Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Oszczędny Milioner – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Biedni-pracujący, czy Polsce grozi ten amerykański trend?

W literaturze zaangażowanej współczesnej Ameryki pojawia się pojęcie „working poor” czyli „biedni-pracujący”, albo „biedni pomimo pracy”. Zjawisko dotyczy faktu, że pensja albo nawet kilka źródeł dochodu nie starcza na życie w miejscu, gdzie takie wynagrodzenie się wypłaca.

Popatrzmy praktycznie. W wielu branżach królują „umowy śmieciowe”, gwarantujące tylko minimalną stawkę godzinową (31.40 zł brutto), ale już nie pełne zatrudnienie (170 godzin w miesiącu). W efekcie spora, pomimo chęci, pracuje 20 godzin/tydzień czyli na pół etatu. Zarabia wtedy ok. 2000 zł netto/m-c. Za taką sumę, nawet powiększoną o świadczenia, nie da się utrzymać dwóch osób (samotna matka). Cóż robić, podejmuje się drugą, taką samą pracę. Niby wszystko się zgadza, zostaje pełny etat, ale w takiej konfiguracji:

  • Poniedziałek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B,
  • Wtorek – 9-13 sprzątanie w A,
  • Środa 10-14 sprzątanie w A,
  • `Czwartek 7-11 sprzątanie w A,
  • Piątek 7-11 sprzątanie w A, 18-22 zmywak w B
  • Sobota 12-18 zmywak w B,
  • Niedziela 12-16 zmywak w B.

Konsekwencje? Codzienna praca, bez wypoczynku, urlopu (na śmieciówce go nie masz), brak pewności (w tym tygodniu sprzątanie 7-11, w innym 15-19, których nie da się pogodzić ze zmywakiem), wreszcie marnowanie czasu na dojazdach.

Takim sposobem nie da się żyć na wynajmie. Dlaczego? Już pokazuję.

Samotna matka musi zapewnić opiekę dziecku, zaprowadzić je na zajęcia, pójść na zebranie, odrobić lekcje. Jak ma to zrobić, skoro z dojazdami spędza w pracy 10-12 godzin dziennie i to w czasie, gdy inni już dawno wrócili do domu? Z pensją ok. 4000 zł netto w dużym mieście (dodając alimenty i 800+ dysponuje ok. 5400 zł/m-c).

Otóż, jeśli 3500 zł kosztuje mieszkanie+opłaty, 500 zł dojazdy, na pozostałe wydatki zostanie 1400 zł i to tylko dlatego, że pomaga państwo. Za tyle da się przeżyć, ale nic więcej.

W efekcie w Polsce, zjawisko biednych-pracujących, dzięki pomocy państwa (te 800 zł faktycznie robi różnicę) ma znacznie mniejszy zasięg, ponieważ ogranicza się do wielkich miast. W USA, gdzie państwo abdykowało z funkcji społecznych, problem stał się powszechny (z pensji minimalnej ok. 17.000 USD rocznie, trzeba jeszcze zapłacić 8000 USD ubezpieczenia zdrowotnego, stąd biedni-pracujący po prostu go nie wykupują).

Ale perspektywy amerykanizacji polskich realiów wyglądają nieciekawie. W debacie publicznej pojawiają się głośne opinie (np. Ludwika Koteckiego), że z uwagi na zagrożenie wojenne trzeba wycofać 800+. Skutek – powtórzenie opowieści z USA. Kto nie wierzy, proponuję lekturę 'Nomadlandu”, albo innych reportaży z nurtu „praca za grosze”.

Cztery argumenty przeciwników wsi. Czy faktycznie masz się czego bać?

Zaczęło się od komentarza Marka, który jasno wskazał, że przeprowadzka na wieś nie wygląda tak strasznie, albowiem istnieje wieś, z większością zalet miasta. Potem pojawiła się analiza, z której wynika, że mieszkania pod Wrocławiem są o 40% tańsze niż we Wrocławiu. Wreszcie trafiłem na negatywy, które wskazał w internetowej dyskusji człowiek, który przeprowadził się ze wsi do miasta i z powrotem. Oto one.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca.

Koszty ulepszeń są astronomiczne.

Wożenie dzieci.

Odnoszę się do nich po kolei.

Na większe zakupy, do kina, lepszej restauracji trzeba wybrać się do miasta. Potem pada argument o 30-minutowym dojeździe. Miasta bywają różne. I tak w małym miasteczku, gdzieś na prowincji – kina brak, restauracja to dom weselny, a większych zakupów nie zrobimy, bo jedyne sklepy to Lidl, Biedronka, Dino ew. Rossmann. W mieście średnim (40-100 tys. mieszkańców) znajdziemy zwykle i galerię, i kino, i kilka restauracji do wyboru. Prawdziwy wybór mamy jednak w miastach dużych – dobrze powyżej 100 tys. mieszkańców. Ale w nich marnujemy czas na dojazd, ponieważ np. z takiej Białołęki do Złotych Tarasów, jedziemy dłużej niż ja ze swojej wsi do Lublina. Popatrzmy:

  • duże zakupy spożywcze (dyskont) – moi przyjaciele w górach (miasto ok. 10 tys. mieszkańców, ale turystyczne) – 10 minut (w sezonie 2 razy tyle, bo korek), ja na wsi – 6 minut, ja w Lublinie 6 minut.
  • duże zakupy ubrań (takie zwykły człowiek robi kilka razy w roku) – moi przyjaciele w górach – 2 godziny jazdy do stolicy województwa, ja na wsi – 30 minut do galerii, ja w mieście 15 minut do galerii,
  • duże zakupy budowlane – moi przyjaciele w górach – 40 minut najbliższy powiat grodzki, ja na wsi – 25 minut do Puław, ja w mieście – 10 minut do Obi,
  • kino – moi przyjaciele w górach – 40 minut do miasta 40-tysięcznego, ja na wsi – 30 minut do Lublina, ja w Lublinie 10 minut.
  • restauracje „lepsze” – moi przyjaciele w górach – 5 minut (miejscowość turystyczna), ja na wsi – 10 minut (w Nałęczowie), ja w mieście – 10 minut.

Jak widzicie, mieszkając blisko centrum (20 minut piechotą, 10 minut samochodem) w ósmym co do liczby ludności mieście Polski, mam sporo lepiej, ale w infrastrukturze, z której korzystam może 1 raz w miesiącu. W codziennych zakupach – podobnie. Małe miasto, wypada prawie tak, jak wieś.

Utrzymanie domu to syzyfowa praca. Marek wyjaśnił to krótko. Chcesz mieć dom i nie robić – buduj nowy. Dodam – nie lubisz koszenia – kup mieszkanie. Aczkolwiek przedstawię obliczenia dość prosto – jeżeli porównujemy porównywalne – dom w mieście będzie 50% droższy niż na wsi (nowy). Im mniejszy, i starszy – różnica większa (ceny działek). Stąd, za te dodatkowe 800k, a w praktyce ratę 4800 zł, zapłacisz komuś, kto zrobi wiele rzeczy za Ciebie.

Jednak, jako właściciel budynku 1929 r. uważam opowieści o „syzyfowej pracy” za mocno przesadzone. Łączna liczba dniówek poświęconych na naprawy nie przekracza 2-3 w roku, a mówimy o domu, który od 1945 r. od września do maja stoi praktycznie pusty.

Zupełnie inna historia dotyczy ogrodu, ale tu mamy kilka wyjść:

Pierwsze – zalesić całą działkę i nie mieć problemu nawet z koszeniem (a często darmowe grzyby).

Drugie – ograniczyć powierzchnię do 1500 m2, co oznacza 4-5 godzin pracy w tygodniu.

Trzecie – zamienić trawnik, na kwietną łąkę, która kosimy 3 razy w roku, ew. rozłożyć maty z włókniny, obsadzić iglakami (zero koszenia), ostatecznie założyć sad i utrzymywać tzw. ugór herbicydowy.

Koszty ulepszeń są astronomiczne. Jako ulepszenia autor wymienił dróżki, płoty, infrastrukturę wypoczynkową. No, cóż, to akurat prawda, natomiast generalnie coś za coś. W mieszkaniu nie mamy płotu, ale i ogrodu. Podobnie basenu, piaskownicy, trampoliny, huśtawki, sauny, bani, a tylko malutki balkonik. I jeszcze jedno, nie ma przymusu budowy drogiego płotu, dróżkę da się wykonać z płytek, kawałków zaimpregnowanego drewna pozyskanego z własnej działki itp.

Wożenie dzieci. Temat-rzeka, dlatego poświęcę mu najwięcej uwagi. Styl wielkomiejskiej klasy średniej, pracującej w mieście, wymusza „zapewnienie dzieciom tego, co najlepsze” także w dziedzinie edukacji. Żyjąc w ten sposób, skazujemy się na dowożenie. I wtedy, zwłaszcza w okresie licealnym i pod koniec szkoły podstawowej, będzie ciężko. Im dalej od ośrodka miejskiego, tym ciężej. Mój syn obecnie, w mieście, do najbliższego liceum (niezłego) ma 10 minut drogi spacerem, do najlepszego, dotrze komunikacją publiczną w 20 minut.

Na wsi, albo pojedzie pociągiem (na który trzeba go zawieźć) i będzie także za 20 minut (kilka liceów do wyboru w Puławach), albo wybierze Nałęczów (gorszy, lecz bliższy 10 minut dojazdu autem), albo musi dotrzeć do Lublina (30 km – ok. 40 minut), dowożony przez rodziców. Życie płata nam figle i pewnie skończy się na szkole sportowej z internatem 200 km od domu, więc o dowożeniu nie będzie mowy.

Ale nasi przyjaciele z gór, także wozili, mimo że mieszkali w mieście. Nie było w nim żadnego liceum. Ulokowano je 8 km dalej. Wyprawa 2 razy dziennie, lub dziecko tłukło się busami. 8 km busem oznacza podobny czas jak 20 km pociągiem – od drzwi domu do drzwi liceum – 20 minut. Sporo dłużej niż przypadkowe liceum w moim mieście, i prawie tyle samo, co najlepsze.

Dojazdy do szkoły to pikuś, ale pozostają jeszcze te, które umożliwiają „życie społeczne”, wszelkie spotkania, imprezy, nocne życie. To ostatnie, już na studiach. I znowu – o ile w Lublinie mam sporo uczelni, o tyle zarówno ze wsi, z miasteczek, jak i ze średnich miast – raczej skończy się dojeżdżaniem tj. akademikiem, stancją itp.

Straszne dowożenie, w rozsądnych warunkach, trwać będzie tylko przez 4 lata, a jeżeli wybierzemy „wieś zabitą dechami”, 12 lat (podstawówka+liceum). W tym drugim przypadku – szmat czasu i kawał życia. Stąd wniosek – nie chodzi o wieś w ogólności, lecz raczej konkretne miejsce. Uwielbiając odludzia, coś zyskujemy (niższe ceny), coś stracimy. Jak to zwykle w życiu. Wieś nie jest bowiem ani jednolita (podobnie jak miasta), ani tragiczna do mieszkania.

Freedom 55. Dlaczego ludzie nie przechodzą na emeryturę w wieku 55 lat, tylko czekają do 70-tki?

Najprościej:Przyczyny tego stanu rzeczy możemy podzielić na dwie kategorie: ekonomiczne i mentalne.

Teraz czas na rozwinięcie. Jak napisałem w sierpniu – Freedom 55, czyli własna, wcześniejsza emerytura wymaga posiadania kapitału w wysokości 1,5 mln zł. Można próbować z mniejszymi kwotami, ale narażamy się albo na ryzyko wyczerpania środków z worka, albo dorabianie (niepełną emeryturę). Ilu znacie ludzi, którzy mają 1.5 mln zł w inwestycjach, majątku, wolnych środkach i do tego mieszkanie/dom/kampera/jacht. W mojej bańce, ludzi zarabiających przez lata od 2 do 5 średnich krajowych na rodzinę, tworzących zbiór ok. 100 rodzin, otrzymujących czasami istotne darowizny (np.mieszkanie, mieszkanie+działka, wkład własny na dom) wszystkich policzyłbym na palcach jednej, maksymalnie dwóch rąk. W populacji – na pewno mniej niż 5 %. Większość, co podają wszystkie media dość regularnie nie posiada nawet 30 tys. zł oszczędności. 75% nie zebrała więcej niż 100 tys. zł. Co to oznacza? Że o wcześniejszej emeryturze mogą pomarzyć.

Znowu ciśnie się na usta pytanie – dlaczego – skoro na 1.5 mln złoży się:

  • 1000 zł miesięcznych oszczędności przez 30 lat przy stopie zwrotu 8%,
  • 4166 zł miesięcznie przez 30 lat, jeśli chowaliśmy kasę do skarpety.

Niewątpliwie, jeżeli założymy inflację równą stopie zwrotu (obligacje) odłożenie dzisiejszych 4167 zł dla rodziny z dochodem 30.000 zł nie stanowi problemu. Zupełnie inaczej przedstawia się sytuacja ekonomiczna ludzi zarabiających mniej. W końcu, przy 30k dochodu mówimy o stopie oszczędności (relacja: oszczędności/dochód netto) na poziomie niespełna 14%, przy 10k już 42%. Nawet ktoś, kto jak my, zarabia ok. 2,5 średniej krajowej, powinien po prostu kupować obligacje za 30% swojej pensji. I tu z ekonomii/matematyki przechodzimy dalej.

Mental. Co takiego dzieje się w głowie ludzi zarabiających 2.5 średniej krajowej (ok. 16 tys zł netto), że unikają myśli o wcześniejszej emeryturze?

Powód 1. Brak wiedzy. Wiedza to ważny składnik mentalu. Jeżeli nie wiesz, że możesz przejść na emeryturę 10 lat przed czasem, nie zrobisz tego. Podobnie, gdy nie masz świadomości, jak to zrobić (poprawna odpowiedź: Odkładać i inwestować 2000-3000 zł czyli od 13,4 do 20% dochodów.)

Powód 2. Niewiara we własne siły. Myślenie – wprawdzie Oszczędny milioner może to zrobić z trójką dzieci, ale ja nie, ponieważ……. (tu pada szereg wymówek). Prawda jest inna – z pomysłem wcześniejszej prywatnej emerytury poradziło sobie mnóstwo osób. Jak wiemy, wielu przeszło na nią po 30-tce.

Powód 3. Lęk. Co się stanie, gdy inflacja pójdzie do góry? Co zrobię przy delflacji/spadku giełdy/potrzeby poniesienia dużego wydatku itd.? Doskonale rozumiem takie lęki, lecz podobnie jak przy duchach, ciemności itd. lęk trzeba zwalczać w sobie, gdyż nie przynosi nic dobrego.

Powód 4. Strach. W odróżnieniu od lęku, strach jest racjonalny. Boimy się czegoś istniejącego. Ludzkich wypowiedzianych opinii („jesteś leniem”, „co powiedziałby Twój ciężko pracujący ojciec”), własnych błędów, zatrzymania gospodarki. Obroną przed strachem staje się dobre przygotowanie, warianty awaryjne itp. Warto o nich pomyśleć.

Powód 5. Nieprzeznaczanie czasu na rzeczy ważne. Wielu współczesnych pracowników i jednoosobowych przedsiębiorców jest tak zajętych czynnościami zawodowymi, że zwyczajnie brakuje im godzin w ciągu dnia, żeby pomyśleć o sprawach strategicznych, jak własne bezpieczeństwo finansowe. Słynny Stephen Covey wprowadził do literatury sukcesu pojęcie „ostrzenie piły”, jako synonim „dbania o własne możliwości wykonawcze” albo typowo polskiego „tu trzeba usiąść i pomyśleć na spokojnie” i nie sposób się z nim zgodzić. Francuskie przysłowie mówi „Stracić beczkę dla garści wiórów”, a więc poświęcić rzeczy istotne dla mniej ważnych. Dokładnie tak zachowuje się wielu przedstawicieli klasy średniej – poświęcając miesiąc na planowanie wakacji (a nawet tygodnia na ustalanie wystroju stołu podczas kolacji i kilku godzin na retusz zdjęcia przed wrzuceniem do mediów społecznościowych), zamiast na założenie rachunku inwestycyjnego, przeczytanie książki o inwestowaniu. Mam znajomego, który świetnie nadaje się na przykład: dwa etaty, dobrze zarabiająca żona, jedno dziecko, ale inwestycje zerowe, kredyt na auto, wakacje 4 razy w roku i za każdym razem działają z żoną tak:

  • wydanie połowy pensji w galerii – 10 minut na podjęcie decyzji (powtarzane co miesiąc),
  • studiowanie tematu jak wybrać ujęcia do fotografii ze spotkania towarzyskiego – godziny oglądanych filmików i instrukcji,
  • zakup roweru, nart, butów do biegania, wczasów – miesiąc kilkugodzinnych analiz i konsultacji (w sumie 100 godzin), ale już o wiele droższy samochód kupuje wg renomy marki.

I nagle staje się oczywiste, dlaczego niewielkiej w sumie rodzinie (specjaliści lekko po 50-tce, dobre zawody, rodziny z tradycjami), która otrzymała pomoc na starcie, (dwa małe mieszkania, z których jedno posłużyło na wkład własny do większego) zarabiającej od wielu lat na poziomie 3.5 średnich krajowych (dzisiaj ok. 25 tys. zł netto) wiecznie brakuje pieniędzy na oszczędności. Poświęca cały wolny czas na rzeczy nieistotne, optymalizowanie marginalnych zakupów, a brakowało go na znalezienie odpowiedzi na pytania ważne: jak wcześniej spłacić kredyt, ile kosztuje serwis aut pewnej japońskiej, uznanej marki (podpowiadam „Motor” pisał o częściach 2-3 razy droższych niż np. w Toyocie), czy można zrezygnować z wczasów 4 razy do roku, ale za to założyć IKZE itd.

Na koniec pewna refleksja historyczna. Generałowie Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i dowódcy z Kampanii Wrześniowej, którzy przedostali się za żelazną kurtynę, mieli często po 50-60 lat. Przez lata żyli sobie nieźle wynagradzani i odcięci od trosk materialnych. Praktycznie żaden z nich nie dostał brytyjskiej emerytury, a w tym wieku posiadali jeszcze dzieci i niepracujące żony na utrzymaniu. Co zrobili? Poszli do pracy fizycznej. Jeden był barmanem, inny tapicerem, jeszcze inny pracował jako magazynier w fabryce praktycznie do śmierci w wieku 75 lat. Planując swoją starość trzeba wziąć pod uwagę i takie scenariusze.

Tanie wakacje w Macedonii wersja 2026.

W zeszłym roku opisałem nasz pobyt w Macedonii. Teraz czas na update, cenami z 2026 r.

Tym razem pojechaliśmy tylko we trójkę. Skutkowało to dwoma zmianami:

  • samolot zamiast auta,
  • zamieszkanie u syna, zamiast wynajmu.

Inne były też koszty.

Dojazd: parking przy lotnisku, dojazd do lotniska, tankowanie auta (młodego) na miejscu – 2419z (autem było 1430 zł, ale teraz paliwo istotnie podrożało).

Nocleg: 0 zł (było ok. 3000 zł)

Koszty lokalne: 1356 zł (było 1700 zł, ale na więcej osób).

Suma wydatków: 3775 zł tj. 269 zł/dzień.

Koszty lokalne (jedzenie) wyniosły nas ok. 100 zł/dzień. Dużo? To popatrzcie na szczegóły.

Pieczywo: drożdżówka ok. 2,5 zł, bagietka i chleb – podobnie.

Kawa w lokalu przy miejskim deptaku (mrożona latte ze szklanką wody „kranówki”): 10 zł.

Pizza z truflami (lokal blisko deptaka) plus cola: 42 zł.

Obiad na 5 osób (półmisek z grilla 1 kg – 72 zł stanowił główne danie) w restauracji średniej klasy hotelu z napojami: 171 zł.

Generalnie trzeba przyjąć zasadę: ceny jedzenia w porównaniu do Polski dzielimy przez 2. W Ochrydzie i Skopje – równe polskim ze sporego miasta.

Teraz czas na noclegi. Pokój dwuosobowy nad brzegiem Jeziora Ochrydzkiego (ale 30 km od lotniska i 20 km od miasta) – 120 zł/dzień. Trzyosobowy Apartament w średnim mieście (odpowiednik naszego Płocka) – 160 zł/dzień.

Po analizie cen, czas na spostrzeżenia. Inflacja robi swoje i ceny rosną. Nie jakoś dramatycznie, lecz zauważalnie (oceniam na +10%). Komu to przeszkadza, zapraszam nad Jezioro Prespa, przeżyłem tam szok, na szczęście pozytywny.

Reklamowa nazwa „Macedońska Garda” nie jest ani trochę przesadzona. Jeśli wejdziecie do wody w Pretorze lub Slivinicy patrząc na albański brzeg dostajecie widok podobny jak w Makarskiej (4 razy droższa Chorwacja), obracając się w kierunku lądu za plażą – Toskania. Woda – czysta i ciepła (był koniec sierpnia), plaża piaseczek, płycizny lepsze niż na Helu. Jedyny brak – infrastruktura, tutaj Gardy się nie spodziewajcie. Za to pięknie i tanio, a nocować możecie, jak niektórzy blogerzy – w prawosławnym klasztorze.

Jezioro Prespa przegrywa marketingowo z Ochrydzkim, głównie z powodu swojej dzikości. Brak tam miast, a XVI w. klasztor nie może się równać z pełną zabytków starówką. Sama Ochryda ma urok Chorwacji, lotnisko 10 km od miasta, ale plaże tylko przeciętne (poza obłędną i zatłoczoną Kaneo), wąskie, kamienne i zatłoczone. Dzięki kamieniom (zwłaszcza wapieniom), woda w niej jednak jest krystalicznie czysta (widoczność w dół do 10m).

A inne miasta? Nie mieliśmy warunków do zwiedzania (upały, nie do zniesienia w mieście), ale widzieliśmy przełęcz Baba (wjazd szosą na 1600 m, niech się schowa 2 razy niższa Przełęcz Knurowska w Gorcach), z mekką paralotniarzy i widokiem na Jezioro Ochrydzkie, kilka małych wiosek, obejrzeliśmy kilka meczy, no i siedzieliśmy nad wodą (głównie Prespa, jeden dzień nad Jeziorem Ochrydzkim). Kto planuje city break – polecam 4-5 dni: Ochryda, okoliczne miejscowości i koniecznie plaża Slivnica nad Prespą. Kto chce siedzieć 2 tygodnie, to samo plus dodałbym 1 dzień na Bitolę. Im więcej Ochrydy, tym drożej, im więcej Prespy i Bitoli, tym taniej.

Pompa ciepła. Temat na wrześniową rozkminę.

W tym roku zima okazała się wyjątkowo mroźna. Podrożał pellet, a internet zalały wpisy o „rachunkach grozy” za pompy ciepła. Część z nich, kompletna propaganda, ale np. Newsweek opisał sytuację dość rzeczowo. Do tego mogę dodać sytuację mojej kuzynki, użytkującej na jesieni wiejski dom. Spróbujmy zatem znaleźć złoty środek.

Fakt 1. Pompy ciepła są drogie.

Trudno z tym dyskutować. Systemy powietrze-woda, kosztują 50-60 tys. zł, powietrze-powietrze – połowę ceny. Nadal sporo drożej niż piec gazowy czy na drewno. Ma sens tylko wtedy, gdy dostajemy wysoką dotację.

Fakt 2. Pompa ciepła dobrze działa w konkretnych warunkach.

W wielkim skrócie – ogrzewanie niskotemperaturowe (podłogówka), dobrze ocieplony dom. Kompletnie nie sprawdzą się w starej kostce z czasów PRL-u, nawet jeśli ktoś trochę ją dociepli. Stąd biorą się rachunki grozy.

Fakt 3. Kto szuka „najtaniej”, płaci w eksploatacji.

Większość żalących się na forach popełnia dwa błędy – ignoruje fakt 2 (czyli łączy pompę ciepła ze słabo ocieplonym domem z grzejnikami naściennymi) oraz wybiera najtańsze urządzenie. Przepis na katastrofę, ponieważ tanie pompy no name nie trzymają deklarowanych parametrów. W zimne dni, gdy zużycie jest największe, żeby utrzymać zadaną temperaturę wewnętrzną, włącza się grzałka i ze sprawności 3.5 robi się 1.5, czyli grzejemy o 50% drożej niż nietanim gazem.

Fakt 4. Ile faktycznie kosztuje eksploatacja pompy ciepła?

Załóżmy, że kupiliśmy dobre urządzenie, mamy ocieplony, nowoczesny, niezbyt wielki dom. Zapotrzebowanie na energię 12.000 KWh/rok. Kupując prąd z sieci – zapłacimy ok. 5.000 zł/sezon.

Gdybyśmy wybrali dom mały (poniżej 100 m2) i utrzymywali wysoki standard energetyczny – zejdziemy jeszcze o połowę do 6000 KWh/rok i 2500 zł/sezon.

A jeśli zignorujemy warunki? Dom taki jak mój potrzebuje 20.000 KWh. Dodatkowo, większość czasu, włączy się grzałka. No i nagle robi się 12.000 zł/sezon. A mówimy o relatywnie niewielkiej powierzchni.

Fakt 5. Spróbujmy porównać pompę z drewnem, pelletem i węglem.

Stańmy na chwilę po stronie tych, co uważają „do pomp zmusza nas ta zła UE”. Oni do tej pory używają jednego z trzech źródeł: ekogroszku (1300 zł/tonę/7000KWh spalanego ze sprawnością 80%), drewna kawałkowanego (300 zł/t/4000 KWh spalanego ze sprawnością 70%), pelletu (2000 zł/t/5000KWh, ponownie 70% sprawności systemu). I weźmy te trzy wartości:

  1. Dom mój – stary, niedocieplony 20.000 KWh. Pompa ciepła 12.000 zł. Ekogroszek – 4500 zł, drewno – 2100 zł, pellet – 10.000 zł. Wszystkie metody deklasują pompę.
  2. Dom nowy, ocieplony 12.000 KWh. Wartości 60% poprzednich, więc od 1300 zł (drewno), przez 2700 zł (węgiel), aż do 6000 zł za pellet i 5000 zł pompa ciepła.
  3. Dom nowy, mały, ocieplony 6000 KWh. Drewno – 650 zł, węgiel – 1350 zł, pellet 3000 zł i pompa ciepła 2500 zł.

W tych dwóch przypadkach widać niewielkie różnice, zwłaszcza jeżeli porównujemy źródła bezproblemowe (pellet/pompa ciepła). Drewno wygrywa zdecydowanie, stąd wszyscy, którzy kupią je tanio (właśnie 200 zł/m3) i porąbią zyskają. Gdyby cena miała wzrosnąć do 500 zł/m3 (gotowe), przebijamy węgiel i cały interes przestaje się kalkulować.

Na koniec historia kuzynki. Grzejąc 100m2 wiejskiego, nieocieplonego domu murowanego, zużywała 1500 KWh/m-c w listopadzie 2025 (1800 zł). W styczniu 2026 byłyby to wartości astronomiczne w okolicach 3600 zł/m-c. Nic dziwnego, że bohaterka artykułu Newsweeka postawiła w salonie kozę.

Sześć pomysłów na prywatną emeryturę, gdyby nie było ZUS?

Obiecałem ten wpis Tomsiemu, w jednym z komentarzy. Udzieliłem wtedy krótkiej, hasłowej odpowiedzi. Dzisiaj czas ją rozwinąć.

Pomysł I. Nieruchomości. Składka emerytalna wynosi dzisiaj ok. 19,5% podstawy, czyli naszej pensji. Dla zarabiającego „najniższą krajową” 950 zł/m-c. W rok uzbieramy ok. 11.400 zł. Mało. Pamiętajmy jednak, składki ZUS to nie tylko emerytura, ale całkowicie nieprzydatna renta (8%). I robi się 16.000 zł.

Ale już w przypadku osoby z przeciętnymi poborami 2 razy więcej (32k/rok). Dla kogoś, kto płaci składki maksymalne (250% procent średniej krajowej) – 80k/rok.

Najuboższy kupi sobie udział w nieruchomości (20 lat odkładania wystarczy na kawalerkę), przez 40 lat pracy – 2 kawalerki. Zysk – niech będzie 3600 zł/m-c. Dwa razy minimalne świadczenie. Bogatsi wykorzystają lewar (zdolność kredytową) i na kawalerkę zarobią w 7 lat. Dość proste – prawie 6 kawalerek i 10k zł emerytury. Z ZUS dostaliby za 15 lat ok. 1800 zł.

W tym miejscu wielu podniesie zastrzeżenia. Jak to, kawalerki, w obecnej sytuacji demograficznej? Ależ kawalerka to tylko przykład. Może być udział w magazynie, lokal użytkowy, ziemia rolna, działka budowlana, cokolwiek.

A jak było? W 2005 r. kupiłem kawałek (ok. 2000 m2) ziemi rolnej za 3000 zł (1,5 zł/m2). Składka emerytalna od ówczesnej średniej pensji wyniosła 5574 zł. Ze średniej składki można było kupić 3716 m2 działki. Dzisiaj, kiedy zmienił się plan, wybudowano drogę, jedna działki w tym rejonie kosztują ok. 90 zł/m2. Mnożąc powierzchnię przez obecną cenę, uzyskujemy – 334 tys. zł. Tylko jeden rok? A ile dał nam ZUS. Zakładając skumulowaną waloryzację 534%, dostaniemy…. 29.765 zł.

Jeszcze raz przytoczę historię mojej ciotki. W 2002-2003 r. kupiła parę hektarów ziemi, za astronomiczną wtedy cenę 8000 zł/ha. Wszyscy pukali się w głowy, a ona chciała zwyczajnie mieć spokój za płotem. Dzisiaj wartość 120 tys. zł/ha. Doliczając czynsze dzierżawne – 136.000 zł. 1700%. ZUS 565%. Znowu, w 2002 r. składka od średniej pensji oscylowała wokół 5000 zł. Każdy mógł sobie kupić ziemię rolną – para rocznie ok. 1.2 ha dobrej ziemi, w fajnym miejscu. Pracując tylko 3 lata (2001-2003) – miałaby 3.6 ha – obecnie warte (bez odsetek od czynszu) – ca. 408 tys. zł.

Drugie zastrzeżenie „opisujesz dane historyczne, dzisiaj nie do powtórzenia”. Tego akurat nie wiemy. Natomiast skumulowana waloryzacja ZUS też pewnie nie wyniesie 565% w 23 lata, jak w ostatnich dwóch dekadach. Może się i tak zdarzyć, że wybuchnie wojna. Kapitał emerytalny spadnie do zera, a ziemia rolna pozwoli nam przeżyć.

Pomysł 2. Prywatny fundusz emerytalny. Coś w rodzaju IKZE/IKE, a nawet OFE. Podałem własny przykład – OFE, z wielokrotnie niższą składką osiągnęło wynik prawie połowy oszczędności ZUS. Dobrze zbilansowane inwestycje dają takie rezultaty. Nawet metoda „kup i zapomnij” pozwoli pobić ZUS. Jeszcze raz wracamy do wyliczeń dzisiejsze 500 zł odkładane przez 40 lat na 8% (rynek akcji-podatek), da nam 1 mln oszczędności. 1 mln = 40k/rok (współczynnik FIRE 4%), 3400 zł/m-c. 2x emerytura z ZUS, przy znacznie niższych składkach (średnia pensja przypomnę ok. 2700 zł/m-c).

Teraz ważna kwestia. System ZUS pozornie służy najbiedniejszym. Oni dostaną emeryturę po 25 latach pracy za minimalną i będzie to 1800 zł. Bogatsi włożą 2 razy więcej, a dostaną tyle samo. Ale to tylko pozory. Polski model emerytury jest silnie zależny od klasy społecznej. Ludzie gorzej wykształceni, zwłaszcza mężczyźni, żyją krótko. Dostaną tę swoją minimalną, statystycznie przez 3 lata. Tymczasem bogata kobieta (przykład profesorek z jednego z wpisów) weźmie 1800 zł, ale przez 25 lat. W konsekwencji, zyska znacznie więcej.

Pomysł 3. Ubezpieczenia. Jeżeli opakujemy produkt w ubezpieczenie – osiągniemy 2 plusy: zero podatków, oraz rozproszenie ryzyka, jak w ZUS, ale zawsze coś dostaniemy. I teraz patrzmy na emeryturę niemiecką. Tam wpłacając 300E (odpowiednik naszego 1350 zł, czyli składki od pensji minimalnej) przez 30 lat, dostaniemy ok. 800 E emerytury (2x emerytura minimalna). Jakieś pytania?

W necie są kalkulatory, tylko trzeba znać niemiecki w stopniu nie mniej niż średnim.

Pomysł 4. Dzieci lub obcy ludzie. Ryzykowny, bo wymaga zmiany mentalności. W Polsce dzieci dostają coś za nic, za sam fakt bycia spadkobiercą. W wielu krajach, system działa inaczej – młody wykupuje majątek od rodzica, albo wypłaca mu rentę, w zamian za przekazanie majątku wcześniej. Ryzyko? Nieuczciwość, niepowodzenie młodych.

Popatrz – odłożyłem sobie ten 1 mln. Moje własne dziecko (albo dziecko sąsiada, lub całkiem obcy człowiek) przejmuje kasę i wypłaca mi 5% rocznie – 4800 zł, ok. 3x więcej niż emerytura minimalna. Działa we Francji.

Da się też inaczej. Inwestuję w 4 dzieci (dając im majątek na start), a one dorzucają mi na stare lata po 600 zł (waloryzowane). Wyjdę 20% lepiej niż w ZUS, a każde dziecko dostanie jakieś pieniądze na start.

Albo własna firma. Wyobraźmy sobie prosty rachunek – firma warta 8-letni zysk. Ktoś sprzedaje biznes przynoszący 300k/rok – zyska 2,4 mln. Spokojnie na emeryturę wystarczy (same 4% odsetki – 8k/m-c).

Pomysł 5. Odwrócona hipoteka w wersji cywilizowanej. Nie nasze drapieżne akcje, tylko normalne obliczenia. Nadal mieszkam w mieszkaniu, ale dostaję rocznie 3% jego wartości. Z mieszkania wartego 1 mln – dostaję 2500 zł/m-c (1,5 raza więcej niż w ZUS), ale nie odkładam dodatkowo. Dla tych, którzy uwierzyli, że „mieszkanie jest ich aktywem” oraz nie zamierzają nic oszczędzać.

Do tej pory działa to po bandycku 800 zł/m-c z mieszkania wartego 1 mln.

Pomysł 6. Obniżenie kosztów życia. Tu dochodzimy do sedna. W ZUS (systemie państwowego ubezpieczenia solidarystycznego) i tak nas czeka dokładnie taki sam los. 20-30% stopy zastąpienia (emerytura/ostatnia pensja) nie zapewni nam idealnych warunków. Przecież 20% to 1800 zł ze średniej pensji.

Czy nie lepiej dostać tę kasę do ręki, czasowo obniżyć koszty życia i zainwestować? Oczywiście, że lepiej. Warto zrobić to już dziś, bo za 30-40 lat (a nawet 12 lat, w przypadku kobiet) rzeczywistość okaże się mega smutna. Jeszcze raz powiem – odłożenie 500 zł/m-c w funduszach zrównoważonych, da lepszy efekt niż 1350 zł składki ZUS. Więc obniżmy ten poziom. Gorsze auto, tańsze wakacje i wystarczy.

Na koniec główne zastrzeżenie zwolenników ZUS – ludzka głupota zniszczy system socjalny. Jak napisał Schiller w „Dziewicy Orleańskiej” „Z głupotą nawet bogowie walczą nadaremno”. W społeczeństwie istnieje 10% głupków, którzy wszystko przejedzą, i nic na to nie poradzimy. W wielkim skrócie 3 mln idiotów, kontra 27 milionów myślących. Dzisiaj dopłacamy do ZUS i KRUS z budżetu około 95 mld zł. Wypłacając tym 3 mln symboliczną zapomogę 1000 zł/m-c, potrzebujemy rocznie 36 mld (1000 zł x 3 mln x 12 miesięcy). Nadal niecałe 38% dzisiejszych wydatków.

Po drugie, ci idoci zwykle żyją krócej (bo głupotą wykazują się także w innych dziedzinach życia – patrz „redneck engineering”), więc koszty okażą się jeszcze niższe – załóżmy, że na poziomie 30% dzisiejszych wydatków na system ZUS-KRUS.

Lepiej budować wszystko pod 90% myślących, którzy jednak wybiorą jeden z 6 przedstawionych wyżej sposobów. Zyskają i oni, i budżet państwa.

Teraz popatrzmy na „średniaka” (pomiędzy medianą, a średnią pensją) – miałeś 5500-7000k netto – dostaniesz 1800 zł i żyj sobie wolny najmito. W realu – 90% będzie pracowało do śmierci, ponieważ niewielka grupa potrafi przetrwać za 25% przeciętnej pensji. A gdyby potrafili? To jest to argument za FIRE. Popatrz – 1800 zł to 21.600 zł/rok i 4% od nieco ponad 0,5 mln zł.

Dylematy właściciela małej firmy. Usługi drukowania czy własna drukarka?

Całkiem niedawno zgłosiła się do mnie firma oferująca wynajem drukarki. Płaci się z dołu (raz w miesiącu) za każdą wykonaną kopię. Skłonili mnie do wykonania obliczeń, którymi dzielę się z Wami. Moja firma drukuje bowiem ok. 500 stron dokumentów miesięcznie, w tym tabele, rysunki, a czasem także kolorowe logotypy.

Dotychczasowy sprzęt. HP LaserJet 110w, kupiony niedawno za ok. 400 zł. Powoli zaczynał nie dawać rady, krzywo pobierał papier, grzał się przy większych plikach (np. 30-40 stron w 2-3 egzemplarzach). Okazał się zwyczajnie zbyt słaby, nie obsługiwał automatycznego duplex-u (druku dwustronnego), ani koloru. Jeśli chodzi o koszty, sprawa wydawała się prosta:

  • papier 18 zł/500 stron/m-c,
  • toner zamiennik 25 zł/1000 stron/2 m-ce,
  • amortyzacja 2 lata =20 zł/m-c,
  • stawka za stronę czarno-białą – 0,1 zł.
  • stawka za stronę w kolorze – niedostępne.

Druk w specjalistycznej firmie. Mieszkam niedaleko dwóch uczelni, do punktu ksero mam 10 minut szybkim krokiem. Ceny?

  • strona czarno-biała – 0,3 zł,
  • strona kolorowa – 2 zł.

Jak widać sporo drożej niż u siebie.

Oferta firmy dostarczającej kserokopiarki. Właśnie ta, z mojej rozmowy.

  • wydruk i kopiowanie cz-b – 100 zł/m-c,
  • wydruk i kopiowanie kolor – 200 zł/m-c.

W moim przypadku:

  • strona czarno-biała – 0,2 zł,
  • strona kolorowa – 0,4 zł.

Własna drukarka kolorowa. Znowu, wybieram urządzenie większe, wydajniejsze. Cena? 1500 zł. Amortyzacja 3 lata (lepszy sprzęt wytrzyma więcej).

  • papier 18 zł/500 stron/m-c,
  • toner czarny zamiennik 25 zł/1000 stron/2 m-ce,
  • toner kolor zamiennik 120 zł/600 stron/6-mcy
  • amortyzacja 2 lata =40 zł/m-c,
  • stawka za stronę czarno-białą – 0,1 zł.
  • stawka za stronę w kolorze – 0,43 zł.

Jak widać, przy moim poziomie wydruku, najbardziej opłaci mi się kupić drukarkę kolorową do wydruków laserowych. Inaczej wyglądałoby, gdybym drukował 1500 stron/m-c. Wtedy wygrywa oferta firmy dostarczającej kserokopiarki (7 gr/stronę cz-b, i nadal 0,4 zł/kolor).

Przeciętny Polak na państwowej emeryturze za 15 lat.

Przeciętny Polak zarabia w okolicach mediany dochodu ok. 7500 zł brutto/m-c (5.5k netto). Z takimi poborami, po przepracowaniu 40 lat, dostanie w 2041 roku świadczenie minimalne – w granicach dzisiejszych 1800 zł/netto. Nieco ponad 30% ostatniej pensji netto. Dokładnie takie same 1800 zł, co:

  1. dzisiejszy trzydziestolatek z pensją na poziomie średniej krajowej (szacunki ekonomistów na rok 2060),
  2. matka czwórki dzieci, która nigdy nie pracowała (rodzicielskie świadczenie uzupełniające Mama4+),
  3. wiecznie bezrobotna pięćdziesięciolatka, jeśli zdecydowała się wyjść za mąż za 70-latka, robiącego jej tę uprzejmość i umierającego po 5 latach (renta rodzinna),
  4. kobieta, gdyby przepracowała 15 lat plus 5 lat studiowała (emerytura minimalna),
  5. mężczyzna po 20 latach pracy i 5 lat studiów (emerytura minimalna).

Czy kogoś jeszcze nie wymieniłem? Oczywiście. Rolnika z Marszałkowskiej (płacił KRUS przez 25 lat), prowadzącego przez 25 lat własny biznes itd.

I tym sposobem, po konstatacji, że polski system emerytalno-rentowy daje świadczenie luźno związane z wkładem (namawiający do dłuższej pracy poseł powie „Ile wpłacisz, tyle dostaniesz”), przejdziemy do bardzo ważnego pytania:

Jak za taką sumę przeżyć?

Fakt 1. W mieście, bez własnego mieszkania – niemożliwe. Patrząc na ceny wynajmu, czynsze itp. – nieposiadanie własnego lokum wyklucza przeżycie. Kto uwierzył w te wszystkie opowieści o „fantastycznej elastyczności najmu”, nie ma szans na funkcjonowanie. Jeśli nie dostanie taniej „komunałki”, kąta przy rodzinie itp. wypada z gry. Płacenie nawet 1000 zł za pokój, plus koszt kilku rzeczy: jedzenia, leków, internetu, telefonu, ubrania, wyczyści rachunek do 0.

Fakt 2.Własne mieszkanie nie może być zbyt duże. Podam prosty przykład. Mój kumpel ma 38m2 kawalerkę w bloku zarządzanym przez wspólnotę, a więc dość tanią. Za 1 osobę, ze śmieciami, centralnym ogrzewaniem, płaci ok. 600 zł/m-c. Doliczmy do tego: prąd, gaz, internet, telefon, TV (streaming), podatek i zsumujmy. Wychodzi 900 zł. Na pozostałe wydatki zostanie połowa. Gdyby mieszkanie miało 60 m2 opłata wzrosłaby do 1150 zł. Na wszystko inne zostaje 650 zł. A piszę o taniej wspólnocie. W spółdzielni 60 m2=1500 zł (z opłatami).

Fakt 3.Co dwie emerytury, to nie jedna. Dwa pierwsze fakty uświadomiły bolesną prawdę – samotne życie okaże się znacznie trudniejsze. Samotnik zapłaci za mieszkanie 1/2 świadczenia. Dwójka już nieco ponad 1/4. Drastyczna różnica. My jednak sobie nie wybieramy momentu. Śmierć współmałżonka może prowadzić do nędzy.

Fakt 4. Na wsi będzie taniej. Wyprowadzka na tereny wiejskie ma szereg zalet, także finansowych na emeryturze. Jeżeli właściciel 38m2 kawalerki zapłaci 900 zł za dach nad głową, na wsi spokojnie może to być 500 zł. Na „życie”zostanie nie 900 zł, a 1300 zł. Do tego damy radę uprawiać tanie warzywa, owoce, czyli te produkty, na które w mieście po prostu nas nie stać, bo kosztują drogo. Wiejski dom nie wymaga czynszu, czasem nawet opłaty za wodę, pali się drewnem (znacznie tańsze niż miejskie c.o.), podatki są niższe.

Fakt 5. Życie przeciętnego Polaka na państwowej emeryturze będzie biedne. Ostateczna konstatacja, która wielu szokuje. 1800 zł ledwie wystarczy na skromną egzystencję. Trzeba pozbyć się wielu wydatków (np. sprzedać samochód) i oglądać dwa razy każdą złotowkę. Luksusów nie zobaczymy. 900 zł po uregulowaniu opłat nie wygląda jak świetny plan. Dlatego już teraz wielu emerytów pracuje. Lepiej dostawać nadal te 7200 zł/m-c (minimalna emerytura plus mediana pensji) niż 1800 zł. A że oznacza to pracę do śmierci, to inna historia.

Trzy metody na bezbolesne oszczędzanie.

Generalnie, jako znany leń, staram się oszczędzać bez większego wysiłku. Dokładnie tak samo radzę postępować wszystkim. Jeżeli bowiem, przy okazji oszczędzania, trzeba przełamywać wewnętrzny opór, rośnie szansa na niepowodzenia. A ich nie chcemy. Stąd 3 bezbolesne metody oszczędnościowe:

  1. Automatyczny przelew na inny rachunek (np. oszczędnościowy) – np. 10 % poborów.
  2. Niewycofanie zgody na PPK.
  3. Słoik.

Każda z tych metod ma jedną cechę – jest banalnie prosta. Czasem (patrz 2.) nie trzeba nawet nic robić. Idealnie.

Automatyczny przelew na inny rachunek. David Bach napisał o tym słynną książkę „Automatyczny milioner”. Jedno zlecenie stałe, trudny dostęp do gotówki i jedziemy. Drugi rachunek może być: oszczędnościowym, inwestycyjnym – ważne, abyś nie miał dostępu. Zlecenie na 10% dochodów. Po roku masz 1,2 pensji plus zyski z odsetek. I wtedy warto wykonać ruch – zainwestować. Ale to temat na inny wpis.

Niewycofanie zgody na PPK. Pracujesz? Masz 18-54 lata? Twój pracodawca automatycznie powinien zapisać Cię do PPK. I zazwyczaj tak zrobił. Od Twojej pensji potrąca 2%, dokłada 1,5% od siebie i wysyła do podmiotu, z którym zawarł umowę. 3.5% pensji brutto to mało? No cóż, lepiej tyle niż nic. A gdy dodasz premie państwowe, wyjdzie całkiem sporo. Ile? Ja zarabiając ok. 1,5 średniej krajowej z 11 tys. zł potrąconych mi przez pracodawcę, po 4,5 roku zgromadziłem 28 tys. zł. W ciągu 40 lat pracy (ja mam szansę tylko na 20 lat) zebrałyby się niezłe pieniądze – może nawet na dodatkowy 1000 zł emerytury (co przy potrącanych 200-300 zł robi wrażenie). A nie musiałem nic robić.

Słoik. Oszczędzanie metodą słoikową wymaga wyjaśnienia. Każdego dnia wieczorem zaglądam do portfela i wygarniam z niego wszystkie monety plus banknoty 10,20 złotowe. Zrobiłem eksperyment – płacąc głównie gotówką. Po miesiącu zebrałem 200 zł. Po roku byłoby 2400 zł. Po 10 latach 24 k zł. Znowu – szału nie ma (emerytury za taką sumę nie spędzę), ale niezauważalnie.

Jak widzicie, nie wszystkie metody oszczędzania są skomplikowane, nie wszystkie wymagają działań (przy PPK wystarczy nic nie robić). Dlatego warto skorzystać.

Work-life balance czy praca na 100%

Młode pokolenie dokonało istotnego przewartościowania. Odrzuciło tzw. kulturę zapierdolu na rzecz lazy girl jobs oraz lazy boy jobs. Czy taki sposób na życie ma sens?

To zależy. Jeżeli nasi rodzice, zapewnią nam własne mieszkanie lub po prostu kupią inwestycje, szukanie niewymagającej pracy za 5k ma sens. Nie przemęczamy się. W razie problemów łatwo znajdziemy surogat. Przychodzimy do domu na luzie. Nie oszukujmy się jednak, dane ekonomiczne są jakie są – szanse na mieszkanie kupione przez rodziców ma znikomy procent dzisiejszych studentów. Na zasponsorowaną inwestycję – jeszcze mniejszy. Reszta musi dokonać wyboru – wygoda czy spięcie pośladków.

Zawsze jestem zwolennikiem poruszania się po tzw. linii życia. Krótko mówiąc – na wszystko przypada odpowiedni czas. Harujmy jako 30-latkowie, żeby odpoczywać po 50-tce, kiedy sił ubywa. Miejmy dzieci, gdy dajemy radę wstawać w nocy (czyli znowu – przed 30-tką). Uczmy się póki czas, bo studia pięćdziesięciolatka nie przyniosą takich efektów.

Tak samo działają inwestycje. Każde 10 tys. zł odłożone i zainwestowane przed 30-tką daje nam 100 tys. zł po 50-tce. A obijając się w młodości mamy problem na stare lata, ponieważ te 100 tys. zł jednak trudniej odłożyć. Stąd – planujmy intensywny okres pracy w szczycie możliwości psychofizycznych czyli 20-45 lat.

Nie dajmy się jednak zwariować. Nikomu nie polecam 16 godzin dziennie. Bez żartów. W ten sposób tylko zużyjemy się szybciej. Jak mówi amerykańskie przysłowie: zarobił pieniądze i musiał je wszystkie wydać na lekarzy. Polecam rozsądek. Nazywam go „praca +20%”. Normalny trzydziestolatek da radę iść na 8 godzin pięć dni w tygodniu, a potem dorabiać sobie 8 godzin w sobotę lub 2 x 4 godziny w tygodniu. Tym sposobem przepracuje nie 100 godzin/tydzień (6×16) lecz 48h tydzień. Zyska przy tym dodatkowe 20-30% dochodu. A to już sporo. Jest z czego oszczędzać. Podziała tak do 45r.ż. a potem….

Potem będzie miał już z górki. Sprawdziłem na własnej skórze. Jeśli pensja minimalna wynosi ok. 4000 zł/m-c, dodatkowe 800 zł sporo zmieni. Gdybyśmy pracowali w IT z pensją 20k miesięcznie, mamy 4k ekstra. Sporo. Czasem nie trzeba nawet dodatkowej pracy, wystarczą nadgodziny lub zlecenie.

Pomiędzy receptą moją, a tą od prof. Matczaka jest jeszcze jedna różnica. On polecał dodatkową pracę nawet za darmo, ja tylko pod warunkiem proporcjonalnych dochodów. Czym innym okaże się praca w kancelarii systemem „50 godzin wyrobionych, 40 godzin płatnych”, a czym innym praca 40 godzin w biurze plus 8 h przy evencie, wykończeniach czy zleceniu. Nie chodzi bowiem o mityczne „zdobywanie doświadczenia”, „zaangażowanie” tylko o gołą gotówkę na inwestycje. Tylko tak wyrwiemy się z błędnego koła prekariatu (i klasy średniej 9-5). A i na life starczy nam czasu.