię), pokonać czarne myśli i opory rodziców, wreszcie – ustalić sposób życia i finansowania na wsi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec”?

Postawienie sobie tego fundamentalnego pytania wiele zmieni. Jeszcze więcej odpowiedzenie na nie.

Podam przykładowe odpowiedzi:

  1. Chcę mieć więcej czasu dla siebie/dla rodziny.
  2. Mam zamiar odcisnąć ślad na świecie.
  3. Jestem leniem, nie lubię tyle pracować.
  4. To małżeństwo nic mi nie daje.
  5. Po co mieszkam w stolicy, skoro nie mam siły i czasu, aby pójść do opery (albo w ogóle nie lubię opery).
  6. Zawsze lubiłem przyrodę, w mieście jej nie mam.
  7. Z żoną lubimy i cenimy zupełnie inne rzeczy.
  8. Firma zmierza do bankructwa.
  9. Nie dogadam się z nowym szefem.
  10. Nie chcę być kopią tego 20 lat starszego zombie z biurka obok.
  11. Chcę zobaczyć świat.
  12. Zarabiam zbyt mało.

I jak widzimy tu nie ma wielkich tragedii i kwestii lecz często drobiazgi. Mój kumpel opisując korpoluda z pierwszego wpisu serii pokazał wyraźnie, jak wygląda świat statystycznego warszawiaka 50+. Zarobi „warszawską średnią”, może coś ponadto (8k/m-c-15k/m-c netto). Od 30-tki, prawie do emerytury spłaca kredyt. Kto zacznie dzisiaj, poświęci na to nie tylko 30-lecie, ale i 30-40% dochodów rodziny. Stanie się elementem bezwolnej masy (Bartek napisał, nieco przesadnie o 90% pracowników których łatwo wymienić i mają robić, co im każą). A wszystko da się zmienić. Tylko trzeba znać swoje „dlaczego”. Najlepiej samodzielnie udzielając odpowiedzi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Czym jest kierat?

Dzisiaj będzie o „kieracie”. Możesz nazwać go też „współczesnym niewolnictwem”, „sprzedawaniem siebie po kawałku” itp. Niektórzy powiedzą – synonim korpo. Nie, rzecz w tym, aby nie wpadać w koleiny łatwych wniosków.

Otóż kieratem może być zarówno: korporacja, budżetówka, januszex, a nawet własna firma, nieudane małżeństwo, czy związek nieformalny. Dlaczego?

Ponieważ kierat ma trzy cechy:

  1. Opiera się na nawykowych działaniach, idziemy w nim siłą inercji i przyzwyczajenia,
  2. Nie przynosi nam wielkich korzyści ani spełnienia.
  3. Trudno się z niego wyrwać.

Rozpatrzmy je po kolei.

Nawykowe działania

Prosta sprawa i wielokrotnie opisana. Jeżeli robimy coś przez 30 dni, wchodzi nam w nawyk. A przez 10 lat? 30 lat? Tym bardziej.

Przeciwstawiam temu refleksję. Widzicie ją od czasu do czasu na blogu. To odpowiedzi na pytania: Czy moje działania przynoszą efekty? Co mogę zrobić by poprawić wyniki?

W pracy to dość łatwe. Popatrz na średniaka: Zarabia 9000 zł z czego połowę pożerają podatki. Poświęca jej 170 godzin miesięcznie plus 30 godzin na dojście, 20 na zebranie się, 20 na dekompresję. Co da radę zmienić? Zawód? Pracodawcę?

W pozostałych obszarach – trudniejsze. Ile zyskuję oglądając seriale na Netflixie przez 20 godzin w tygodniu? Ile tracę jeżdżąc autem do pracy? Czy małżeństwo/związek jest dla mnie wartością dodaną czy obciążeniem? Tu już nie ma pytań wyłącznie ekonomicznych tylko filozoficzne. I często odpowiedź wypada niezbyt zgodna z oczekiwaniami.

Podam prosty przykład z dziedziny związków, wyczytany w prasie (Newsweek). Późne rozwody. Sześćdziesięciolatek opisuje swoje małżeństwo: „Wracam po robocie, zjadamy obiad, który muszę przygotować, potem ja siadam do książki, a żona słucha Radia Maryja. Nie zgadzamy się w większości kwestii. Chcę rozwodu.” I dla niego to małżeństwo jest kieratem. Nic nie zyskuje, poza złudną bliskością (złudną, bo faktycznie jej nie ma, każdy robi co uważa). Kiedy zostanie sam sporo się zmieni, ale czy zawsze na gorsze? Nawyk podpowiada, aby nie „szukać miodu”, „przecież nie jest tak źle”. Stąd ważne staje się rozpoznanie – czy ja tę żonę jeszcze kocham, czy jestem z nią siłą rozpędu? Jak wyglądałoby moje życie bez niej? Bo ten obiad, książka, Radio Maryja (jak śpiewał Kazik „Telewizor od rana, co by nie pokazywali”) w rzeczywistości niszczy nas.

