Czy stać Cię na niepracowanie?

Od kilku lat na blogu poruszam temat „wcześniejszej emerytury” – takiego pokierowania swoim życiem, aby po 50-tce rzucić robotę. Stosując proste reguły, możemy pokazać, ile trzeba zebrać, aby żyć sobie na luzie, bez konieczności pojawiania się w miejscu zatrudnienia/prowadzenia firmy. A oto spojrzenie z innej perspektywy niż dotychczas – historii emerytów, których miałem okazję poznać.

Założenie 1. Emerytura musi być dożywotnia. Żadnych złotych strzałów przez 10 lat, a potem zęby w ścianę i gryźć tynk. Żyjesz 100 lat, dostajesz wypłaty przez 50 (bo teraz masz 50). Żyjesz 65, aktywa przejmuje rodzina. Efekt – lepiej niż w ZUS-ie. Dlatego przyjmuje dość konserwatywne wskaźniki zwrotu.

Założenie 2. Emerytura, wraz z dochodami musi wystarczać na życie. Dochodzimy do kluczowego parametru – A ile potrzebujesz na życie?

Założenie 3. W wieku „urzędowym” zaczynasz dostawać świadczenie państwowe. Wiadomo, państwowa emerytura też będzie. W moim przypadku – 65 lat.

Teraz, na własnym przykładzie przeprowadzę Was przez doświadczenie wyliczenia własnych potrzeb emerytalnych. I możliwości – także.

W wieku 50 lat, człowiek ma jeszcze pewne koszty związane z rodziną. W moim przypadku będzie to uczeń ostatniej klasy szkoły podstawowej. Gdybym wtedy zdecydował się na zakończenie pracy i przeniesienie na wieś mogę potrzebować (wg cen dzisiejszych). Zakładam też rzucenie pracy przez żonę.

  • Życie (jedzenie, leki, lekarze, kosmetyki, chemia) – 2000 zł, zwłaszcza jeśli sporo żarcia wyprodukuję,
  • Ubranie – 400 zł,
  • Transport (15 tys. km jedno auto elektryczne) – 600 zł,
  • Nauka (jakieś korki i zajęcia dodatkowe, no i szkoła) – 700 zł,
  • Opłaty (woda, śmieci, ścieki, internet, komórki, prąd, opał) – 700 zł,
  • Suma wydatków podstawowych: 4400 zł.

Teraz czas dodać mniej konieczne, takie jak:

  • Ubezpieczenia, prezenty, kieszonkowe – 1200 zł,
  • utrzymanie pozostałych nieruchomości – 200 zł (koszty stałe),
  • fundusz remontowy – 300 zł,
  • wakacje – 500 zł,
  • wymiana auta, rezerwa na większe wydatki – 1000 zł,
  • Suma wydatków emeryta: 7600 zł.

Ustalono – potrzebuję 7600 zł/m-c. Skąd wziąć taką kasę?

Pierwszym źródłem okazuje się wynajęcie domu w mieście – 5000 zł. Drugim – pomoc państwa 800+, świadczenia rodzinne – 950 zł. I już mam 5950 zł. Jeśli dodam do tego odsetki od kapitału wg zasady 4% (dość konserwatywnie) potrzebuję jeszcze oszczędności 495.000 zł. Tak się składa, że nimi dysponuję. A zatem – stać mnie na przejście na emeryturę.

Rzecz jasna, te 495 tys. zł plus dom do wynajmu, wyglądają przerażająco. Da się jeszcze coś urwać.

Po pierwsze – zmniejszając wydatki. Mogę kupić auto, którym przejeżdżę do emerytury, a dopiero, gdy trafi mi się zastrzyk pieniędzy (4000 zł mojego świadczenia i 1600 zł minimalnego – żony) dokonywać wymian. Do jej emerytury mam tylko 11 lat, mogę zrezygnować z płatnych wakacji, kupować skromniejsze prezenty, mniej wydać na życie i zejść tym sposobem do 6800 zł. Ba, w ekstremalnej sytuacji do 5000 zł. Wtedy starcza mi sam dom oraz pomoc państwa. A może nawet nie dom, a lepsze mieszkanie na wynajem.

Po drugie – próbując coś dorobić. Bez szaleństwa, ot tyle, żeby całkiem się nie lenić – 1000 zł/głowę. Wtedy z pomocą państwa mamy już 2950 zł przy małżeństwie emerytów (i nie potrzebujemy oszczędności).

Po trzecie – wyciągnąć rękę do państwa i pracodawcy. Zasiłek dla bezrobotnych 1500 zł. Jakieś chorobowe, rehabilitacyjne, renta – kilka tysięcy. Już z tego da się wyżyć przez jakiś czas (6m L4, 3m odprawy, 1 rok rehabilitacyjnego 6m zasiłku dla bezrobotnych – razem 2 lata i 3 miesiące).

Po czwarte – maksymalizować inwestycje. Dlaczego 4%, skoro można mieć 8%? Wtedy sprzedając dom za 1 mln, uzyskuje 6500 zł odsetek miesięcznie. Znowu – z pomocą państwa starczy do „prawdziwej emerytury”.

Po piąte – po co w Polsce? Czytałem ostatnio artykuł o „tajskiej emeryturze”. Para żyje tam za 4000 zł, dziecko chodzi do lokalnej szkoły, fajny klimat, ciepło. Oczywiście, inna kultura i zasady, to trzeba lubić.

Po szóste – połączmy wszystko razem. Mamy dom w mieście za 1 mln, sprzedajemy go (w Warszawie 1mln = 2-3 pokojowe mieszkanie).. Za 300 tys. zł kupujemy dom na wsi z kawałkiem pola. Zostaje nam 700 tys. zł. Spokojnie starczy (my akurat taki dom mamy, nie musimy).

Albo wersja alternatywna. Nie mamy nic poza domkiem na wsi. Wybieramy wersję: świadczenia plus drobne prace, a przy okazji minimalizujemy koszty. Jedzenie produkujemy (1000 zł na życie), ubieramy się w ciuchlandach (300 zł/3 osoby), palimy zrębką, produkujemy prąd, wodę czerpiemy ze studni, a ścieki przepuszczamy przez przydomową oczyszczalnię, mamy 1 telefon komórkowy plus internet. Na dach nad głową wydajemy 600 zł, szkoła kosztuje nas 100 zł/m-c, a transport 300 zł. Tym sposobem damy radę żyć za 2300 zł. Jeśli dodamy jakieś prezenty, poduszki bezpieczeństwa – 1200 zł. Wystarczy nam 3500 zł. Dostajemy 1300 zł świadczeń (wtedy łapiemy się na wszystkie dodatki – mieszkaniowe, energetyczne, rodzinne, 800+), pracujemy po 20 godzin/m-c i wychodzimy na swoje. Dlatego generalnie wielu ludzi stać na niepracowanie (albo pracowanie po 5 godzin/tydzień), ale boją się zmian, lub nie chcą radykalnie obniżać standardu życia. I o tym pisali już Bartek i Marek – klasa średnia nie lubi ekstremów, nie chce obniżać swojego standardu życia (czytaj: żyć jak klasa niższa), broni habitusu, a z nim tzw. must have. Dlatego tak niewielu przechodzi na emeryturę po 50-tce.

14 komentarzy do “Czy stać Cię na niepracowanie?”

  1. Tak jak piszesz, mi ciężko wyobrazić sobie życie za 2300 lub 3500 (chociaż zaczynając życie na swoim zarabiałem 4000 z niepracująca żona i kredytem – da się i bardzo dobrze to wspominam). W życiu układało mi się tak, że przy każdorazowym wzroście obciążeń bądź obnizce zarobków żony (macierzyńskie czy potem siedzenie kilka lat z dziećmi w domu) moje dochody rosły w sposób pokrywający różnice. Dla mnie sposobem na życie sa racjonalne wydatki. Oszczędności rosną same, a inwestycje to kwestia druga. Co będzie później? Nie wiem czy chciałbym nie pracować, człowiek musi coś robić. Przejdę na emeryturę i co dalej? Ale jeśli teraz ktoś nie ma hobby to nagle na emeryturze go nie znajdzie z dnia na dzień. To teraz jest czas na pomysły na siebie za kilka/kilkanaście lat.

