Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 9 – Oszczędny Milioner

Psychologia kredytu hipotecznego.

Posiadanie bądź nie mieszkania na kredyt stało się w pewnym momencie doświadczeniem pokoleniowym. Kiedy po raz pierwszy ok. 2004-2005 r. hipoteki okazały się dostępniejsze (czytaj: marże rozsądne, a stopy procentowe dość niskie) dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie zaczęli kupować nieruchomości posiłkując się pieniędzmi z banku. Efekt?

No właśnie nie da się powiedzieć o jednym, ponieważ problem ma wiele wymiarów.

Teraz piszę o skutkach psychologicznych, zaczynając dodatkowo od siebie. Z żoną braliśmy kredyt hipoteczny aż 4 razy: na mieszkanie w górach (x2), na obecny dom, oraz na dom na wsi, wykupowany na szybko w rodzinie. Żadne z tych zobowiązań już na nas nie ciąży. Nasze doświadczenia okazały się wyłącznie pozytywne – każda nieruchomość zyskiwała na wartości, a przygoda z bankiem trwała od 0,5 roku do 10 lat, przy czym nawet w tym ostatnim przypadku po 3 latach mieliśmy spłacone 75% pożyczonej kwoty. Pamiętajmy, że nie każdy ma takie szczęście.

Popatrzmy na pokolenie millenalsów. W ich przypadku mówiono, że hipoteka to symbol dorosłości. Oczywiście kłamiąc, ale taka narracja panowała dość powszechnie. Co powinniśmy brać pod uwagę zastanawiając się nad celowością takiego zadłużenia?

  1. Czy dobrze zniesiemy stałe obciążenia?
  2. Jak przeżyjemy drastyczny wzrost raty?
  3. Z czego będziemy musieli zrezygnować?
  4. Czy oboje mamy podobne spojrzenie na każdy z tych aspektów?

Przeanalizujmy po kolei możliwe odpowiedzi.

Życie ze stałym obciążeniem

30 lat nie w kij dmuchał. Nawet 20 lat sporo. W tym czasie miesiąc w miesiąc musimy odprowadzić haracz do banku. I to wcale niemały. Średnia kwota kredytu hipotecznego w marcu 2025 wynosiła 460 tys. zł. Daje to ok. 3300 zł raty. Przy średniej pensji ok. 6000 zł netto oraz medianie ok. 5000 zł mamy do czynienia z:

  • 2/3 mediany singla,
  • 1/3 mediany w parze,
  • 55% średniego wynagrodzenia singla,
  • 27% średniego wynagrodzenia pary.

Obciążenie się koniecznością wydania miesiąc w miesiąc powyżej 30% poborów oceniam jako znaczące i wymagające przemyślenia, ponieważ nie każdy dobrze to znosi. Pamiętam, że i nas, pomimo współczynnika pensja/dochody na poziomie 20%, konieczność pozbywania się sporej sumy uwierała jak kamień w bucie. Najciężej tym, którzy „czyszczą się” z całych oszczędności, a ich margines błędu pozostaje niewielki, nawet praktycznie żaden. Utrata pracy przez jedną osobę, czasem tylko drobne zawirowania (np. brak rocznej premii), zmieniają 30% w zupełnie inne liczby.

Cała ta presja inaczej dotyka osoby, lubiące ją i myślące: biorę się do roboty, bo muszę zarobić, a inaczej osobowości z wysokim odczuwalnym lękiem.

No i świadomość 30 lat. Tutaj warto popatrzeć prawdzie w oczy. Pieniądz traci wartość. Kiedy w 2006 r. braliśmy 120 tys. zł kredytu, z ratą 700 zł, była to 1/2 pensji mojej żony i 1/5 mojej. Po 20 latach, ta sama rata stanowiłaby tylko odpowiednio: 1/7 i 1/17 (gdybym nadal pracował na dwóch etatach). Krótko mówiąc – odczuwalne obciążenie znacznie zmniejszyłoby się, gdybyśmy jeszcze trzymali się harmonogramu. Już po dekadzie (2016) zarabiałem ok. 100% więcej, a potem jeszcze prawie podwoiłem dochody.

Podsumowując. Są osoby, które stałe obciążenie znoszą źle. Jednak większość roboty z czasem zrobi inflacja i dług przestanie ciążyć. Przemyślmy to jednak.

Drastyczny wzrost raty

Pamiętacie lata 2021-2022. Wtedy w ciągu roku raty poszły do góry o 100%. Kto płacił 1700 zł, nagle miał 3400 zł, a ten z 3000 zł (znam taki przypadek) już 6000 zł. I to nie w ciągu dekady a jednego roku, co wyklucza praktycznie podwyżki inflacyjne jako sposób radzenia sobie z problemem. Co robić?

Strategie były trzy:

  1. dodatkowe zajęcie (praca, zlecenie), a więc i dochody, które pokryją wydatek,
  2. drastyczne zaciśnięcie pasa,
  3. likwidacja oszczędności/inwestycji i nadpłacenie sporej sumy.

Znam ludzi, którzy dokonali poszczególnych wyborów. I niestety, wszystkie pomysły oznaczać mogą problemy. Dodatkowa praca oznacza mniej czasu dla rodziny (w perspektywie – awantury i rozwód). Zaciśnięcie pasa pamiętamy później jak „siedem lat chudych”, a pozostanie bez oszczędności/inwestycji może się zemścić.

Warto popatrzeć inaczej, żeby nie zwariować. Jak to zrobić rozsądnie? O tym kiedyś napiszę. Natomiast osoby nieprzygotowane, które np. pożyczając sporo (znam przypadek – rata na poziomie 25% łącznych dochodów pary zmieniła się w 50% pensji) przy zerowej rezerwie, poczuły oddech banku na plecach i jego łapę w portfelu. I trzeba mieć to na uwadze. Doświadczenie lat 2021/2022 zaciąży jeszcze na dzieciach tych X-ów i Y-ów.

Rezygnacja

Reklama przedstawia życie na kredycie jako pasmo szczęścia. Nie musisz prosić rodziców, wuja, babci o pożyczkę. Jesteś samodzielny. Odbierasz klucze. Żyjesz na swoim. Tylko fakty pozostają inne. Kredyt=rezygnacja. Pytanie tylko z czego?