Tak samo w pracy. Albo ją lubimy, albo nie. Albo coś nam daje, albo nie.

A kolejna sytuacja. Miejsce zamieszkania. Nawykowo trzymamy się go przez lata.

Brak korzyści i spełnienia

Trochę już o tym napisałem. Zrobiliśmy bilans, wiemy że idziemy siłą nawyku, ale co w ten sposób zyskujemy? Bo jeżeli sporo, nawyk opłaca się. Jeżeli niewiele – warto się z nim rozstać.

I patrzymy wielostronnie. Korzyść będzie materialna. Pensja. Wkład małżonka/partnera w dom. A spełnienie to nasze odczucia. Czy czujemy się tam dobrze (i dlaczego nie), czy możemy powiedzieć, że małżeństwo/etat są dla nas przyjemne.

Jeśli uzyskujemy wniosek – niewielkie korzyści, prawie zerowe spełnienie, czas na zmiany, bo tkwimy w kieracie.

Także miejsce zamieszkania, może być źródłem braku korzyści (duże miasto wysysa z nas siły, a pensje są na poziomie średnim) i spełnienia (nie korzystamy z oferty, bo jesteśmy zbyt zmęczeni.

Trudność w wyrwaniu się

Kierat ma charakter trwały. Im dłużej w nim chodzimy, tym trudniej się wyrwać. Najlepiej wiem po sobie. Ale też i odkrycia są ciekawe. Przepracowałem 25 lat i w ogóle mi tamtego etatu nie szkoda. Do wyrwania potrzebnych było kilka bardzo złych doświadczeń. Pomimo ich istnienia walczyłem z sobą przez 6 miesięcy. Tak silne są więzy kieratu, tak działają nawyki.

Trudno przeprowadzić się do innego miejsca. Wielu jednak udało się, a nawet robią to regularnie.

Analiza cech kieratu, uświadamia nas, czy w nim tkwimy.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Wstęp.

Sponsorem cyklu jest mój kumpel z pracy, z którym rozmawialiśmy o perspektywach obecnych czterdziesto-pięćdziesięcio- latków, ale także generacji Z na rynku pracy i w życiu. Coś, co miało być jednym wpisem o wymianie myśli, rozrosło się, ponieważ chciałem potraktować temat maksymalnie praktycznie. Dzisiaj zapowiedź, a potem:

4 lipca – Czym jest kierat?

7 lipca – Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec?”

10 lipca – Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

13 lipca – Opisz wydatki i dochody,

16 lipca – Załóż firmę na boku,

19 lipca – Napisz „plan B”,

22 lipca – Zorganizuj „fundusz awaryjny”

25 lipca – Zaplanuj drogę powrotu,

28 lipca – Przeczytaj ten wpis – „Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

30 lipca – Działaj.

I teraz przykład mojego kumpla – opowieść o Warszawie, główny bohater – przeciętny korpolud. Otóż taki pracownik biurowy dostaje 8 tys. zł netto tj. średnią krajową+25%. Codziennie przychodzi do tego samego miejsca, siada do komputera. Codziennie kołowrót: wstać, śniadanie, zebrać dzieci, zawieźć do szkoły, własna droga do pracy, praca, dzieci ze szkoły, powrót do domu, kolacja, spanie. Inaczej w weekendy, chyba że są nadgodziny. Nie życie „nine to five”, ale raczej „five to nine”. Co zrobiłby, gdyby wrócił do swojego miejsca pochodzenia. Pewnie miałby pomoc rodziny, jakieś zaplecze. Zarobiłby mniej (może o 2 tys. zł miesięcznie, ale prędzej o 1 tys. zł, jak dowodzi statystyka), ale i mniej wydałby (kredyt w wielkim mieście, oznacza ratę, która zredukuje różnicę w pensji do 0). Miałby szansę żyć wolniej. Może musiałby założyć firmę, może przekwalifikować się, wziąć coś mniej prestiżowego (kierowca śmieciarki w moim mieście – 8k zł do ręki, ale pracuje od 6 do 14). Po prostu wyjść z kieratu.