Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Styl życia – Strona 61 – Oszczędny Milioner

Gdyby młodość wiedziała, gdyby starość mogła – czyli o mieszkaniu w kamperze

W wielu z nas drzemie duch podróżnika.  Jednak kierat praca-dom-obowiązki-rodzina skutecznie zabija szansę na dłuższe wakacje. U mnie powodem jest charakter prowadzonej działalności gospodarczej (zupełnie jednoosobowa, z nieprzewidzianymi wrzutkami) oraz konieczność prac na dużej działce poza miastem. Jeśli biorę urlop, to na dwa tygodnie, z czego tydzień spędzam na działce, a tydzień na faktycznych wakacjach.

Niemniej jednak zawsze pociągało mnie kamperowanie. Co to jest? To wyjazd na objazdową wycieczkę samochodem kempingowym.

Istnieje forum dla osób spędzających czas w ten sposób:

http://www. camperteam.pl

Najradykalniejsi z nich próbują spędzać tak cały rok. Młodzi zaczynają projekt mieszkania w kamperze, starsi (i doświadczeni) studzą ich zapał. Jednak moim zdaniem taki projekt młodemu lub parze (studentom, młodym-bezdzietnym) może się udać. Czy będzie taniej niż wynajęcie mieszkania(o co zazwyczaj chodzi), to już temat na odrębny wpis. Po kolei obalam,  zgłoszone przez doświadczenie zastrzeżenia.

Nie ma co zrobić ze ściekami i skąd nabrać wody. Student potrafi. Wodę przyniesie bańkami z zaprzyjaźnionej stancji. Ścieki wyleje do ogólnodostępnej toalety lub szamba znajomych mieszkających w domku.

Niewielka powierzchnia. Skoro da się mieszkać w 5 osób w dwuosobowym pokoju w akademiku… Kamper przy takich warunkach to hotel, o ile zasiedlimy go maksymalnie parą.

Ogrzewanie. Z tym będzie największy problem. Wyjścia są dwa. W zimie wyjeżdżać na długo na południe (to dla niepracujących, niestudiujących), lub przynajmniej na jakiś czas (studenci). Drugie rozwiązanie to zimowanie w Polsce. Potrzebny będzie tzw. kamper zimowy i polarne śpiwory.  Zużyty gaz (jak podają na camperteam.pl) będzie kosztował mniej więcej 500 zł. Dalej jest taniej niż wynajęcie kawalerki dla dwojga (i tak drogo tylko przez 3 miesiące w roku).

Koszt kampera. Z tym może być problem. Sprzęt nadający się do użytku to koszt ok. 20 tyś. zł + sporo pracy własnej.

Dlatego, jeśli masz marzenia …. próbuj. Zrób to zanim pojawią się dzieci. Bo wtedy następna szansa przyjdzie na emeryturze.

 

 

 

 

Dlaczego nie jestem minimalistą?

Wielu blogerów oszczędnościowych zachwyca się minimalizmem. Ja nie. Przeczytałem książki Leo Babauty i Dominique Loreau, ale niespecjalnie do mnie przemówiły.  Wprawdzie doceniam pewne aspekty minimalizmu (slow life, cieszenie się chwilą), ale większość propagowanych zasad pasuje raczej do mnichów niż do zwyczajnych, przeciętnych ludzi (a więc do mnie też).

Osobiście uważam, że drogą większości może być „złoty środek”, nie rozrzutność, konsumpcjonizm, ale też nie zupełne zanegowanie dóbr doczesnych.  Niektóre pomysły na życie minimalistów są, no cóż, kompletnie nieżyciowe, nieprzydatne dla większości z nas. Oto dwa sztandarowe przykłady:

Rezygnacja z samochodu

Pisałem już o tym na blogu. Po pierwsze, jestem fanem motoryzacji. Po drugie, ojcem rodziny.  Życie bez auta w obecnym świecie, z dziećmi, wakacjami, bagażami, psem to mrzonka.  No dobrze, taka opcja hard dla singla lub bezdzietnej pary.

Posiadanie mniej niż x (np. 100 przedmiotów)

Lubię oszczędność. Lubię proste formy. Nie cierpię zagraconych pomieszczeń, ale posiadanie 100 przedmiotów  to dla mnie absurd.  Przecież nie każdy żyje tak samo. Wielu z nas ma swoje potrzeby, hobby.  Reguły życia społecznego wymagają od nas spełnienia pewnych ról, przestrzegania form. Jestem mężem, ojcem, synem, blogerem, ogrodnikiem, kolarzem, biegaczem, pracownikiem, przedsiębiorcą. W każdej sytuacji muszę mieć inny „uniform” zestaw cech i, jakby to powiedział mój syn „skilli”.  Osobie jednowątkowej może uda  się zmniejszyć liczbę przedmiotów do 200-300, ale mnie z pewnością nie. Przykład? Biegam. Muszę mieć odpowiednie buty, koszulkę i spodenki, bluzę na chłodne dni, długie sportowe spodnie, opaskę do pulsometru, czapkę, 3 pary skarpetek, rękawiczki. Już ten zestaw to 11 przedmiotów. Jazda na na rowerze to:  rower, zestaw kluczy (przyjmijmy, że to jeden przedmiot), pompka, bidon, buty, spodnie z „pampersem”, koszulka, bluza, spodnie,  skarpetki (wykorzystam biegowe), rękawiczki. Kolejne 11 przedmiotów.  Poza tym, jak liczyć? Komplet naczyń i sztućców dla 6 osób to 48 przedmiotów  czy 1?  Jeśli 48, to czy powinienem zrezygnować z przyjmowania znajomych, czy żywić ich na jednorazówkach? A gdzie rodzina, która wymusza dodatkowe zakupy. Poza tym książki. Mam ich w sumie kilka tysięcy. Wyrzucić? Rozdać? Po co?

Doceniam przy tym, że minimaliści to nie zwykłe sknery, oszczędzające dla widoku zer na koncie, lecz raczej osoby mające swój pomysł na życie. A że zupełnie inny od mojego własnego i niemożliwy do wdrożenie dla przeciętnego Kowalskiego, to już zupełnie inna historia.

Skoro nie stać mnie na wszystko, to na co mogę sobie pozwolić?

Wczoraj wyjaśniałem jak szkodliwy może być mit: stać Cię na wszystko – TERAZ. No dobrze, wielu z Was chciałoby wiedzieć, na co rzeczywiście mogą sobie pozwolić.

Generalna zasada brzmi: skoro masz uzbieraną gotówkę i potrafisz ponieść koszty utrzymania kupowanej rzeczy – stać Cię. Daleki jestem od namawiania do minimalizmu, ascezy itp. Kupuj to, co potrzebne, czego pragniesz i ciesz się tym. I właśnie, skoro kupisz na kredyt, to kiedy przyjdzie spłata rat przestaniesz czerpać przyjemność z tej rzeczy (może poza mieszkaniem).  A teraz szczegóły.

DOM

Dom/mieszkanie  to jedyny zakup usprawiedliwiający kredyt. Dlaczego? Trzeba mieć dach nad głową a utrzymanie wynajętego kosztuje w zasadzie podobnie.  Zatem – nie bierz kredytu większego niż 2-3-krotność rocznego dochodu rodziny. Proste. Nie kupuj domu (nawet jeśli masz gotówkę), którego utrzymanie (koszty bieżące) przekroczy 10 % dochodu rodziny.

SAMOCHÓD

Tutaj już głównie gotówka. Górną granicą rozsądku jest 10-krotność miesięcznych dochodów rodziny. Jeszcze istotniejsze niż w przypadku domu będą koszty utrzymania. Np. jeśli otrzymałeś pokaźny spadek (lub osiągnąłeś inny dochód z założenia jednorazowy), pamiętaj gotówka to nie wszystko. Zakup nowego sportowego wozu może Cię zruinować w przyszłości. Jak? Kosztami eksploatacji. Ubezpieczenie, przegląd, naprawy kosztują nagle nie 1000 zł rocznie (co da się zrobić w przypadku używanego Fiata Pandy), ale 20.000 zł.  Takie auto więcej też pali (koszt paliwa np. wzrasta 3-krotnie). Zrezygnuj z takiego zakupu, jeśli nie chcesz oszczędzać na wszystkim.

WYPOSAŻENIE DOMU

Meble, dywany, sprzęt RTV i AGD powinny pozostawać w granicach Twoich możliwości finansowych. Jeśli, aby je kupić korzystasz z kredytu, nie są. Jeżeli przekraczają łącznie 15% wartości domu/mieszkania, wyliczonej jak powyżej, znowu zbytnio zaszalałeś. W przypadku typowej rodziny – 15% wartości mieszkania  to 30-45% rocznego dochodu, czyli maksymalnie 30.000 zł.  Rozsądniej zrobisz, mieszcząc się w 2/3 tej sumy.

HOBBY

Każdy z nas ma zainteresowania. Są one mniej lub bardziej kosztowne. Znowu – granica rozsądku przebiega pomiędzy zakupem za gotówkę i na kredyt. Dodatkowo wydawanie więcej niż 10% dochodu na hobby (o ile nie przyniesie ono w przyszłości pieniędzy, a więc jest inwestycją w warsztat pracy lub tezauryzacją dochodu) to przesada. Kupno roweru/wędek za 10 tys. przez kogoś kto zarabia przeciętnie, będzie finansowo nieodpowiedzialne (chociaż oczywiście – zdarza się), nawet jeśli był w stanie zgromadzić gotówkę.

Przestrzegając tych zasad stałem się milionerem. Tobie też się uda.

 

 

Największy mit współczesności

Każdy z nas codziennie bombardowany jest reklamami. Zawierają one podstawowy przekaz, zupełnie niezgodny z naszym doświadczeniem, ale jednak poprzez swoją powszechność przyjmowany – możesz mieć wszystko – TERAZ.

To właśnie największy mit współczesności. Na jego podatnym gruncie powstają pułapki kredytowe i nadmierne zadłużenie wielu rodzin. Dlaczego? Jak to działa?

Włączasz telewizję. Nadają reklamę sklepu sprzedającego elektronikę.  Pokazują wspaniały telewizor 60 calowy. Jego cena – 4200 zł. Nie masz tyle. Ale reklama jeszcze się nie kończy, możesz go mieć już TERAZ – rata tylko 210 zł. Na tyle Cię stać. Zbliża się Wielkanoc. Przyjedzie rodzina. Tylko 210 zł. I kupujesz telewizor.

Otwierasz gazetę. Pomiędzy artykułami reklama samochodu. Kosztuje 50.000 zł.  Nie posiadasz takich oszczędności. Ale pod spodem informacja, nie musisz go kupować, aby cieszyć się nim już TERAZ. Wystarczy miesięczna rata 600 zł +VAT i wyjeżdżasz nowym autem. Tyle przecież masz. Kupujesz samochód.

A potem… Potem samochodu domaga się żona, dzieci chcą konsolę, trzeba zapłacić za wakacje (koniecznie w tropiki), wcześniej zapożyczyłeś się na mieszkanie  itp. itd. W końcu kredyt goni kredyt. Większość dochodów przeznaczasz na spłatę rat. A za co żyjesz? Za to co zostanie, czyli bardzo skromnie. To działa niezależnie od dochodów. Znam osoby zarabiające kilkaset tysięcy rocznie, które nie mogą odłożyć 1/5 rocznego dochodu na zakup auta za gotówkę. I wszystko dlatego, że uwierzyły w mit – stać Cię na wszystko TERAZ.

Niestety, nigdy tak nie było, że każdego natychmiast stać na wszystko. Jestem milionerem. Żeby zmienić samochód – odkładam. Telewizor, laptopa, pralkę itd. zmieniam, gdy się popsują, z odłożonych wcześniej pieniędzy. Konsoli nie kupiłem do dzisiaj. Mój telewizor ma 7 lat (poprzedni odmówił współpracy).  Mam dochód znacznie większy niż przeciętny i nadal nie stać mnie na wszystko. Czy rozpaczam z tego powodu? Nie. Po prostu planuję wydatki z wyprzedzeniem i kupuję to, czego naprawdę chcę i tylko wtedy, gdy mnie stać.

Opiekunka do dziecka, czy matka w domu? Aspekt finansowy.

Morze atramentu wylano chwaląc zalety obu tych rozwiązań, ja jednak skupię się na jednej tylko stronie medalu  – wpływie na finanse rodziny. Opiekunka to ktoś, komu trzeba zapłacić (wyłączamy babcie).

Aby należycie ocenić opłacalność należy znać trzy zmienne:

  • wysokość potencjalnych zarobków matki,
  • koszty opiekunki,
  • dochody poza pensją matki.

Pierwsza zmienna może przybierać różne wartości. Od pensji minimalnej (lub ułamka tej pensji jeśli pracuje na część etatu lub ma umowę cywilnoprawną) do kwot pięcio-, a nawet sześciocyfrowych. Zatem im wyższa pensja matki, tym większy sens płatnej opieki.

Koszt opiekunki zależy zasadniczo od jej kwalifikacji, doświadczenia oraz rynku. Inny jest w Warszawie, a inny w niewielkiej miejscowości z dużym bezrobociem. Przyjmuję pewien przedział od 1000 zł (za 190 godzin w miesiącu w małej miejscowości) ) do 3000 – 4000 w tym samym czasie w Warszawie.

Dochody poza pensja matki mają często znaczenie rozstrzygające. Jeśli wynoszą one kilkanaście tysięcy złotych, to nawet strata średniej krajowej nie będzie tragedią i zaczną być oceniane czynniki pozafinansowe.  Z drugiej strony samotna matka, raczej nie ma wyboru, chyba że skorzysta z pomocy rodziny, pomocy społecznej lub dostaje wysokie alimenty.

Żeby ułatwić decyzję stworzyłem przykładowe modele.

Matka z pensją minimalną, ojciec zarabia niewiele powyżej. Dochód rodziny 2700 netto, 1 dziecko.

W takiej sytuacji sprawa wydaje się prosta.  Najtańsza opiekunka poprosi o 1000 zł, który nawet płacony „pod stołem” prawie zrówna się z pensją matki. Jeżeli dodamy możliwość otrzymania świadczeń państwowych wyłącznie przy pensji męża (dochód na osobę w rodzinie niespełna 500 zł) to do bilansu musimy doliczyć minimum 1000 zł (rodzinne + 500 na dziecko+ dodatek z tytułu opieki nad dzieckiem). I nagle opiekunka zaczyna być droższa, a państwo daje prawie tyle samo co pensja. To paradoks, że najbiedniejsi często spędzają czas z dziećmi. Tam po prostu „nie opłaca się” pracować.

Matka zarabia 2000 zł, ojciec średnią krajową. Dochód rodziny 4700 zł, 2 dzieci.

Tu już sytuacja wydaje się bardziej skomplikowana. Dochody męża nie pozwalają rodzinie „załapać się” na świadczenia rodzinne i dodatki, a tylko na świadczenie wychowawcze (500 na dziecko). Opiekunka weźmie nieco więcej – załóżmy, że ekwiwalent pensji minimalnej 1300 zł. I zaczynamy liczyć. Jeśli matka pójdzie do pracy, to stracą 1800 zł, a zyskają 2000 zł. Różnica jest tak niewielka, że proponowałbym matce zostać w domu.

Matka zarabia średnią krajową, ojciec 2 takie średnie. Dochód rodziny 8100 zł, 2 dzieci.

W takiej rodzinie opiekunka nawet wymagająca oddania połowy pensji matki, może się opłacić (finansowo). Brak bowiem jakiejkolwiek pomocy państwa, a zostaje zawsze druga połowa pensji. Znowu wybór zależy od emocji, chociaż finansowo jest jasny.

Jak widzicie, najbardziej opłaca się nie pracować matce zarabiającej grosze. Wszystkie świadczenia państwowe, jeśli nie pracuje, zrównują się prawie z jej poborami. Dodanie do bilansu opiekunki generuje czystą stratę. A milionerzy? Zazwyczaj zarabiają na tyle dobrze, że nawet strata na 2-3 lata pensji żony nie stanowi większego problemu. Są więc w identycznej sytuacji jak najbiedniejsi.

 

 

 

 

 

Dobre, bo polskie. Milioner kupuje opony samochodowe.

Ile razy muszę zmienić opony samochodowe, w pierwszej kolejności szukam tych, które produkowane są w Polsce, pod polską marką. Dlaczego?

Pierwszy powód to patriotyzm gospodarczy, który niedługo szerzej opiszę na blogu.

Drugą przyczyną są  wyniki w konkurencji cena/jakość. Podam konkretny przykład. Ostatnio kupowałem dwie opony w dość sporym rozmiarze 205/50/17 z wysokim indeksem prędkości (W) i oznaczeniem ZR. Na placu boju były:

  • opony chińskie – w ogromnym wyborze cenowym (150-350 zł), nieznanych firm,  i zapewne różnej jakości,
  • opony środkowoeuropejskie – tutaj ceną królowały Dębice (191 zł)  i Barumy (236 zł),
  • doskonałe opony pod markami własnymi Michelin, Goodyear, Dunlop, Continental – za  400 – 600 zł za sztukę.

Nie jeżdżę agresywnie, nigdy też na granicy przyczepności. Jeżeli Dębice są tańsze np. od Goodyearów,  ale tylko o 20% procent gorsze, dlaczego mam przepłacać 200%? Najlepsze rzeczy zawsze kosztują nieproporcjonalnie drożej od przeciętnych. Opłaca się wybierać ze średniej półki.

Powód trzeci – dobre opinie. Użytkownicy tacy jak jak (jeżdżący spokojnie) polecali te opony, jako wystarczające. Podobny cenowo Barum miał znacznie więcej opinii krytycznych. Fulda, tylko trochę lepsza, jest o  50% droższa.

Jak widzicie, bycie oszczędnym milionerem zobowiązuje. Wybiera się wtedy produkty w rozsądnych cenach, ze średniej półki jakości. Nie warto kupować najtańszego (bo zaraz trzeba będzie wyrzucić ) jak również najdroższego (cena zbyt wysoka do różnicy jakości).

 

Ile tracisz, kończąc przypadkowe studia?

W ciągu ostatnich dwudziestu lat odsetek studentów  wzrósł gwałtownie. Kiedyś studiowało 3% potem 20% a obecnie około 50%  dwudziestolatków.

Jednocześnie niewielu z nich (a także ich rodziców) zastanawia się czy studia te (często płatne) mają jakikolwiek sens. Wybór na zasadzie  – skoro na medycynę i tak się nie dostanę, na biologię mnie nie przyjęli, to pójdę na filologię ukraińską  – to najgorsza decyzja z możliwych.

Nadprodukcja absolwentów na kierunkach humanistycznych (politologia, kulturoznawstwo itp.) spowodowana niewielkim kosztem prowadzenia zajęć (głównie pomieszczenia i prowadzący) ma jeden poważny skutek – bezrobocie przyszłych magistrów, lub ich praca poniżej kwalifikacji. To również niskie pensje, tych którym udało się znaleźć zatrudnienie.

Jaki jest koszt. Spróbowałem to policzyć.

Po pierwsze – niezarobione pieniądze. Załóżmy nawet, że kończąc liceum, przez 5 lat dostaje się pensję minimalną (co nie jest prawdą) – 1300 zł x 60 miesięcy – 78.000 zł. Jeżeli dziewczyna zamiast studiować, zostanie np. fryzjerką, a chłopak budowlańcem to może zarobić sporo więcej.

Po drugie – doświadczenie. W wieku dwudziestu kilku lat, pracujący zaraz po szkole ma już 5 lat stażu pracy i najważniejsze – umiejętności konkretnie wyceniane przez rynek. Absolwent ma dyplom w kieszeni i przed nim albo  dalsza nauka albo zdobywanie pozycji od zera. Doświadczenie = wyższa pensja. Doświadczony pracownik zarobi z pewnością 500-600 zł więcej, niż pensja minimalna. Przez kolejne 5 lat da to: 500 x 60 =30.000 zł

Po trzecie – koszty studiów. Rok studiów humanistycznych kosztuje 4000 zł. Przez 5 lat zapłacimy 20.000 zł. Dobry kurs zawodowy może być bezpłatny (środki UE) lub znacznie tańszy (3000-5000 zł).

Zatem różnica między wyborem konkretnego zawodu bez studiów i nieprzemyślanym kierunkiem na uczelni to nawet 128.000 zł. Wystarczy na małe mieszkanie na start (poza największymi miastami).

A wystarczy rozważyć model szwajcarski. Idę do pracy. Jeśli mnie interesuje, dokształcam się i wybieram na uniwersytet. Wtedy nie będą to pieniądze wyrzucone w błoto.

 

 

 

Najlepsze jedzenie – czyli domowe

Mam to szczęście, że moja żona bardzo lubi gotować. Piecze też pyszne ciasta. Dzięki temu mam rozwiązane dwie kwestie na raz – jest smacznie i oszczędnie.

Jedzenie poza domem wymienia się bowiem jako główną przyczynę drenażu portfela i problemów żołądkowych. Dlaczego?

Po pierwsze, jedzenie przetworzone będzie znacznie droższe. Jeżeli kupujemy gotowe dania np. w supermarkecie zapłacimy np. 5 zł za 200 g pojemniczek „czegoś”. Najczęściej są to tanie wypełniacze. Kierując się na jakość np. Krakowski Kredens, musimy przygotować się na spore wydatki – niewielki słoiczek dżemu 10 zł. Taki sam dżem (jakościowo, bo smakowo lepszy) moja żona przygotowuje z własnych owoców za 2-3 zł (wliczając koszty gazu).

Gdybyśmy pragnęli jeść w restauracjach. Mnie z knajpianego jedzenia skutecznie wyleczyła rozmowa z jednym z kucharzy. Zapytany, co robi, żeby danie miało taki piękny, intensywny kolor, odpowiedział – barwnik. A była to restauracja, w której ceny dań głównych rozpoczynały się od 40 zł za porcję, gdzie lody (200g porcja) kosztują 15 zł, żaden fast food. Domowe odpowiedniki da się zrobić odpowiednio za 10 i 5 zł. Jak to w ogóle możliwe?

Właściciel lokalu żyje ze sprzedaży potraw. Bilans wygląda mniej więcej tak – 1/3 cena produktów spożywczych, reszta to koszty i zysk firmy.  Dlatego w domu, jeżeli poświęcimy trochę czasu (trzeba też to lubić), możemy przygotować podobne dania za 1/3 ceny. Jeśli zrezygnujemy z wyszukanych dodatków, zapłacimy za obiadjeszcze taniej.  Będzie też znacznie zdrowiej, bo bez dodatkowej chemii, dosypywanej, aby danie wyglądało atrakcyjniej.

Ile kosztuje wyjazd narciarski w polskie góry?

W moim województwie właśnie zaczęły się ferie. W tym roku postanowiłem wziąć odrobinę  (3 dni) urlopu i wyjechać na 5 dni w nasze góry (Pieniny). Poniżej kalkulacja, którą zrobiłem w oparciu o rzeczywiste ceny:

  • nocleg 150 zł za 4 osoby (jeździmy od lat, z ulicy byłoby 180 zł) dziennie,
  • karnet narciarski – 6h  – 75 zł, cały dzień 105 zł ( tym roku nie jeździmy, bo leje, ale normalnie byłoby to ok. 225 zł za każdy dzień),
  • jedzenie – gotowanie na kwaterze+coś na stoku (100 zł dziennie), żywienie zbiorowe (200-300 zł dziennie),
  • dojazd – u nas 300 zł (ok. 350km).

Razem 4 osobowa rodzina na 7 dni  (w tym pięć na nartach) – minimum 3400 zł.

Trudno się zatem dziwić, że tak mało rodzin w ogóle wyjeżdża w góry, skoro za 7-dniowy wyjazd narciarski muszą zapłacić więcej niż wynosi przeciętna pensja.

Jaka jest realna cena mieszkania w Polsce?

Często jestem pytany – czy ceny nieruchomości w Polsce będą nadal spadać, czy może powinny wzrosnąć. Nie jestem jasnowidzem, ale często mówię – raczej nie wzrosną (może z wyjątkiem niektórych działek). Dlaczego?

Opieram się na swoich prognozach realnej wartości mieszkania, a w zasadzie 1 m2 tego mieszkania.

Po pierwsze, Polska się wyludnia. Jeżeli ten trend nie zostanie zatrzymany, za 20 lat będzie nas kilka milionów mniej. Mniej ludzi, mniej  potrzebnych mieszkań – proste.

Po drugie, zaczyna przeważać model 2+1 (51% rodzin). Oznacza to, że na jedno dziecko przypadać będą 3 mieszkania (przy założeniu, że dziadkowie i rodzice mieli własne).  Nawet ograniczenie tej liczby do 2 (dziadkowie), pokazuje, że pewna liczba lokali zostanie rzucona na rynek. Ceny nie mogą rosnąć. Pewną przeciwwagą jest coraz większa liczba singli, rozwodów itp. , ale przy tak małej dzietności nie spowoduje ona istotnych zmian.

Po trzecie, ceny pomimo spadków nadal są wysokie. W moim mieście m2 mieszkania kosztuje przeciętnie 4500 zł. Pensja miesięczna wynosi 4000 zł brutto tj. 2600 zł netto (średnia nie mediana). Jeżeli przyjmiemy współczynnik amerykański (który również polecam), wartość kredytu hipotecznego nie powinna przekraczać 2,5 – krotności dochodów rocznych. Dwie osoby zarabiają średnio 5000 zł miesięcznie, 60 tys. rocznie, muszą mieć 20% wkładu własnego Cena przeciętnego mieszkania  (50m2) nie powinna być wyższa niż 180 tys. zł czyli 3600 zł/m2. Obecna cena przekracza o 20% górną granicę rozsądku.

Po czwarte, stopy procentowe są teraz rekordowo niskie. Nie wiadomo jak długo tak pozostanie. Kredyt w wysokości 150 tys. to w chwili obecnej odsetki na poziomie niespełna 700 zł (w programie MdM jeszcze mniej). Gdyby stopy wzrosły o 2 punkty procentowe to rata kredytu będzie wyższa o 250 zł. Wtedy przeciętna rodzina będzie musiała oddać prawie 1/5 swojego dochodu na ratę kredytu hipotecznego i dodatkowo 10-15% na opłaty mieszkaniowe. Na życie pozostanie jej tylko 2/3 pensji.

Średnie ceny spadły już o 800-900 zł/m2 i będą dalej spadać. Są już deweloperzy (chociaż budują raczej na obrzeżach miasta), którzy oferują mieszkania właśnie za takie kwoty.