Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 10 – Oszczędny Milioner

Ile kosztują wakacje? Wyrwać się z korkociągu oczekiwań socjoekonomicznych.

W komentarzu o wiejskim życiu za niewielkie pieniądze, Bartek podniósł temat wakacji, wyjazdów, nart jako warunku dobrostanu dzieci. Obiecałem wtedy wpis o tanich, alternatywnych urlopach i … wypełniam zobowiązanie.

Ile kosztują wakacje 3-osobowej rodziny? Moje ubiegłoroczne w Chorwacji – 7 dni, ok. 12 tys. zł. Tydzień w szczycie sezonu na all inclusive, w Egipcie, Turcji itp. – 7000 zł. Plus doliczmy wydatki na miejscu, jakieś wycieczki i wyjdzie pewnie 9000-10.000 zł. Czy da się taniej? Oczywiście. Aczkolwiek trzeba zrezygnować ze standardu. Ceny dotyczą tygodnia.

Opcja I. Jak u babci na wsi. Nie każdy ma babcię na wsi, ale każdy może skorzystać z wynajmu wiejskiego domku. Cena (w mojej wsi):

  • 1500 zł/tydzień – wynajem wyremontowanej chaty z noclegami dla 8 osób,
  • 100 zł – dojazd własnym autem (tylko paliwo na dystansie 125 km w jedną stronę),
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł atrakcje – lody, basen, wstępy i zwiedzanie.
  • Razem: 3600 zł.

Opcja II. Kemping w górach, blisko jeziora. Bierzemy auto, namiot i jedziemy.

  • 900 zł – miejsce pod namiot z prądem plus auto i 3 osoby,
  • 300 zł – dojazd własnym autem (bo jednak zwyczajnie – dalej),
  • 1500 zł – jedzenie (dodajemy zakupy na plaży),
  • 1000 zł atrakcje – (rejs statkiem, wypożyczenie rowerka wodnego, zwiedzanie),
  • Razem: 3700 zł.

Opcja III. Kemping w lesie, blisko jeziora.

  • 900 zł -miejsce pod namiot z prądem plus auto i 3 osoby,
  • 100 zł – dojazd własnym autem,
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje (wypożyczenie kajaka, rowerka, barek na plaży).
  • Razem: 3000 zł.

Opcja IV. Agroturystyka. Podaję ceny ze sprawdzonej „Chaty nad Ponikiem” koło Bystrzycy Kłodzkiej:

  • 2900 zł – nocleg i wyżywienie (nawet kawa i herbata wliczone w cenę),
  • 500 zł – dojazd własnym autem i jazdy na miejscu (w moim przypadku nawet 700 zł),
  • 300 zł – dokupienie jedzenia na lunch (dla mnie obiadokolacja o 17 trochę za późno),
  • 1000 zł – atrakcje (wstępy),
  • rozmowy z właścicielem panem Waldkiem – gratis,
  • Razem: 4700 zł.

Opcja V. Własny domek na działce. Tutaj koszty przeliczyłem z całego roku (obliczenia moje) i podzieliłem przez 52 tygodnie.

  • 100 zł – nocleg,
  • 100 zł – dojazd własnym autem
  • 1000 zł jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje – (zwiedzanie, basen),
  • Razem: 2200 zł.

Opcja VI. Własnym kamperem na dziko. Ponownie przeliczono z całego roku i podzielono przez 52 tygodnie.

  • 100 zł – kamper,
  • 900 zł – paliwo,
  • 1000 zł – jedzenie (raz w restauracji, reszta samodzielnie przygotowana),
  • 1000 zł – atrakcje – (zwiedzanie, basen),
  • Razem: 3000 zł.

Opcja VII. Pole biwakowe, przy schronisku w górach.

  • 600 zł – nocleg,
  • 300 zł – dojazd,
  • 1000 zł – jedzenie,
  • 1000 zł – atrakcje (basen, zrzutka na koncert, zamówienie szarlotki z lodami),
  • Razem: 2900 zł.

Opcja VIII. Górami ok. 100 km od schroniska do schroniska.

  • 1200 zł – nocleg,
  • 300 zł – dojazd,
  • 2000 zł atrakcje i jedzenie (tym razem w jednej kategorii),
  • Razem: 3500 zł.

Jak widać przedział 2200 zł – 4700 zł – znacznie niżej niż Chorwacja czy all inclusive w Turcji/Egipcie. Wcale nie trzeba siedzieć w domu. Koszt – przeliczeniu na miesiąc od ok. 183 zł (61 zł/os.) do blisko 400 zł/m-c. Czyli, w zwykłej statystycznej rodzinie – da się. Natomiast wrażenia (zwłaszcza w ostatnim punkcie – przejściu górami 100 km) – bezcenne.

Łańcuch lenia. Czyli jak zacząłem systematycznie pracować.

Pewnego dnia przeczytałem o metodzie twórczej Jerry’ego Seinfelda -komika, który chciał mieć pod dostatkiem żartów do swoich publicznych występów. Postanowił pisać jeden skecz każdego dnia, a postępy zaznaczać w ściennym kalendarzu znakiem „x”, gdy tylko wykonał zadanie. Powstawał w ten sposób „łańcuch żartów” nazwany też „łańcuchem Seinfelda”.

Taki pomysł od razu wzbudził moje zainteresowanie, tym większe, że akurat miałem wyjątkowego lenia. Postanowiłem więc rozpocząć działanie nazwane „łańcuchem lenia”, aby zwiększyć firmową wydajność.