Niektórzy wycinają wszystkie przyjemności. Kupują tylko to, co potrzebne. Na jak długo? No cóż, czasem na 10 lat. Dzieci przestają jeździć na wakacje. Dorośli oczywiście też. Nastolatki idą do pracy. Nie zmieniamy samochodów. Nie kupujemy nowej kanapy. Włoski makaron zmieniamy na „made for Biedronka”. Oliwę zastępujemy smalcem. Nowe ubrania – tylko po zdarciu starych. Zero kina, teatru, koncertu. I to, jak wiele razy pisał Bartek – wegetacja. Chyba już wolałbym pójść do dodatkowej pracy.

Ale większość, wcześniej wynajmujących, nie dostrzega drastycznych zmian. Wydatki rosną (np. z 2500 zł do 3300 zł), lecz nie wywracają budżetu. Klucz – sensowna kalkulacja. Nie wybieramy „apartamentu”, na który nas nie stać. Patrzymy, gdzie leży złoty środek.

Podobne spojrzenie na te aspekty

Oj, wszelkie niezgodności to sygnał alarmowy. Bo jeśli jedno boi się długiej raty, a drugie olewa temat. Albo – w razie problemów, facet myśli – najwyżej wezmę nadgodziny, a kobieta chce drastycznie oszczędzać, o kłótnie nietrudno.

A pamiętajmy, niepowodzenia finansowe, obok zdrad, przyczyniają się do rozpadu nawet małżeństw z dłuższym stażem. Przed nami pół życia (30 lat). Wiele może się zdarzyć. Jedno pójdzie w kierunku „kryzysu wieku średniego”, drugie chce nadpłacać.

Siadajmy i rozmawiajmy. Jedno jest pewne – z czasem, przez inflację będzie prościej. Lecz nigdy idealnie. Bo kredyty nie ograniczają swojej roli do stania się wehikułem spełnionych marzeń lecz wpływają także na naszą psychikę. Nie zawsze korzystnie.

Pewny dochód z pracy kontra niepewny dochód z kapitału. Paradygmaty polskiej klasy średniej.

Polska klasa średnia (dzisiaj nie spieram się o jej definicję) mocno oparła się na przekonaniu „dobra praca=pewny i wysoki dochód”. Czy słusznie?

Popatrzmy, przeciętne wynagrodzenie zbliża się do 6000 zł netto/m-c. Osiągnięcie go nie stanowi jakiegoś drastycznego problemu, a w klasie średniej znajdą się i ci, którzy wyciągną tę kwotę x2 lub x3. Ładny pieniądz. Tylko wymaga chodzenia do roboty 5 dni w tygodniu po 8 godzin. No może z wyjątkiem tych, którzy pracują zdalnie.

Na drugim biegunie stawia się inwestycje. Żeby zarobić te 6000 zł netto/m-c trzeba, przy zysku 8% netto/rok (optymistycznie) dysponować kapitałem 900 tys. zł. Jeśli nasze umiejętności pozwalają nam na 4%/rok już 1.8 mln zł. I zawsze jakieś ryzyko jest. Raz się zarobi więcej, raz mniej. A przede wszystkim, żeby generować nadwyżki zdolne do zgromadzenia tych 1,8 mln zł, trzeba było przez lata oszczędzać spore sumy. A tego klasa średnia nie robi, chociaż wielu twierdzi inaczej.

Obracam się w kręgach zawodowych, w których osiągając pewną nieco ponadprzeciętną biegłość, oraz poświęcając pracy więcej niż minimum (czyli jak ja 2 etaty plus mała dg), da się zarabiać miesięcznie te 15 tys. zł netto powyżej 2,5 średniej krajowej. Oczywiście za kombinowanie i większe starania niż u zwykłego juniora, ale na papierze wygląda nieźle. Moi znajomi są głównie ludźmi w przedziale wiekowym 35-55 lat, czyli w przypadku najstarszych, mieli już 15-25 lat prosperity. Część z nich ma podobnie zarabiających małżonków. Wielu dostała coś od rodziców. Czy zatem zgromadzili kapitał (nie liczę domu, w którym mieszkają) pozwalający im zarabiać bezpiecznie te chociaż 6000 zł/m-c, który oceniłem na 1.8 mln zł? W znacznej większości – nie. Może 10 % grupy. Dlaczego?

Zasadnicza przyczyna – konsumpcja. Ci ludzie zarabiając 15 tys. zł netto, żyją za 12-14 tys. zł. Większość spłaca kredyty hipoteczne i to wyłącznie zgodnie z harmonogramem. W efekcie, nie mają kapitału i nie mogą przestać pracować. Ja, majątkowo funkcjonuję na innym poziomie, ponieważ zarabiając z pracy podobnie jak oni, umiem żyć za część poborów, a do tego jeszcze generuję zysk z inwestycji. Pisałem na blogu. Zysk ze wzrostu wartości sprzedanego przeze mnie po 6 latach mieszkania w górach wyniósł ponad 200 tys. zł. Nieopodatkowany. Miesięcznie prawie 3000 zł, których koledzy dodatkowo nie odłożyli. Gdy wchodzili w inwestycje – tracili, ponieważ źle dobierali moment lub aktywa (obligacje strukturyzowane, polisolokaty), czasem sprzedawali darowane przez rodziców mieszkania zbyt wcześnie.

Czym to się kończy? Najpierw przekonaniem, że dochód z pracy jest pewny i rosnący, a z kapitału nie, potem brakiem podejmowania jakichkolwiek działań, aby zgromadzić kapitał i z niego żyć. I gdy nagle okazuje się, że kryzys, dochody z pracy przestają być pewne (redukcje) klasa średnia zostaje z niczym. Nie róbmy tego błędu. Nauczenie się, że da się osiągnąć te 8% rocznie, oznacza, że z 1,8 mln zł zyskamy 12.000 zł. A takie kwoty pozwolą nam nie tylko żyć, ale posiadać spory margines błędu.

I jeszcze jedna formuła. Zyski reinwestujemy. Znam takich, którzy cały dochód z transakcji przejadali. Zostawali w punkcie wyjścia. Nie warto popełniać takiego błędu, ponieważ pozbawiamy się korzyści z procentu składanego.

Wreszcie lenistwo kontra ciężka praca. Zapewniam Was, że łatwiej zarobić 100 tys. zł kombinowaniem niż ciężką pracą. Żeby dostać te 72 tys. zł/netto/rok trzeba faktycznie starać się, uczyć, angażować. Żeby zarobić je z kapitału wystarczy trochę grosza i głowa na karku. Klasa średnia biurowa rzadko tak rozumuje. Dlatego pozostaje… średnia.

Klęska klasy średniej? O kapitale, neoliberalizmie i pracy.

Czasopisma skierowane programowo do klasy średniej zalewa ostatnio taka narracja: klasa średnia umiera, wygrywa kapitał, neoliberalizm się skompromitował, a o dobrą pracę coraz trudniej. Otóż ktoś, kto faktycznie nie wychyla nosa z bańki taki obraz może stać się dominującym. Ale czy pozostaje w zgodzie z rzeczywistością?

Moim zdaniem – częściowo. Zacznijmy od tezy o śmierci klasy średniej. Obserwacja USA, w których prezydentem został oligarcha, otoczył się innymi oligarchami, profesorów Harvardu nazywa głupkami, a jego doradcy publicznie obdarzają się epitetami „głupi jak worek cegieł”, faktycznie prowadzi do niepokojących wniosków. Trump dokonuje swoimi ruchami spektakularnej transformacji całego systemu socjo-ekonomicznego i jest to zmiana w złym kierunku. W efekcie pieniądz i wartość transferowane są od średniaków i biednych do bogatych. I nie mówimy tu o zamożnych (oni akurat przynależą do klasy średniej, a precyzyjnie do podklasy wyższej średniej) lecz o prawdziwych bogaczach, których majątek liczy się już w setkach miliardów dolarów. Jednocześnie „średniaków” pracujących dla rządu, w korporacjach itp. z dnia na dzień pozbawia się pracy, bez której nie mogą istnieć, j tych okruchów kapitału emerytalnego, zgromadzonych latami pracy. A przede wszystkim odziera się ich z szacunku. Zawsze obciążona wielkimi nierównościami społecznymi (współczynnik Giniego na poziomie krajów trzeciego świata) Ameryka staje się jeszcze bardziej spolaryzowana.

Ale my na szczęście żyjemy w Europie. Tutaj wprawdzie skrajne ideologie, co najlepiej widać w Niemczech, śmiało podnoszą głowę, ale nie zyskały jeszcze władzy. Ani oparta na pełnym neoliberalizmie gospodarczym i radykalnie konserwatywa obyczajowo Konfederacja, ani AfD, ani ich lewicowe lustra (w Polsce – Razem) nie próbują jeszcze przejąć władzy. W przypadku skrajnej prawicy stoją jednak u bram (15-20% poparcia w wyborach). Przypomnijmy, w społeczeństwie demokratycznym wystarczy nieco ponad 30% głosów, by rządzić (PO, PiS, NSDAP w 1933 r.). A skrajności zmierzają do wyeliminowania klasy średniej. Nie oszukujmy się jednak w PiSie, jak i PO również istnieją frakcje chętne do powtórzenia ruchu Trumpa – zwiększenia przewagi bogaczy nad średniakami.

Siły te, przynajmniej w Polsce, szczęśliwie nie działają konsekwentnie. W kraju, w którym pielęgniarka zaczęła zarabiać 15 tys. zł, a lekarz czasem nawet kilkaset tysięcy, gdzie nauczyciel dostaje pensję powyżej średniej krajowej, a glazurnik bierze do ręki 15 tys. zł za 2 tygodnie roboty nie możemy mówić o dramacie. Z drugiej strony, zwraca się uwagę na trudną sytuację młodych, pełzającą prywatyzację ochrony zdrowia, z czym wiążą się koszty dla jednych i pensje dla drugich (dentysta, który ma klientów z łatwością zarobi 600 zł za godzinę, a pozostali, w tym emeryci no cóż – muszą tę stawkę zapłacić albo przerzucić się na dietę półpłynną), dramat na rynku mieszkaniowym.

Temtu ostatniemu chciałbym poświęcić odrobinę uwagi. Wszystkie media i większość kandydatów w debatach zauważa problem winy upatrując raz w socjaliźmie a kiedy indziej w neoliberalizmie. Ale szukajmy prawdy. Otóż – średnia cena m2 w Warszawie przekroczyła 16.5 tys. zł/m2, podczas gdy średnia pensja wynosi ok. 11 tys. zł brutto. Czyli na 1 m2 przeciętny warszawiak pracuje 2 miesiące, jeżeli ma szczęście być nisko opodatkowany (13% ZUS, 9% NFZ, 12% podatek dochodowy). Ale znowu – nie mamy tak wszędzie. W „interiorze” – świecie w który powoli się przenoszę, mały dom do remontu kosztuje 150 tys. zł., co daje 2.5 tys. zł/m2. Nawet zarabiający minimalną (ok. 3.5 tys. zł/m-c netto) pracuje na metrowy kawałek podłogi przez nieco ponad 20 dni. W Warszawie przypomnijmy – 60 dni. A jak bywało? Przed boomem roku 2007 w stolicy dało się kupić m2 za 3 tys. zł, tyle że przeciętna pensja wynosiła wtedy 1,7 tys. zł netto/m-c. Nadal lepiej niż dziś, ale niewiele. Czego to dowodzi? Otóż nastąpiło charakterystyczne dla współczesnego świata rozwarstwienie cen, za którym nie nadąża wzrost dochodów. M2 mieszkania w Warszawie jest 6,5 razy droższy niż domu na głębokiej prowincji (choćby leżała 100 km od stolicy). Jednocześnie średnie pensje nie pozostają w takim stosunku (w istocie są 2 razy wyższe). Stąd, dzięki warszawocentryzmowi opiniotwóryczych gazet sytuacja wydaje się tragiczna. Jeżeli dziennikarz w prasie stołecznej zarabia średnią krajową b2b, czyli faktycznie 6 tys. zł netto i jest singlem, nie może marzyć o własnym dwupokojowym gniazdku w tym mieście. Rata z opłatami przekroczy 2/3 jego pensji. Ba, na wynajem również mu nie starczy (3500 zł + 1500 zł opłat). Narasta frustracja, a z nim produkcja alarmistycznych tez. Wyjście – zarabiać w Warszawie, wydawać na Podlasiu lub w Lubuskiem ew. na Opolszczyźnie.

Kosztami kredytów (ok. 800 zł raty za każde pożyczone 100 tys. zł, daje w przypadku wielkich miast 4000-10.000 zł za lokal dwupokojowy) kończymy temat klasy średniej, przechodząc płynnie do kapitału i neoliberalizmu. Wolny rynek w mieszkalnictwie i bankowości, z zanikiem funkcji społecznych (spółdzielnie, lokale komunalne) doprowadził do zwiększenia, zwłaszcza w większych ośrodkach niedostępności czterech kątów. Stąd popularność haseł „mieszkanie prawem, nie towarem”, podatku katastralnego itp. Natomiast, powiedzmy sobie szczerze – w pięciu wielkich ośrodkach (Warszawa, Trójmiasto, Kraków, Wrocław, Poznań) i ich najbliższej okolicy mieszka może 15% ludności Polski, może trochę więcej. I cały kraj nie kończy się na nich. Tymczasem w takiej Opolszczyźnie (godzina jazdy pociągiem do Wrocławia) nadal da się znaleźć domy do remontu za 150 tys. zł. Ba, w samej stolicy województwa (z pensjami prawie wrocławskimi), widywałem 2-pokojowe mieszkania za 300 tys. zł (we Wrocławiu średnio o 50% więcej). A Opole to miasto piękne i idealne do mieszkania, nie za duże, nie za małe – dobrze skomunikowane – rzekłbym w sam raz. I teraz wracamy do tematu kapitału. Otóż w Warszawie jest potrzebny, a nawet w obrębie jednej klasy wywołuje wielkie różnice. Wyobraźmy sobie dwóch modelowych „średniaków” – z pensją 8 tys. zł netto (średnia warszawska). Jeden płaci za wynajem 3.5 tys. zł (albo ratę 4,5 tys. zł). Drugi dysponuje mieszkaniem „po dziadku”. Pierwszemu zostaje na życie i oszczędności 3.5 tys. zł (kredyt) lub 4.5 tys. zł (wynajem). Drugiemu ok. 2 razy więcej (całe 8 tys. zł). Pensja daje mu zdolność kredytową na poziomie pozwalającym na zakup kolejnego mieszkania na wynajem i dopłacanie powyżej czynszu jeszcze ok. 1,5 tys. zł. Po tej operacji nadal dysponuje na wydatki sumą 6.5 tys. zł wobec 3.5 tys. zł „gołego” kredytobiorcy i 4,5 tys. zł najemcy. A gdyby odziedziczył (znam takie przypadki) – dwa mieszkania w stolicy. Bierze kredyt na trzecie i ma:

-własne lokum za 0 zł,

-pensję 8 tys. zł,

– zysk z najmu drugiego mieszkania 3 tys. zł (podatki!),

-stratę na trzecim 1,5 tys. zł (rata 4.5 tys.zł, koszty i podatek 500 zł, przychód z czynszu 3.5 tys. zł).

Razem jest na plusie 11.5 tys. zł. Najemca ma 4.5 tys. zł, a kredytobiorca 3.5 tys. zł. Przypominam – każdy dostaje taką samą pensję. Tak umiera neoliberalizm, zgodnie z którym „każdy ma równe szanse”, „każdy jest kowalem swego losu” itp. itd.

Majątek netto najemcy wynosi 0 zł (nie ma też długów), kredytobiorcy (150 tys. zł = 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu), właściciela dwóch lokali (900 tys. zł), a trzech (1,65 mln= 3 x 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu) . Zawsze podaję ten przykład własnym synom, ponieważ pokazuje pozorność równych szans.

Poza Warszawą te różnice okażą się nieco inne (niższe czynsze, raty, ale i pensje), jedynie na wsiach przestaną mieć takie znaczenie (dom za 150 tys. zł da się kupić na wiele sposobów, finansując gotówką).

Czyli teza o kapitale, a nie pracy jako źródle bogactwa zaczyna wygrywać. Bartek w jednym z komentarzy postawił ją tak: … Nie jestem tak radykalny w swoich sądach. Dlaczego? Otóż, jak wielokrotnie powtarzałem, aby osiągnąć zamożność potrzebny jest dochód na poziomie 120% średniej na osobę dorosłą (czyli 240% przy parze), o ile skorelujemy go z niewysokim poziomem wydatków.

Oznacza to ok. 20 tys. zł na trzy-, cztero- osobową rodzinę w Warszawie i ok. 15 tys. zł przeciętnie w Polsce. Tacy „średniacy” nie zamieszkają z pewnością (o ile nie odziedziczyli lub nie dostali mieszkania) w Śródmieściu, na Saskiej Kępie czy Żoliborzu. Będzie to raczej Białołęka, od której jednak wolałbym Mory (w najbliższym czasie „jedyna wieś ze stacją metra” czy powiatowe Siedlce (podobny czas dojazdu do centrum).

Dwukrotność średniej krajowej/osobę (w Polsce – 24 tys. zł netto na rodzinę) wydaje mi się przesadzonym miernikiem dolnej granicy drogi do zamożności. Napiszę więcej – w obecnych warunkach, w dużym mieście, moja rodzina nie spełniłaby tego warunku, a żona pracuje, ja też plus prowadzę dg. Kwestia optyki. Z Bartkiem zawsze przestawialiśmy inny pogląd na tzw. poziom życia, jeżeli chcemy korzystać z życia we współczesnym rozumieniu, faktyczne te 4 średnie na rodzinę wydają się konieczne. My z żoną nadal umiemy żyć (i utrzymać jednego syna „przy sobie”, a drugiego na studiach we Wrocławiu) za nieco ponad 2 średnie krajowe netto. Ktoś, komu pieniądze przychodzą łatwiej, może wydać więcej i utrzymać wyższy poziom wydatków, ja wolę się poobijać.

W ten sposób płynnie przechodzimy do pracy. Cóż, ta jest w Polsce najwyżej opodatkowana. W przedziale 10 tys. zł-20 tys. zł/os/m-c brutto mówimy o 13% składki ZUS, 9% NFZ i jeszcze 32% podatku, czyli w sumie ok. 50%. Na poziomie minimalnej krajowej jest to 13% ZUS, 9% NFZ i 4% podatku. A przedsiębiorca w spółce kapitałowej? 9% CIT (mały podatnik) + ew. 19 % od dywidendy (jeśli ją bierzemy). Razem – na poziomie pensji minimalnej. Znowu – średniak dostaje w skórę. Praca jest wyżej opodatkowana niż kapitał. Rentier – 19%, żyjący z nieruchomości 8,5-12,5%. Znacznie mniej niż biedak i pracujący.

I na tym polega klęska klasy średniej.

Czy mieszkanie w wielkim mieście ma sens ekonomiczny? Analiza na przykładzie domu w okolicach Wrocławia.

Dzisiaj dalszy ciąg analiz wieś-miasto. Tym razem skupię się na ekonomii okolic Wrocławia. Było o mieszkaniu w Strzegomiu, jest o domu w powiecie Świdnica.

Otóż, znalazłem taki dom – w sumie 200 m2 powierzchni oraz wielka stodoła, dwa garaże i 1,1 ha placu (uprawnienia rolnicze+zgoda KOWR), które można kupić za 450 tys. zł w odległości 51 km od Rynku we Wrocławiu, z czego 33 km autostradą, 11 km do węzła i 7 km po mieście. Ogółem ok. godziny jazdy.

W razie potrzeby istnieją też Koleje Dolnośląskie. Na dworzec 4.5 km, potem 40 minut do Wrocławia Głównego. Nieźle.

A pomysł na? Przyjrzyjcie się liczbom. Za równowartość 45 m2 w PRL-owskim bloku na Gajowicach, mamy 2 duże, dwupoziomowe mieszkania po 100 m2, rozdzielone schodami. A w gratisie pole i stodołę (nada się pod działalność) i 2 garaże. Za taki zespół (bez pola) we Wrocławiu zapłacilibyście 10 razy tyle.

A tu tylko godzinę drogi. Ekonomicznie – wybór dla kogoś, kto albo planuje prowadzić DG wymagające przestrzeni (szkolenia, magazyn, drobna produkcja, artystyczne) i chce mieć firmę pod bokiem, albo miłośnika natury, albo wreszcie rodziny dwupokoleniowej (od biedy zmieszczą się 4, ale wtedy dostaniemy lokale po 50-60 m2). Idealne również dla tradycjonalisty typu „żona w domu, mąż w pracy”. W pobliskim miasteczku (tam gdzie dworzec) działa kilka zakładów produkcyjnych, a na podorędziu Wrocław.

Dlaczego takie miejsca nie znajdują nabywcy i wsie/miasteczka ulegają wyludnieniu? Rodzice (np. moi rówieśnicy) mogliby sprzedać 2 pokoje w bloku i wraz z dziećmi wyprowadzić się, żyjąc bez kredytów. Albo dwójka rodzeństwa wydać po 225 tys. zł, zamiast kupować od dewelopera na Nowym Dworze za 2 x 700k. Nawet uwzględniając własnoręczny remont, wieś wyjdzie taniej. W zakupie – wiadomo, a w utrzymaniu? Podobnie.

Ogrzanie 200 m2 starego domu, po częściowym ociepleniu (jak mój) oznacza wydatek ok. 35 tys. KWh energii. Przy paleniu drewnem – samo ogrzewanie 13-15 m3 – co daje max. 6000 zł. Przy gospodarstwie dwurodzinnym (rodzice+dzieci) – 250 zł/mies/100m2. Ot tyle co 40 m2 w bloku. Albo i mniej. Reszta (woda, ścieki, śmieci, czynsz 0 zł, podatek rolny) – tańsza, lub (kanalizacja, prąd, gaz, internet, ) w podobnej cenie. A jeśli założymy przydomową oczyszczalnię (1,1 ha da się), fotowoltaikę (po prawie 100 m2 dachu w każdą stronę świata, bo budynek w kształcie litery „L”) – ogólnie wyjdzie mniej. Trzeba tylko samodzielnie uprawiać ogród i czasem wdrapać się na dach. No i zrobić uprawnienia rolnicze, bo inaczej KOWR nie udzieli zgody na zakup.

Jak więc spojrzeć na ten dom i wybory ludzi? Otóż czasy się zmieniły. Niewielu chce: remontu, sprzątania, ogrodu ponad 1 ha, dojazdów do pracy, kobiety w domu. Młodzi wolą (i zawsze woleli) dyskoteki, knajpy, możliwość powrotu na bombie, bez uruchamiania logistyki. Nawet, gdyby miało to oznaczać gigantyczny kredyt. Nie chcą też dzielić domu z rodzicami, dziadkami, rodzeństwem. Lubią wygodę, zwłaszcza że Wrocław, ze swoją komunikacją, ofertą gastronomiczno-turystyczną, hamakami w przestrzeni publicznej bije powiat świdnicki na głowę.

I ekonomia musi zamilknąć przed innymi argumentami. Nie pierwszy raz, nawiasem mówiąc. I pewnie nie ostatni.

Moja majowa dieta. Składniki i koszt.

Maj był dla mnie szczególnym miesiącem. Przeszedłem na dietę nisko węglowodanową. Czyli zrobiłem coś, o czym wcześniej nawet nie myślałem, że potrafię. Udało się.

Powód oczywisty. Zdecydowanie za wysoka waga. Teraz chce się z Wami podzielić wrażeniami, ale i kosztami.

Jeszcze niedawno jadłem typowo po polsku:

  • na śniadanie, II śniadanie, kolacja, kanapki z wędliną lub serem
  • obiad – mięso, ziemniaki (ryż), warzywa + deser.
  • do tego sporo domowego ciasta/czekolady/innych słodyczy.

Śniadanie jadłem zaraz po otwarciu oczu, inaczej robiłem się głodny. Dzień kończyłem obfitą kolacją.

Efekt – 3000-3500 Kcal dziennie i +10kg w pół roku. Trzeba było coś z tym zrobić. Na całkowite wyeliminowanie owoców warzyw, nabiału – wcale nie miałem ochoty. Ratunkiem stała się dieta nisko węglowodanowa.

Skutki: – 4 kg w 2 tygodnie, -7 kg w miesiąc.

Menu:

  • śniadanie (o 8-9 nie 4-5): ser biały z pomidorem i jajkiem.
  • II śniadanie (11-13): 2 oscypki smażone lub jajecznica z dwóch jaj lub skyr,
  • obiad: karkówka, kurczak (160g mięsa), sałatka z kapusty i pomidora,
  • podwieczorek: jabłko lub gruszka lub brzoskwinia,
  • kolacja: smażony ser żółty.
  • do tego 3 latte dziennie i 7-8 herbat.

W sumie 1500-1800 kcal (choć bywały dni i z 1200) i zero głodu. Do słodyczy w ogóle mnie nie ciągnie, węglowodanów zjadam dziennie 60-100 g nie więcej.

A koszty takiego jedzenia: 12-13 zł dziennie tj. 360-390 zł miesięcznie (+kawa). Porównajcie z dietą pudełkową. Przygotowanie zabiera mi po kilka minut na posiłek. Dłużej pieką się kurczaki czy karkówka, ale mam obiad na parę dni, no i robi je żona.

Taki sposób na jedzenie ma jeszcze inne plusy. Gdybym przeniósł się na wieś, kupił kozę/owcę i kury, w zasadzie zaspokoję swój apetyt, wyłącznie w oparciu o własne produkty. Musiałbym dokupić kawę (30 zł m-c), czasem karkówkę (20 zł/m-c) i brzoskwinie (20 zł/m-c). W sumie wydawałbym na jedzenie 70 zł/m-c.

I najważniejsze. Po miesiącu diety robiłem badania krwi. Glukoza 80, a więc znacznie poniżej, zaniżonej ostatnio normy.

Efekt SNUS-a.

W ostatniej kampanii wyborczej karierę zrobiło słowo SNUS – woreczek nikotynowy. Użył go podczas debaty obecny prezydent-elekt.

Teraz pokażę Wam, jak na zasadzie „efektu latte” Davida Bacha wyglądać może rzeczywistość korzystających ze SNUS-a i wolnych od tego nałogu.

Paczuszka, odpowiednia na 2 dni (przy częstotliwości raz na 1,5 godzin), kosztuje w internecie 17 zł.

W miesiąc daje to 255 zł. A rocznie 3060 zł. Gdyby zamiast kupować to świństwo, odkładać na emeryturę na koncie IKZE tę sumę, jak myślicie, ile wynosiłyby oszczędności po 40 latach?

Wpłacono 3060 zł x 40 lat =120.240 zł.

Może 3 razy więcej? Może 5 razy?

Nie. Dokładnie 1,5 mln zł (po podatku i przy stopie zwrotu 10%). To się nazywa czynnik SNUS-a. Wysokość emerytury wyniosłaby (4% rocznie) – ok. 5000 zł miesięcznie i jeszcze dzieci dostaną suty spadek. Nieźle.

Już wiecie, dlaczego prezydent-elekt, pomimo piastowania funkcji dyrektorskich w dużej instytucji państwowej, dorobił się tylko jednego mieszkania przez 10 lat (nie liczę słynnej kawalerki i spadku po ojcu).

My jednak mamy wybór.

Kwartał pracy 3/5.

Właśnie mięły trzy miesiące, od kiedy jestem pracownikiem na jeden etat. Dokładnie 3 lutego rzuciłem papierami poszedłem ostatni dzień do drugiej pracy, w której spędziłem prawie 25 lat. Prowadzę też JDG.

Przyczyny tego stanu rzeczy nie były miłe (a raczej wyjątko niemiłe jazdy nowego szefa), aczkolwiek chwila, gdy w mojej obecności odczytano sam nagłówek wypowiedzenia (natychmiastowego z winy pracodawcy), powinna trafić do „słoja wspaniałości”, gdybym go posiadał. Literalnie nikt się nie spodziewał strzału, no może jakiegoś wypowiedzenia wielomiesięcznego, w czasie którego da się łatwo zewrzeć szyki. A tu taki zonk. Moim celem nie było zdezorganizowanie działań pracodawcy, a skoncentrowanie na swoich planach i zdrowiu. A pozytywne efekty?

Efekt 1. Zdrowie.

Na przestrzeni od „rozpoczęcia jazdy” do końca zatrudnienia (nieco ponad 6 miesięcy) byłem chory 5 razy. W sumie na zwolnieniu kilkadziesiąt dni. A od zwolnienia? Ani razu przez kwartał pomimo przesilenia wiosennego.

Niewątpliwie do poprawy zdrowia przyczyniło się radykalne zmniejszenie stresu. Ale poza nim: wysypianie się (2 razy w tygodniu wstaję godzinę później), brak pracy w weekendy, regularne jedzenie przez 4 dni w tygodniu (od pt do pn włącznie), więcej wolnych dni, brak ekstra telefonów po godzinach. No i wreszcie miałem czas na 4 odkładane wizyty lekarskie.

Efekt 2. Czas.

Na tę pracę poświęcałem 72 godziny (9 dni/m-c, jeżeli brałem urlop, lub wypadało wolne 8 dni x 8 =64h), plus 12 godzin na dotarcie i 8 na ogarnianie się. Potem wracałem i potrzebowałem dekompresji (obiad, drzemka). Kiedy dochodziłem do siebie, często na zegarze była 18 . I tak przelatywał cały dzień. Nawet jeśli pracowałem 8 dni/m-c, telefony, maile poza godzinami powodowały, że na tę pracę „marnowałem”: 100 godzin (72 praca, 12 dojście i powrót, 8 ogarnianie, 8 dekompresja)

Teraz staram się pracować 6 dni w miesiącu (-2-3 dni – wyłączam drugi etat). Do tego mój, nawet pracowity dzień wygląda inaczej. Zaczyna się nie o 6.15 (godzina wyjścia do biura), ale o 8.00 (teść żegna się po wspólnie wypitej herbacie) i trwa nie do 16.00 (powrót do domu), lecz o 13-14. Krótko mówiąc przepracowuje dziennie 5-6 godzin i to z przerwami na kawę, posiłki, rozmowy telefoniczne.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z 3 miesięcy, średnio w poniedziałki i piątki 0- przepracowuję ok. 30 godzin plus 5 na dojście/dojazdy. Ponieważ nie marnuję energii na dekompresję, ogarnianie się – w sumie ze 100 godzin/m-c robi się 35. Kto umie liczyć, ten się dowie odzyskałem 65 godzin/m-c – 65% dotychczas poświęcanego czasu. A ten wykorzystuję: dla rodziny, na odpoczynek, pisanie bloga i wymyślanie kolejnych pomysłów.

A więcej czasu oznacza też brak pośpiechu, nerwów i spokój w kontaktach z innymi.

Efekt 3. Kasa.

O niej jest ten blog. Wyniki? Marzec +10%, kwiecień +40%, maj +50%. Nie żartuję, piszę serio. Ponieważ nie zostałem na etacie, w kwartał (24 dni) zarobiłem średnio 33% więcej. Przypominam, pracując o 2/3 mniej. Niesamowite. A liczę tylko te 5 dni.

Efekt 4. Więzi.

Tego nie da się przeliczyć na kasę. 3 razy odwiedziłem moich synów w ich miejscach i to nie, jak dotychczas, dziś przyjazd, dziś wyjazd (najpóźniej jutro rano), lecz na 2-3 dni. Do tego spokojne spotkanie z siostrą (też mieszka w innym mieście), odwiedziny u przyjaciół (2 razy). Wszystko ogarnięte w przedłużony weekend (w końcu miałem ok. 6-8 dni ekstra).

Spokojnych pogaduszek z teściem, leniwego ranka z żoną, porannych rozmów z najmłodszym synem – nie liczę.

Te cztery czynniki, po zsumowaniu dały prosty efekt – więcej spokoju, radości z życia i pomysłów, co jeszcze można udoskonalić.

Z czego ma żyć przeciętny człowiek, przeprowadzając się na wieś?

Niedawno pisałem o swoich planach finansowych. Mam jednak świadomość, że przeciętne możliwości są jednak inne. I dlatego postanowiłem poświęcić tym opcjom cały wpis.

Na stole sekcyjnym leży „przeciętny Polak z dużego miasta”. Możemy poczynić pewne założenia.

  1. Prawdopodobnie ma mieszkanie (ok. 80% rodaków mieszka we własnym),
  2. Z pewnym prawdopodobieństwem nie na kredyt (9% nieruchomości w Polsce posiada wpisy hipoteczne, z przewagą miast – rzecz jasna), albo spłacone w poważnym stopniu.
  3. Dysponuje oszczędnościami na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych.
  4. Liczy sobie ok. 35 lat i posiada partnera/partnerkę/męża/żonę oraz jedno dziecko.
  5. Zarabia dotychczas ok. 100-120% średniej krajowej, co oznacza ok. 12-15 tys. zł netto na rodzinę.

Ma silną chęć przeprowadzki na wieś, przysłowiowej ucieczki w Bieszczady. Nie wierzy tylko w możliwości realizacyjne. A ja pokażę, że „dasię”.

Krok 1. Wycena wartości netto mieszkania/domu. Wartość netto = czyli cena rynkowa – zobowiązania kredytowe. Okaże się bardzo różna. Moja – 1 mln zł. Przeciętnie – może 200, może 300, może 400 tys. zł.

Krok 2. Ustalenie na co wystarczy ta wartość netto.

W prawie kompletnej pustce (Podlasie, pogranicze mazowiecko-lubelskie, wschodnia Lubelszczyzna czy Podkarpacie itp.), albo województwach wymierających na zachodzie Polski (lubuskie, zachodniopomorskie, opolskie, śląskie, dolnośląskie), o ile nie idziemy w kierunku wysokiego standardu i miejscowości turystycznych (raczej Pieszków koło Lwówka Śląskiego niż Polanica-Zdrój) nasza wartość netto powinna wystarczyć na zakup domu do remontu (nie mówię o walących się ruderach) i najniezbędniejsze prace, wykonane własnymi rękami. Dodajmy oszczędności i posiadane inwestycje.

Czyli dach nad głową – już mamy.

Krok 3. Ustalenie nowego źródła dochodu.

Mieszkańcy miast miewają z tym problem. W przypadku freelancerów, artystów, pracowników w 100% zdalnych – prosty wybór – robimy to, co dotychczas, tylko w innym miejscu. Dochody nie spadają.

Dysponujący dużą nadwyżką wartości netto nad kosztami zakupu/remontu – także nie muszą długo myśleć. Pracują dalej tylko mniej i dla przyjemności. (mój mechanizm).

Natomiast „przeciętni” znajdą się w trudnej sytuacji. Być może, znajdą pracę na miejscu (nauczyciel, lekarz, pielęgniarka itd.). Być może w niedalekim sąsiedztwie (do 30 km) – jak budowlaniec, handlowiec, urzędnik itd. W ostateczności założą jakąś firmę, znajdą etat zdalny, przerzucą się na freelance, sprzedaż internetową, zaczną żyć z ziemi, opierając się na wyjątkowych produktach.

Ja znając warunki w wielu lokalizacjach – proponuję prace dorywcze. Przy odrobinie zdolności manualnych da się zarobić dniówką 300 zł. A to oznacza 4500 zł (umówmy się, netto) na osobę. Żyją tak całe wsie. W lecie – przy zbiorach, w pozostałych miesiącach – budowa/opieka nad dziećmi. Ważne – sprawdź możliwości na miejscu.

Większość znanych mi osób (osobiście, z artykułów, książek) prowadzi agroturystyki, jakieś warsztaty, zajmuje się sztuką, rękodziełem, rzemiosłem. I żadna z nich nie głoduje. Tak też można.

Krok 4. Ustal wydatki i sprawdź, czy Cię stać.

Skoro dochody wynoszą 4500 zł/os./m-c – budżet wynosi 9000 zł/m-c (plus ew. zasiłki). Znacznie mniej niż w mieście (12-15.000 zł). I tę różnicę warto wyrównać spadkiem wydatków.

W tym miejscu mam już pewien pogląd i potrafię coś poradzić. Postawcie na tanie ogrzewanie drewnem (piec, kominek z płaszczem), zamiast bawić się w drogie pompy ciepła, grzejniki elektryczne, o ile nie zbudowaliście nowego energooszczędnego domu. Ew. co najwyżej dogrzewajcie klimatyzatorem.

Nie pakujcie się w wielkie budynki, ponieważ zniszczą Was finansowo i wyssać mogą wszystkie siły (sprzątanie! remonty!). Chyba że macie pomysł na turystów. Moje 160 m2 po podłodze i 140 m2 powierzchni użytkowej wydaje mi się wręcz za duże dla 3 osób (ale akurat zarabiam ponadprzeciętnie i dysponuję kapitałem).

Wtedy koszt mediów wyniesie ok. 1000 zł/m-c (prąd – 300 zł, woda 50 zł, oczyszczalnia – 50 zł, podatek – 40 zł, internet 100 zł, telefony 100 zł, śmieci 100 zł, drewno – 260 zł). Mnie uda się zejść do 800 zł, ale na dachu leżą panele fotowoltaiki.

Życie (jedzenie, leki, lekarze) 1800 zł. Akurat tutaj mocno indywidualna sprawa. Ktoś nie kupuje jedzenia, inny tak, do tego leczy się na kilka chorób, lub ma niepełnosprawne dziecko. Sama wizyta lekarsko-dentystyczna oznacza ubytek 200-800 zł. Mając czas pewne rzeczy zrobimy na NFZ.

Nauka. Nie rezygnowałbym z niej pod żadnym pozorem. 700 zł na zdalne korki, zajęcia edukacyjne, czy sport.

Transport. Kolejny temat-rzeka. Sporo zależy od warunków miejscowych, trybu życia, sposobu utrzymania, odległości. Minimum – jedno auto na rodzinę, i to takie, które zawsze zapali i zawsze dojedzie. W praktyce – mieszkańcy sioła w środku lasu – szykujcie się na Subaru Forestery, Łady Nivy, pickupa, czy innego Jeepa. Te auta palą minimum 10-12 l/100 km. Mieszkający wśród ludzi (jak ja), niech wybiorą przynajmniej SUV-a, lub podwyższonego crossovera. Jeśli auta mają być dwa – jedno może być „letnie” i pozbawione tych bajerów. Jak powiedziałem – koszty od 400 zł/m-c (Panda 4×4) do 2000 zł (dwa auta, z których jeden to „dzik”). Liczone, rzecz jasna przeciętnie (10 tys. km rocznie x 72 zł/100 km na paliwo = 600 zł/m-c).

Pozostałe. Wrzućmy tu ubrania, chemię, kosmetyki, remonty, wakacje, prezenty, ubezpieczenia itp. Zostało nam od 3500 do 5100 zł. Plan okazał się wykonalny.

Jak pracowano w XIX w. Zimny prysznic dla Matczaka i Mentzena.

Obaj tytułowi panowie mają proste antidotum na biedę – ciężką pracę po 16 godzin na dobę (w przypadku Mentzena za śmieszne pieniądze). Oczywiście, wszystko co proste, nie działa. A że nie działa, to wiemy, wystarczy cofnąć się do XIX w.

Tamto stulecie charakteryzowało się tzw. dzikim kapitalizmem. Nie istniały żadne normy oficjalne, ochrona pracownika itp. Hulaj dusza, piekła nie ma. Wąska grupa posiadaczy (ziemskich, fabrycznych) robiła co chciała, przy wtórze wszelkich religii (od judaizmu przez katolicyzm do protestantów). Efekty? Nie tylko ogromna śmiertelność i krótkie życia, do tego bieda, a wreszcie przygotowanie zarzewia pod… komunizm w wydaniu rosyjskim. Dobrowolne zmiany (USA, W. Brytania) pozwalały uniknąć najgorszego. Tereny obecnej Polski, traktowano jak kolonie (a pan, chłopów, jak właściciel plantacji czarnych na południu USA). W takim Żyrardowie, mniejszym odprysku łódzkiej Ziemi Obiecanej tydzień pracy trwał najpierw 77, a potem 66 godzin. I te 66 godzin (tj. 6 dni w tygodniu po 11 godzin) traktowano jak wielką ulgę. 10-12 latek pracował przy taśmie. Wyobrażacie to sobie? Jedenastogodzinny dzień pracy, a gdy ktoś się nie sprawdzi, zachoruje, zestarzeje, to fora ze dwora. Emerytur nie było.

Pamiętacie scenę z filmu, rozmowę Bucholca z von Hornem? Tak, do takiego świata chcą nas przywrócić Mentzen z Matczakiem. Tam nie ma miejsca dla mniej przedsiębiorczych czy zwyczajnie słabszych (głupszych). Liczy się siła, zdrowie i wynik. To dlatego próbuje się wybić zęby (mleczaki) inspekcji pracy, związkom zawodowym (koncesjonowana Solidarność komentująca czterodniowy tydzień pracy parsknięciem „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”, pełniąca rolę OPZZ za Jaruzelskiego), Radzie Dialogu Społecznego (istnieje na papierze). Co pozostanie? „Miska ryżu”, bezpłatne nadgodziny, pozorność dostępnej opieki lekarskiej. Teraz 5 godzin to czekasz na SOR-ze, płacąc 20 tys. składki zdrowotnej, większość chorób leczy się prywatnie, ponieważ nikt, w sytuacji zagrożenia np. zawałem nie będzie wpisywał się na listę do kardiologa z terminem za 3 miesiące .

Czas dojazdu 30 km ze wsi do miasta.

Z mojej wsi do miasta prowadzi kilka dróg. Dobra opcja na wypadek śniegów, gdy jedną zawieje, zawsze zostaje druga. Najgorszy odcinek mam przy domu (300 m szutrówki), potem zaczyna się szosa – powiatowa, wojewódzka, a nawet krajowa. Jednak nie o drogach miało być, a o czasie dojazdu.

Od pewnego czasu robię próby, ile potrzeba na dojazd z punktu A (mój dom na wsi) do punkt B (centrum miasta), które dzieli równo 30 km. Wyznaczam sobie też kamienie milowe na najlepszej trasie, o nich właśnie napisze dwa słowa.

Trasa nr 1. Prowadzi w znacznej części drogą wojewódzką- 31 km.

Odcinek 1. Spod garażu do szosy – 2 minuty. Wliczam w to otwieranie i zamykanie bramy (trzeba wysiąść z auta, za jakiś czas zamontuję siłowniki).

Odcinek 2. Spod garażu do stacji kolejowej – 5 minut. Dystans niecałe 3 km.

Odcinek 3. Pierwsze 10 km – 10 minut.

Odcinek 4. Dom – spotkanie z alternatywną trasą (15 km) – 16 minut (o ile akurat nie czekam na przejeździe kolejowym).

Odcinek 5. Pierwsze 20 km (węzeł obwodnicy) – 21 minut.

Odcinek 6. Dom- granice administracyjne miasta (ok. 23 km) – 24 minuty.

Całość najkrótszą trasą (31 km) – 34 minuty (bez korków).

Trasa 2. Bocznymi drogami 30 km.

Piękna widokowo, gorsza jakościowo. Jeździłem nią w weekendy, zanim nie zbudowali obwodnicy jednego z miasteczek, teraz nie ma sensu. Czas przejazdu 40 minut.

Trasa 3. Dawną 17-tką 35 km.

Też bez sensu. Daleko i wolno – 45 minut. Do miasta wjeżdżam ruchliwą i zakorkowaną częścią.

Trasa 4. Obecna S17 40 km.

Wprawdzie jest najdłuższa, ale w zimie najpewniejsza. 10 km do węzła ekspresówki, a potem wjeżdżam do samego centrum. Poza pierwszym kilometrem (w tym 300 m drogi szutrowej), odśnieżana regularnie (dojazd do dwóch sporych zakładów przemysłu spożywczego). Jeśli jadę normalnie 35 minut. Gdy goniłem raz na złamanie karku -30 minut, a więc potencjalnie najszybciej. Do tego szeroko. Jednak korzystam z niej rzadko, tylko w najgorszą pogodę zimą. Nie jest ani ładna, ani bezpieczna (na odcinku 10 km prowadzi w 90% przez obszar zabudowany).

Wnioski. Dojazd ze wsi do miasta zajmuje mi ok. 30-40 minut. Wiadomo, w zimie, po opadach śniegu, może zrobić się 45-50 minut, ale ile mamy dni ze śniegiem na drodze (w przyszłym roku obiecuję policzyć). Dla kogoś, kogo taka odległość przeraża, odpowiem – kiedy do miasta wrócili studenci – odcinek 2 km zaraz po pracy pokonuję w 20 minut. Jadąc na wieś, mijam te korki (pracuję 200m od dawnej, dwupasmowej obwodnicy centrum) stąd liczę ok. 40 minut.