Życie za 6k. Jak wygląda i czy faktycznie jest tak ciężkie.

Dzisiaj, przygotowując się do FIRE, dokonałem obliczeń. Zamierzam podać Wam, dokładnie te dane, których sam w polskich warunkach potrzebowałem. Nigdzie nie mogłem ich znaleźć, a niezbędny stał się dowód, że za 6k, rodzina 2+1 spokojnie da radę przeżyć w stanie FIRE.

Warunki brzegowe. Spłacony dom, najlepiej na wsi lub przedmieściu, kawałek ziemi – dochód z inwestycji 5k/m-c i 1k od państwa (800+ i świadczenia rodzinne).

Dzisiaj nie napiszę, jak zdobyć te 5k dochodu pasywnego – mogą to być 3-4 kawalerki (w Warszawie dwie), 1.5 mln kapitału na 4%, albo 1 mln na 6%. Liczy się kwota – 6k (5+1). Celowo utrudniłem sobie życie, bo nie brałem pod uwagę górnej granicy rozważanego progu – 10k+1, lecz dolną.

Ile kosztuje dach nad głową? Przypominam – zero kredytu. W moich warunkach wiejskich: 800 zł (100 zł internet, 100 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 150 zł prąd (FV), 100 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 210 zł opał).

W moich warunkach miejskich (po zmianie źródła ogrzewania)- 1210 zł (100 zł internet, 120 zł wywóz śmieci, 90 zł telefon, 400 zł prąd, 150 zł woda i ścieki, 50 zł podatek, 200 zł opał, 100 zł gaz),

Co się zmieni w stosunku do obecnej chwili, gdy pracuję? Sposób ogrzewania domu. Obecnie grzeję go gazem, co generuje sporo większe koszty (zamiast 200 zł około 700 zł). Przechodząc na drewno (piec zgazowujący), mógłbym zaoszczędzić 80% wydatków. Wymaga to czasu, ale bez przesady (kilka dni pracy w roku plus palenie).

Ile kosztuje życie? Tutaj biorę kwotę od żyjącej tak już blogerki godnezycie. Jej jedzenie – 2500 zł na 5 osób. Przy trzech i mniejszej wprawie – powinno wystarczyć na życie (+chemia, drobne zakupy do domu, leki) – ok. 2000 zł/m-c.

Z pewnością da się i taniej. Co takiego trzeba wykonywać? Wrócić do dwóch źródeł: planowanie posiłków i zakupy z listą. Czy to takie upokarzające? Przecież nasze babcie tak żyły (i wiele emerytów nadal praktykuje).

Ile kosztuje nauka? Przyjąłem 700 zł/m-c, bo tyle wydajemy. Jednocześnie zwracam uwagę na kilka aspektów. Skoro mamy czas, unikamy płatnych korepetycji. Za chwilę (1.5 roku) wchodzimy na drugi etap – syn wybiera się do szkoły sportowej, z czesnym (obejmującym posiłki, internat) 1500 zł/m-c. Trochę zostanie z nauki, trochę potrącimy z życia, więc zostanie nam (na dwoje) 1200 zł na życie.

Ile kosztuje ubranie, przyjemności, kosmetyki? 1500 zł/3 os. Co do ubrania przyjmuje pewną strategię – część po taniości w sieciówce (bokserski za 3 zł, skarpety za 3 zł), część markowych też po taniości (t-shirty Bossa w Lidlu – 99 zł za trzypak), reszta niemarkowa z dyskontu, sieciówki, na wyprzedaży.

Kosmetyki? Mam dostawcę „zapachów jak oryginały” po 24 zł za 50 ml. Pozostałe kupuje w wielopakach na promocji w sieciówce.

Przyjemności nie są zbyt drogie: czasem jakieś lody, rurki z kremem, kawa na mieście. Za większość nie muszę płacić. Książki – 1-2 miesięcznie. Ostatnio kupiłem 4 w antykwariacie za 50 zł. Generalnie w 1500 zł można się zmieścić.

Ile nam zostaje? 1000 zł rezerwy na wsi i ok. 600 zł w mieście. Musi starczyć na transport, jakieś wakacje, drobne remonty itd.

Czy to nierealne? Transport. Jeśli policzymy mojego elektryka – raczej realne. Koszt utrzymania z 4 lat – 200 zł stałych i 50 zł na paliwo, jeśli mam FV. Przebieg – 10 tys. km/rok. Wyjazd do syna pociągiem dwa razy w miesiącu – 80 zł. Czyli zostaje 270/670 zł na resztę.

Czy da się jeszcze „przyciąć wydatki”? W mojej ocenie, tak, chociaż nie chcę promować ekstremów. Gdyby ktoś miał mały dom (35m2+antresola), żył off grid, zrezygnował z komórek (tylko rozmowy przez wi-fi), miał oczyszczalnię ścieków i studnię – z 800 zł urwie dodatkowo połowę.

Podobnie z życiem. Tutaj 2000 zł wcale nie muszą okazać się podłogą lecz sufitem. Znam ludzi na wsi, którzy z przekonań lub konieczności produkują znaczną cześć jedzenia od ziarna na mąkę i chleb, przez nabiał do mięsa, czy alkoholu. Sam żyłem za 100-200 zł/m-c, więc da się i za 1000 zł/m-c. Piszę o tym wyłącznie dlatego, aby powstrzymać zarzuty, że 2000 zł to „życie jak mnich”.

Nauka także nie musi kosztować 700 zł. U mnie to 250 zł na sport, 200 zł na szkołę i 250 zł na korki od czasu do czasu. Gdybym mieszkał na wsi, nie miał syna-sportowca, to znam przykłady wydających połowę sumy.

Przyjemności, ubranie, kosmetyki. Zupełnie odrębny temat. 500 zł/os. dla jednego będzie ogromnym ograniczeniem, dla innego normalną sumą. Da się i taniej, bo można sobie wydzielić po 50 zł kieszonkowego na przyjemności (150 zł/3-os.) dołożyć 50 zł na kosmetyki, a ubierać się w dyskontach i ciucholandach, także za 50 zł/os. (nastolatek 100 zł, bo rośnie). W ten sposób zamknąć budżet w 500 zł (1/3 sumy), ale nie o to chodzi.

Transport. Tanie, stare auto, da się utrzymać i za 200 zł/m-c, jeśli głównie stoi. Ktoś się uprze to naprawi sam (np. taką Pandę), wyda tylko (kwoty roczne): 200 zł/przegląd, 500 zł ubezpieczenie, 200 zł drobne naprawy i mamy 75 zł/m-c. Do tego paliwa na 100km/m-c i zamykamy się i w 120 zł/m-c.

W sumie zrobi się budżet i za 2330 zł plus rezerwa (czyli 3000 zł), ale nie planuję tutaj promować jakiegoś ekstremum. W 6k, rezygnując z pewnych kosztów (np. wyjeżdżając na wakacje w styczniu/lutym i oszczędzając na ogrzewaniu, jedzeniu, da się przeżyć spokojnie, wiodąc żywot wielu ludzi (oceniam, że 50% społeczeństwa) o dochodach poniżej mediany. Do tego, zwracam uwagę piszę z doświadczenia człowieka, który ostatnie dziecko miał później, bo gdybym „zamknął warsztat” po dwójce już liczyłbym koszty życia pary. A to wyeliminowałoby część wydatków (nauka) a inne drastycznie zmniejszyło.

Czy stała rata hipoteki gwarantuje wysoką dzietność?

Jeden z polityków powiedział niedawno tak: „Zakładajcie rodziny teraz. Bez rodzin nie przeżyjecie, choćbyście mieli po sześć mieszkań.” Jako antidotum na trudną sytuację wskazał kredyty hipoteczne o stałej racie. Czas rozłożyć na czynniki pierwsze tę wypowiedź.

Zacznijmy od początku czyli niemożliwości przeżycia bez rodziny. Nie bardzo wiem, co poseł miał na myśli. Nie żyjemy na XIXw. wsi, żeby dużo dzieci gwarantowało emeryturę i przeżycie. Mit o „szklance wody na starość” także upadł wraz z rozwojem usług opiekuńczych i świadczeniach, a tu jeszcze te 6 mieszkań. Otóż, znam wiele osób, które nie posiadają dzieci. Żyją sobie w parze, albo jako single i doskonale prosperują. Celowo pomijam tych 45-, bo los jeszcze może im się odmienić. Pięćdziesięciolatkowie chodzą do lekarza, jeżdżą po świecie, rodzinę zastępują im przyjaciele. Starsi wymyślili nawet pomysł na niedołężność – komuna singli, pomagających sobie wzajemnie. Duży parterowy dom, w pięknym miejscu, w którym każdy ma kawalerkę (pokój z aneksem kuchennym i łazienką), z przestrzenią wspólną.

6 mieszkań, jak już zdekodowaliśmy z Bartkiem, gwarantuje dochód 12-15 tys. zł/m-c. Dla pary wystarczy. Zwłaszcza, jeśli zlokalizowane w dobrym miejscu. Jedno pójdzie na udział w komunie singli.

Teraz druga część – stała rata hipoteki. Pan poseł – weteran kredytów (zanim wszedł do polityki miał kilka takich zobowiązań), zapomina o kilku zmiennych. Są nimi: brak zdolności kredytowej (na którą nie pomoże stała rata), oraz wysokość raty. I tu docieramy do sedna problemu. Stała rata ma sens, o ile pozostaje niska, w zasięgu możliwości. Dzisiaj da się zaciągnąć kredyt ze stałą ratą (precyzyjnie – ze stałym oprocentowaniem i ratą annuitetową), ale jest on sporo droższy. Czy ktoś go wybiera? Nadal niewiele osób. Model zachodnioeuropejski, dzięki Euro (któremu nasz polityk akurat się sprzeciwia) ma inny układ – oprocentowanie stałe na minimum 10 lat i 3-4%. Pozostaje nam powiedzieć „sprawdzam”. Czy w UE młodzi biali mają wiele dzieci? Nie. Pomimo stałego oprocentowania hipotek. Czy mieszkania w dużych miastach stały się w takim Paryżu czy Lyonie dostępne? Też nie. Proponowany system nie działa. Czas wyjaśnić przyczynę.

Model ekonomii napędzanej przeprowadzkami do wielkich miast powoli się wyczerpuje. Niesie bowiem w sobie pewną stałą sprzeczność, (podobnie jak teoria o niskiej dzietności spowodowanej niedostępnością mieszkań, jeśli znamy przeludnienie lokali i dzietność w II RP). W teorii, metropolie gwarantują świetne zarobki. W praktyce:

  • trzeba różnicę przeznaczać na mieszkanie,
  • rozrastające się miasta powodują długie dojazdy i brak czasu,
  • wyprowadzając się np. do Warszawy, młodzi ludzie odrywają się od systemu wsparcia w postaci rodziców,
  • brak czasu+brak rodziców na miejscu = brak możliwości założenia rodziny i sił na takie akcje.

I nie pomagają nawet duże pieniądze. Jednocześnie, dzieje się tak, że dzieci nie ma także na prowincji. Nie rodzą się. Dlaczego? Skoro wsparcie jest, bezrobocie niskie?Otóż działa jeszcze jeden mechanizm. Do miast wyjeżdżają głównie kobiety, na miejscu zostają mężczyźni. I nie mają z kim tych dzieci płodzić. W wielkich miastach, nierównowaga działa w drugą stronę – stała nadwyżka młodych kobiet nad młodymi mężczyznami, wywołuje podobny skutek – nadmiar singielek.

Pewnym lekarstwem okazuje się praca zdalna, odrywająca miejsce zamieszkania od miejsca zatrudnienia. Niby podpisaliśmy umowę z firmą warszawską, a pracujemy z domu. Dokładnie minutę po wybiciu 17 (albo i 15, gdy pracodawca stosuje elastyczny czas pracy), cała biurowa masa jest wolna i od razu we własnym mieszkaniu. Nie musi marnować 1 godziny (Białołęka) na powrót do domu. Ale i praca zdalna nie zahamowała spadku dzietności. Dlaczego?

Otóż główną przyczyną nieposiadania dzieci pozostaje obserwacja, że lepiej mieć 6 mieszkań (albo 12 jak inny poseł), niż dwójkę dzieci. Komfort życia większy, problemów mniej. Do tego dołóżmy różne niezbyt szczęśliwe teorie etyczno-estetyczne (przeludnienie Ziemii, dzieci hałasują, brudzą, śmierdzą itd.), świadomość działania systemu (dla kobiety dziecko powoduje mniejszą wartość na rynku pracy, dla mężczyzny ryzyko płacenia alimentów i nieoglądania potomka). Swoje robi „pedagogika wstydu” czyli etykiety od obu stron politycznego sporu – od „kobiet dających w szyję” do „madek”. Na skutek tych zjawisk (plus całego zestawu zmian: późniejszych emerytur, chęci „prawdziwego życia na starość, zamiast bawienia wnuków”), posiadanie dzieci nie jest ani modne, ani łatwe. I stałe oprocentowanie hipotek nic tu nie zmieni. Ponieważ przyczyn obecnego stanu rzeczy jest znacznie więcej niż dostępność mieszkań.

Czy dzisiaj da się wybudować dom za gotówkę? Czy lepiej jednak finansować się kredytem?

Temat wywołał Tomsi, swoim komentarzem o hipotece jako elemencie kultury wynajmu. Ja z kolei podzieliłem się anegdotą o wyliczeniach doktora ekonomii sprzed 30-stu lat, że lepiej budować szybko niż rozkładać inwestycję na wiele sezonów. Do warunków lat 90-tych już nie wrócimy. Zasadniczo to dobrze (nowy samochód Citroen Xsara – odpowiednik dzisiejszej Skody Octavii, kosztował wtedy 35 pensji), rynku hipotek w zasadzie nie było, ale ceny, ceny wydawały nam się niższe.

Policzę zatem w warunkach dzisiejszych.

Zacznijmy od definicji słowa „dom”. Tutaj napotkamy pierwszą przeszkodę. Pan doktor budował czterokondygnacyjną, 300-metrową landarę, na działce ok. 300 m2. Oficjalnie dlatego, że plan dopuszczał tylko „bliźniaka”, a druga połowa należała do małżeństwa lekarzy, którzy zdążyli już mieszkać w budynku o 3-piętrach (5 kondygnacji) i powierzchni pewnie 500m2. Więc, żeby nowy dom nie wyglądał jak siedziba ogrodnika… Dzisiaj z perspektywy 30-lat nikt, poza bogaczami takiego domu nie wybuduje i zresztą, po co (i wtedy nie miało to już sensu, ale ludzie żyli w pojęciach po komunie). Domem nazwiemy raczej 70-150 m2 konstrukcję. Niektórzy rozciągną znaczenie na 35-200m2. Niech i tak będzie.

I teraz koszty. Tutaj mam w miarę świeże miary. Moi dwaj kumple wybudowali niedawno (lata 2025-2026) dwa domy. Jeden w wersji Lux (i znacznie większej powierzchni, przeznaczonej częściowo pod wynajem krótkoterminowy), pochłonął ok. 10 tys. zł/m2. Drugi, sporo mniejszy, budowany systemem gospodarczym, ze sporą ilością pracy własnej, powstał za 5 tys. zł/m2. W obu przypadkach nie liczę działki. A ta potrafi kosztować sporo. I tu docieramy do sedna. Liczy się lokalizacja, ale taki wybór (o ile nie dostaniemy od rodziny) kosztuje. Wrócę do domów kolegów, oba w miejscowości atrakcyjnej turystycznie (ceny porównywalne z moim Lublinem). W pierwszym przypadku, dużego 500-metrowego budynku, działka= 10% ogromnych kosztów budowy. W drugim (bliżej centrum, ale dom „ledwie 180m2”), działka = 50% znacznie niższych za m2 kosztów budowy. Gdybym przeniósł to na warunki sporego miasta. Kto chciałby się budować blisko centrum, musi kupić nie działkę (bo ich już nie ma), ale dom do wyburzenia np. taki jak mój za 1 mln zł, a następnie wybudować nowy za kolejny milion (jeżeli mówimy o sporym udziale własnej pracy i 120m2). W sumie 2 mln za 150 m2 na 300-metrowej działce. Alternatywy? Dom 120 m2 na przedmieściu za 1,3 mln (na działce 150m2). To jest 65% ceny i znacznie mniej kombinacji, co wyjaśnia nam, dlaczego tak mało mamy indywidualnych budów. Drugi biegun – moja wieś. Działka „od rodziców” (realna wartość ok. 200k) i te same 120 m2 wybudowane za 600k, przy pomocy sąsiadów (czyli taniej). W sumie, gdyby doliczać działkę – 120 m2 za 800k. I powiem szczerze, za podobne pieniądze, praktycznie nikt tego nie odkupi. Ale wróćmy do rachunków. Mamy granice ceny 800k-2mln zł. Wiadomo, wielu pójdzie w minimalizm i za 250k (plus drugie tyle działka) za 500k ma dom modułowy o powierzchni 40m2, który zestawią na budowie w 2 tygodnie. Trzymam się jednak tradycji – 800k-2 mln za dom. I pomiędzy wsią a bliską lokalizacją miasta (w przypadku Warszawy – wyniki mnożymy x 2).

Pytanie 1. Ile czasu trwałaby budowa domu za 800k z bieżących dochodów? Świetna kwestia. Patrząc realnie na dzisiejsze społeczeństwo, para, zarabiając bardzo dobrze, czyli ok. 25k netto/m-c (ok. 2 średnie miejscowe na osobę), da radę, mocno zaciskając pasa, odkładać 200 tys. zł/rok. Wielu powie, nierealne, w końcu mówimy o życiu za 8k, gdy zarabia się 25k, ale na chwilę załóżmy, że „dasię”. Dom na wsi wybudujemy w 4 lata.

Pytanie 2. Ile trwałaby budowa domu za 2 mln z bieżących dochodów? Tutaj już nieco hipotez. Przy dochodach jak w pytaniu pierwszym – 10 lat ciągłego oszczędzania. Przy 2 razy większych (4 średnie miejscowe na głowę), mamy 400k oszczędności/rok i 5 lat budowy.

Te 4-5 lat nie wyglądają strasznie, dopóki nie uświadomimy sobie kosztu i warunków. Niewiele znam par trzydziestoparolatków z dochodem 25k-50k/m-c. W praktyce – lekarze, IT, przedsiębiorcy. Takich, którzy zgodziliby się na oszczędzanie 2/3 dochodu przez 5 lat, czyli na rezygnację z wakacji, zakupów, zmiany samochodu, a stylu życia ludzi znacznie biedniejszych – chyba żadnej. I tu dochodzimy do sedna.

Pytanie 3. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 600k? Ok. 3600 zł/m-c i 43 k/rok. Wprawdzie przez 30 lat, ale kwotowo – znacznie mniej.

Pytanie 4. Ile kosztuje rata przy wkładzie 25% czyli kredycie na 1,5 mln? Ok. 9000 zł/m-c i 108 k/rok. Podobnie, jak w pytaniu 3, nieco ponad 25% wydatku gotówkowego, chociaż spłacenie domu wydłuża się 6-krotnie.

Podanie tych liczb, wskazuje nam na wnioski. Budowę domu teoretycznie da się sfinansować gotówką. Trzeba jednak:

  1. albo mieć hojnego sponsora (rodzice, którzy dadzą działkę, lub wprost kasę),
  2. albo dysponować innym mieniem (np. mieszkaniem po babci),
  3. albo zarabiać sporo ponad przeciętną i zdecydować się na radykalne oszczędności.

W praktyce, poza przypadkiem 1 i 2, nikt tego nie robi. Budowanie się na wsi, 30 km od centrum miasta, na większej wprawdzie działce, ale dość daleko, dla osób z dochodem 25k/m-c zwykle nie ma sensu. Centrum wymagać będzie podobnego zaciskania pasa (życia na 1/3 możliwości) i dochodu 50k/m-c/parę. Sponsor, który wyłoży 1/4-1/2 kosztów, albo podobnej wartości wkład własny nieco zmienia sytuację. Stąd coś się jednak buduje, aczkolwiek znacznie mniej niż 20 lat temu.

Znaczna większość w kręgach „klasy średniej”, jeżeli się buduje, wybiera kredyt. Znowu – rata 3.6 k/m-c na wsi, 6k na przedmieściach i 9k w centrum nie wygląda tak strasznie, dopóki istnieje źródło dochodu. I na tym kręci się przemysł hipotek. Na świadomości, że nie trzeba żyć na wynajmie, zaciskać pasa przez 5 lat (i to przy znacznie lepszych niż przeciętnych dochodach), ani żebrać u rodziny. Chociaż, zwłaszcza na wsi, w teorii da się.

Na koniec wracam do aktualizacji wyliczeń pana doktora z mojej opowieści. W świecie wzrostu cen materiałów budowlanych, wariactw Donalda Trump, styropian podrożał o 125% w 5 tygodni, możemy być pewni jednego – lepiej zapłacić te 6-7% rocznie za pożyczony kapitał, niż potencjalnie dwukrotnie podnieść sobie koszty budowy i wydłużyć czas jej trwania do 8 lat.

Po co FIRE lekarzowi, architektowi i innemu dobrze zarabiającemu przedsiębiorcy?

Takie pytanie postawił Bartek i … sam sobie odpowiedział, ale tylko w aspekcie finansowym – dobrze mieć 25k emerytury, żonę pracującą hobbystycznie. I to tylko połowa prawdy. Ponieważ w rzeczywistości ruch FIRE stanowi część pewnej filozofii, której fundament brzmi tak „Koniec pracy z konieczności i dla pieniędzy”. Możemy sobie dorabiać dla przyjemności (Barista FIRE), ale bezstresowo i niekoniecznie. Zwracam uwagę, że prekursor – Joe Dominguez, wcale nie zaprzestał jakiejkolwiek aktywności, nie siadł na kanapie, po prostu przestał pracować jako bankier inwestycyjny. Dlatego odpowiedziałem – przedsiębiorcy potrzebne jest FIRE, dokładnie z tych samych powodów, co hydraulikowi i każdemu z nas.

Po pierwsze – żeby odzyskać czas na rzeczy ważne. Zacznijmy od demaskowania istoty wolnego zawodu. Prawnik, lekarz, przedsiębiorca w obiegowej opinii, siedzi sobie w fotelu, przyjmuje klientów od niechcenia, pali cygaro, pije szkocką i ma mnóstwo wolnego czasu, który przeznacza na „podróże małe i duże”. Coś jak kreacja „Prezesa z lasu”. W rzeczywistości, a miałem w rodzinie paru lekarzy, zarabiają grube pieniądze (dzisiaj może faktycznie nawet miliony), ale nie pracują, lecz z….ją. Standard 250-300 godzin w miesiącu, co oznacza 10-12 godzin dziennie, nawet w weekend. Owszem, prowadzą dobre, albo bardzo dobre życie, z pensjami 60k netto/rodzinę, ale każda minuta ma dla nich cenę. Opisywałem chyba na blogu rozmowę ze spotkania różnych wolno-zawodowców „my tu wszyscy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie”. I zachrzaniają tak od 6 klasy podstawówki. O ile mają szczęście, bo znam takich specjalistów, co pracują po 10 godzin w biurze rachunkowym, biorą do domu i zarabiają 5k (podobnie w kancelariach prawnych na prowincji).

Pomysł, że kasa może płynąć bez pracy (a przy 60k/rodzinę da się zgromadzić sporą kasę z oszczędności) wydaje się im rewolucyjny. Odzyskają zasób, którego w przeciwieństwie do pieniędzy, brakuje im od 30 lat. Wielu nie potrafi już zwolnić i znam 40-50 letnich znakomitych lekarzy, których odwiedzam na cmentarzu, a tylko jednego żywego ginekologa, mojego rówieśnika z nastoletnią dwójką dzieci, który pracuje 2-3 dni w tygodniu. Co nie znaczy, że w pozostałe nic nie robi. Jest ojcem, trenerem i kibicem własnego syna-pływaka, dokształca się.

Wróćmy jednak do czasu. Długi urlop przekonał mnie, że na pewnym etapie, wcale nie trzeba przysłowiowego „Klubu piątej rano”, żeby spokojnie wszystko ogarnąć. To znaczy trzeba – jeżeli pracujemy etatowo lub prowadzimy firmę do 18-19 codziennie (a mam biuro razem z takimi zawodami i po spotkaniu z klientem o 18, wcale nie zamykam wspólnych drzwi, bo na parkingu stoją jeszcze auta: właściciela szkoły językowej, radcy prawnego, oddłużacza i gościa serwisującego odkurzacze). A namiastkę FIRE mam jak dzisiaj (sobota po tygodniu chorobowego). Podniosło mnie o 3, po 6 godzinach snu. Odpisałem na komentarze, cyzeluję wpis. O 6 będę leżał ponownie w łóżku, wstanę może o 7.30, może po 8. Wypiję kawę z żoną, wezmę prysznic, pójdę spokojnie z psem na spacer i albo pojadę na działkę, albo zatopię się w lekturze. W międzyczasie zadzwonię do siostry, brata, syna, dwóch kumpli, kupię sobie bilety na środę do Warszawy, przez godzinę popracuję. Do tego w rzemieślniczej piekarni (10 minut spaceru) kupię dobry chleb, zjem obiad przygotowany przez żonę, pogadam z najmłodszym, może siądę z nim nad historią.

FIRE jest spełnioną obietnicą, że sobota zdarza się codziennie. A to znaczy, że nigdy się nie spieszymy, bo i nie ma po co. Jutro też jest dzień. Dla wolnych zawodów – niewyobrażalne. Oni nie mają czasu dla dzieci („Patointeligencja”), dla żony (stąd tyle rozwodów wśród prawników i lekarzy), dla starzejących się rodziców. Jednocześnie wychowani w innych czasach, chcieliby go mieć.

Po drugie – ponieważ odzyskają wolność. Wolność rozumianą jako – robię to co chcę, a nie to co muszę. Uwalniam się z kieratu. Bo praca po 10 godzin na dobę 6 dni w tygodniu jest kieratem. A znam takich, którzy pracują: szpital, przychodnia, prywatna praktyka, Luxmed – niektórzy przyjmują pacjentów do oporu, co oznacza 1 w nocy, więc ciągle muszą, a jedyne czego nie mogą, to uwolnić się z okowu obowiązku. Muszą być rano na oddziale, bo obchód. Muszą zrobić operację, bo szef naciska. Muszą chociaż na chwilę zejść do przychodni. Muszą pojawić się w gabinecie, przecież pacjenci czekają. Muszą odebrać dzieci z treningu. Muszą zrobić zakupy, bo żona (też zagoniona lekarka) będzie zła. A jeszcze muszą przygotować się na konferencję, bo doktorat. Zamień „pacjentów” na klientów i masz dowolny tzw. wolny zawód. Wolny, bo wolno pracować bez ograniczeń. Nikt o 17 z biura nie wygoni.

I właśnie brakuje im tego „mogę”. Mogę wstać o 10. Mogę nie odebrać telefonu. Mogę pojechać na mecz dziecka. Mogę siąść z nim ZA CHWILĘ i spokojnie porozmawiać. Mogę bez planowania, położyć się z żoną w środku dnia.

FIRE gwarantuje jeszcze inne aspekty wolności. Mogę pojechać na 2 miesięczne wakacje w styczniu. Mogę wyskoczyć do Kazimierza Dolnego akurat w środę, bo ładna pogoda.

Po trzecie – ponieważ prawdziwe życie toczy się poza pracą. Trzeba pewnego doświadczenia, a 45-letni lekarz, architekt, prawnik zwykle je ma, żeby wiedzieć, gdzie jest prawdziwe życie. Dorastanie dzieci, potem wnuków. Odchodzenie poprzednich pokoleń, a dla mnie, już również rówieśników. W tym wszystkim warto uczestniczyć, ale jak to zrobić, skoro 250 godzin jestem przedsiębiorcą? I nagle, jeżeli dobry los pozwoli nam uniknąć zawału, wielu stanie w świadomości – gdzieś mi te lata uciekły. Często ci pracoholicy dochodzą do konkluzji – zmarnowałem je na rzeczy nieważne. Wiek średni to doskonały moment na obrachunek.

A grupa tych, którzy faktycznie „kochają to co robią, więc nie przepracują ani jednego dnia”? Obserwacja pozwala mi na wnioski, że jest ich może 20% w populacji. Większość wolałaby siedzieć w słońcu południa z dziećmi niż spędzać czas w biurze czy na sali operacyjnej. Dlaczego? Ponieważ wolny zawód coraz częściej przypomina korpo, a nawet jest wprost wykonywany w korpo. To już nie Doktor Judym z torbą chodzący po biednych domach, ale pracownik sieci medycznej z pomiarem efektywności, KPI, koniecznością „zrobienia wyniku”. Publiczny szpital ma kontrakt i ciśnie na wydajność. We własnej kancelarii, biurze architektonicznym podobnie – albo pracujesz dużo i szybko, albo niewiele zarobisz. Tzw. stan przepływu odczuwa się może raz w tygodniu. Mówiąc brutalnie, więcej satysfakcji w życie wielu przedstawicieli wolnych zawodów wniosło kupienie sobie psa niż cała ta poważna praca. A dodatkowo pies nie kumuluje stresu. W końcu Jan Lityński nie zginął przy pracy, tylko właśnie ratując ukochane zwierzę.

Po czwarte – by zrobić coś naprawdę ważnego. Jak napisałem w komentarzu, w FIRE nie chodzi o siedzenie w fotelu. Odzyskując czas, można zrobić coś istotnego. Jak to na emeryturze, tylko wcześniej i z większą energią. Przywoływany n-ty raz Joe Dominguez, Mr Money Mustache stworzyli społeczności ludzi oszczędnych i wielu otworzyli oczy. Ktoś inny napisał książkę, zaczął malować, komponować itd. Nie dla zabicia czasu, ale z głębokiej potrzeby. Ja też mam kilka pomysłów i pewnie uda mi się je zrealizować. Jednym zainspirowałem się do człowieka, który zaprzestał pracy po 30-tce i napisał książkę o życiu bez pieniędzy.

Dla innych ważnym będzie osobiste wsparcie dzieci i wnuków, stworzenie warunków sierotom, praca dla własnego kościoła, każdy ma jakiś pomysł.

Po piąte – ponieważ wcale nie trzeba rezygnować z zawodu, jeśli się go lubi. Tutaj wracamy do podstaw filozofii FIRE. Nikt nie broni ci leczenia, ale wreszcie możesz robić to bez tabelki w Excelu. Nikt nie wymaga być zamknął kancelarię, ale może wolisz pomagać samotnym matkom a nie zajmować się fuzjami spółek. A architekt? Pewnie ciekawiej projektować eartshipy, zajmować się nowymi technologiami niż klepać po raz setny betonowe domki łanowe. Dlaczego? Ponieważ wreszcie nie trzeba pracować dla pieniędzy, a jedynym kryterium aktywności pozostaje satysfakcja.

Po szóste – dla dobrze planującego lekarza, prawnika, architekta ten scenariusz bogactwa wcale nie pozostaje nierealny. Ktoś ze średnią krajową nie ma statystycznie szans na tak bogate finansowo życie. 30k/m-c z aktywów wymaga:

a) 9 mln przy klasycznym FIRE (4%),

b) 4.5 mln przy wysokiej stopie zysku z inwestycji (8%).

Powiedzmy sobie szczerze, tutaj faktycznie trzeba lekarskiej pensji, albo np. świadomej rezygnacji z rodziny, jeśli chcemy wypasionej emerytury w okolicach 50-tki. Oszczędzając 15k/m-c zrobimy to w 25 lat aktywności zawodowej. Unikniemy tego, o czym pisał Bartek, czyli „życia za 6k”. Ale o tym jeszcze napiszę.

Czy stać Cię na dłuższe wakacje?

Odpowiedź na tak postawione pytanie da znacznie więcej wskazówek o Twoim życiu, niż tylko dotyczące finansów.

A po co mi dłuższe wakacje? Nie mogę. Firma się zawali beze mnie.

Takich odpowiedzi udzieli pracoholik. Żyje w przekonaniu, że praca stanowi najważniejszy element życia. Wręcz określa człowieka. Nie muszę mówić, w jaki sposób postrzeganie świata jako miejsca, w którym centralne miejsce zajmuje robota, wpływa na człowieka i jego rodzinę. Wystarczy pierwsza lepsza książka psychologiczna.

To kiedy ten urlop?

Tak zareaguje zarówno człowiek, mający zdrowe relacje z życiem zawodowym. Jak i homo ludens – dla którego największą wartością z etatu jest pensja. A tę można przeznaczyć na przyjemności.

Nie mogę. Zwolnią mnie.

Smutna historia. Strach przed zwolnieniem odczuwają osoby, traktujące pracę jako zagrożenie. Zazwyczaj z powodu mobbingu i innych mniej drastycznych elementów środowiska, gdzie pracują. Ale także wysoko lękowe.

Już dawno go zaplanowałem.

Tego spodziewam się po tych, którzy swoje życie uporządkowali w ogromnym stopniu. Oni wiedzą, co zwiedzą każdego dnia, jaki remont zrobią, ile książek przeczytają itp.

Nie stać mnie.

Najprościej jak można – ludzie bez kasy, bez oszczędności, w długach. Ale także z wysokimi oczekiwaniami (urlop kosztuje 20 tys. zł/tydz. bo Malediwy, Hawaje itp.).

Tymczasem rzeczywistość jest inna.

Tak stać mnie na dłuższe wakacje. Taką odpowiedź chcę od Was usłyszeć. Widać tu dwie składowe:

  • czas (mogę sobie pozwolić na niepracowanie). Przy czym „mogę” oznacza zarówno moje przekonanie jak i reakcję pracodawcy,
  • pieniądze. Wiadomo.

Jako, że miałem. zeszłym roku 6-tygodniowy urlop, mogę Wam coś opowiedzieć z praktyki. Otóż kwestia czasu ma kapitalne znaczenie. Pieniądze liczą się w znacznie mniejszym stopniu. Otóż, jak spędziłem ten czas:

  • 2 tygodnie wyjazd do Macedonii,
  • góry (przedłużony weekend),
  • Wrocław – odwiedziny u syna i siostry,
  • kilkanaście dni na wsi,
  • 2 dni uczciwej pracy (takiego czasu po godzinie, dwie nie liczę),
  • 2 koncerty chopinowskie w Warszawie.

Jak widać, było trochę wakacji, zawodu i remontu. Typowe „wakacje polskie”.

Ile mnie to kosztowało?

  • Macedonia niecałe 6000 zł (5 osób),
  • Warszawa – 160 zł,
  • Wrocław – 150 zł,
  • wieś – 200 zł (z paliwem),
  • góry – 1000 zł (paliwo, restauracje, nocleg).

W sumie 7510 zł za 6 tygodni wolnego, w tym 1510 zł za 4 tygodnie. Ale to nie wszystko. Po prostu odpocząłem.

Fenomen wsi. Recepta na trudne czasy.

Trochę tych tekstów o wsi na blogu już widzieliście. Dzisiaj spojrzę na sprawę i praktycznie, i filozoficznie.

Zacznijmy od filozofii. Na czym polega tytułowy fenomen? Na pewnym sprawdzalnym przez pokolenia fakcie – całe rzesze osób wychowanych w mieście, zakochuje się w wiejskości. Niektórzy powiedzą wręcz za Kazimierzem Przerwa-Tetmajerem ” Wolę polskie gówno w polu. Niźli fiołki w Neapolu!” O co konkretnie chodzi?

Po pierwsze – na wsi jest pięknie. Może nie jak w Neapolu, ale wystarczająco. Na pewno znacznie ładniej niż w mieście. I tę urodę możemy oglądać codziennie, mieć ja za darmo. Piszę te słowa, jest wiosna 20 kwietnia, godzina 18.12. Powoli zachodzi słońce. Widzę je doskonale pomiędzy modrzewiami, siedząc na bujanym fotelu przed werandą. Śpiewają ptaki, setki ptaków. Część z nich za miesiąc objedzą się moimi czereśniami, ale w tej chwili staram się o tym nie myśleć.

Po drugie – ta uroda kosztuje niewiele. Ma to ogromne znaczenie. Żeby kupić działkę w górach (taką jaką mam), musiałbym dzisiaj wydać ok. 0,5 mln zł. Kupa forsy, a tylko 900 m2. Na mojej wsi (w regionie turystycznym) te 900 m2, także budowlane, dam radę kupić za 1/5 tej sumy – 100 tys. zł. Dom do remontu na obecnych Kresach potrafi kosztować 200 tys. zł, mniej niż połowę małej działki w górach czy kurorcie. Dla wielu osób ma to znaczenie. Po prostu stać ich na wieś. Zwłaszcza tych, którzy miejscówkę częściowo odziedziczyli.

Po trzecie – jest blisko. Do siebie jadę 40 minut z centrum miasta. 32 km. W góry – 4 godziny i 375 km. W górach bywałem 10-15 razy do roku (i tak sporo), na wieś mogę dojeżdżać 3-4 razy w tygodniu. Koszt – 21 zł kontra 243 zł w tę i z powrotem. Dzięki tej bliskości, wieś pozostaje dostępna prawie dla każdego.

Po czwarte – zwalniamy tempo. Miasto pędzi, każdy gdzieś się spieszy. Na miejscu żyję spokojnie. Na wszystko mam czas. Dzień wydaje się trwać dłużej.

Po piąte – żyjemy taniej. Mój udany eksperyment „życie za 1000 zł” pokazał to dobitnie. W mieście za takie pieniądze opłacimy co najwyżej małe mieszkanie własnościowe. Na wsi starczy na życie, opłaty i wszystko, co niezbędne. Jasne, że na dłuższą metę potrzebujemy więcej, ale już 2000 zł wygląda całkiem realnie, nawet z małym autem. Do tego niepotrzebne nam wakacje w ciepłych krajach, bo relaks mamy codziennie w ciepłej połowie roku. A w zimie – kominek czyli przyjemne z pożytecznym.

Teraz czas na konkrety.

Skoro na wsi żyje się taniej, da się utrzymać 3-4 osobową rodzinę za 5-7 tys. zł. Nieźle. W dużym mieście taką kwotę wydawalibyśmy na ratę kredytu za trzy pokoje w apartamentowcu (6000 zł raty = 1 mln kredytu). Dom kosztuje ułamek tego co w mieście (na wsi, dość drogiej, moje 3000 m2 z domem 160m2 i garażem 60m2 jest warte najwyżej połowę tego co 100 m2 dom w mieście na działce 300m2).

Da się oszczędzać. We własnym domu możemy zdecydować się na palenie drewnem, fotowoltaikę, oczyszczalnię ścieków, studnię, czego w bloku nie dostaniemy, i wygenerowanie oszczędności w stosunku do gazu, prądu z gniazdka sieci wodno-kanalizacyjnej może nawet 1000 zł/m-c na rachunkach. Nie ma czynszu (kolejne 200-300 zł). A te różnice będą się pogłębiać.

Oddzielna historia – jedzenie. W warunkach wiejskich, ograniczamy wydatki dramatycznie, jeśli chcemy żyć samowystarczalnie, jak najbardziej możliwe.

Jedyny większy wydatek – samochód, da się ograniczyć. Wiem to doskonale po lecie, kiedy zacząłem dojeżdżać regularnie. Pierwszy pomysł – praca zdalna, choćby hybrydowo, wtedy dojeżdżamy może 2-3 razy w tygodniu. W przeliczeniu na miesiąc – niech będzie 13 razy. Miesięcznie 850 km. Rocznie 10.000 km. Elektryk przejedzie taki dystans (znowu własna fotowoltaika) za 0 zł. 500 zł ubezpieczenie, 650 zł przegląd, oraz te 1000 zł na naprawy i tak płaciliśmy w mieście, bo to koszty stałe. Może dodać trzeba tylko większe zużycie opon i części ruchomych – niech będzie komplet opon na 4 lata, czyli 600 zł/rok, – 220 zł/m-c. A spalinowy? 280 zł za paliwo na dystansie 850 km, plus właśnie te 50 zł na opony i 110 zł na naprawy/przeglądy – 440 zł. Zrównoważy je rachunek za prąd.

Boomerska narracja o nieruchomościach. Dlaczego młodzież tego nie kupuje?

Jedną z głównych obaw pokolenia Z (czyli urodzonych po 1995), ale i młodszych Y-greków (urodzeni pomiędzy 1982 – a 1994) pozostaje niemożliwość zakupu własnego mieszkania. Problem realny zwłaszcza w większych miastach. Tymczasem boomerzy (czyli dzisiejsi 60-70-80 -latkowie) kwestię tę bagatelizują.

Zacznijmy od przyczyn. Boomerzy, z racji wieku, nie aktualizują często swoich spostrzeżeń. Mówiąc obrazowo „nie nadążają”. Bazują na danych sprzed 15-20 lat. A od tego czasu rzeczywistość uległa zmianie. Ale wróćmy do tych boomerskich przekonań:

  • mieszkania są dostępne za niewielkie pieniądze, trzeba tylko ruszyć głową,
  • my damy 100 tys. drudzy rodzice 100 tys. i macie mieszkanie/dom,
  • dom da się wybudować na tanio kupionej działce,
  • na mieszkanie można w 2 lata zarobić pracą na Zachodzie,
  • wujek Władek ze szwagrem wybudował, to i wy dacie radę.

I widać to doskonale w wypowiedziach polityków z tamtego pokolenia.

Mieszkania są dostępne za niewielkie pieniądze, trzeba tylko ruszyć głową. Przekonanie rodem z PRL-u, prawdziwe jeszcze 30 lat temu. Mój brat, prawie-boomer, dostał w 1988 r. mieszkanie służbowe, wraz z etatem w wiejskiej szkole. Po 2 latach wrócił do miasta, mieszkanie zajął jego następca i wykupił za grosze. Podobnie poseł Jakubiak (wojskowy). Istniała spora pula mieszkań zakładowych, komunalnych etc. i faktycznie wystarczyło wybrać dobrze zawód, zakręcić się. Potem nastąpiła fala wykupu lokali spółdzielczych za grosze (1000-5000 zł). I znowu beneficjentami – boomerzy. Dzisiaj żaden z tych sposobów nie zadziała. Komunałki zostały wykupione, na zakładowych uwłaszczył się ten i ów, spółdzielnie sprzedają w cenach rynkowych.

My damy 100 tys. drudzy rodzice 100 tys. i macie mieszkanie/dom. W 2005 r. czyli przed pierwszym wielkim wzrostem cen, za 200 tys. zł w Warszawie można było kupić 40-50m2. Nawet w 2017 r. (przed drugą podwyżką), 200k starczało na małe dwa pokoje poza Big Five i kurortami. Dzisiaj ceny poszły o 100%.

Budowa domu, podobnie. Od 2000 zł/m2 do obecnych 6000 zł/m2 (plus wykończenie). Dzisiaj za 200k postawimy 35m2 na zgłoszenie, o ile mamy działkę.

Dom da się wybudować na tanio kupionej działce. Podobną ewolucję, jak ceny domów przeszły działki. W 2001 r. budowlane 1200 m2 blisko mojego miasta kosztowało 20 tys. zł. W 2010 r. już 100 tys. zł (a za 40k zł można było kupić rolną i kombinować). Dzisiaj, gdy praktycznie wyłączono zabudowę na działkach niebudowlanych, a miasta rozrosły się, musimy mówić w tym samym miejscu o kwotach bliskich 500 tys. zł. Czyli działka=mieszkanie. Oczywiście w Warszawie ceny pomnóżmy x 2.

Na mieszkanie można w 2 lata zarobić pracą na Zachodzie. Jedna z moich ulubionych boomerskich prawd, głoszona przez ludzi, którzy za granicą byli w Bułgarii w 1985 r. Otóż, jeszcze w czasach, gdy sam miałem 30 lat, ta metoda sprawdzała się. Dzisiaj – już nie. Kiedyś pensje mitycznej UE wynosiły 4-6 razy więcej niż nasze. Dlatego pracując 24 miesiące, zarabiano jak za 100-150 miesięcy. A taka liczba równała się możliwością zakupu 40-60 m2 mieszkania, w zależności od lokalizacji (w 2004 r. średnia pensja 1600 zł netto, m2 mieszkania w dużym mieście ok. 2 tys. zł/m2). Nie więcej, bo z czegoś trzeba było przecież żyć.

Za komuny przelicznik był jeszcze lepszy – 12 miesięcy na saksach = dom.

Dzisiaj sytuacja przedstawia się inaczej. W „biednej części starej UE” zarobki Polaka są wyższe może o 20-30%, w bogatszej 2-krotnie.Połowa idzie na życie. Po 24 miesiącach przywieziemy ok. 100-150 tys. zł. Nie wystarczy nawet na kawalerkę.

Wujek Władek ze szwagrem po godzinach wybudował, to i wy dacie radę. Ponownie świat się zmienił. Jeszcze pod koniec lat 90-tych, gdy istniały duże rodziny, z najbliższych (bracia, bracia cioteczni/stryjeczni, szwagrowie) dało się zebrać całą ekipę w bliskim sąsiedztwie. I w 3-4 lata postawić dom. Wszyscy faceci umieli wykonać przynajmniej proste prace (np. obsłużyć betoniarkę). W konsekwencji płacono tylko za materiały.

Teraźniejszość wygląda inaczej. Dzisiejsi młodzi mają średnio jednego brata/szwagra, a to często w innym województwie. Jedynacy musieliby pracować solo. No i wszystko potrafić, od murowania do dekarstwa. Nierealne (a zostaje jeszcze cena działki). Prawie nikt więc nie nastawia się na samotne budowanie. Znak czasów.

Skoro przestudiowaliśmy boomerską narrację, skupmy się na tytułowym pytaniu. Odpowiedź pozostaje banalnie prosta – ponieważ taka opowieść z czasów młodości boomera, nie jest prawdziwa w obecnych czasach, a więc rad nie da się zastosować. Dodatkowo, młodzi skupili się w większych ośrodkach miejskich.

Z tego też powodu, patrząc na dane demograficzno-ekonomiczne (rozkład cen mieszkań i średnich zarobków) proponuję obrać zupełnie inną drogę. Zamiast ciągnąć do Warszawy, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta czy Poznania, pozostawać żyć na swojej ojczystej ziemi. We wpisach padały przykłady – trzypokojowe mieszkanie w Łukowie kosztuje 300k, w Warszawie ma obrzeżach 600k, a w dobrej dzielnicy 800-900k. W Łukowie wprawdzie zarobimy 2/3 tego co w stolicy, ale nie dostaniemy w pakiecie 2100-4200 zł raty. Albo nie zostaniemy na wynajmie (brak zdolności kredytowej). Na miejscu mamy zwykle mamę/babcię i nie musimy finansować opieki.

Patrząc na kierunek zmian, to jedyne wyjście (bo nie każdy może dostać „kawalerkę za opiekę”, której faktycznie nie było) – miasto powiatowe, zamiast Big Five. Tendencja pozostaje stała – Warszawa i główne ośrodki będą drożeć i rozrastać się (mniejsza dostępność, dłuższe dojazdy) w tempie znacznie szybszym niż pensje. A boomerskie nieaktualne rady puszczajcie mimo uszu.

FIRE od 40-tki. Dlaczego większość nie jest w stanie odkładać 70% dochodów, oraz co z tego wynika.

Po raz kolejny wracam do idei FIRE czyli wcześniejszej emerytury. Spotkałem się z tezą, że FIRE od 40-tki dostępne jest w wielkim mieście, bo wystarczy odkładać 70% dochodów (16 lat odkładania 40 lat życia na takiej emeryturze). Dzisiaj skupię się na trzech powodach, dla których jest to niemożliwe w przeciętnych warunkach ( nie FIRE, tylko 70% oszczędności). Przy czym myśląc FIRE, skupiam się na klasycznym rozumieniu tego pojęcia – całkowity zanik zajęć zarobkowych (wyłączone barista FIRE itp.).

Powód 1. Polacy za mało zarabiają. Oczywiste. Dzisiaj przeciętne pobory to 9.5k i blisko 13k brutto w stolicy. Gdy odejmiemy podatki i składki – 6.5k i 9k netto.

Singiel, wydając 30% musiałby żyć za 2200/3000 zł. Bez szans.

W przypadku pary (zwykle z dzieckiem) 30% od podwójnej średniej wynosi 4400/6000 zł. No i powiedzmy sobie szczerze, w przypadku DINKS – możliwe, chociaż bez sensu. W przypadku pary z dzieckiem – raczej nierealne (same opłaty za własne mieszkanie 1.5-2k). Gdyby doszedł kredyt z ratą nawet 1400 zł, sam dach nad głową pochłonie 2.9-3.4k z … 4.4 k poza największymi miastami. A gdzie reszta?

W efekcie takie zarobki dają szansę przeżycia za 30% wyłącznie przy prowadzeniu mocno autarkicznej gospodarki i znacznie wyższych zyskach.

Powód 2. Wydatki, których nie wzięto pod uwagę. Założenie życia za 5k (i 800+) mówi o sytuacji idealnej tzn. wszyscy zdrowi, dziecko mądre, ale nie zbytnio uzdolnione, brak pomocy członkom rodziny. Niestety, nie zawsze tak jest. Leczenie w Polsce kosztuje, wspomaganie wybitnego lub niezdolnego dziecko także.

Linia życia co raz funduje nam niespodzianki, często dość powszechne. Nauka studenta w innym mieście 3k. Aparat ortodontyczny 12-17k. Głupia naprawa auta 3k. A nie wspomnę o rozwodach, podziałach majątku, albo kryzysach wieku średniego. Ktoś traci pracę i nie może jej znaleźć. Przy normalnym oszczędzaniu, mamy jeszcze bufor bezpieczeństwa, przy życiu za 30% dochodu – już nie.

Jeżeli zaś dodamy te wydatki nadzwyczajne, koszt życia w mieście z pewnością przekroczy 5k na trzy osoby.

Powód 3. Natura ludzka. Prosta sprawa. Do odroczenia gratyfikacji zdolny jest pewien procent populacji. Do życia jak mnich przez 16 lat, żeby potem żyć jak …. bezrobotny mnich, jeszcze mniejszy procent. Przecież jesteśmy tylko ludźmi, lubimy czasem zaszaleć, a a nie wydawać 3k, gdy zarabiamy 10k . Umiar wskazany we wszystkim.

Na koniec – mam dobrą wiadomość. Jeżeli odłożysz i dobrze zainwestujesz 30% (3k), może nie rzucisz pracy, ale przy przeciętnych poborach, nadal żyjesz przyzwoicie (za 7k) lecz bez skąpienia na wszystkim. Dysponujesz sporymi oszczędnościami już w okolicach 50-tki. Gdy masz w mniejszym mieście średnią+20%, dasz radę zostać milionerem (4k na 8% netto przez 20 lat da 2.3 mln, a przez 25 lat nawet 3.8 mln). I tak wygląda właściwa droga, którą promuję na tym blogu.

Miasto kontra wieś. Zaskakujący wniosek z dwóch dni.

Wszyscy, którzy piszą o negatywach zamieszkania na wsi, wymieniają jeden główny powód: czas dojazdu. Po wyprowadzce miałby się drastycznie wydłużyć. Czy prawda musi wyglądać właśnie tak?

Niekoniecznie, o czym świadczy moje ostatnie doświadczenie. W piątek jechałem na wieś. Godzina wyjazdu z centrum miasta 15.32. Do przejechania 33 km, z czego 10 km dwupasmówkami (w tym 5 km taką „miejską” z ograniczeniem prędkości 60-90 km/h). Czas – 35 minut.

We wtorek, o podobnej porze (wyjazd 15.35) miałem przemieścić się z domu do firmowego biura. Czyli z osiedla blisko centrum, prawie do obwodnicy miasta. Odcinek do przejechania 3 km. Czas? 32 minuty. Nie żartuję, pierwsze 1.5 km jechałem 20 minut. Nie było wypadku, po prostu korek, w sobotę nawigacja pokazała 7 minut. Nie musiałem przebijać się przez centrum, praktycznie 80% jechałem dwupasmówką. No, ale zator na jednej z arterii, wywołał problem ze skrętem w prawo na drugiej i odcinek 800m pokonywałem w 15 minut. Dla precyzji, zwykle w tygodniu (eliminuje weekendy) kwadrans wystarczy na przejechanie tych 3 km.

Zatem, nie – wyprowadzka na wieś nie musi drastycznie wydłużyć czasu przejazdu. Liczy się płynność ruchu na danym odcinku. Odległość też ma znaczenie, ale typowe 15 minut kontra 35 minut (gdybym mieszkał przy węźle obwodnicy byłoby 15 minut kontra 25 minut na odcinkach 3 i 23 km) nie robi tragedii.

Dlaczego więc większość byłych mieszkańców przedmieść (10 km od centrum) zgrzyta zębami? Powodów widzę kilka:

Porównują inny czas. Wielu ludzi wywiezionych jako nastolatkowie, porównuje dzisiejsze korki na wylotówce z płynnością ruchu sprzed 10 lat. Te czasy przejazdu nadal się wydłużają i tam, gdzie niedawno przejeżdżałem płynnie, teraz stoję.

Zestawiają dojazd komunikacją publiczną, a nie autem. Działa optyka nastolatka. Tutaj 3 przystanki tramwajem (10 minut) i był w galerii, a na wsi 3 km z buta do autobusu, potem 45 minut jazdy. Dorośli ludzie zwykle mają auta, albo… do miasta jeżdżą rzadko (emerytura, własna firma, praca zdalna).

Zakładają codzienne dojazdy. Znowu – optyka ucznia/studenta, który jedzie na poranne zajęcia, a nie np. pracownika zdalnego lub freelancera.

Zakładają BIG FIVE. Widzę ich czasem, jadąc z Poznania czy Wrocławia południową obwodnicą Warszawy. 1 godzina stania między dwoma węzłami, bo wypadek. Ktoś nie dostosował prędkości do warunków jazdy i wszyscy stoją (albo nie mogą wjechać na węzeł). W takich warunkach dojazd np. z Piaseczna na Pragę może zająć i 2 h. W mniejszych miastach (chociaż nadal sporych), wygląda to inaczej, bo nawet na obwodnicy natężenie ruchu mniejsze. Korkują się: centrum, wąskie wylotówki i newralgiczne drogi dojazdowe do osiedli. Mieszkam niedaleko jednej z nich, stąd z pracy wracam często autem w tempie piechura (20-30 minut). Wtedy wolę wybrać własne nogi (i idę skrótem 1.7 km, a jadę 3 km). Ale w te same 30 minut, jeżeli docisnę, przejadę 40 km (droga na wieś, gdy jadę s-ką, a nie zjeżdżam na węźle obwodnicy miasta), bo korka nie ma.

Wreszcie najważniejsze, ignorują topografię miasta. Dlaczego w 35 minut dojechałem z centrum na wieś? Bo po 200 m wąskiej drogi wyskoczyłem na płynną wylotówkę (obwodnica śródmieścia), a potem ominąłem wąskie gardło przedmieść obwodnicą miasta. Na koniec została mi typowa wiejska droga wojewódzka, jednopasmowa, lecz płynna. Gdybym miał jechać np. w kierunku domu mojego brata (dalej miasto, ale jedyny odcinek, gdzie nie domknięto koła obwodnicy), przez 6 km prowadziłyby mnie wąskie, zakorkowane drogi (z 1 km dwupasmówki). Stąd 35 minut nie byłoby rzadkością. 6 km czasem równa się 33 km. Ważne skąd i dokąd jedziesz. Opisywałem wielokrotnie Białołękę – w godzinach szczytu 1 godzina do Mordoru, a komunikacją publiczną, bywa dalej. Tymczasem z Otwocka da się dojechać  szybciej.

Dlatego wieś nierówna wsi, a miasto, miastu. Trzeba samemu sprawdzić, popatrzeć, jaką się ma rodzinę i dopiero wybierać.

Młodzi nie chą mieć dzieci? Statystyka kontra propaganda.

Zacznijmy od podstaw. Kogo uważam za młodego? Człowieka pomiędzy 25 a 35 lat. Wystarczająco dorosłego, żeby podejmować decyzję i już w teorii samodzielnego, ze skończoną edukacją. Jednocześnie ludzie w kolejnej kategorii wiekowej 35-45 lat także są zdolni biologicznie do posiadania dzieci.

Jeżeli spojrzymy w ten sposób możemy dokonać porównania – czy więcej dzieci rodzi się w przedziale 25-35 czy 35-45? Nie ma takich danych. Wiemy, że pierwsze dziecko rodzą kobiety średnio 28-29 letnie. Często jest to ostatnie. Widziałem dane z 2022 r. Kobiety po 35 r.ż urodziły niespełna 20% dzieci. Po 40-tce tylko 2% porodów. Jednocześnie rodzi coraz mniej kobiet niesamodzielnych (nastolatek i przed 25 r.ż). Przyczyn jest kilka, natomiast trudno uznać, że dzieci rodzą dzieci, albo ciężar dbania o demografię przeniósł się na wiek średni. Statystyka przeciwko propagandzie.

Jednocześnie coraz więcej młodych par dzieci mieć nie może. Odsetek sięga 20%. Jeśli skorelujemy go ze zmniejszającą się liczbą kolejnych roczników (tzn. 40-45-latkowie to wyż demograficzny, a 25-latkowie – niż) oraz różnicami liczby kobiet i mężczyzn w wieku rozrodczym w różnych miejscach (drastyczna przewaga kobiet w wielkich miastach i mężczyzn na wsiach) dojdziemy do wniosku, że zapaść demograficzną zafundowali nam nie młodzi, a starzy. Nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. To oni stworzyli świat drogich mieszkań, niepewnej pracy, wyzysku, zapierdolu. Prof. Matczak podał receptę – praca po 12 godzin, żeby się dorobić. Nie zgadzam się z nią i nie winię młodych za lenistwo. Koszt posiadania i wychowania dziecka stał się ogromny. Zarówno finansowy, jak i czasowy. Jak poświęcić popołudnia dziecku, kiedy siedzi się w pracy? Jak spełnić wszystkie oczekiwania społeczne? Jak poradzić sobie z sytuacją, gdy dziadkowie nie włączają się do pomocy.