Dlaczego? Ponieważ straszny ze mnie leń. Nie nazywam sytuacji odkładania mądrze, naukowo i nowocześnie „prokrastynacją” – szukając na siłę wytłumaczenia, lecz po prostu – lenistwem. W moim zawodzie, polegającym na twórczej pracy, taki styl działania „na ostatnią chwilę”, „pod toporem” itp. niesie same wady i… jedną zaletę. Każdy leń Wam to powie, że jego chęć do odkładania zmusza go do twórczej i wydajnej pracy przed deadlinem. Jeszcze nigdy nie zdarzyło się, abym zawalił coś terminowego. Ale ten medal ma dwie strony. Umiejąc pracować szybko i sprawnie nakręcamy spirale, bo po co się spieszyć, skoro można poleżeć. Krótko mówiąc przekleństwo „sprawnego lenia”.

Wracając do wpływu na firmę. Moi koledzy mają sztywny czas wyznaczony na pracę. Nawet 10 godzin dziennie. Ja potrafię się spiąć na 5-6 godzin i to takich, które wypadają często w chwili, gdy akurat pracuję etatowo (i trzeba robić wiele rzeczy „od ręki”). Do tego w międzyczasie poziom energii spada, bo a to ktoś zadzwoni, a to wydarzy się coś nagłego. No i klops.

Dlatego wdrożyłem system „łańcuch lenia”. W lipcu, gdy sporo czasu spędzałem na wsi, postanowiłem jak Pliniusz Starszy – Ani dnia bez kreski. Oczywiście nie chodziło o jedną literę, ani zdanie, lecz godzinę systematycznego pisania. I każdy dzień z taką godziną miałem zaznaczać w kalendarzu, stosując przestrogę Seinfelda – „Don’t break the chain”. I wiecie co? Udało się. Moja firmowa produktywność wzrosła, a wydajność poszybowała w kosmos. Jednego dnia poświęcam na wykonanie zadań sześć godzin, innego dnia tylko jedną i od lipca trzymam ten poziom. W pierwszym miesiącu nadgoniłem wszystkie „tyły” czyli prace nie na termin. A teraz działam na czas.

Dieta pudełkowa. Najbardziej absurdalny absurd.

Kilka lat temu w szkole sportowej syna przetoczyła się moda na dietę pudełkową. Właśnie wtedy przekonywałem młodego o bezsensie takiego rozwiązania. Teraz powstał z tego wpis (nie ukrywam, pod wpływem artykułu w Newsweeku).

Zacznijmy od pojęcia. Dieta pudełkowa wygląda tak – codziennie rano firma cateringowa przywozi ci w tekturowych lub plastikowych opakowaniach (stąd nazwa), posiłki na cały dzień. Najczęściej 4-5, od śniadania, przez II śniadanie, obiad i kolację (czasem podwieczorek). Ustalamy tylko liczbę kalorii (zwykle 1500-3000) oraz dietę, spełniającą specjalne potrzeby (keto, bezglutenowa, vege, anty-cukrzycowa itp.). Firma wybiera menu (czasem możemy sobie ustalić, że mamy wybór z 2-3 dań).

Skoro już wiemy, z czym, nomen-omen, ją zjeść, przejdźmy do wad i zalet diety pudełkowej. Plus widzę jeden – wygodę i oszczędność czasu. Nie gotujemy, nie mamy zmywania, nie musimy myśleć o zakupach, nie robimy ich. A cena? No cóż, wysoka, i to pod wieloma względami.

Zacznijmy od kasy. Jak podaje bohaterka artykułu z Newsweeka – 75 zł za 1500 Kcal. Przy 2000 Kcal (dla faceta na diecie) – 100 zł/dzień. A są jeszcze wersje 2500 Kcal i 3000 Kcal. Skupmy się jednak na tych podstawowych. 175 zł/dzień dla pary, oznacza ponad 5250 zł za miesiąc. Drogo. Za taką cenę pewnie dostaniemy cuda?

Otóż nie, i tu już mamy drugi minus. Śniadanie – twarożek z ogórkiem. Na II śniadanie – zapiekanka ziemniaczana z warzywami. Obiad – polędwiczki, kasza gryczana i buraczki, kolacja – makaron z kurczakiem i warzywami. To ma być domniemany luksus i oszczędność czasu? Twarożek z ogórkiem, to ja sobie kupię w Lidlu za 3 zł. Czas wykonania (pokroić – 1 min). Ziemniaki z warzywami – 10 minut roboty (przy gotowej mieszance) – cena 3 zł, podobnie z kolacją (kurczak, ryż, warzywa – 10 minut i 4 zł). Najgorzej wychodzą te polędwiczki i buraczki (bo kasza – znowu banał) – to już pół godziny i pewnie 10 zł. W sumie na cały dzień: niecała godzina roboty i 20 zł. No i umówmy się, poza polędwiczkami – nic wymyślnego. Zapiekankę, twarożek, czy kurczaka z ryżem i warzywami potrafi zrobić nastolatek. A przebitka cenowa większa niż w knajpie (x 3,8 zamiast x 3). A może to tylko kiepski przykład dziennikarza? Sam otwieram kolejne menu. Na śniadanie ciastko jogurtowe (do kupienia w Biedronce za 3 zł i 0 minut) , na II śniadanie – serek waniliowy (2 zł, 0 minut), obiad – zapiekanka makaronowa z kiełbasą (10 minut i 5 zł, podwieczorek – zupa krem z białych warzyw (10 minut i 2 zł), kolacja – kaszotto z pęczaku i warzyw (5 minut i 5 zł). W sumie 17 zł, 25 minut – a w ofercie za 65 zł/dziennie.

Kolejny problem. Smaki. Wciąż te same. Ile można jeść wariacji na temat: ryżu z warzywami, ziemniaków z warzywami i kurczaka? Do tego cebula, kapusta, marchew. Dlaczego tak? Bo najtańsze i szybko się je przyrządza. Gotując w domu patrzymy jak Karol Nawrocki – mam ochotę na kiełbasę, zjem kiełbasę, na golonkę – proszę bardzo. Do tego obowiązkowo zimne piwo (w diecie pudełkowej – nie uświadczysz). A goloneczka kosztuje, wymaga dużo zachodu, gotuje się ją godzinami, więc nie licz na nią. Podobnie zupy. Nie dostaniesz czasochłonnych flaków, lecz raczej zupy-kremy we wszystkich odmianach (miksuje się chwilę, a i warzywa wrzucą gorszej jakości i nie widać) z cebuli, z marchewki, z dyni, z cukinii, z selera (warzywa o najniższej cenie za kg). Po miesiącu-dwóch masz dość.

I wreszcie estetyka. Podobno pożeramy oczami, i dlatego, jeśli smakuje, zjemy zdecydowanie za dużo. Brzęk sztućców, obrus (lub chociaż bambusowa podkładka), dobra kawa po wszystkim, miła rozmowa z żoną i czujemy się lepiej. A pudełka zachęcają do bylejakości, samotnego połykania na szybko. Inaczej wygląda twarożek podany w miseczce lub na talerzyku, a inaczej w wersji – plastikowe pudełko, takie same sztućce i połykanie w biegu. Nie powiem już o polędwiczkach odgrzanych w służbowej mikrofalówce kontra gotowanych sous vide. Na koniec z diety pudełkowej zostaje 4 razy tyle odpadów niż przy domowym gotowaniu.

A zdrowie? „Pudełkowcy” mocno je akcentują (w końcu w nazwie jest „dieta”). No cóż i tu wygląda kiepsko. To biznes nastawiony na zysk. O części już napisałem. Aby było tanio i kalorycznie (norma!) wybiera się typowe węglowodanowe zapychacze pełne chemii (przemysłowe ziemniaki, ryż, kasze), dokłada najtańsze warzywa (z najniższą ceną za kg), takie same mięsa (kurczak, wieprzowina). Nabiału dostajemy minimalne ilości (oficjalnie – bo wywołuje niestrawność, faktycznie – bo drogi), wołowinę rzadko i gorsze kawałki, ryba – głównie przemysłowa klasyka – łosoś, panga, pstrąg. Wszystko raczej drugiej jakości (nikt nie bawi się w szukanie ideału jak w dobrej knajpie) przygotowane jak w kuchni szkolnej mojego dzieciństwa, tylko jeszcze odgrzać musisz sobie sam i nie dostaniesz kompotu do mielonych. Porcje żałośnie małe wybaczyłbym, gdyby była jakość (sam generalnie wolę zjeść cienki jak papier 80g plaster szynki parmeńskiej niż kawał boczku), ale właśnie zwycięstwo ceny powoduje, że w zapiekance ziemniaczanej z porem, pora jest mało, a ziemniaków dużo. Podobnie w kurczaku z ryżem, bo ryż kupimy w markecie za 4 zł/kg, podczas gdy pierś z kurczaka za 3 razy więcej. Tych tzw. diet nie układają dietetycy-specjaliści lecz księgowi.

Dlatego wydawanie 4000 zł więcej (5250 zł – 1200 zł) za posiłki dla dwóch osób w warunkach miejskich, po to aby gorzej, brzydziej, mniej zdrowo zjeść i zaoszczędzić niecałe 30 godzin miesięcznie uważam za pomysł absurdalny. Stąd tytuł.

Ile zyskamy pracując 2-3 dni w tygodniu?

Pytanie postawiłem przewrotnie, zatrudnienie na pół etatu oznacza najczęściej połowę dochodu. W powszechnym mniemaniu nie zyskujemy lecz tracimy. Całkiem sporo tracimy. Natomiast gdyby przestać patrzeć standardowo, wynik wychodzi zupełnie inaczej.

Sponsorem wpisu jest moja młodsza koleżanka, zawsze uśmiechnięta, wyluzowana, ale i obowiązkowa. Ostatnio powiedziała mi, że zmierza do ideału 4 dni pracy, z wolnymi piątkami. W jaki sposób planuje to osiągnąć? Rezygnując z części etatu. Przyznam szczerze, że doznałem szoku. Wszyscy, tylko nie ona. A przyczyna? Świadomość dorastania dzieci, własnego upływu sił, oraz … dokonana spłata ostatniej raty kredytu hipotecznego. Stąd potrzeba wyjaśnienia sobie, co zyskujemy pracując 2-3 dni w tygodniu?

Czas. Odpowiedź oczywista. Mniej pracując, mamy więcej czasu na inne aktywności. Od wysypiania się (dla śpiochów), przez rodzinę, sport, do realizowania swoich pasji. Każdy przeznaczy go na to, czego faktycznie potrzebuje. W dzisiejszym zagonionym świecie, czas staje się najbardziej pożądanym aktywem, doceńmy go.

Wspomnienia. Dwa razy dłuższy weekend (przypadek pracującego 3-4 dni/tydzień), pozwala więcej przeżyć. Czy odwiedzamy rodzinę/przyjaciół, czy planujemy mini-urlopy, czy udział w wydarzeniach sportowych, mamy szansę na lepsze i dłuższe doświadczenia. Tego nikt nam nie zabierze. Na stare lata nie opowiadać wnukom o kolejnych zarobionych 100 tys. zł, ale raczej o tym uchwyconym momencie, gdy pierwszy raz pojechały na rowerze. Takie migawki pamięci nie mają ceny.

Elastyczność. Gdy sporo pracujemy, zarabiamy i mamy pieniądze wszystko wydaje się łatwe (poza znalezieniem czasu). Dobrze przeżyty weekend zawiera w sobie: podróże, restauracje, rozrywki. I kosztuje:

  • pobyt w aquaparku dla 5 osób (jeden dzień z obiadem, bez noclegu, a z dojazdem) – 1800 zł,
  • weekend dla dwojga, w turystycznym mieście (citybreak): 3000-4000 zł (z dolotem, hotelem, jedzeniem i wstępami).

Rezygnując z pracy na 100% pewne rzeczy musimy przemyśleć, ponieważ nie stać nas już na szastanie pieniędzmi, gdyż mamy ich zdecydowanie mniej. Uczymy się elastyczności, wybieramy miejsca, do których dojedziemy taniej i mniej spektakularne rozrywki. Ba, ten sam aquapark ma inne ceny w weekend, a inne w tygodniu. Stawiając na elastyczność sporo zaoszczędzimy. Warto spojrzeć na pewną ideę przewodnią tego bloga, często potwierdzaną w komentarzach, przez moich Gości: mniej kasy, wcale nie oznacza braku życia, lecz konieczność lepszego przemyślenia paru spraw i zaplanowania. Zacznijmy od tego aquaparku. Może wcale nie trzeba jechać daleko, a fajne miejsce znajdzie się gdzieś bliżej. Wejście, które w Suntago w weekend kosztowało 1000 zł, w Łodzi w tygodniu tylko 600, a we Wrocławiu, przy zastosowaniu zniżek (bilet rodzinny) nawet 200 zł. Tym sposobem z 1800 zł za cały dzień robi się 500 zł. Podobnie z citybreakiem. Namiot, spanie w aucie, przyczepie na kempingu nie pozbawiają nas możliwości eksplorowania atrakcji wielkich miast. A kosztują ułamek ceny. Niektórzy wybiorą wręcz spanie na dziko. Uczymy się kombinować. Zamiast iść do restauracji, próbujemy stworzyć smaczne danie w domu. Niekoniecznie musi to być „kurczak na pięć sposobów”. Mamy czas (patrz punkt 1) pracować nad doskonałością.

Identyczna reguła dotyczy wszystkich aspektów życia. Lepszego zwrotu z kapitału, dłuższego spania, większej liczby przeczytanych książek, zrobionych „na boku” interesów itp. A także niższych cen płaconych: za mieszkanie, auto, czy jedzenie. Szczegóły opisywałem we fragmentach na blogu np. pokazując różnicę pomiędzy Warszawą a prowincją.

Prostotę. W dzisiejszych zagonionych czasach, prostota wydaje się nie do przecenienia. Umiejętność cieszenia się zwykłym domowym podpłomykiem, zamiast pizzy z owocami morza (różnica w cenie x 10), cisza biblioteki w miejsce słuchania audiobooka w zatłoczonym autobusie. Przyroda a nie huk miasta. Spokojny spacer po Wrocławiu, zastępujący bieg pomiędzy zabytkami. Nałęczowska Śliwka, a nie belgijskie praliny w 30 smakach. Kurtka z Juli spełniająca swoje funkcje (poza demonstrowaniem statusu) równie dobrze jak Balmain za 10k. Uczymy się smakowania życia, a dodatkowo wychodzi nam taniej. Wszystkim, którzy mi nie wierzą, proponuję lekturę bloga http://niebozamiastem.pl .

Twórczość. Wypełnianie tabelek, pisanie wezwań do zapłaty, windykowanie należności dla banku, sprzedaż ubezpieczeń, a więc współczesne i nowoczesne zawody, nie dają takiej satysfakcji jak stworzenie czegoś użytecznego. Człowiek, gdy już ma pełny żołądek, ciepłe ubranie i 20 st.C w zimie, potrzebuje być twórczy. Pędząc z pracy i po pracy, traci tę część własnej indywidualności. Mniej pracując, zyskujemy czas na twórczość, sprawczość. Takie doświadczenie okazuje się bezcenne i zmienia życie. Wielu przekonuje się o tym u schyłku życia, na emeryturze. Za późno, by zostawić istotny ślad.

Wolność. Zapomnienie o kieracie na 4-5 dni zamiast krótkiego weekendu, pozwala nam doświadczyć wolności. Rozumiem ją jako decydowanie o sobie, możliwość wyboru, spokojnego doświadczania świata. Przestrzeń na to co lepsze, efektywniejsze stale się powiększa. Nie stoimy wreszcie pod ścianą, o 3 miesiące (okres wypowiedzenia) od bankructwa.

Jak widzicie, pracując 2-3 dni w tygodniu zyskujemy całkiem sporo. Nie warto koncentrować się wyłącznie na truizmie – czyli czasie. Chodzi o znacznie więcej.

Jeden poziom wyżej od bezdomnego – smutna refleksja o wynajmie.

Jakiś czas temu omawiałem na blogu ten „list do redakcji” https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/od-dwunastu-lat-splacam-wasze-kredyty-list-do-redakcji/zfhle3g, skupiając się na wyliczeniach. Teraz, kiedy ponownie wyświetlił się jako „odgrzany kotlet” zwracam uwagę na coś innego.

Autorka pisze o sobie (wynajmującej) tak: „Wiele osób, kiedy mówię im, że wynajmuję mieszkanie, ma przed oczami wizję mnie jako osoby, która żyje na walizkach, biednego marginesu społecznego, który jest tylko o „jeden poziom wyżej” od bezdomnego. W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem — mam swoje meble, swoje sprzęty, swoje tekstylia, rośliny…”. Właśnie z tą myślą postanowiłem się rozprawić.

Pominę gorycz, z którą trzydziestolatka (całe życie przed nią), patrzy na świat, ale skoncentruje się na clou tzw. ekonomii nieposiadania/współdzielenia.

Otóż, porównując z Niemcami, gdzie wynajem jest dość popularny, zwłaszcza w dużym mieście (14% berlińczyków żyje we własnych mieszkaniach/domach), udział nieruchomości w majątku jest zdecydowanie większy. W Polsce – to 66%. a w Niemczech 34 %. Myśleliście, że w Polsce jest gorzej? To policzcie, że chodzi tu o wartość po odjęciu długów. Gdyby i je wziąć pod uwagę, wychodzi 72%. Źródło: https://serwisy.gazetaprawna.pl/nieruchomosci/artykuly/8245226,struktura-majatku-europejczykow-polacy-ufaja-nieruchomosciom-a-niemcy-oszczednosciom.html .

A wnioski? Otóż, skoro 72% majątku przeciętnego Polaka stanowią mieszkania, rodziny, które nie kupiły własnego M, mają faktycznie majątek znacznie mniejszy. I idąc tą drogą – Ile mogą być warte meble, tekstylia, sprzęty, rośliny, z listu do Onetu? 30 – 50 tys. zł? W praktyce równowartość 10% przeciętnego majątku Polaka. Teza „W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem” okazuje się fałszywa bo 10% nie równa się 100%. Ponownie kłania się matematyka.

 Druga część myśli – refleksja czy wynajmujący jest o jeden poziom wyżej od bezdomnego – również nie wypada wesoło. Otóż, skoro 72% majątku stanowią nieruchomości, a 10% drobne ruchomości, co dzieje się z pozostałymi 18%? Otóż są w nich: oszczędności, lokaty, samochody, fundusze inwestycyjne, akcje itp, a ich autorka też nie posiada. Właściciele mieszkań – przeciętnie – tak. Stąd różnica nie sprowadza się do posiadania mieszkania, ale do konkluzji (popartej badaniami), że właściciele mieszkań są generalnie bogatsi od najemców. I gdybyśmy stawiali piramidę majątkową (nie po to żeby kogoś dołować, tylko uświadomić trzydziestolatkom), najniżej byliby bezdomni, potem wynajmujący, następnie posiadacze jednej nieruchomości, potem wielu, a na szczycie właściciele firm zatrudniających pracowników, przy czym przedsiębiorcy raczej mieszkają na własnym. I faktycznie, obiektywnie nasza trzydziestolatka majątkowo jest o poziom wyżej od bezdomnego. Intelektualnie może przewyższać każdego z nas, ale pod względem majątku – znajduje się bliżej dna. Przy czym nikt nie mówi, że zostanie na nim do emerytury – ma szansę się odbić.

O stylu zarządzania w korporacji. Dlaczego lepiej wziąć nogi za pas.

Dzisiaj omawiam, bazując na tym artykule https://kobieta.onet.pl/psychologia/polacy-wracaja-do-biur-pracujacy-zdalnie-powinni-miec-nizsze-wyplaty/lje930k problem zarządzania w korporacjach i konkluzji – często lepiej zebrać swój mandżur i szukać szczęścia gdzie indziej.

Pretekst do rozmów – praca zdalna czyli najczęściej przy komputerze we własnym domu. W formie stałej (nigdy nie przychodzę do biura) lub hybrydowym (trochę tu, trochę tam), w warunkach warszawskich.

Obiekt badań – korposzczur, zamieszkały na peryferiach plus menedżerowie.

A teraz czas na opowieści (wszystkie z podlinkowanego artykułu).

Pracownik 1. Problemy: dojazd 1,5 h w jedną stronę (czyli 3h dziennie), niechęć do pojawiania się w biurze, przekonanie o podobnej wydajności.

Szef 1. Dojeżdża do pracy 25 km (Białołęka-Ożarów, czyli Warszawa przecinana po przekątnej, żeby ominąć korki wychodzi z domu o 6.20). Twierdzi, że w biurze pracuje się szybciej i wydajniej – nie podaje jednak żadnych konkretów.

Szef 2. Snuje historię: „Kiedyś wzięłam w piątek urlop, chciałam zrobić zakupy, cały parking zapchany, a w środku, między półkami, krążą ludzie ze słuchawkami w uszach, bo odbywają swoje zebrania na Teamsach. Dla mnie to trochę niepoważne. Praca to praca, życie prywatne to życie prywatne.” Pięknie – patrzenie po swojej bańce. Przecież ci ludzie w sklepach mogą być freelancerami, konsultantami, pracownikami budżetówki, ludźmi na urlopie, właścicielami firm, dorabiającymi sobie emerytami itp. Teza druga: „Jeszcze inne minusy pracy zdalnej: brak możliwości rozwoju pracowników, nieangażowanie się nowe projekty, niemożność budowania relacji.” Znowu – zero konkretów. I sama śmietanka na koniec: ” Większość przypadków naszych pracowników będziemy rozpatrywać indywidualnie, ale z zasady wierzę, że powrót jest potrzebny. Sama też nie umiałabym pracować z domu.” I mamy clou – nie potrafię, więc inni też nie. Typowy szef z korporacji.

Szef 3. „Też jestem absolutną przeciwniczką pracy tylko zdalnej. Ludzie mogą mówić, co chcą, ale wyniki naszych wewnętrznych badań pokazują, że wydolność pracowników podczas pracy zdalnej spadła. Wraz z koleżanką, też dyrektorką działu, zauważyły zjawisko, które nazywały „czarnymi dziurami”. — A to ktoś kosił trawę w ogródku, a to poszedł spać, a to się wyłączył i oglądał serial. Bumelowanie pełną gębą. Zupełnie jak kosmiczna czarna dziura, człowiek w nią wpadał i znikał — mówi. — Zresztą pod koniec zeszłego roku i na początku 2025 zwolniłam 30 proc. pracowników. Jakoś nie widzimy spadku wydajności.” Kolejna artystka – liczą się wyniki ostatniego kwartału. Zwalniając 1/3 załogi, zaraz będzie miała drugie tyle dobrowolnych odejść, przy czym tym razem firmę opuszczą najlepsi. I zostanie z 35% średniaków. Ile razy korpo widziało efekty takich „optymalizacji kosztów”?

I ponownie oddajmy głos przeciwnikom bezsensownego nadzoru:

Pracownik 2. „Dogadaliśmy się z zespołem, zawsze jedna osoba miała dyżur w biurze i miała karty pozostałych pracowników, które odklikiwała przy wejściu. Później informatycy stworzyli specjalny program, było wiadomo, kiedy ktoś się loguje do systemu i czy robi to w biurze, czy z innego miejsca. Na szczęście nie wyliczał już czasu spędzanego w firmie. Zdarzyło się, że moja koleżanka, która mieszka daleko, cały dzień pracowała zdalnie, a o 19.00 wsiadała w auto i jechała bez korków do biura tylko po to, żeby zalogować się do systemu. Przecież to absurd, do czego nas się zmusza, szczególnie że większość naszej pracy odbywa się online.”

Szef 4. „Nie lubię szufladkowania, myślenia w stylu: siedzisz w biurze, to znaczy, że pracujesz, jesteś poza biurem — obijasz się. Każdy potrzebuje innego systemu. Wiele zależy od osobowości i osobistych preferencji. Jedni kochają przychodzić do biura, inni wolą zacisze swoich domów. Ja rozliczam swój zespół z zadań i tak samo jestem sama rozliczana. A to, kiedy ktoś będzie pracował, czy w tzw. międzyczasie wyjdzie z psem, zrobi pranie, a za najważniejsze projekty weźmie się w nocy — mnie nie interesuje. Podobnie jak nie interesuje mnie, co będzie robił podczas pracy zdalnej w piątek. Pojedzie do supermarketu czy będzie siedział i pisał. Życie jest za krótkie, żeby się wzajemnie kontrolować, a bycie dobrym liderem polega też na zrozumieniu, że ludzie są różni i muszą pracować według swoich zasad, bo tylko wtedy dają z siebie co najlepsze. Ja w samotności wymyślam najbardziej kreatywne rzeczy.”

Niestety, jak widać na podstawie cytatów – większość szefów chce likwidacji pracy zdalnej. I tak, nie mówimy tu o właścicielach firm, lecz najemnych „karbowych na folwarku” czyli oficjalnym „średnim szczeblu zarządzania”.

Pracownicy, z kolei, stwarzają system unikania siedzenia w biurze i omijania bzdurnych systemów Mają świadomość straty czasu (3h bezproduktywnego siedzenia w aucie). Korpo zasadniczo rządzi się swoimi prawami. Oficjalnie, motywacyjne mówki o roli wydajności, wynikach, a w rzeczywistości nic nie wnoszące raporty i pilnowanie biurka.

Wnioski? Kreatywny, niezły pracownik, dodatkowo świadomy, kiedy i gdzie pracuje najlepiej, albo taki jak Szef 4 znajdzie idealne środowisko, albo właśnie weźmie nogi za pas. Korpo bowiem miota się pomiędzy dwoma systemami działania: oceną za wyniki i klasyczną pracą z zakładu przemysłowego (siedź 9-17, przez 5 dni w tygodniu), próbując wymagać od najlepszych realizacji 150% przeciętnej normy.

I tu dochodzimy do sedna. Dobry pracownik wyrobi te 150% w 40 godzin/tydzień, ale…taka sytuacja jest dla niego kompletnie nieopłacalna. Ponieważ we własnej firmie, jak wolny strzelec, za te dodatkowe 50% otrzyma ekstra zapłatę czyli zarobi więcej. Jak już wiecie, moje osobiste doświadczenia, z tytułowego „wzięcia nóg za pas” pozostają wyłącznie pozytywne. Chciano mnie zmusić abym pracował na 150% za 100% dotychczasowego wynagrodzenia, a teraz robię na 45% czasu za podobną stawkę. Gorąco taką zmianę polecam wszystkim freakom osobistej wydajności. O „przeciętnych” napiszę później.

Idea miasta 15- minutowego

Jednym ze sposobów myślenia o urbanistyce jest koncepcja 15-minutowego miasta. Czyli takiego planowania przestrzennego, w którym mieszkańcy mają 15. minut do zaspokojenia podstawowych potrzeb. A może ten postulat wprowadzić w nasze życie?

Nowe prądy nie dotarły do polskich miast. Co więcej widzę pewien regres w stosunku do PRL-u. Wtedy planowano całościowo. Ot, moje osiedle. Położone na wzgórzu. Na dole domki, potem bloki, a w środku sklepy, przedszkole, żłobek i przychodnia. 5  minut piechotą do kościoła/przystanków,  parku. 10 do szkoły (podstawówka/liceum), uniwersytetu, kina i dużego marketu (tego akurat nie planowano), 15 minut teatr, cmentarz, szpital. Wszystko na piechotę. Z dwóch stron osiedle opasuje droga dwupasmowa, w środku tylko niewielkie uliczki, parkingi i mnóstwo zieleni plus duży płać zabaw. Kto tak dzisiaj buduje? Poza kościołem i marketem wszystko powstało w latach 70- tych.

Żaden deweloper nie marnuje przestrzeni na park czy szkołę. Ma być Żabka, jakąś przychodnia, gabinet kosmetyczny i to wszystko.

A w Paryżu?  W covidzie powstała idea dołączenia do każdej dzielnicy farmy miejskiej. Żeby w razie czego stworzyć podstawy wyżywienia. Pamiętacie ze szkoły oblężenie Leningradu? Wielkie miasto przez wiele miesięcy musiało się wyżywić samo. Czy w razie W nam by się to udało?

Na moim osiedlu, pewnie tak. Mieszka w nim ok. 5000 ludzi. Powierzchnia ok. 25 ha tj. 250.000 m2. 50m2 na osobę. Oczywiście część zabudowana (ale dachy płaskie), część  zabetonowana, ale z drugiej strony mamy doniczki, balkony, możliwość rolnictwa ” w pionie”, w każdym mieszkaniu może mieszkać królik.  Te 50m2 na osobę to 1/8 farmy Darvaesów. Oni produkowali 2.7 tony rocznie. My możemy 350 kg. To ok. 1kg dziennie. Efekt – 2600 kcal. Wystarczy by przeżyć.

Teraz idea miasta 15-minutowego nie wydaje się możliwa do zrealizowania na nowych osiedlach. Sprawdza się tylko w przypadku miast powiatowych. Ot, takie Kozienice, powierzchnia 10 km2 (moje miasto – kilkanaście razy więcej). Dużo lasów, jezioro, basen, sklepy. Dłuższą przekątną miasta da się pokonać w 15 minut rowerem (5 km), bądź autem. Jeżdżą autobusy (bezpłatne – uwierzysz Warszawiaku?). Gdyby tylko nie brakowało nieźle płatnej pracy, byłyby idealnym miejscem do mieszkania. I właśnie brak sensownej pracy dla każdego torpeduje ideę miasta 15-minutowego w Polsce. W dużych miastach – poza starymi osiedlami – nierealne, w mniejszych ludzi uciekają, nie mogąc znaleźć zatrudnienia.

Konto spełnionych marzeń. Najlepszy sposób na utrzymanie silnej motywacji do oszczędzania i zarabiania.

Jak nazywamy kogoś, kto stara się odłożyć jak najwięcej, a potem wszystkie oszczędności pcha do materaca lub na konto, żyjąc jak nędzarz i nigdy nie wypłacając? Sknera. To godna współczucia osoba, podobna do Golluma, Smauga i paru jeszcze rzeczywistych lub wymyślonych postaci. Jednym ze sposobów, by się nią nie stać – założyć „Konto spełnionych marzeń”. Czy ono jest?

Celowym rachunkiem oszczędnościowym, z którego musimy wypłacać kasę, na nasze marzenia. Marzeniami mogą być przedmioty lub przeżycia (atrakcje). Jak to działa pokażę na przykładzie.

Marzył mi się własny używany fortepian Steinway’a lub Bechsteina. Odkładałem więc środki z nagród w pracy, nie dla samego odkładania, lecz aby taki fortepian sobie kupić i na nim grać. W dwa lata dałem radę.

Myślałem o Porsche. Część dochodów z firmy lądowało na „Koncie spełnionych marzeń” aż taki wóz stanął pod moim domem.

Sprawdziłem na sobie, takie założenie motywuje nas do cięższej pracy, do oszczędzania, a jednocześnie powstrzymuje przed staniem się sknerą. Rzecz jasna, marzenia mogą i powinny dotyczyć też spełnienia marzeń naszych najbliższych. W ten sposób moja żona dostała wymarzonego Fiata 500, a syn wyjazd do Włoch.

A zatem musimy wykonać trzy kroki: ustalić nasze marzenie i założyć kontro, ustalić w jaki sposób będziemy je zasilać – dodatkowymi zleceniami, nagrodami za wyniki w pracy, zyskami z inwestycji, stałymi kwotami. I trzeci, najtrudniejszy – zrealizować. Jeszcze raz pokażę te kroki w praktyce.

Ustalenie marzenia. Citybreak w Rzymie – kwota 6000 zł (bilety lotnicze, nocleg dla 2 osób, jedzenie, wstępy)

Źródło zasilenia. 100 zł odprowadzane co miesiąc na konto oszczędnościowe (stałe zlecenia) plus 5% od każdej transakcji (tzw. saver – funkcja konta) – ok. 400 zł/m-c. Razem ok. 500 zł/m-c i 6000 zł/rok.

Zrealizowanie. Realizacja planu potrwa chwilę. Ile? Jeżeli plan powiedzie się ok. 1 rok.

A jakie są Wasze marzenia?

Mój typowy poniedziałek po odejściu z jednej pracy.

Dzisiaj kolejny dowód na to, że czasami trzeba ograniczyć pracę etatową – zapis typowego dnia na działalności gospodarczej (31.03.2025) i jego porównanie z dotychczasowym doświadczeniem.

Zacznijmy od czasu.

Etat:

– Pobudka 5.30,

– Wyjście do pracy 6.10,

– Powrót z pracy 16.00.

Firma:

  • Pobudka 4.30.
  • Praca nad książką i blogiem 4.30-6.00,
  • Ponowny sen 6.00-7.20,
  • Rozmowa z teściem – 7.40-8.30,
  • Działalność plus pomoc przyjaciołom – 8.30-12.10,
  • Pisanie – 12.10 – 13.00,
  • Wizyta na poczcie, w piekarni, w sklepie elektronicznym – 13.00-14.00,
  • Ponownie działalność (jedno niewielkie zadanie) – 14.00-15.00
  • Obiad – 15.00-16.00.

Jak widzicie, w przypadku etatu odpadło wiele ważnych czynności (przede wszystkim pisanie bloga i książki), na które zwyczajnie nie mogłem sobie pozwolić. Także moja możliwość pomocy przyjaciołom okazywała się ograniczona. Dochodziła za to droga – 1h 50 minut.

Dodatkowo „w firmie” jestem po obiedzie o 16, a na etacie dopiero wchodziłem w drzwi, popołudniem zostaje jeszcze 0,5 godziny luzu.

Nie mniej ważny był aspekt pieniężny.

Na etacie zarabiałem ok. 600 zł netto/dzień. W firmie – pracując o połowę mniej, bo 4h – ok.1100 zł.

Na koniec drobna uwaga dla zachłystujących się działalnością – na etacie płacili mi za obecność, co czasami oznaczało 2h efektywnej pracy, a czasami 8h. Własna dg – działa inaczej – wyfakturowuję czas faktycznie przepracowany. Muszę zatem powściągnąć wrodzone lenistwo i zakasywać rękawy. Nie każdemu takie rozwiązanie pasuje.

Ile zarobisz, pracując 2-3 dni w tygodniu.

Najprostsza odpowiedź – to zależy, nikogo chyba nie zadowoli. Czas na dokładniejsze analizy.

Obecnie tkwimy w paradygmacie pracy 40 godzin/tydzień czyli 5 x 8 godzin, z wolnym weekendem, czyli w klasycznym korpoświecie. Czy da się ułożyć wszystko inaczej? Ile wtedy zarobimy?

Przykład 1. Praca 3 x 12 godzin lub 2 x 24 godziny. Są zawody, w których da się pracować systemem 12, a nawet 24 godziny ciągiem. W ten sposób w 2-3 dni wypracujemy równoważnik pełnego etatu. Często nawet za więcej niż średnią pensję (lekarze, pielęgniarki) , ale załóżmy ją – ok. 6000 zł netto.

Przykład 2. Niektóre uprzywilejowane zawody, z krótszym systemem czasu pracy. Przyczyną mogą być czynniki szkodliwe, albo po prostu wola ustawodawcy (nauczyciele). Ci ostatni mają 18 godzin lekcyjnych przy tablicy – bez problemu zmieścisz się w 3 dniach i dostaniesz długi urlop w bonusie. Nauczyciel ze stażem pracy i dodatkami, w praktyce średnią krajową zarobi.

Przykład 3. Kontrakt. Tracisz przywileje z umowy o pracę, ale zyskujesz wolność. Umawiasz się z pracodawcą, że będzie ci płacił za efekty. Tak robią lekarze, prawnicy, ale i IT, sprzedawcy, budowlańcy itp. Nazywamy ich wolnymi zawodami lub precyzyjniej freelancerami. Status pośredni pomiędzy jednoosobową firmą, a pracownikiem. I tutaj zarobki zależą od umiejętności – zawodowych i negocjacyjnych. Znam ludzi z rzeczywistą stawką 50 zł/h brutto, jak i 1000 zł/h brutto (lekarze). W efekcie pracując tyle co 3 standardowe dni (24 h/tydzień, ok. 100 h/m-c) zarobimy 5000zł -100.000 zł/m-c.

Przykład 4. Własna firma. Tutaj już pełne warunki rynkowe. Znam ludzi harujących przez 3 dni w tygodniu po 12 h/dobę, a potem leżących na luzie, znam i takich, którzy pracują przez 1,5 tygodnia, a potem mają wolne. Stawki? Znowu – zorientuj się we własnym zawodzie. W wielu budowlanych 100 zł/h plus. Pisałem już o serwisancie pieca c.o. – z fakturą 500 zł/godzinę (realnie 300 zł netto). Ale np. właściciele małych sklepów na wsi – ich dochody w stosunku do czasu są bliskie pensji minimalnej.

Wnioski. Generalnie celem powinna być przynajmniej średnia krajowa zarobiona w 3 dni, ale szukaj punktu odniesienia we własnym zawodzie.