    1. Widzę, że masz podobne doświadczenia – problemy finansowe „same się rozwiązują”, ubytek dochodu zapełnia podwyżka (u mnie – zwiększone dochody w dg). Tylko, to co wydaje się szczęśliwym zbiegiem okoliczności, wynika z wieloletnich decyzji i sposobu wykonywania pracy.
      Ale wracając do emerytury. Co dalej? Wielu ludzi rozpoznało temat bojem. Wrócili do hobby z młodości, zajmują się wnukami, kupili działkę, a nawet jeżdżą po świecie. Wreszcie mają na to czas. I tak samo widzę nasze pokolenia.

      1. Zgadzam się. Rozwój w pracy plus zdobyte doświadczenie procentują.

        Co z emerytami? Znam wiele przykładów osób które przeszły na wcześniejszą emeryturę w wieku około 50 lat.:
        1. Majsterkowicz 12 lat na emeryturze. Aktualnie 60 lat życia. Szczęśliwy, nie myśli o pracy, ciągle dorabia (ale robi to co lubi i kiedy chce) – drobne remonty, pomoc sąsiadom, spędza czas w garażu.
        2. Kobieta 62 lata – pilnuje wnuki swoich dzieci, spełnia się jako babcia.
        3. 52 lata, 3 lata na emeryturze, dorabia bo podróżuje i wydaje to co zarobi na wyjazdy.
        4. Zapalony wędkarz, 57 lat, 5 lat na emeryturze, ciągle pracuje bo jest zapalonym wędkarzem a hobby kosztuje (łódki, wędki, wyjazdy zagraniczne).
        5. 68 lat życia, 20 lat na emeryturze, ciągle pracuje bo boi się zostać w domu sam z żoną. Zarabiane pieniądze nie ważne, bo tak naprawdę ich nie potrzebuje, zostaną dla dzieci/wnuków.
        6. 47 lat, młody emeryt, kupił działkę w górach, wybudował dom ,jeździ rowerem, biega po górach.

        Znam też przypadki osób, których zniszczył alkohol i dużo wolnego czasu. Emerytura w wieku 50 lat, ciągle wycieczki do barów. Przypadkowi koledzy i koleżanki. Kończy się rozwodami, podziałami majątku i upadkiem moralnym.

        1. No tak, jak ktoś ma problem alkoholowy, wtedy faktycznie lepiej pracować. Znam takich, żona do pracy, dzieci do szkoły, a oni sami z butelką lub w barze.
          Pozostałe przykłady pokazują, że młody emeryt nie musi się nudzić i zaraz iść na etat na 8h. Mój plan to właśnie, wnuki, działka, góry i dorabianie sobie na drobne wydatki.

  2. Niezły wpis. Jestem aktualnie na etapie przeprowadzki DE/PL i sam idę w podobnym kierunku choć mam aktualnie 30 lat.

    Wybudowalismy domek na wsi całkiem niewielki bo 90m2 i z tego co liczę to koszty miesięczne utrzymania będą wynosiły około 700-800 zł. Ogrzewam pompą ciepła 5kW co nie zużywa dużo prądu a pozostałe zużycie szacuję na około max 1000kWh rocznie więc mniej więcej połowa z tej kwoty 800 zł to będzie prąd miesięcznie. Nie mam fotowoltaiki bo na razie wydaje mi się, że nie potrzebuję. Natomiast reszta z tych 800 to inne wydatki typu ubezpieczenie na dom, śmieci, woda, internet, telefony i podatki.

    Co do auta to mam w planie robić jakies 10 tys. km rocznie ale jeżdzę hybrydą toyoty więc spalanie nie jest jakieś kosmiczne. Ewentualnie dołożę LPG jeśli będę jeździł więcej. W planie mamy pracę zdalną więc auto będzie raczej w użytku tylko na wypady weekendowe lub jakieś urlopy w Polsce. Szacunkowo 400 zł miesięcznie za paliwo i ubezpieczenie. Napraw nie wliczam bo aktualnie w aucie się nic nie psuje pomimo wieku, a jeśli już to naprawy tego typu auta są śmiesznie tanie.

    Co do jedzenia na dwie osoby i rzeczy typu wyjścia, restauracje, chemia to szacujemy to na około 1600 zł. Jeśli w DE wydawaliśmy tyle na naszą dwójkę to myślę, że w PL tak samo będzie choć może nawet troszkę mniej. Ale czas pokaże.

    Robię sobie też coś takiego jak zapas 300 zł na nieprzewidziane wydatki ale tych pieniędzy nie będę odkładał na bok bo chciałbym żeby dla mnie moje oszczędności pracowały.

    Inne wydatki typu ubrania, coś dla siebie, jakaś drobna elektronika to też coś około 300 zł miesięcznie z tym, że ja podchodze do tego w sposób naprawdę minimalistyczny. Nie kupuję nowych ubran tylko ubieram się na second handach lub jeśli nowe to zawsze na mega promocjach. Ubrań szuka moja partnerka bo to po prostu lubi. Nie wydaje mi sie żeby chodził jakoś źle ubrany. Ostatnio np na vinted wychaczyła mi granitur za 30e, którym obleciałem już parę rodzinnych uroczystości i dwa wypady do opery. Moim zdaniem takie wydatki osobiste to jest kwestia podejścia. Jeśli sobie człowiek uświadomi, że ma już wiele to przestaje kupować co popadnie tylko po to żeby mieć więcej i więcej. Myślę, że w zyciu warto się taką zasadą kierować a pozwoli to zaoszczędzić dużo kasy w przyszłości.

    Co do inwestycji to ja ładuję wszystko w akcje i obligacje, trochę tez krypto. Podliczając moje-nasze wydatki miesięczne to potrzebujemy około 3000 zł miesięcznie żeby spokojnie sobie żyć u nas na wsi. Wszystko ponadto to miły dodatek czy na wycieczkę czy na coś do domu. Myślę, że wiele 2 osobowych rodzin może przeżyć za tę kwotę nieznacznie schodząc ze swoich oczekiwań.

    Ile w takim razie potrzeba żeby przejść już dziś na emeryturkę? Myślę, że milion w aktywach w zupełności wystarczy, ale dlatego że przyszłość jest nam nie znana i niestety nie można przewidzieć jak się życie potoczy to ja i moją parnterka będziemy pracować żeby uzbierać więcej. Ponadto uważam, że zaprzestanie pracy w wieku 30 lat to byłby strzał w kolano bo człowiek przestałby się rozwijać i zdziadziałby siedząc w domu i robiąc tylko podstawowe rzeczy. Moim zdaniem trzeba ciągle się rozwijać nawet jeśli ktoś może już śmiało odpuścić pracę. Idelane dla nas jest barista FIRE, gdzie coś tam się na codzien robi ale już nie w takim tempie jak kiedyś i może za mniejsze pieniądze i w mniejszym wymiarze godzin. Jak dla mnie podejście idealne.

    1. Serdecznie witam na blogu i gratuluję racjonalnego podejścia do wydatków. Barista FIRE (czyli wykonywanie przyjemnego, nieskomplikowanego zajęcia) lub praca zdalna okazują się idealne dla kogoś, kto chce żyć spokojnie. W razie problemów zawsze da się zwiększyć wymiar czasu na zarabianie.
      FIRE, o czym przekonuje się wielu, wcale nie oznacza klapnięcia z pilotem przed TV, albo całego dnia spędzonego na graniu. Wiele osób angażuje się w wolontariat, pełni rolę aniołów biznesu, działa non-profit. I wtedy nie grozi im stagnacja.
      Milion spokojnie wystarczy, parze o Waszych kosztach, bo mówimy o 3.6% wypłat rocznie.
      1600 zł na jedzenie w knajpach może okazać się zbyt mało, nawet na prowincji. Dzisiaj jedna dwuosobowa wizyta na burgerze (burger frytki cola/piwo), kosztuje 100 zł.Dwie kawy i dwa ciastka to 70 zł. Nie znam cen niemieckich, ale we Włoszech zestaw kawa mleczna + croissant to 4E, a nie 35 zł. Nie ma u nas typowego taniego street foodu, bo nawet kawiarnia na rowerze czy foodtruck, oczekuje zapłaty na poziomi lokalu.
      Na koniec napisz parę słów komentarza o tej pompie – jaki budynek (ocieplenie/powierzchnia), jaka temperatura w domu i czy cały sezon grzewczy. Temat kosztów ogrzewania interesuje czytelników bloga.

      1. Bardzo chętnie napiszę coś więcej po całym sezonie grzewczym. Wstępnie szacuję zużycie tej pompy na 1800 kwh na cały sezon grzewczy wraz z podgrzewaniem CWU. Jest to Panasonic Aquarea Seria K z wbudowanym zbiornikiem 180 Litrów. Wygląda jak lodówka a jednostka zewnętrzna jest w kolorze grafitowym. Ładnie się to prezentuje, można zarządzać nią zdalnie choć ja nie posiadam tej opcji. Koszt pompy i montażu 33 tys. PLN.
        Natomiast dom budowany od 2023 roku już zrobiony cały na gotowo. Ocieplenie 20cm styropianem grafitowym o najlepszem lambdzie, okna wiadomo 3 szybowe, strop drewniany zasypany 35cm celulozą, ocieplenie posadzki 15 cm zwykły styropian. Podłogówka co 15 cm na całej powierzchni domu, grzejnik drabinka tylko w łazience na suszenie ręczników. Utrzymuję aktualnie zasilanie podłogówki na 27 stopni i mam krzywą grzewczą ale planuję zmienić te ustawienia żeby było jeszcze wydajniej. Temperaturka w domu 22/23 stopnie co dla nas w zupełności wystarcza. W mieszkaniu w DE utrzymujemy przez zimę nawet 21 i jest też przyjemnie.

        Co do cen niemieckich to wiele ludzi mówi, że drożyzna i owszem zgodzę się ale tylko jeśli chodzi o jedzenie w restauracji. Np sushi dla dwóch osób to 55 euro plus napoje 10 euro. Ja nigdy nie zamawiam przystawek, deserów i tym podobnych ponieważ nie jestem w stanie tyle zjeść i źle się potem czuję. Jeśli idziemy na pizzę to w lecie bierzemy przeważnie na wynos i mamy do tego swoje winko a w zimie idziemy do lokalu i jest to koszt 30 euro z napojami. Niemieckich knajp nie lubię ponieważ jedzenie jest smażone, tłuste i śmierdzi. Dodatkowo obsługa w DE zawsze patrzy Ci na ręce jeśli nie dajesz napiwku lub nie chcesz wziąć napoju do jedzenia. Niestety ludzie nie rozumieją jak można nie popijać jedzenia. Ja w tej kwestii trzymam się swoich zasad i jeśli ktoś mnie w dziwaczny sposób traktuje jako klienta w restauracji to nie idę tam już więcej żeby sobie nie robić stresu. Zauważyłem, że pod tym względem Polska jest super i jeśli idę do knajpy to wcale nie musze brać nic do picia jesli nie chcę. A przynajmniej w moim regionie tak jest.

        Pisałeś tez o kawie i ciastku. Ja już się na to nie nabieram bo potrafimy w domu przyrządzić super kawę i 100 razy lepsze ciasto bez cukru i obie te rzeczy kosztuję ułamek ceny jak w kawiarniach. Wyjątkiem jest dla mnie wziąć sobie jakies wytrawne przekąski w sklepie typu lidl, biedra. Także tutaj można sporo zaoszczędzić na tym polu, ale nie jeden by powiedział, że on sobie odmawiać nie będzie i mimo wszystko chodzi do restauracji i kawiarni żeby jego komfort zycia nie podupadł. Dla mnie niestety większość tych miejsc jest przereklamowana. Ja to sobie lubię wyjść do baru mlecznego na pierogi jak nam się w domu nie chce robić. Ide, jem, płacę, wychodzę bez tego całego czekania na rachunek itd, a dodatkowo płacę za to ułamek ceny niż to co w restauracji.

        We Włoszech byłem coś koło 10 razy i za każdym razem zadziwia mnie, że karafka wina kosztuje około 5 euro a nie 25 jak u nas. Dla mnie Włochy pod tym względem do ewenement. Zawsze jak tam jesteśmy to wydajemy bardzo mało na jedzenie, ale wiadomo trzeba doliczać gdzieniegdzie coperto.

        Odnośnie FIRE to nie wiem jeszcze co będę robił, ciągle o tym rozmyślam, ale na pewno nie pozbawię się zajęcia choć u mnie w regionie ponoć ciężko z pracą. Ja bym na przykład po całkowitym powrocie chciał podtrzymać język niemiecki bo znam go na wysokim poziomie więc zatrudnię się pewnie w jakiejś firmie gdzie będę mógł z niego korzystać na codzień. Myślę, że jest dużo zdalnej pracy w tym kierunku.

        1. Dziękuję za analizę ogrzewania, dopowiedz tylko powierzchnię domu. (EDIT – znalazłem 90m2). 1800 KWh przy znanym COP-ie daje zapotrzebowanie na energię ok. 5000-6000 KWh/sezon grzewczy. Jeśli dom ma ok. 90 m2 -świetny wynik (realne 60 KWh na m2). Potwierdza się prawda z ociepleniem. Jak zrobisz dobrze (wszędzie grubo plus bez mostków termicznych) nie zapłacisz wiele w rachunkach. Stary dom jest tańszy (u mnie 18.000 KWh z gazu), ale trzeba płacić co roku (i coraz więcej).
          Praca? Niezbyt skomplikowana potrafi czyścić głowę, tylko możesz mieć jeden problem – panującą w Polsce kulturę pracy. Wiele razy czytałem wspomnienia emigrantów, byli zszokowani, że z takim samym szacunkiem Islandczycy traktują sprzątaczkę i dyrektora banku. U nas działa to zupełnie inaczej. Dlatego praca w „prestiżowym” zawodzie, oznacza więcej niż wyższą pensję. Barista FIRE może okazać się kłopotliwe. Język warto podtrzymywać, ale da się to zrobić przez kontakt z niemiecką kulturą, internetem lub towarzysko. Może spróbuj dawać korki, jeśli znasz niemiecki także teoretycznie.

          1. Problem jest taki że ja niestety nie mam studiów więc może być mi ciężko załapać się na jakieś wyższe stanowiska, a brak mi sił na studiowanie w wieku 30 lat więc albo będę musiał szukać sobie prostego zajęcia (co wcale nie jest złym rozwiązaniem jeśli ma się już duży kapitał) albo próbować podjąć jakąkolwiek pracę z niemieckim ażeby zwiększyć możliwość zarobków więcej niż najniższa krajowa. Jak się już w 100% przeprowadzę to zobaczymy jak to się potoczy, ale nie martwię się tym. Odnośnie kultury pracy to zdaję sobie sprawę, że u nas to działa trochę inaczej, ale szczerze mówiąc nie mam zamiaru się patyczkować z pracodawcą jeśli coś nie będzie pasowało. Nie ten to następny i narka. Można sobie na to już pozwolić jeśli masz tzw kasę na czarną godzinę/poduszkę bezpieczeństwa.

            Nad korkami myślałem, nie jest to głupi pomysł przede wszystkim ludzie chcą nauczyć się mówić a nie być poprawnymi gramatycznie. Więc jakieś pole manewru jest w tej kwestii. Ogólnie to od jakiegoś czasu sobie otworzyłem w telefonie notatkę i zapisuję wszystkie pomysły, które mógłbym spieniężyć po powrocie. Trochę się nawet tego nazbierało.

          2. Wiesz, brak studiów nie jest żadną przeszkodą w uzyskiwaniu przyzwoitych stawek godzinowych. Czasem mam wrażenie, że wręcz przeciwnie, „magister” ciężej przystosowuje się do wymagań firmy. Podam przykład – ostatnio pracę na moim dachu wykonywał blacharz, ot, zamontować dwie rynny (w sumie 8mb), wykonać jakąś obróbkę skopaną wiele lat temu. Czas realnej pracy – 3 dniówki, w tym jedna z pomocnikiem. Stawka netto – ok. 800 zł/dzień. I teraz ten „człowiek na swoim” nie dość, że zarabia po 100 zł/godzinę netto (czyli 17k/m-c) to jeszcze może znacznie bardziej elastycznie kształtować swój czas. Nie robi w soboty i niedziele (zapowiedział od razu), nie pracuje dziennie więcej niż 5-6 godzin (nie liczę dojazdu) i bierze wolne kiedy chce (chociaż wtedy dostanie mniej niż 17k). Praktycznie żaden ze znanych mi pracowników biurowych nie ma takiego komfortu. Wielokrotnie pisałem – dzisiaj dobry, rzemieślniczy fach oznacza większą elastyczność życiową i stawki niż wybór: studia+biuro.
            Drugi temat – czy ma się siły na studia. Mnie zawsze uczono (a teraz rozumiem tę prawdę jeszcze lepiej), że ludzie mający ambicję wyjścia ponad przeciętność, robią to, czego inni nie chcą. Przez wiele lat doskonaliłem się w oszczędzaniu i inwestowaniu, chociaż inni mówili „korzystaj z życia”. Dzisiaj korzystam z życia, a oni pytają o metody. Jutro zaczynam doktorat przed 50-tką. Wszyscy wokół mogą się pukać w głowę, ale mam w tym jakiś plan. Immą kwestią pozostaje czy warto dzisiaj studiować, skoro korzyści z tego niewielkie (więcej zarobi stolarz niż księgowy). I wtedy nie trzeba patyczkować się z pracodawcą (a ten potrafi w Polsce być mega wrzodem) tylko robi się coś swojego.
            Co do języka. Tutaj, mam wrażenie, istnieją dwie grupy. Tacy, którzy chcą mówić i wtedy nie patrzą w papiery, oraz rodzice dzieci, wymagający formalnych kwalifikacji pedagogicznych, lub chociaż certyfikatów. Wszystko można dorobić, żeby uderzyć do obu. Dzisiaj licencjat z języka nie oznacza kosmicznej pracy, tylko zaciśnięcie zębów, żeby pokonać te najnudniejsze problemy teoretyczno-gramatyczno-historyczne (w przypadku niemieckiego np. różnice pomiędzy dolno- i górnoniemieckim). A potem, proszę bardzo i papierek jest.
            Lista pomysłów do spieniężenia – doskonały sposób. A dodatkowo uczy kreatywności. Zawsze powtarzam – tutaj trochę, tam trochę i wychodzi się znacznie lepiej niż stawianie wszystkiego na jedną kartę.

  3. Problem z łapaniem się wielu zajęć jest w moim przypadku taki, że koniec końców nic z żadnego pomysłu nie wyjdzie. Nie chodzi o to, że słomiany zapał czy coś tylko raczej o to, że jeśli chce się naprawdę rozwinąć jedną gałąź to potrzeba czasu żeby to funkcjonowało. Poza tym rynek bardzo dynamicznie się zmienia przez AI. Przykładem jest Amazon KDP. Kedyś fajna kasa za tantiemy z publikacji prostych zeszytów dla całego świata a dziś wszystko robi tam prawie AI i nie ma tzw rzemieślników którzy zrobią SAMI ładne okładki. Przez co mój biznes zjechał tam prawie do zera bo ludzie wolą coś sztucznego. I tych sytuacji się nie przewidzi. Z czasem właśnie dochodzę do wniosków, że proste prace typu sprzątanie będzie chyba najbardziej w cenie bo nie dość, że się człowiek porusza co umówmy się jest ważne w dzisiejszych komputerowych czasach to jeszcze sobie zarobi na podstawowe wydatki i będzie po prostu git. Np, bycie listonoszem, kurierem, sprzątanie, jakieś proste montaże itp… to może być coś w co warto iść. Zarobki nie duże ale spokój ducha jaki się ma gdy już człowiek zgromadzi duży kapitał to może być to.

    1. Witaj w klubie łapaczy wielu srok za ogon. Od kiedy przeczytałem „Jak pomnożyć źródła swoich dochodów” czyli około 17 lat temu, uważam taki system za idealny dla przeciętnego człowieka. Niesie bowiem za sobą mniejsze ryzyko. Można postawić na jedną kartę i znaleźć się z przysłowiową „ręką w nocniku”. Jeśli tą kartą będzie własna firma – ryzykujemy bezrobociem i długami. Jeśli etat – bezrobociem i głodem. A mając kilka źródeł dochodów, przejściowymi trudnościami. Działam tak od lat i doskonale się sprawdza (niektórzy uznają, że jestem „pierdolnięty-uśmiechnięty” – niepoprawny optymista, lecz akurat ludzkim gadaniem się nie przejmuję). W obecnej chwili jestem: mężem, ojcem trójki, działkowcem, pracownikiem, przedsiębiorcą, inwestorem, blogerem, słuchaczem seminarium doktorskiego, wykonawcą robót budowlanych. Jednocześnie piszę 2-3 teksty tygodniowo, czytam 80 książek rocznie, planuję doktorat i książkę i chyba wejdę finansowo w małą przychodnię. Tylko rodzina nie stanowi dla mnie potencjalnego źródła dochodów lecz wyłącznie wydatków.
      Widzisz ważny aspekt „sukcesu na własnych zasadach” – można być kurierem, listonoszem, monterem i…kimś znacznie większym. Do szczęścia nie potrzebna jest posada w IT, szpitalu, polityce czy innej kancelarii. Co więcej, znam głęboko nieszczęśliwych przedstawicieli tych zawodów, którzy skończyli z trzecią żoną albo na odwyku oraz zadowolonych z życia rzemieślników. Nie znaczy to jednak, że nie można być szczęśliwym lekarzem, tylko że dyplom medycyny nie stanowi warunku szczęścia.

      1. Czy mógłbyś napisać czy taki blog jak ten przynosi jakikolwiek dochód, czy jest to raczej forma uzewnętrznienia swoich przemyśleń? Ostatnio przeczytałem post Przemka Gerschmanna na X gdzie serdecznie zapraszał do korzystania z platformy Substack w ramach prowadzenia swojego bloga i sam się zastanawiam czy by tam nie zacząć co jakis czas pisać swoich przemyśleń na różne tematy. Jednocześnie chciałbym po czasie coś z tego mieć, nie mówię żeby wciskać ludziom jakiś produkt na chama ale czy faktycznie można zarobić na takim blogu? Nie jestem kompletnie w temacie, a informacje z pierwszej ręki z tzw. frontu są zawsze najbardziej pomocne.

        1. Blog nigdy nie przynosił dochodu i nawet nie miałem takiego zamiaru. Jednocześnie rozumiem, wszystkich którzy chcą to zrobić, bo większość blogerów dąży do komercjalizacji. Czasem zaczyna się od reklam, przechodzi w prośby o kawę, a kończy sprzedażą platformy jakiejś firmie. No i zarobieniem (warunki amerykańskie) kilku-kilkunastu milionów dolarów.
          Z tego powodu nie powiem czy da się nie tym zarobić z doświadczenia, bo nawet nie próbowałem, ale są tacy którzy zarabiają. Moi „vlogerzy siedliskowi” publikują wykaz zarobków na YouTube, czyli platformie dużo bardziej skomercjalizowanej. Wychodzi max 2000-3000 zł/m-c.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *