Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
A gdyby tak, spełniła się najgorsza groźba rolniczych protestów? Nocne rozważania. – Oszczędny Milioner

A gdyby tak, spełniła się najgorsza groźba rolniczych protestów? Nocne rozważania.

Jedno z haseł rolniczych protestów, które ma w zamyśle wstrząsnąć odbiorcą brzmiało „Bez rolników, miasta umrą z głodu”. Postanowiłem sprawdzić, ile w tym prawdy. Jak zwykle, przygotujcie się zarówno na filozofię i wyliczenia.

Wyobraźmy sobie, że za tydzień ktoś zrzuca na Polskę bombę, która wywołuje jeden efekt – wszystkie osoby pracujące w rolnictwie, wymierają. Wg danych do których dotarłem 3,5 mln osób – 10% populacji. Nieważne, czy pracują w wielkich farmach-firmach, czy są ich właścicielami, czy prowadzą „produkcję” zboża na 1 ha. Co jasne, zniknięcie rolników, nie oznacza, że wyparuje ziemia rolna. Nie. Ona dalej istnieje. Tak jak maszyny, budynki, inwentarz. Co w takiej sytuacji robi rząd? A co wy zrobilibyście?

Problemy, które powstałyby w takiej sytuacji to przede wszystkim wyżywienie pozostałych 90% ludzi. Czy to niemożliwe? Przecież nie. I podam Wam kilka przykładów.

Powód 1. Istnieją państwa, które nie produkują niewiele żywności i mają się doskonale. Nawet w Europie i tzw. krajach cywilizowanych gospodarczo. Popatrzcie na taką Norwegię. Rolnictwo tam to 2,4% PKB. Śladowe ilości. Znacznie ważniejszy jest przemysł wydobywczy, rybołówstwo, przetwórstwo, a przede wszystkim usługi (55% PKB). Czy Norwegowie umierają z głodu? Oj chyba nie. Arabia Saudyjska – 0,1% PKB z rolnictwa. Ktoś powie, ok, to kiepski przykład bo żyją z surowców. To ok. Weźmy Singapur. Brak bogactw naturalnych. Rolnictwo 0,1% PKB.

Jak widzicie celowo pominąłem kraje biedne o dużym udziale PKB i zatrudnienia w niskotowarowym rolnictwie (np. Nepal – 25% PKB, zatrudnienie 69%), ale bez silnego rolnictwa da się żyć. Wystarczy żywność importować rozwijając inne gałęzie gospodarki.

Zresztą, w Polsce rolnictwo to 2,2% PKB. Czy pozostałe 97,8 % sobie nie poradzi? W końcu 2,2% to roczny wzrost PKB od wielu lat.

Powód 2. Nakłady na rolników nie równoważą zysków z rolnictwa. Przynajmniej w Polsce. 10% rolników wytwarza 2,2 % PKB – 50 mld USD. Same dopłaty do emerytur KRUS to 5 mld USD rocznie. Średnia dopłata bezpośrednia 250 E/ha, co przy powierzchni gruntów 18 mln ha, wynosi kolejne 4,5 mld USD. A przecież te 40 mld PKB to produkcja, a nie zysk. W rezultacie per saldo do rolnictwa dokładamy. Inaczej niż do przemysłu czy usług. Czyli rzeczywista strata będzie nawet większa.

Powód 3. Nawet w rozproszeniu da się wyprodukować sporo jedzenia. Wystarczy dla wszystkich. O tym trochę jest ten blog. Polskie rolnictwo produkuje rocznie produktów za 160 mld zł. Z 1,5 mln gospodarstw, ok. 400 tys. w ogóle nie produkuje na rynek. Łączna produkcja roślin w Polsce to 60 mln ton, z czego część trafia na eksport. Do tego dochodzi mięso. Patrząc jednak na liczbę hektarów pól uprawnych (10 mln) daje to ok. 6 ton z hektara. Teraz przejdźmy do potrzeb. Jeżeli przyjmiemy średnią 1000 KCal/kg (chleb ma 2500 Kcal) i potrzeby człowieka na poziomie 2500 Kcal dziennie, każdy z nas zje ok. 2,5 kg jedzenia. Czyli 800 kg/rok. Ponieważ jest nas 35 mln, oznacza to 27 mln ton. I tu dochodzimy do sedna. Mając 18 mln ha użytków rolnych musielibyśmy wyprodukować ok. 1,5 tony z ha, czyli 150 g/m2. Ile to 150g? Mały ziemniak, jabłko. W moim ogródku, na ok. 1500 m2 (realnej powierzchni upraw) spokojnie, luzacko, weekendowo i bez nawozów wytwarzam takie ilości. Darvaesowie osiągali 2,7 tony z niecałych 400 m2. Mała powierzchnia oznacza większe plony jednostkowe. Zresztą, idźcie do pierwszego, lepszego, znajomego działkowca – 45 kg z 300 m2? Spokojnie. Popatrzmy inaczej. 18 mln ha, to statystycznie 0,5 ha na osobę. Oczywiście problemem noże się stać dojazd, bo jednak większość ziemi leży z dala od miast. Ale i na wsiach mogą powstać kooperatywy nie-rolników. Zresztą, mój kumpel rolnik, uprawia weekendowo swoje gospodarstwo 8ha, 70 km od miasta i… dojeżdża busem. Mechanizacja załatwia wszystko.

Pojawi się też problem specjalizacji. Każdy musiałby produkować wszystkiego po trochu. Kiedyś tak robiono, więc się da. Aczkolwiek, nie czarujmy się, łatwo nie będzie. .

Wiadomo, najtrudniej ma Warszawa. Ponad 2 mln ludzi na relatywnie małym obszarze. Wolą spędzać wakacje w tropikach niż na polu pod Siedlcami, ale co zrobić, gdy jeść się chce. Zresztą, wszystkie te wyliczenia 0,15 kg/m2 podaję z dużym zapasem na błędy i naukę.

Powód 4. Samowystarczalność oparta na wielkich gospodarstwach, stanowi większe ryzyko niż rozproszona produkcja. Wielkie gospodarstwa potrzebują ropy do maszyn, prądu do silosów, gazu do nawozów sztucznych. Małe działki dadzą sobie radę bez tego. Nawet w czasie II WŚ, Leningrad utrzymał się własną produkcją, chociaż oczywiście nie na poziomie 2500 KCal/osobę/dzień. Raczej minimum. Wielu ludzi z miast mając kawałek ziemi, może wyjechać na wieś. Taką ideę głoszą tzw. siedliska rodowe, czy eko-wioski.

Konkluzja. Rolnicy, stanowiący znikomą część PKB. W czasie pokoju, zupełnie pomijalną. Da się żywność spokojnie kupić (patrz Singapur, czy Arabia Saudyjska). Nie demonizujmy. Albo zorganizować produkcję własną, dając każdej rodzinie 0,5 ha na osobę. Skoro ja sam, blisko pięćdziesięciolatek, weekendowo (mój pobyt na wsi to ok. 50 dni w roku, z czego część przypada poza sezonem wegetacyjnym), wyjeżdżając na wakacje i w góry, pracując zawodowo, mogę wytworzyć kilkaset kg, bez pomocy maszyn bardziej skomplikowanych niż glebogryzarka ogrodnicza, taka opcja wydaje się realna.

Strachy przedsiębiorców rolnych (bo tacy głównie protestują) wydają się mocno przesadzone, nie warto się bać, lecz brać do roboty. W polu.

43 komentarze do “A gdyby tak, spełniła się najgorsza groźba rolniczych protestów? Nocne rozważania.”

  1. Jak zwykle szczegolowa dobra analiza i trudno sienie zgodzic.
    Przy zalozeniu, ze gospodarka swiatowa dziala normalnie.
    Gdyby byly powazne zaklocenia, import chocby z BRICS moze byc problemem – vide np. rozne towary w czasie mniemanej pandemii.W takim przypadku musielibysmy uprawiac u siebie.Kto – zakladajac,ze rolnikow nie ma – przypadkowi ludzie, paniusie z biur albo informatycy i inni. pewnie by sie nauczyli, ale rosliny potrzebuja czasu zeby wyrosnac, a paniusie potrzebuja czasu,zeby sie nauczyc.Prawdopodobnie jeden sezon idzie na straty=nie ma co jesc. Pewnie uruchomiono by panstwowe rezerwy, ale na jak dlugo one wustarcza nkt nie wie poza rzadowymi magazynierami.

    Oczywiscie jest to czarnowidztwo przeciwne mojej naturze, ale i taki scenariusz moze byc realny.

    1. Dziękuję za pochwałę. Światowa gospodarka w zasadzie zawsze działa normalnie. Nawet w pandemii statki pływały po morzach, a pociągi towarowe jeździły. Oczywiście zostaje pytanie skąd będziemy importować. Wydaję mi się, że Arabia Saudyjska oraz inne kraje pustynne ma dalej do wielkich producentów niż my i nie radzi sobie najgorzej. Nie słyszałem o głodzie tam, nawet w latach 2020-2022.
      Co do roku nauki. Pewnie kwitłby barter, czyli wymiana żywności za usługi. Może nawet wypłaty w naturze. Dałoby się też sprowadzić specjalistów z zagranicy.Żyją też w mieście ludzie, którzy mają odpowiednią wiedzę. Akurat zboże czy ziemniaki nie stanowią żadnego problemu. A one stanowiły podstawę diety przez stulecia.

  2. Bardzo odważna analiza. Nie mam o temacie większego pojęcia, ale wyciąganie wniosków na podstawie statystycznego PKB generowanego przez rolnictwo to chyba trochę za mało. Sam przemysł spożywczy generuje w Polsce około 13 procent PKB. Podobnie leśnictwo – 2% PKB, a przemysł meblowy dodatkowe dwa procent. W obu wypadkach potrzebna jest branża transportowa i branża handlowa. Wskaźnik PKB nic nie mówi o produkcji na własne potrzeby, a ta w Polsce jest wysoka. W trakcie transformacji ustrojowej posiadanie jednego hektara ziemi przez osobę pozostającą bez pracy zwalniało gminę od obowiązku wypłaty świadczenia dla bezrobotnych. Niezależnie od tego, likwidacja rolnictwa w słabo uprzemysłowionym kraju to bezprecedensowa patologia.

    1. Slawek – potwierdzam „Niezależnie od tego, likwidacja rolnictwa w słabo uprzemysłowionym kraju to bezprecedensowa patologia.”

    2. Co do produkcji na własne potrzeby. Rolnicy stanowią 10% ludności, jeśli połowa z nich produkuje wszystko na własne potrzeby (szczerze – po obserwacjach na wsi, nie wierzę, że nawet tyle) mamy problem z wyżywieniem 5%. Moim zdaniem niewielki. W praktyce na mojej wsi większość kupuje się w sklepie. Od ziemniaka do mięsa. Mam kumpla ze wsi. Ostatnio go pytam, bo przywiózł kiełbasę ze domu – Swoja? A on – Nie, mama kupiła. A mają w domu zwierzęta, tylko że byki, i nic nie biją na własne potrzeby, wszystko idzie na handel.
      Przemysł spożywczy oznacza różne rodzaje produkcji. Nie wszystkie związane z rolnictwem. U mnie w gminie działają dwie, znane na całą Europę, wytwórnie wody mineralnej. Jedna własność Nestle, druga – polski kapitał. Gigantyczne obroty, gigantyczne zyski. Cała ta produkcja napojów, piwa, wódki, to przemysł spożywczy. Ostatnio widziałem filmik o wódce – kupują spirytus po całym świecie i tylko rozlewają i wzbogacają aromatami. Taka żurawinówka nie powstaje z aromatu żurawinowego, a nie żurawin, jak domowa nalewka. Stąd ryzyko utraty tych 12% niewielkie. Zostanie też całe piekarnictwo (sprowadzi sobie zboże z zewnątrz). Tak naprawdę, to padłyby wszystkie mroźnie, chłodnie, zakłady mięsne, jakieś przetwórnie owoców na dżemy, mleczarnie itp., czyli wszystko to, co dla opłacalności wymaga miejscowego surowca (chociaż info, że sprzedajemy świnie do Chin czy byki do Włoch, a kozy dla krajów arabskich, wydaje się i temu przeczyć).
      Transport miałby się lepiej (przywozy międzynarodowe). Leśnictwo i przemysł meblowy – to nie rolnictwo, lecz głównie państwowe lasy. Zresztą, nawet w prywatnych – tu nie trzeba być rolnikiem. Handel – ten się zawsze utrzyma, sprzedawałby co innego. Zamiast dżemu – pektynę i żel-fixy, zamiast wędlin – osłonki do kiełbas i siatkę do szynki.
      Co do bezrobocia. Realnie jest w tej chwili minimalne. Zasiłek bierze jakiś śladowy promil ludności i grosze. Do tego głównie w miastach.
      Nie mówię, że taka sytuacja byłaby dla państwa komfortowa, ale za kwoty doładowujące rolnictwo, dałoby się spokojnie problemy rozwiązać. Dużo gorsze efekty dałby upadek budowlanki, przemysłu motoryzacyjnego czy banków.
      Co do likwidacji rolnictwa w naszym kraju. Nie postuluje tego. Po prostu, uważam że obecny system wytworzył patologię, grupę ludzi, umiejących głośno krzyczeć i wyrzucać gnój na ulicę, a przynoszących niewielki pożytek. Akurat w sąsiedztwie mojego syna ma swoje biuro minister Hetman. To ulica wpisana jako całość do rejestru zabytków, samo centrum miasta, kamienice, więc biura i mieszkania. I jakiś bezmyślny działacz, dofinansowany z podatków firm z sąsiedztwa, wywala pod drzwi i na chodnik, stertę gnoju. Nic dziwnego, że właściciele tych firm nie chcą dalej dopłacać do chuligana. Proste. Hetman akurat zachował się na poziomie, ale innym, co zrozumiałe, zaraz puszczą nerwy. I zacznie się nawalanka. Komu ona służy? Wiadomo.
      Nie podzielam też poglądu, że rolnictwo, w takim kształcie jak nasze, zlikwidowane wywoła patologię. Jeszcze raz powtórzę, rolników da się podzielić na trzy segmenty: przedsiębiorców rolnych (głównie popłuczyny po dyrektorach PGR-u i innej nomenklaturze), którzy powinni działać na warunkach jak wszyscy przedsiębiorcy. Pseudo-rolników, biorących dopłaty z 2-3 ha i korzystających z preferencji, skutkujących nieuczciwą konkurencją (kiedyś obliczę, o ile można obniżyć składki ZUS firmom, gdyby zaprzestać dopłacać do KRUS), oraz rodzinnych producentów i tylko tych należy chronić i wspierać. Właśnie oni dają wartość dodaną i o nich mowa w Konstytucji (art. 23 podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne.). Przemiany gospodarcze świata pokazują jasno – da się stworzyć państwo bazujące na usługach (Estonia, Irlandia). Zresztą, patrząc obiektywnie – Polska ma silny przemysł, nie można o niej powiedzieć, że jest słabo uprzemysłowiona. Jesteśmy w 25. największych producentów aut. Dysponujemy górnictwem, słynnym meblarstwem, robimy materiały budowlane, paliwa, wytwarzamy energię. Przemysł to ponad 40% PKB, ponad 50 % usługi.

      1. Nasza produkcja aut to w zasadzie niemieckie montownie, a jedna bodaj sie likwiduje (Tychy?).
        Nie wiem co z Izera, ale nawet jesli ruszy, to niewiekie ilosci.
        Byl tez kiedys pomysl produkcji polskiego superauta z sinikiem chyba Corvety, nie wiem czy istnieje, ale to tez male ilosci.
        Moze pamietacie wynalazce zderzaka – Łągiewka.Zderzak chronil od skutkow uderzenia, w zderzaku byl mechanizm pochlaniajacy energie. Na tej zasadzie tez Łągiewka wymyslil odbojniki portowe, hamulec do mysliwców odrzutowych, hamulec do wind.Oczywiscie zaden z nich nie wszedl do produkcji w PL, a odbojniki portowe syn zmarlego Łagiewki sprzedaje Arabom.

        1. Tu nie chodzi o innowacyjność, tylko o miejsca pracy, kooperantów (analogicznie – co jest innowacyjnego w produkcji zboża) . Może same fabryki to faktycznie montownie (chociaż dosyć zaawansowane), ale cały przemysł motoryzacyjny: opony, fotele, akumulatory, a nawet silniki.
          Kapitał ma tu pewne znaczenie, ale nie decydujące, w czasach gdy nastąpiło umiędzynarodowienie koncernów. Taki Stellantis posiada Fiata, Alfę Romeo, Lancje, Jeepa z pochodnymi, Peugeota, Opla, Vauxhalla czyli kapitał amerykańsko-włosko-francusko-niemiecko-brytyjski (a pewnie w szczegółach sporo więcej, bo i ja mogę sobie kupić akcje). Poza tym, własność, to nie tylko pobiera zyski, ale coraz częściej pokrywanie strat.
          Co do Łagiewki. Wielcy wynalazcy, albo potrafili znaleźć kasę, albo umieli sprzedać patent, albo pozostawali znani wyłącznie w branży. Najlepszy przykład Ledvinka.

          1. Tesle powstrzymano od bezprzewodowego przesylu energii bo koncerny energetyczne by nie zarobily, chcial tez dac darmowa energie i to samo, z tego samego powodu.

          2. To nie tłumaczy, dlaczego zmarł w biedzie. Po prostu był genialnym wynalazcą, a słabym przedsiębiorcą, oraz dodatkowo dziwakiem. W przeciwieństwie do Forda. W Polsce takim samym przykładem jest Stefan Tyszkiewicz. Jego auto RALF Stetysz nadawało się idealnie na ówczesne drogi. Po pożarze, odbudowę fabryki uniemożliwili akcjonariusze spółki, którą założył. Mieliśmy wóz porównywalny z Fordem T, a nowocześniejszy, i po raz pierwszy w polskiej motoryzacji, nic z tego nie wyszło.

          3. Do 19.22: sa ludzie, dla ktorych kasa nie jest najwazniejsza. Tyszkiewicz-pewnie z tych Tyszkiewiczow-prawdopodobnie z kasa nie mial problemow, nie znam tej sprawy, ale moge przypuszczac, ze wzial sobie do serca misje polskiego auta.
            Ford-no coz, niestety robil dla Hitlera. W tym przypadku bycie dobrym przedsiebiorca – podobnie jak np.Bayer czy Oetker albo Krupp -nie przynosi chwaly a hanbe.

            Kolejny przyklad- Tucker.Poniewaz jego auto bylo daleko nowoczesniejsze niz wtedy produkowane w Wielkiej Trojce w Detroit, zniszczono go.

          4. Akurat moim zainteresowaniem pozostaje sytuacja ekonomiczna majątków ziemskich w okresie pomiędzy 1864-1939. Zdziwiłbyś w jakim stopniu były zadłużone w 1939 r. Ordynacja Zamojska zalegała z podatkami, pożyczkami prywatnymi, ciągle coś sprzedawała na bieżące potrzeby. Stąd Tyszkiewicz raczej majątku nie miał i musiał korzystać z obcego kapitału. A właściciele tego kapitału, odmówili mu zgody na odbudowę. Potem spółka sprzedawała auta zagraniczne.
            Nie sądzę, żeby decydował patriotyzm (chociaż tego nie odmawiam). Po prostu wymyślił niezłe rozwiązanie i był motoryzacyjnym zapaleńcem. Jak wielu innych w tamtych czasach. Tam samo Andre Citroen nie myślał o Francji tylko miał żelazo i benzynę we krwi.

          5. Do 11.05: wiem, ze przedwojenne majatki mialy dlugi, no, niektore, podobnie jak dzis. Wojna-zniszczenie niektorych sadow i bankow, gdzie byly przechowywane info o tych zbowiazaniach-paradoksalnie przysluzylo sie dluznikom, bo dokumenty o dlugach zniszczono. Tylko co z tego, skoro zabrano majatki, z dlugami czy bez.

            Tyszkiewicze miedzy innymi mieli kilka tys. ha lasow na Litwie.Plus oczywiscie inne dobra.Na pewno jakies pieniadze mieli, choc nie znam sprawy hr.Stefana i jego fabryki.Moze akurat on nie mial lub mial za malo i dlatego zbieral akcjonariuszy, a moze po prostu nie chcial wkladac wszystkich swoich pieniedzy. Na poczatkowym etapie to normalne.

          6. Do 14.22. Miały długi,mało powiedziane, lepiej przyznać – gigantyczne długi. Żeby jakoś nawiązać do tematu bloga – przyczyna zadłużenia – jak zwykle, sto lat temu i dziś: życie ponad stan, nietrafione inwestycje, wreszcie – niezapłacone podatki. Efekt? Utrata płynności (brak gotówki) i licytacja.
            Posiadanie ordynacji czy dużego majątku nie wyłącza praw ekonomii. One działają zawsze i w sposób nieubłagany.
            Nasza arystokracja, podobnie jak dzisiejsza elita korporacji i klasa wyższa uważała, że pewien poziom życia jej się po prostu należy. A skoro są lasy, można pod nie pożyczyć kasę. Po 2-3 udanych próbach (albo i 10) rolowania długu na coraz wyższym oprocentowaniu, w końcu przychodziło coś sprzedać, dobrowolnie bądź przymusowo. Do tego arystokraci mieli w głowie ideę, że są przodującą siłą narodu. Oznaczało to przyjmowanie wszelkich nowinek, z których jedne działały w miejscowych warunkach, a inne wpędzały w kłopoty. Czytałem kiedyś studium ekonomiczne Ordynacji Zamojskiej. Dramat. W połowie XIX w. (przed uwłaszczeniem) – prawie 400 tys. ha. Po uwłaszczeniu i serwitutach połowa (190 tys. ha) i tak dotrwała do I WŚ. U progu II WŚ – ok. 60 tys. ha – z czego 90% to lasy. Czyli w ciągu niecałych 100 lat zostało 15% powierzchni i 5000 ha uprawnych. Podobno w 1938 r. osiągnięto zyski, kilka mln zł, ale może właśnie ze zbycia zamortyzowanego majątku lub wycinki lasów? Tego już nie wiem. Bo niemożliwe, żeby wyrwać taką kasę z 5000 ha ziemi (wyszłoby 400 zł/ha).
            Tyszkiewicze? Nie znam sytuacji, ale ponieważ opisuję zjawisko masowe, mogę przypuszczać, że podobne. Pola przynoszą niewielki dochód w czasie Wielkiego Kryzysu (pożar miał miejsce w 1929 r.), lasy podobnie, jedyne wyjście to wyprzedawać drewno, pożyczać. Stąd brak kapitału wydaje się oczywistym. Konieczna inwestycja na odbudowę fabryki – 1,5 mln zł. Na Lubelszczyźnie 1 ha dobrej ziemi (z budynkami) kosztował wtedy 1000 zł czyli 1,5 tys. ha, o ile ceny na Kresach identyczne. No i Ordynacji nie wolno było dowolnie wyprzedawać.

          7. Do 11.05: w/s Ordynacji Zamoyskiej – ze 20 lat temu czytalem, ze ordynacja dzisiaj (tzn. w 2005 roku) bylaby warta okolo 4 mld nowych zl. Spadkobiercom wojewoda lubelski wyplacil jako odszkodowanie 4 mln zl (1 mln $). Nie podano dlaczego tylko tyle.

          8. Do 14.33. Jak już napisałem – paradoks nie polegał na wartości majątku lecz jego przestarzałej strukturze. A nawet wartość wyliczano pewnie metodą porównawczą, a nie dochodową. Stąd tak fantastyczne kwoty jak 4 mld nowych złotych w 2005 r., w czasach gdy ha dobrej ziemi (i las) kosztował 6000 zł, a na Zamojszczyźnie nawet mniej. 6000 zł x 60.000 zł = 360.000.000 zł czyli 360 mln. Do tego budynki, inwentarze. Moim zdaniem wartość zawyżona. Ale nie o to chodzi.
            Odszkodowanie dotyczyło drobnego fragmentu, coś mi się kołacze w głowie. Chyba jakiegoś pałacu, może ruchomości z niego. Generalnie, w tamtym okresie nie było odszkodowań za pola i lasy, ponieważ one akurat podlegały przejęciu zgodnie z komunistycznym prawem. Uznawano już jednak, że dwór/pałac nie stanowi części majątku ziemskiego. A tym bardziej, wszystko co w nim zgromadzono, bo tego reforma rolna ewidentnie nie obejmowała. Więc nawet w świetle bierutowskiego prawa zabór mebli to był rabunek.

          9. Do 5.24: tak, prawdopodobnie chodzilo o fragment. Dodatkowo odszkodowania (te, ktore wyplacono, z jest to jakis promiljak napisales), byly ograniczane na zasadzie „nierzesz co dajemy albo nic”-vide zabuzanie (akurat u zabuzan byl krotki okres niecaly rok kiedy mozna bylo dostac 100% wyliczonej wartosci w gruntach z ANR lub sladowe ilosci ze starostw powiatowych, ale potem tylko 20% w gotowce, rzecz jasna o odsetkach i utraconych korzysciach nikt sie nie zajaknal).

          10. Do 5.12: Twoja opinia o dawnych wlascicielach majatkow jest troche przesadzona.Znam kilka rodzin, niektorzy dalekospokrewnieni, inni nie,ktorzy normalnie prowadzili swoje gospodarstwa, a jedyna ich wina bylo posiadanie niewielkiego dworu i majatku ziemskiego, ktory komunisci rozparcelowali (naturalnie bez odszkodowania,mimo,ze o tym mowily odnosne komunistyczne przepisy i dekrety),przy okazji rabujac z dworu co sie dalo.
            Chodzilo jak zawsze o likwidacje warstwy oswieconej, ktorej dzialalnosc antyrzadowa umozliwialo i wspomagalo posiadanie jakiegos majatku.

            Moja ciotka od strony ojca opowiadala, ze znala blisko pania Krystyne Chełmicką (jej rodzina miala m.in. kilka tys. ha lasow w wielkopolskim). Mozesz poszukac o nich info, ale nie slyszalem, zeby zrobili cos zlego czy glupiego, jak niektore skadinad znane i szanowane rodziny arystokratyczne. Chełmiccy nie sa arystokracja, raczej dobrą szlachtą.
            Zreszta, wiekszosc tytulow arystokratycznych np. hrabiowskie zostalo do PL zaimportowane z zagranicy.

          11. Moja opinia odnosiła się do najwyższej warstwy tzw. arystokracji lub bogatego ziemiaństwa (czyli majątki pow. 1000 ha). Oni przyjmowali urzędy od cara i innych zaborców, oni przepuszczali majątki na przyjemności i hazard. Jasne, nawet w tej grupie zdarzały się wyjątki, ale tylko potwierdzające regułę. Oceniając według dzisiejszych kryteriów – nie ma mowy o winie, według surowszych XIX-wiecznych, utrata majątku na Kresach, którego Polak nie mógł odkupić (takie było rosyjskie prawo), w wyniku nieszczęśliwego rozdania kart w klubie, uchodziło za niegodne i prowadziło często do infamii towarzyskiej. Taka sama strata, z powodu złego gospodarowania, nazywana była po imieniu „nieudolnością” i też chwały nie przynosiła i powodowała natychmiastową deklasację rodziny. W tej drugiej grupie znalazł się i ojciec Piłsudskiego. W XX w., gdy przyszła tam Polska, wyprzedaż ojcowizny po kawałku, niezależnie od przyczyny, już miała skutek wyłącznie ekonomiczny.
            A co do reformy rolnej czyli grabieży. Dla samego faktu jej przeprowadzenia bez znaczenia były zarówno indywidualne winy jak i zbiorowe, po prostu w Moskwie postanowiono, w Warszawie wykonano. Natomiast do jej akceptacji w poszczególnych miejscach, już tak. W Dwudziestoleciu nie dało się „normalnie prowadzić gospodarstwa”, ponieważ problemy atakowały z każdej strony, a ograniczenie konsumpcji, jaką opisują chłopskie pamiętniki, po prostu nie wchodziło w grę. Dodatkowo, podatki progresywne załatwiały resztę. Nikt (poza właśnie rodziną) żalów grubszego ziemiaństwa nie słuchał. Z dwóch powodów. Po pierwsze, podzielili się między różne partie, a przeważnie należeli do ND-ecji czyli nie nie tworzyli jednolitego frontu. A po drugie, jaką wagę miały żale ordynata, że sprzedał 130 tys. spośród 190 tys. ha, gdy w tym czasie dzieci bezrobotnego umierały z zimna i głodu, a dzieci rolnika nie miały zeszytów do szkoły. Stąd moja opinia nie jest przesadzona. Jeszcze 50 lat II RP i faktyczna reforma, zapowiadana w Konstytucji Marcowej, zmiotłaby wielką własność rolną z planszy. Przetrwałyby jednostki, a i tak na mocno okrojonych areałach oraz „nowi ludzie” czyli przemysłowcy, bankierzy, wyżsi urzędnicy przeflancowani na wieś. Tacy na 50-500 ha mieliby szansę przetrwać, ponieważ dodatkowa praca zawodowa oraz radykalna zmiana nawyków konsumpcyjnych umożliwiała płynność. Stąd moja ocena, może i surowa, szlachty jest wyłącznie ekonomiczna i wynika ze sporej liczby lektur naukowych na ten temat. Moralny obraz arystokracji, ze znajomości jej postawy w czasie końca I RP, oraz powstań narodowych. Nie bez powodu targowiczanie to poczet książąt i hrabiów, arystokratów w Powstaniu Listopadowym możemy policzyć na palcach jednej ręki (przykład bliskiego mi terytorialnie ks. Adama Czartoryskiego), a w Styczniowym, mimo znajomości pewnej materii, nie przypominam sobie o czwartej rano, ani jednego. Przygotowując się do dyskusji z Tobą wczoraj, odświeżyłem sobie historię Tyszkiewiczów z Landwarowa, z których wywodził się wspomniany Stefan Tyszkiewicz. Założycielem gałęzi był carski oficer adiutant Nazimowa i Bibikowa, carskich namiestników Litwy. Do tego utracjusz, ojciec niezliczonych bękartów, i bufon (naganę przełożonego otrzymał za zbytnie rozbijanie się po Wilnie, wystawnym zaprzęgiem). Zmianę w jego postępowaniu wywołała dopiero żona, która dodatkowo miała głowę na karku (do których pan hrabia w ogóle się nie mieszał, mówiąc „ja jestem kiep, żona mądra, niech ona prowadzi interesy” i wręcz uciekał przed administratorami), ale i nie na tyle, żeby wziął udział w Powstaniu Styczniowym, pomimo niewątpliwego doświadczenia wojskowego. Żeby uniknąć podejrzeń, opuścił majątki na ten czas, i wyjechał. Słabo czytał, ale za to słynął z udziału w rosyjskich ruletkach i umiejętności przeskoczeniem na koniu karety. Majątek wziął się stąd, że otrzymał od stryja milion rubli i trochę ziemi, resztę dokupił, bazując na carskiej zgodzie (którą dawano wyjątkowo, za zasługi dla cesarstwa), na skupowanie majątków represjonowanych uczestników powstania. Całą jego historię znajdziesz tu: . A mówimy tylko o jednej gałęzi, jednego rodu. Stąd opowieści o rzekomym patriotyzmie (w tym gospodarczym) arystokracji niezmiernie mnie śmieszą. Byli patriotami, gdy było to wygodne i bezpieczne (II RP), cesarskimi lojalistami, gdy przynosiło to korzyść, a za udział w powstaniu groziły kary. Cały ciężar niosły na sobie inne grupy, w tym najczęściej drobna szlachta jak Żeromscy, z przymieszką średniaków, chłopów oraz mieszczan. Plus nieliczni księża, do poziomu wikarego, wywodzący się z tych klas. Reszta stanowi fałszowanie historii.
            Co do średniej i drobnej szlachty – zgoda.Wobec słabego mieszczaństwa, właśnie ona stanowiła o dobrobycie i istnieniu kraju. Wśród nich też znajdowali się utracjusze i kolaboranci (np. blisko „mojej wsi” dziedziczka wezwała w czasie II WŚ Niemców i dała im kwaterę w swoim majątku, żeby pilnowali ją przed gniewem chłopów, o licytowanym właścicielu 1000 ha już pisałem), ale większość wspomagała Państwo Podziemne, oraz wcześniejsze zrywy.
            Jeśli chodzi o Chełmickich – znalazłem tylko, że były ich dwa rody – jedni herbu Jastrzębiec, drudzy Nałęczowie. Wśród tych drugich właśnie (z okolic Dobrzynia) wywodziło się kilku urzędników I RP, w tym jeden targowiczanin.
            Paradoks polega też na tym, że mówiąc „właściciel majątku”, myślimy „szlachcic polski”, a to już od II połowy XIX w. nie była prawda. Spis ziemian w 1930 r. wymieniał i chłopów i przemysłowców, do tego sporą liczbę cudzoziemców – głównie Rosjanie, Żydzi, Niemcy, Ukraińcy. Od znanych w całej Polsce – Kronnenbergów, poprzez regionalnie (u mnie Vetterowie), aż do zupełnie anonimowych jak Rottenbergowie, na których natrafiłem przypadkiem. Ślady tego procesu odnajdujemy w literaturze, patrz: „Ziemia obiecana” czy „Noce i dnie”.

          12. Do 4.32: Chemiccynie przykmowali zadnych urzedow od cara, zreszta to byl zabor pruski, ani od pruskich namiestnikow.Wielu innych tez nie, choc zdrajcy sie trafiali jak wszedzie.Oceniasz niestety przez pryzmat propagandy, ktora pojedyncze przypadki rozdmuchuje i uznaje za norme, jednoczesnie pomijajac ogromna wiekszosc prowadzaca siejak Bog przykazal.
            Jak myslisz, czy Powstanie Styczniowe i Listopadowe byloby mozliwe bez wsparcia szlachty i arystokracji? na pewno nie.Bron, finanse, know-how, strategia, znajomosci zagranica mogace wesprzec.
            Czy gdyby grupa uzbrojonych tylko w kosy i sierpy, nie znajacych rzemiosla wojennego chlopow ruszyla na ruskich mialaby jakies szanse? W tydzien by zostali rozgromieni.

            Temat moze nie na ten blog,ale gotuje sie we mnie jak czytam same kalumnie, i to w wiekszosci nieprawdziwe.

          13. Nie oceniam przez pryzmat propagandy. Po prostu wiele lat temu zdawałem maturę z historii, a potem przez 30 lat przeczytałem setki książek, w tym pisanych przez osoby dalekie od komuny (m.in. prof. Roszkowski) a wręcz wywodzące się ze szlachty (prof. Kieniewicz) oraz mnóstwo pamiętników. I powtarzam Ci raz jeszcze, to nie jest żadna propaganda.
            Wrzucasz do jednego worka zwykłą szlachtę (która też miała kilka grup) oraz arystokrację, zwaną też magnaterią, popełniając w ten sposób zasadniczy błąd metodologiczny. Nic bowiem, poza herbem nie łączyło posiadającego chałupę szlachcica mazowieckiego, który sam sobie czyścił buty i Radziwiłła „Panie Kochanku” właściciela 1 mln hektarów ziemi i dziesiątek jeśli nie setek tysięcy poddanych. W Powstaniu Styczniowym arystokracja zasadniczo nie uczestniczyła, często (jak wspomniany Tyszkiwicz) uciekała z Polski, żeby nie być posądzona o choćby cień sympatii dla powstańców. . I znowu, wystarczy wziąć pierwszą lepszą książkę o tym zrywie, zerknąć do indeksu osób, poszukać tam nazwisk hrabowiskich, baronowskich, czy książęcych oraz zobaczyć w jakim kontekście się pojawiają w treści. Szlachta (im drobniejsza, tym częściej) faktycznie walczyła plus w ogromnej liczbie mieszczanie, chłopi. A nawet księża – do poziomu wikarego. Z Listopadowym historia wyglądała nieco inaczej, ponieważ w wojsku Królestwa Polskiego służyło sporo arystokratów i szlachta. Podchorążowie wywodzili się głównie z tej ostatniej. I to powstanie oznaczało ostatnie regularne siły zbrojne.
            Jeszcze raz Ci powtórzę, jak będziesz miał połowę mojej wiedzy historycznej, podyskutujemy na ten temat, ponieważ mylisz podstawowe pojęcia, kompletnie nie rozumiesz znaczenia i skali współpracy arystokracji (jako grupy, z drobnymi wyjątkami) z zaborcami. Właśnie w zaborze pruskim namiestnik króla nazywał się Radziwiłł, pruski generał, a jego żona wywodziła się z Hohenzollernów. Zamoyscy, Potoccy, Radziwiłłowie, Czartoryscy byli ministrami, przyjaciółmi, generałami we wszystkich trzech zaborach, aktywnie współpracowali z Niemcami, Austriakami czy Rosjanami. Podobnie działo się w Czechach czy na Węgrzech (hr. Kinsky, hr. Esterhazy), hrabowie, książęta wzbogacali się na współpracy z zaborcą.

    1. …charakterystyczna rzecz: napisano, ze Łągiewka nie skonczyl studiow. Mozliwe, ze wlasnie dlatego dostrzegl cos, na co by nie wpadl bedac inzynierem, poniewaz wpojona mu na studiach wiedza moglaby ograniczac jego rozumowanie na zasadzie, ze „prawa fizyki na to nie pozwalaja”.

  3. https://natemat.pl/138251,historia-genialnego-wynalazcy-jak-scenariusz-filmu-dlaczego-zderzak-lagiewki-nie-zdobyl-jeszcze-swiata

    Tak wlasnie koncza wynalazki w PL.

    Moj tata pracujac jako inzynier w krakowskiej Nafcie mial dwa wynalazki, patenty oczywiscie na firme za komuny. Byly to próbniki złoza (urzadzenia skladajace sie ze sprezyn, rus, manometrow, podobne do kilkumetrowej rury o srednicy kilku cm, majace pokazac czy w odwiercie jest ropa, gaz, solanka itp.).Takich probnikow wtedy u nas nie bylo. Probniki byly przez wiele lat stosowane u nas. tata dostal za te patenty wartosc starej zdezelowanej Syreny.

    1. Tak kończą wynalazki w wielu częściach świata, jeśli zarządzający firmą mają możliwość wykorzystania pracownika. A od strony prawnej, obecnie wygląda to tak: .
      Przykład inż. Łagiewki był trochę inny, ponieważ działał on samodzielnie. Niemniej jednak zetknął się z brakiem kapitału na sfinansowanie produkcji.

      1. Pamietam z programu z Ł., jak mowil, ze proponowano mu wykupienie tego zderzaka za kilka mln $.Nie zgodzil sie, bo chcial,zeby zderzak byl produkowany w PL. W takim razie inaczej go uciszono. Powod? O ile mniej fabryki sprzedalyby czesci do napraw powypadkowych, robocizny, gdyby kolizje nie powodowaly szkód?Oraz nowych aut po szkodzie calkowitej.

        1. Z tymi wypadkami, nie zgodzę się. Są marki (VOLVO czy RENAULT), które walczą o tytuł „Króla bezpieczeństwa” – im taki zderzak przydałby się. Gdyby nie był w chwili prezentacji dopiero mocno wstępną wersją. Pokaz na stadionie polegał na tym, że zderzak przykręcono do stalowej belki, a nie do samochodu. Dlaczego? Zderzak okazał się wielkości Malucha, którego użyto do prób. Potem może wersję rozwinięto.

          1. To byl prototyp, nawet przedprototyp, pierwsze dzialajace takie urzadzenie, majace pokazac idee. Lagiewka potem zrobil zderzak montowany na aucie, chyba tez na maluchu, widzialem film jak uderza w przeszkode i nic sie nie dzieje.

    1. Przypominam o jednej rzeczy, o której panowie Bosak i Pejo zapomnieli. Ten podatek idzie do polskiego budżetu, a nie do Brukseli. Każda władza, PiS czy PO, chętnie go łyknie.
      Mogliby to samo zrobić podnosząc o te 50 gr/l akcyzę. I nie dyktat Brukseli lecz podnoszenie podatków stanowi problem.

        1. Do 14.26. Da się spełnić oczekiwania Unii i zmniejszyć pozostałe obciążenia na paliwie (np. akcyzę, opłatę paliwową), ale jaki rząd na to pójdzie? Przecież chodzi o to, żeby było więcej na wydatki.

          1. Nie pojdzie, czesciowo to zasluga Morawieckiego i poteznego zadluzenia na szczepinki itp, a czesciowo obecnego rzadu, ktorego jedynym zadaniem jest realizacja zalecen UE, ktorych Kaczynski nie zrealizowal.
            Jeden i drugi wart funta klakow, i tu sie roznimy, ale nic to 🙂

          2. W tej chwili każdy rząd się zadłuża. Odniesieniem, nawet dla ekonomistów, są jakieś fantastycznie liczone PKB, a nie faktyczne wpływy. Budżety z nadwyżką można włożyć między bajki. No a długi trzeba spłacać. Kiedyś przyjdzie rachunek.

  4. Dzisiaj, kiedy nie ma arystokracji, w jej koleiny weszła klasa średnia, choć ze znacznie mniejszym potencjałem intelektualnym i materialnym. Również potwornie zadłużona i od kilku lat, przygotowywana mentalnie na wywłaszczenie ze stanu posiadania. To czy ktoś jest czy nie jest zadłużony, wkrótce nie będzie miało znaczenia, przyjdzie rozkaz z Brukseli, w Warszawie wykonają. Oglądałem kiedyś reportaż o działaniach Deutsche Banku, który zagrożone kredyty hipoteczne obsługiwał przez jakieś szemrane firmy windykacyjne i długi sprzedawał w pakietach. Wśród nich byli często ludzie zdolni do spłaty kredytu, mający nawet spore pieniądze na kosztowne sprawy sądowe. Większość jednak została doprowadzona do bankructwa. Za jakiś czas nowoczesne społeczeństwo z podobną odrazą będzie wspominać klasę średnią, żyjącą na kredyt ponad stan i w dodatku niszczącą środowisko i kolejne pokolenia. Historia zostanie napisana na nowo jak w filmie Machulskiego (Kopernik byłą kobietą!).

    1. Slawek-arystokracja jest, tylkopozbawiona znaczenia, przynajmniej w Polsce, i to w duzej czesci zasluga klamliwej oszczerczej propagandy komunistycznej po 1944. Przyklady:
      1.X Adam czartoryski, znany medialnie ze sprzedazy zabytkow m.in.z muzeum XX Czartoryskich w Krakowie za okolo 100 mln euro,
      2.X Lubomirski, znany z malzenstwa z Kulczykowna, zreszta rozwiedzionego, po raz drug zonaty z hrabianka mieszkajaca chyba we Francji, odzyskali naleczow i inne dawne dobra, zajmuja sie nieruchomosciami ( w KRK chocby budowa hotelu w centrum).
      4.Potoccy-co prawda „tyko” hrabiowie, ale staraja sie np. chyba o palac saski i inne, ktore czesciowo juz odzyskali.

      Niestety wiekszosc szaraczkow nie ma takich koneksji i rezerw materialnych (stare majatki na zachodzie,ktorych nie zabrano) i nie odzyskuja, a jesli, to tylko na skutek bledow popelnionych administracyjnie przy wywlaszczaniu-pojedyncze przypadki.

      Jednak arystokrata czy szlachcic zawsze jest szlachcicem, chocby stracil majatek a nawet wpadl w dlugi. Wazne jest tylko jedno: czy nie zrobil czegos niezgodnego z kodeksem honorowym (przyklad-kodeks Boziewicza,).Bo jesli tak, to krol (akurat nie mamy) moze go pozbawic szlachectwa czy innego tytulu.
      To tak dla uzupelnienia i rozszerzenia wiedzy.

      Slyszalem o jednym zwyklymszlachcicu (wedlug OM to krwiopijca wykorzystujacy poddanych czy pracownikow). II WW, wchodza ruscy.Pytaja: „gdzie poszli twoi ludzie?”. On: „Nie wiem”. Pytaja:”Powiedz, jak nie to cie zabijemy”. On: „Nie powiem”. Kula w leb. Ludzie siedzieli ukryci w lesie.Dla wierzacego to najwyzsza ofiara zgodna z religia (Jezus oddal za nas zycie na krzyzu).
      Bez komentarza, wnioski sami wyciagniejcie.
      Takich historii znam wiecej, chocby o moim dziadku, Jesli nie zobacze krytyki , opowiem.Bo w innym przypadku mija sie z celem, majac na wzgledzie poczatkowe nastawienie.Ani ja was nie przekonam, ani wy mnie.

      1. Do 9.56. Niestety muszę Ci to powiedzieć – opowiadasz zupełnie ahistoryczne bajki, wymyślone i powielane przez arystokrację.
        Po pierwsze – większość opowieści o ludziach i wydarzeniach z tej grupy, nie może być wytworem komunistycznej propagandy, albowiem stanowi świadectwa (pamiętniki, akta sądowe) z epoki znacznie wcześniejszej. Wystarczy do nich sięgnąć.
        Pierwsze z brzegu dwa przykłady – Szczęsny Potocki – pamiętasz to nazwisko ze szkoły, targowiczanin. Jego rodzice, gdy dowiedzieli się o miłości syna do średniej szlachcianki (nie była uboga, lecz znacznie biedniejsza od nich) kazali swoim sługom zabić ją. Zginęła utopiona.
        Drugi przykład – Karol Radziwiłł „Panie Kochanku”.Spotkał na drodze Żyda, kazał wytarzać go w smole i pierzu, wejść mu na drzewo i kukać. A potem zastrzelił jako ptaka. Zabijał też szlachciców i ponieważ miał pieniądze, pozostawał bezkarny, najwyżej płacił odszkodowania. Degenerat, zbrodniarz i szaleniec. O jakiej moralności tu mówimy? O jakim kodeksie honorowym? Wymieniam tylko postaci powszechnie znane, rzekłbym historyczne. Targowica – głównie arystokracja: Braniccy, Potoccy, Sapiehowie, Poniatowscy itp. plus biskupi wywodzący się także z arystokracji. Arcyłajdacy i arcyzdrajcy.
        Adam Czartoryski – oczywiście miał prawo sprzedać. Głupi ten co kupił. Arystokrata wyprowadził te 100 mln na fundację-wydmuszkę, oszukał nawet własną rodzinę, pozbawiając ją schedy. Publicznie i skandalicznie żarł się z własnymi dziećmi, wspierany przez młodą żonę.
        Lubomirscy. Tu już zupełnie pokręciłeś fakty. Nie odzyskali Nałęczowa z prostego powodu. Nigdy go nie mieli. Nałęczów jako uzdrowisko stworzyło kilku byłych powstańców styczniowych, wywodzących się ze szlachty (nie z arystokracji). Druga żona Kulczyka, z domu Mańkowska, odzyskała z rodziną uzdrowisko- Szczawnicę, po swoim przodku hr. Stanickim. Jej ojciec wzbogacił się na handlu z Rosją. Zapraszam do Szczawnicy, zobacz co zrobili z zabudowaniami byłego zakładu przyrodoleczniczego. Siądź pogadaj w knajpie z ludźmi, sporo opowiedzą.
        Po trzecie – popełniasz błąd logiczny. Z jednego szlachetnego (nomen omen) czynu szlachcica wyciągasz wnioski dla większości. A prawda jest taka, że charaktery, temperamenty, grzechy i zasługi rozdzielano między wszystkie klasy. Ba, nawet w życiu jednej osoby występowały różne momenty. Wystarczy poczytać historię życia Ignacego Loyoli, św. Augustyna, a z naszych Hieronima Radziejowskiego, Diabła Łańcuckiego – zresztą też Stadnickiego czy znowu przodek wspomnianych Jerzy Lubomirski. Grzechy (w przypadku naszej szlachty – zdrada, w przypadku obu świętych -bardziej pospolite grzeszki) i zasługi w jednym człowieku.
        Po czwarte – kodeks Boziewicza powstał na początku XX w. (dokładnie pierwsze wydanie 1919 r.). Żyjący wcześniej nie mogli się do niego stosować, więc nie ma tam mowy o pozbawieniu szlachectwa przez króla. Zresztą sam kodeks odnosił się do ludzi honorowych, do których zaliczano według różnych kryteriów pochodzenia (szlachta), wykształcenia, pozycji (przykład – poseł chłop z wykształceniem podstawowym). Zasadniczo w dawnej Polsce szlachectwa pozbawiał sąd tzw. sejmowy, a król wyrok zatwierdzał. W czasie zaborów bywało inaczej, ale np. w trakcie Powstania Styczniowego karę też nakładał nominalnie sąd, a w rzeczywistości carski gubernator. I była to kara za zdradę monarchy, zwłaszcza jeśli powstaniec był carskim wojskowym, co było częste (np. Romuald Traugutt).
        Mnie do chwalebnej roli arystokracji nie przekonasz, ponieważ Twój wywód świadczy, że nie znasz, nie tylko poważnych publikacji historycznych, czy źródeł sprzed komuny, ale i wiedzy na obecnym poziomie rozszerzonej matury z historii. Skład Targowicy, nazwiska, które się w niej pojawiają, wieszanie zdrajców (magnatów=arystokratów oraz biskupów) w czasie Powstania Kościuszkowskiego to obrazy i fakty na tym właśnie poziomie.

    2. Arystokracja = klasa wyższa. Dlatego klasa średnia ma mniejszy potencjał materialny. Co do intelektualnego – bez żartów. Twierdzenie, że arystokracja miała wyższy potencjał intelektualny niż tzw. średnia szlachta czy mieszczaństwo pozostaje całkowicie sprzeczne z biologią i faktami. Inteligencja a nawet wiedza zupełnie nie zależy od klasy społecznej powyżej pewnego poziomu. Wśród hrabiów, książąt a nawet królów czy cesarzy zdarzały się jednostki na pograniczu debilizmu (słynny poprzednik Franza Josefa – Ferdynand), przypadki ciężkich chorób psychicznych (szaleństwa) oraz wielu bajecznych nieuków. Jeszcze w XVII-XVIII w. czytać i pisać umiał większy odsetek żydów (w sensie religijnym) niż polskich arystokratów.
      A co do zadłużenia. Teraz, dług stanowi sposób na życie, niezależnie do zawodu i klasy. Ogromny dług ma często i lekarz (gabinet, dom), i piekarz (firma) i jak powszechnie wiadomo Donald Trump. Nie wiem jakie jest prawo w Niemczech, ale w Polsce niedopuszczalna byłaby cesja spłacanego kredytu. Stąd jeśli sprzedawali z Deutsche Banku to raczej wypowiedziane hipoteki. A w takich przypadkach dług szybko narasta (karne odsetki, przy wysokich stopach procentowych wynoszą ponad 20% rocznie).

  5. Jan, czytam drugi tom wspomnień ziemianina ze swojego rodzinnego miasteczka, którego peerel skazał na całkowite zapomnienie, odbierając mu dodatkowo wszystko co materialne. Kilkuletni chłopak podczas wojny mieszkał w wynajętej części kamienicy w Warszawie, bo ich własną kamienicę w stolicy zajęli Niemcy. Z pałacu został wywieziony wraz z tysiącem innych mieszkańców miasta, w bydlęcym wagonie w 1939r. na wschód kraju. Większość deportowanych uciekła w trakcie postoju pociągu w Radomiu, dzięki bohaterskiej postawie radomszczan. Jego ojca nie było w pociągu -został skazany na publiczną egzekucję, która się nie odbyła i słuch o nim zaginął. W szkole publicznej nie miałem szans, by poznać historię swoich „krwiopijców”. Stworzono nawet nową legendę o powstaniu herbu miasta, ignorując fakt, że jest po prostu herbem szlacheckim. Czytając te wspomnienia poznaję rodzinne miasto na nowo, zupełnie inaczej patrząc na tych miłych ludzi, których znam od dziecka, a którzy z różnych powodów zacierali przeszłość. Nie znając lub wypierając ze świadomości przeszłość, mieszkali w kamienicach, nie mając pojęcia o ich właścicielach (zwykle nie należały do hrabiego, częściej budowali je przedsiębiorcy, np. kompleks kamienic dla pracowników nieistniejącej już miejskiej cukrowni). Tamten świat był wypadkową różnych sił, w których ziemiaństwo stale traciło na znaczeniu.
    Oszczędny Milioner, odnośnie zadłużania się rządów – wszyscy o tym wiedzą, że rządy na świecie są zadłużone, jednym tchem dodając, że rządy drukują za dużo pieniędzy. Zawsze zastanawia mnie, ze skoro drukują tak dużo pieniędzy, to po co i u kogo się zadłużają?

    1. Slawek,dobrze,ze masz info bez lewicowego nastawienia.

      Komunisci od razu kiedy weszli zabijali wlascicieli majatkow, nawet bogatszych chlopow,ale ich sola w oku byla szlachta i ziemianstwo jako grupa im worga, co chyba normlane, i mogaca stawiac opor w „wyzwalaniu”.W ostatecznosci mogl byc jak napisales bydlecy wagon i kierunek kikanascie tys. km na wschod.

      Jednego hrabiego z Kresow tak wzieli.Jego zona z wlasnej woli pojechala z nim.Nikt jej nie zmuszal. Umarli po ilus latach katorniczej pracy w kopalni wegla w Workucie.
      Jesli ktos chce wiedziec co znaczy slowo „milosc” – to jest odpowiedni przyklad.

    2. Slawek-zadluzanie jest po to, zeby potem wywolac kryzys i w swietle prawa zabrac Ci majatek za dlugi.A inne dlugi rzadowe sie umorzy, wprowadzajac nowa walute chocby cyfrowa.Albo sie podporzadkuje panstwa globalistom w zamian za odstapienie od egzekucji dlugow. Po to byl Jaruzelski u Rockefellera w 1983.

    3. Trafiłeś w punkt. Reforma rolna oznaczała zniszczenie klasy społecznej nazywającej się „ziemianie” i obejmującej wiele różnych grup od polskiej szlachty, przez bogatszych przemysłowców do spolszczonych (Epsztainowie) i nie (Rottenbergowie Żydów, Niemców, a nawet ukraińskich wzbogaconych chłopów. Z tego samego powodu (czyli pozbawienie bazy majątkowej i zdławienie przypuszczalnego oporu) zabrano zakłady przemysłowe, a potem nawet drobne firemki (bitwa o handel, Hilarego Minca), a rząd carski konfiskował majątki uczestnikom powstań.
      Co do drukowania. Pojęcie potoczne. Ale coraz więcej kasy (w tym dolarów) krąży w obrocie. Zadłużają się (a bardzie nas) jak zwykle – u bankierów i zwykłych ludzi, kupujących obligacje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *