Czy stać Cię na spełnianie marzeń? Jeśli tak, jesteś prawdziwie bogaty.

Dzisiaj jeden z serii wpisów filozoficznych, ale i matematyki nie zabraknie. Otóż, literatura finansów osobistych posługuje się następującymi pojęciami:

  • potrzeby (realne, często wręcz fizjologiczne oczekiwania, których odsuwanie na bok zwiastuje kłopoty),
  • zachcianki (nasze oczekiwania wobec życia, (chwilowe) przyjemności, ale możemy bez nich żyć),
  • marzenia (nierzadko duże wydatki, ale pozostające w zgodzie z naszymi długoterminowymi celami, albo powiązane z potrzebami wyższego rzędu).

I tak potrzebami są: pełny żołądek (czyli jedzenie), ciepły dach nad głową („mieszkanie prawem, nie towarem”), zdrowie, możliwość ubrania się, przemieszczania, nauki. Przekładając na kategorie wydatków: życie, opłaty, leki i lekarze, ubranie, transport i edukacja. W wielu budżetach, zajmują tak wiele miejsca, że nie ma go już na marzenia. Winę ponosi wtedy najczęściej niski dochód lub miejsce zamieszkania (np. czynsz w dużym mieście, rata kredytu).

Zachcianki z kolei, rujnują budżet nawet nieźle zarabiającym. Często trudno je odróżnić od potrzeb, bo gdybym miał je zdefiniować najkrócej, napisałbym – pozorne potrzeby. I tak o ile zaspokojenie głodu jest potrzebą, to wizyta w restauracji albo kawiarni – zachcianką. Trzeba się ubrać, ale niekoniecznie kupując buty za 2000 zł. Samochód, zwłaszcza na wsi okazuje się niezbędny rodzinie, ale SUV marki premium doskonale nadaje się na zachciankę. W zasadzie w każdej pozycji widzę ten problem.

Tak dochodzimy do marzeń. Nie dajmy sobie wmówić, że zachcianka jest marzeniem. Wiadomo – marketing właśnie takie schematy nam podsuwa. Dlatego mówimy „marzę o tej bluzce”, podczas gdy mamy do czynienia ze zwykłą zachcianką. Marzenia to nie konsumpcja, lecz zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu (uznania, rozwoju, bezpieczeństwa). Czasami graniczna linia pozostaje dość cienka i łatwo ją przekroczyć. Kryterium oceny: czy zakup przyniesie nam spełnienie czy dalszą eskalacje oczekiwań. Opisywałem kiedyś na blogu swoje marzenia: fortepian, Porsche. Dzisiaj, przynajmniej auto konkretnej marki nazwałbym, bardziej neutralnie – celem. Ponieważ z jednej strony, spełnienie nie spowodowało lawiny dalszych oczekiwań (kupując prawie pełnoletniego Porsche Boxstera, nie zapragnąłem nowej 911-tki) i przyniosło sporą satysfakcję na lata, z drugiej – konkretne auto, no cóż zwykle możemy bez niego żyć, i nie zaspokaja żadnych istotnych potrzeb. Zupełnie inaczej oceniam zakup fortepianu. Przyniósł tyle głębokiej (a nie chwilowej) satysfakcji, że bez wątpliwości nazywam go marzeniem.

I dochodzimy do sedna. Zadaj sobie pytanie – Czego pragnę doświadczyć? Co pragnę mieć? Kiedy już uzyskasz odpowiedź, wierzę mocno, inną niż „szpilek od Louboutina” czy „pięćdziesięciometrowego jachtu”, musisz przejść do kolejnego – Czy mnie na to stać? Jeśli tak (choćby po długim oszczędzaniu) – jesteś farciarzem, podobnie jak ja (wiele marzeń spełniłem). A zatem popatrzmy na potencjalne, typowe marzenia i przekonajmy się, ile kosztuje ich spełnienie.

Zobaczyć papieża, odwiedzić Rzym. Pożyczyłem je od mojej przyjaciółki. Powód – wyższe potrzeby (przeżycie duchowe) czyli typowe marzenie. Koszt – od kilku do dziesięciu tysięcy złotych. Da się uzbierać w ciągu 2-3 lat np. biorąc 2 nadgodziny/tygodniu. Jeśli marzysz podobnie, prawdopodobnie stać Cię.

Pobiec w maratonie nowojorskim. Tutaj już koszty muszą być wyższe. Lot przez Atlantyk, nocleg, jedzenie, kilka dni na zaklimatyzowanie się. Ale jeśli ktoś zaciśnie zęby 10k wystarczy. I liczymy: 10.000 zł/40 miesięcy = 250 zł. Prawdopodobnie znowu, parę nadgodzin, jakaś fucha, rezygnacja z zachcianki i damy radę.

Kupić dom wakacyjny na wsi. W takim przypadku, powiedzmy sobie szczerze, łatwo przekroczyć granicę zachcianki. Albowiem „dom na wsi” może oznaczać zarówno chatkę, w której spędzaliśmy wakacje za szczeniaka, wykupioną od pozostałych spadkobierców, jak i 500 m2 rezydencję z własną linią brzegową jeziora. Załóżmy, że to pierwsze. Nieruchomości siedliskowe (dom z działką pow. 1000 m2) stanowią istotny fragment rynku nieruchomości. Ceny zależą od lokalizacji i stanu technicznego (jak zwykle) i różnią się drastycznie. I tak. widziałem „drewniaki” w okolicach wschodniej granicy „pośrodku niczego” ze złym dojazdem, daleko od głównych dróg – za 100 tys. zł, ale i odnowione miejscówki np. na Podhalu za 10 razy więcej (pomimo, że nadal na wsi). Stąd zalecam rozsądek. Granica rozsądku leży na linii 300 tys. zł plus koszty stopniowego remontu. I teraz, zebrać 300 tys. zł, dla przeciętnej rodziny, prowadzi do konkluzji „niedasię”. Osobiście i trochę przewrotnie zapytam „Jak to zrobić?”. Otóż, podzielić tę sumę na kawałki. Może zebrać 50 tys. zł (800 zł/m-c przez 5 lat), a resztę pożyczyć? Może coś innego sprzedać i nie czekać tych 5-ciu lat? Przestrzegam przed dwoma krokami: pochopną decyzją (spełnienie marzenia musi wymagać wysiłku, żeby przyniosło satysfakcję) oraz likwidowaniem wszystkich oszczędności (zwłaszcza funduszu awaryjnego). Część poświęci własny nałóg (np. odkładając na wkład własny pieniądze zaoszczędzone na rzuceniu palenia), inni wezmą dodatkową pracę, wreszcie zrezygnują z innego marzenia („nie można mieć wszystkiego”). Zwłaszcza taka selekcja pozostaje ważna.

Przejść na emeryturę 10 lat wcześniej. Popatrz na to zdanie, i pomyśl, czy na pewno o tym marzysz. Chcesz być 50-letnią emerytką? 55-letnim emerytem? Co zrobisz w tym czasie? Za co będziesz żyć? Odróżnij złego szefa od porzucenia pracy jako takiej. Ale jeśli chcesz, pokażę Ci, jak to zrobić. Otóż, 10 lat wymaga dochodu na poziomie wydatków. Nie mniej. Jeżeli planujesz żyć za 5k/m-c, potrzebujesz 60k/rok. Zgodnie z równaniem wolności finansowej – 60k x 25 = 1.500.000 zł. Dobrze czytasz, półtora miliona. A da się mniej? No pewnie. Przecież nie potrzebujesz niewyczerpanego źródła lecz tylko kasy, która może skończyć się po 10 latach. 60 x 10 =600 k. Już lepiej, ale nadal sporo (dwa razy więcej niż siedlisko). Możesz tę kwotę jakoś zmniejszyć, powiedzmy do 300 k, ale nadal będziesz musiała/musiał przynajmniej trochę pracować (dorywczo, na pół etatu). Nie ma w tym nic złego, wielu emerytów dorabia. I tu dochodzimy do sedna. W wielu marzeniach o wcześniejszej emeryturze, nie chodzi nawet o rzucenie pracy, ale o znalezienie normalnego, ludzkiego balansu. Zawód powinien stać się nieobciążającym zbytnio doświadczeniem. Mieć ciasto i zjeść ciastko. Budzić się rano bez wysiłku (co dla wielu oznacza 8-10) pracować 3-4 godziny, żeby mieć wolne całe popołudnie. Czasem chcemy pracy cyklicznej (3 miesiące pracy, 3 miesiące przerwy). W takiej opcji może się okazać, że wcale nie marzyliśmy o emeryturze, albo wystarczy nam mini-emerytura oraz 150k oszczędności. Te są realne (patrz punkt o siedlisku).

Sztuka spełniania marzeń to ważna rzecz, warto się jej nauczyć, żeby pod koniec życia nie żałować, tego czego nie zrobiłem.

Trzy dobre rady na czas emerytury, których czterdziestolatkowie nie usłyszeli od swoich rodziców.

Marek swoim komentarzem do listopadowego wpisu, poruszył strunę, na której chciałbym zagrać. Otóż, zastanawiając się nad ciągiem do budowania coraz większych domów (problem nie tylko w Polsce) dla coraz mniejszych rodzin, przez chwilę popatrzyłem szerzej. Istnieje kilka spraw, które warto poprowadzić w swoim życiu inaczej, niż poprzednie pokolenia. Choćby ze względów finansowych.

Około 60-tki granicz przestrzeń mieszkalną i żyj na parterze.

Miłość do powierzchni – reakcja na ograniczenia PRL-u i niedostatek II RP. Budowano 2-3 piętrowe, 300-metrowe domy „bo dzieci zamieszkają z nami”. Nie zamieszkały. Nawet 4-pokoje, dla pary emerytów, to już za dużo. Do zapełnienia codziennym gwarem, i do utrzymania. Dla samotnego staruszka, wystarczą dwa pokoje. W sam raz. Niestety mój aktualny 5-pokojowy dom, na dwóch poziomach (plus trzeci piwniczny) już teraz okazuje się za duży dla rodziny 2+1. Nasza sypialnia stała się gabinetem (zbędnym). Sypialnia syna – pokojem gościnnym (spokojnie damy sobie radę bez takich ekstrawagancji). Dla trójki wystarcza salon (awaryjne miejsce noclegu) i 2 sypialnie. A znam ludzi, którzy w wieku 75 lat zostali z salonem, 8 sypialniami, 3 łazienkami, 2 kuchniami, jadalnią, a wszystko na 4 poziomach. Wreszcie ze świadomością, że jedynak mieszka za granicą i nigdy tu nie wróci. Stąd ograniczenie przestrzeni ma dwa wymiary. Ilościowy oraz kosztowy. W przypadku średniozamożnych emerytów, ten drugi okaże się nawet ważniejszy. Utrzymanie 250m2 domu, nie tylko okazuje się bez sensu (gdy korzystamy z 50m2), ale i pożera większość dochodu, zwłaszcza gdy kobieta w końcu zostanie sama (a żyjemy statystycznie 5 lat krócej od żon). Skoro moje rachunki za gaz to dzisiaj 8 tys. zł/rok/100m2, spróbuj pomnożyć je x 2-3, dodając: kogoś do sprzątania (już widzę 80-latkę myjącą 20 okien i 300m2 podłóg), Nie do wykonania. Stale w uszach mam słowa pani, od której kupiliśmy dom „Ja tutaj następnej zimy nie przeżyje”. Dlaczego? Samotna wdowa, po wyprowadzce dzieci miała tylko jedną emeryturę i 17 st. C w łazience, a pomimo tego rachunek w zimie na 2000 zł (dwa miesiące za gaz, 12 lat temu!!!). Dom nie był ocieplony.

Kolejny aspekt – kondygnacje. Dzisiaj do tzw. mainstreamu przedarło się pojęcie „więźniowe IV-go piętra” inaczej – ludzie starsi, przez różne dysfunkcje własnego ciała (niesprawności lub. wręcz niepełnosprawności), zamknięci w mieszkaniach. Jeszcze 10 lat temu nikt o tym nie mówił. A teraz problem nabrzmiał. Moje rodzinne mieszkanie znajdowało się na IV-tym pietrze bez windy i miałem okazję obserwować sąsiadów. Jeden – z V-go piętra nie wychodził latami, sąsiadka poszła wprost do DPS-u (deformacje stawów), reszta też cierpiała (wyprowadzka do dzieci).

Porządek z za dużym domem, mieszkaniem trudnym do opuszczenia (i powrotu), należy zrobić ok. 60-tki, gdy mamy jeszcze siły, energię i pomysł na zmiany. Nie przeciągać do 70-tki, bo wtedy stajemy się mniej elastyczni.

I tego poprzednie pokolenie nigdy nie powie, ponieważ samo trzymało się swoich miejsc. A rozsądek mówi – mała powierzchnia i parter.

Stali czytelnicy bloga mogą zarzucić mi pewną niekonsekwencję. W końcu zamierzam wyprowadzić się do dużego domu na wieś. No cóż, tutaj właśnie staram się dopasować go do starości. A zrobię to w sposób następujący – dzieląc dom na strefy odizolowane termicznie – letnią i zimową. Letnia zakłada miejsce dla wnuków i leżeć będzie na piętrze. Zimowa to salon, sypialnia, kuchnia, łazienka – 70m2 na paterze. Na stare lata górę odwiedzał będę sporadycznie. Można i tak.

Zaplanuj zakończenie pracy odpowiednio wcześnie i ustal, co będziesz robił. Wiecie z czym dzisiejsi 60-latkowie mają największy problem? Z całkowitym przejściem na emeryturę. Moje pokolenie, tzw. generacja zapierdolu, będzie wyglądało jeszcze gorzej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie: błędne priorytety w głowie i pieniądze. Wzajemnie się wzmacniają. Widzę pracujące 40-godzin w tygodniu, bez urlopu, zwolnienia 67-latki.

Mój szef został dosłownie wyrzucony na emeryturę po 70-tce. Nie mówię tu nawet o zawodach społecznie użytecznych (lekarz, pielęgniarka), bez których zawali się system lecz zwykłym biurze. Co tu się dzieje? Otóż nastąpiło przewartościowanie wielopokoleniowych doświadczeń. Kiedyś, zwłaszcza kobiety, odchodziły z pracy, aby zająć się wnukami, mężczyźni – by pełnić rolę seniora rodu. A teraz? No cóż, emerytom (i mówię to na podstawie rozmów z szefem), wydaje się że nadal trwa ich wiek średni. Wyrywają czas na wyjazd z wnukiem, a nie zajmują się nim na 100%. Ponieważ w mojej rodzinie (babcia, rodzice, teściowie), wyglądało to inaczej, patrzę na świat oczami sprzed dwóch pokoleń. I powiem Wam, to działało. Po 60-tce (najpóźniej!!!) zamknę biurko i stanę się dziadkiem. Takim prawdziwym dziadkiem z wierszyków recytowanych w przedszkolu. Nie dziadkiem-wariatem, lecz dziadkiem-przewodnikiem. Bo tak wygląda koło życia. Lepiej zrobić to wtedy, gdy jeszcze mamy siły pokazywać wnukom świat, i gdy są one wystarczająco małe, by chcieć nas słuchać. Nie każdy ma wnuki, nie każdy na miejscu, stąd pomysłów na starość może być wiele, ale to się nie zdarzy samo.

Taki styl życia wymaga odpowiedniego planowania. Zarówno w aspekcie czasowym (rzucenie pracy), jak i finansowym (by radzić sobie bez niej).

Zmień styl inwestowania. W końcu piszę bloga o zamożności, więc nie mogło zabraknąć opowieści o kasie. I tutaj także trzeba całkiem przebudować swoje portfolio. Zwiększamy udział obligacji SP i lokat – czyli papierów bezpiecznych. Dodajemy może złota. Redukujemy nieruchomości – rozdając, sprzedając, zamieniając na coś innego. Nie otwieramy nowych projektów. Takie podstawy. Starość nie lubi nagłych spadków, nerwów, stresów. Czyni nas mniej elastycznymi. Nawet wariaci wolą więcej spokoju. Stąd potrzeba całkowitej zmiany stylu.

Nowe pomysły na opodatkowanie nieruchomości. Nad czym pracuje Instytut Miast i Regionów.

W tym wywiadzie https://wyborcza.biz/biznes/7,147758,32394999,przestanmy-budowac-jakiekolwiek-kawalerki-miedzy-mikrokawalerka.html?_gl=1*zugidk*_gcl_au*MTc3ODQxMTYxNC4xNzYzOTg1Nzgx*_ga*Njg3NjM3NzM5LjE3NjM5ODU3ODI.*_ga_6R71ZMJ3KN*czE3NjM5ODU3ODEkbzEkZzAkdDE3NjM5ODU3ODEkajYwJGwwJGgw#s=S.editors_pick_hp-K.P-B.1-L.1.zw pracująca w Instytucie Miast i Regionów Hanna Milewska-Wilk, opowiada o pomysłach na zapobieganie kryzysowi mieszkaniowemu. Głównie przez nowe podatki. A oto szczegóły.

Podatek od wzrostu wartości mieszkania. Bardzo niebezpieczny, słabo uzasadniony i głupi pomysł, likwidacja ulgi podatkowej. Generalnie dzisiaj jest tak, gdy sprzedajesz po upływie 5 lat (od końca roku podatkowego) – nie płacisz podatku od dochodu ze zbycia nieruchomości. Doskonale. Co się stanie, gdy tę ulgę zlikwidujemy?

Otóż każdy, ale to każdy nabywca nieruchomości (czy to kupionej, czy darowanej), ma prawo dokonać sprzedaży. Obecnie wystarczy trzymać nieruchomość przez niecałe 6 lat. W wyniku propozycji, nabywca zapłaci podatek od zysku. Ile? 19%.

Popatrzmy na przykład: W 2017 r. dostałeś (darowizna) mieszkanie w Warszawie. Koszt nabycia to notariusz i podatek – w sumie 15k. Zysk: 900k – 15k=885k. 885k x 0,19= 168.150 zł.

W przypadku wzrostu wartości o 500k – 92.150 zł. (bo koszty nabycia).

Przecież to jakieś szaleństwo. Dodatkowo obniża mobilność. Skoro sprzedając spadek po babci np. mieszkanie w Koszalinie masz zapłacić 80k podatku, mniej zostanie Ci na zakup większego w Szczecinie. Nie kupisz go zatem. Państwo nie zarobi na podatku od transakcji, od Twojej większej pensji w dużym mieście. Ktoś o tym myślał?

Podatek od pustostanów. Podatek od nieruchomości w których nikt nie jest zameldowany. Pomijając łatwość ominięcia (zameldowanie dorosłego dziecka), niejasne kryteria (czy dom wakacyjny jest pustostanem?), ponownie ogranicza korzystanie z własności. Mój dom letni oficjalnie jest pustostanem.

Zakaz budowy kawalerek. Serio. Argumenty zespołu? Bo senior nie zmieści się w niej z opiekunką. A kawalerowie lat 30? Panny? Bezdzietne pary? Mają iść pod most, żeby nie zniszczyć marzenia urzędnika o mieszkaniu dwupokojowym.

Kto jest dobrym duchem rynku mieszkaniowego? Deweloperzy i fliperzy. Nie żartuję. Deweloperzy „zarabiają tylko 30%”, a mieszkania po fliperach „są w lepszym stanie technicznym”. W przeciwieństwie do kogoś, kto kupił, mieszkał i sprzedał po 10 latach z zyskiem. Przecież to jakieś kryptoreklamowe brednie.

Najlepsze zostawiłem sobie na koniec – „Powinno być tak, że gmina mogłaby zyskać prawo do przejęcia nieruchomości, jeśli po 10 latach nikt nie złoży sprawy spadkowej”. Przecież to czysty Dekret Bieruta, chociaż nawet on nie szedł tak daleko! Gdzie jest nakaz załatwiania spraw spadkowych przez 10 lat? Przecież wiadomo, część ludzi nawet nie wie, że ich daleka ciotka zmarła w USA, albo co wchodzi w skład spadku. Inni nie chcą tego załatwić, czekając na przedawnienie długów spadkowych. Zresztą niezałatwienie spadku wcale nie znaczy, że nikt z nieruchomości nie korzysta. Może ktoś ją wynajmuje (umowa najmu nadal trwa), może korzysta bezumownie (i zasiedzi).

Cały wywiad (poza propozycją zachęcania do oszczędności) to jest jakiś bolszewicki kosmos plus liberalna pieśń o wspaniałych deweloperach i fliperach, a nie państwo prawa. Całość propozycji referuje pracownik państwowego instytutu. Przerażające.

Dlaczego walka o ograniczenie umów śmieciowych jest taka ważna? Czego nie zrozumiał premier Tusk (i większość polityków innych partii).

Zacznijmy od razu z wysokiego C, od sedna problemu. Czy wiecie jaka jest geneza wprowadzenia praw pracowniczych? Walka przeciw XIX w. kapitaliście, który uprawiał totalny wyzysk (płacił 1/10 tego, co sam zarabiał). Nie rozmowy, nie negocjacje, ale brutalna walka, ze strzałami na ulicach, z lockoutami, żeby zlikwidować:

  1. pracę dzieci,
  2. 70-godzinny i 6 dniowy tydzień pracy.

A jednocześnie wprowadzić ubezpieczenia od choroby, wypadku, namiastki emerytury minimalnej itd. W Polsce udało się zaraz po odzyskaniu niepodległości.

Wprowadzono umowy o pracę, mamy 40-godzinny tydzień pracy. Niektórym wystarcza, ale nie wszystkim. Każdy pracodawca (o czym przekonają nas trzy przykłady, które podam), także publiczny dąży do faktycznego niewykonywania części przepisów i ograniczenia ich stosowania. Kiedy? Prawie zawsze. Dlaczego? Ponieważ mu się to opłaca. Zarabia więcej, zyskuje narzędzie kontroli. Stąd pomysł, aby Państwowa Inspekcja Pracy miała możliwość zamiany umów zleceń w umowy o pracę. Szybko, ze skutkiem natychmiastowym. A czym się różni umowa o pracę od zlecenia i kontraktu b2b z jednoosobową firmą? O tym mówi przykład 1.

Przykład 1. Znam go z jednej z grup fejsbukowych. Pracownica ma 4 umowy zlecenia: w Januszexie, w 2 średnich firmach i jednej publicznej. W sumie nie są to wielkie pieniądze – 5k netto. Odprowadza sobie ubezpieczenie chorobowe, więc zasadniczo się nie lęka. Ale nagle dowiaduje się, że: zaszła w ciąże, a kilka dni potem, że ma zaawansowane stadium raka tarczycy. Co się dzieje w przypadku umowy o pracę? Przedłuża się do dnia porodu, do tego dochodzi macierzyńskie. Kobieta ma więc 9+12 miesięcy dochodu, który pozwoli jej stanąć na nogi (o ile przeżyje). A zlecenie? No cóż. Pracodawca publiczny, jako główny dostarczyciel dochodu poszedł na pierwszy ogień. Co powiedział? Jak tylko dostaniemy długie L4 (bez znaczenia ciążowe czy nowotworowe) rozwiążemy umowę zlecenie. Taki pracownik nas nie interesuje. To by było tyle na temat „rynek sam ureguluje”, „przecież budżetówka zachowa się po ludzku” itd. Więc nawet nie budżetówka.

Przykład 2. Tym razem znam go z gazet. Uniwersytet (państwowy). Poprzedni rektor zrobił 50 mln długu, który trzeba ograniczyć. Zaczynają się cięcia. Czy zwalnia się „profesorów od niczego”? Nie. Ich chroni ustawa (nawet korzystniej niż kodeks pracy). A więc co? Likwidujemy stołówkę, w której pracują kucharki, 2 lata wcześniej wypchnięte zastraszaniem na umowy zlecenia do firmy zewnętrznej. Robiły dokładnie to samo na umowie o pracę dwa lata wcześniej.

Przykład 3. Tym razem dotyczy korpo. Pracownica była na dwutygodniowym zwolnieniu lekarskim. W międzyczasie święta, Nowy Rok. W dniu powrotu do pracy kończy się jej trzyletnie badanie lekarskie. Nie ona ma go pilnować, zresztą na L4 nie posiada dostępu do systemu. Dzwoni więc tego pierwszego dnia do firmy posiadającej umowę z pracodawcą – termin „za 2 tygodnie”. Dlaczego? Ponieważ mają obłożenie, a pracodawca podpisał taką umowę, że nie ma gwarancji przyjęcia szybciej (równie dobrze mogliby powiedzieć „za 3 miesiące”). No i przez 5 dni przychodzi do pracy, podpisuje się na liście. W połowie pierwszego przychodzi do niej behapowiec (który zdarzył się zorientować – rychło w czas) i każe natychmiast …. iść na wsteczne zwolnienie (można 3 dni wstecz). Nowe dane nanosi się na listy obecności (papierowe), przerabiając je. Korzyść dla pracodawcy? Oczywista. Unika odpowiedzialności i nie płaci za czas pozostawania bez pracy z własnej winy.

Po tych trzech przykładach – konkluzja. W działaniu na linii pracownik-pracodawca liczy się jeszcze podmiot trzeci – państwo. Jeżeli działa, jak obecnie sądy pracy (pierwsza rozprawa po 8 miesiącach, 4 miesiące totalnej bezczynności), ochrona pracownika staje się pozorna. W przypadku kontraktu cywilnoprawnego na prawomocny wyrok czekamy 4 lata. Pracodawca zyskuje przewagę. Jeśli PIP może nałożyć parę stówek mandatu, naruszenia trwają. Ale gdyby, w tak poważnej sprawie jak rodzaj umowy o pracę (dla pracownicy z pierwszego przykładu „być albo nie być”, da się wydać decyzję prawomocną po pół roku, w dodatku ze skutkiem od zawarcia umowy, no wtedy pracodawca zacznie kalkulować czy warto ryzykować. I o tym premier (oraz wielu innych polityków) zapomniało. Pamiętała tylko sejmowa lewica.

A teraz argumenty pracodawców?

Pierwszy, że nie może decydować urzędnik. Ale niby dlaczego? Skoro już obecnie może (KNF, UOKiK) nałożyć kilkaset milionów kary na podmiot naruszający interesy konsumentów. Skoro może karać za brak zaszczepienia własnego dziecka, za zbyt późny wywóz gnoju na pole, niezałożenie kolczyka u świni i badań szczelności lodówki? Dlaczego miałby nie uznawać umowy zlecenia za umowę o pracę, skoro różnice między nimi są oczywiste i wystarczy być dobrym rzemieślnikiem prawa, żeby je dostrzec. A inspektorzy PIP posiadają lepsze kwalifikacje niż urzędnik. Do tego od decyzji służy odwołanie do sądu, który może w razie wątpliwości wstrzymać wykonanie urzędniczej decyzji.

Drugi, że wywróci to firmy. Owszem – nieuczciwe tak. Uczciwy dostanie pozytywny protokół. Tak, jak napisałem powyżej, granice pomiędzy zleceniem, a pracą istnieją i pozostają dość klarowne. Jeśli ktoś siedzi w lokalu pracodawcy, w ustalonych godzinach i ma wykonywać polecenia przełożonego – umowa o pracę jak złoto. Tu nie ma co dyskutować. Jeśli wykonuje zadania, według własnej koncepcji, w dowolnym czasie i odpowiada za staranne działania – zlecenie. Czyli: kurier, lekarz, programista – zlecenie, ale już portier, sprzątaczka, rejestratorka w przychodni, informatyk 8 stałych godzin w biurze – umowa o pracę. Gdzie tu problem? Ale wróćmy do skutków. Wyobraźmy sobie Januszex. Zatrudnia 10 piekarzy i 10 sprzedawczyń na zleceniu, łamiąc przy tym prawo. Co straci wstecznie? Uczciwy prawie nic, o ile nie wystąpią zdarzenia nadzwyczajne (ciąża), albo pracodawca szedł po bandzie. Składki płaci takie same (chyba że mamy zbieg tytułów ubezpieczenia, ale w przypadku piekarni, to mało prawdopodobne). Będzie musiał tylko zapłacić za urlop (chociaż i zlecenie często przewiduje płatne przerwy od pracy) no i trochę zmienić zarządzanie. Dzięki temu uzyska równe warunki konkurencji, ze spółdzielniami i wszystkimi tymi podmiotami, które prawa przestrzegają. A jeśli straci? No cóż, dokładnie tak samo, nie dlatego, że „zły urzędnik” tylko z powodu własnego bezprawia.

Skąd takie wnioski. Ano z trzech przykładów. Pracodawca (także publiczny, jak widać) przestrzega prawa, dopóki mu się to opłaca. Potem kombinuje (czytaj: narusza prawo). I państwo musi mieć realne narzędzie, żeby tę kombinację szybko zwalczać. A wszystkie negatywne skutki wynikałyby nie z urzędniczego bezprawia (podlegającego późniejszej ocenie sądu i możliwości odszkodowania, zresztą inspektor pracy nie może zostać uznany za zwykłego urzędnika) lecz wcześniejszego bezprawia pracodawcy.

Trzy powody dla lenia, żeby wybrać wieś.

Temat wraca jak bumerang, ale dłuższe przemyślenia prowadzą mnie do wciąż nowych wniosków. Tym razem argumenty dla zatwardziałych leni. Ponieważ z natury zaliczam się do tej grupy (aczkolwiek jej szczególnej odmiany – ciężko pracujących z konieczności), także dla mnie.

Możesz pracować na pół gwizdka

Nazwij to jak chcesz, spokojnym etatem, niewielką dg, pracą zdalną, czy robotą na pół gwizdka. Ja powiem krótko – prace czasowo niewymagające. Raj dla lenia. W moim przypadku – biuro od wtorku do czwartku. Laba od piątku do poniedziałku. Włącznie. Alternatywa? Pięcie się po szczeblach kariery, pensja 20k netto za… 60 godzin w tygodniu. Dziękuję. Wolę 8k za 16 godzin.

A docelowo zostanę z własną firmą 5k za 8 godzin/tydzień.

W mieście, z kredytem na karku – nierealne. Sama rata pochłonie jedną pensję.

Możesz zrezygnować z pracy po 50-te

Jeśli jesteś leniem podobnym do mnie (tzn. takim, którego życie zmusiło do ciężkiej pracy), ok. 50-tki zebrałeś już sporo owoców pracy wcześniejszego trudu. Mówiąc po ludzku – masz inwestycje i oszczędności. One doskonale zastąpią pensję. Czyli pracować zawodowo już nie musisz (jeśli chcesz – proszę bardzo).

I znowu, obserwując moich miejskich przyjaciół niewielu ma takie opcje. Dochody 15-20k były konsumowane na bieżąco. Wielu zostały kredyty. Innych zżera inflacja stylu życia. Dosłownie muszą pracować do śmierci. Emerytura w wysokości dzisiejszych 4k kompletnie ich nie interesuje. Mnie wystarczy połowa tej sumy.

Życie na wsi jest tańsze i zdrowsze

Nie, nie mówię o pełnoetatowej pracy rolnika, lecz o zwykłym zamieszkaniu w wiejskim otoczeniu. Przykłady cen nieruchomości podawałem wiele razy, czas na inne.

Jedzenie – niby oczywiste. Własne kury i masz jaja. Nie za darmo, ale za 1/3 ceny. Zdrowe, ekologiczne. Jedni z wiejskich emigrantów kupili sobie owce rasy dorper (mięsne). Korzyści? No mają tanie mięso, i nie muszą codziennie doić. Lubisz mleko i sery, wybierz rasy lacaune lub fryzyjską. Nie chcesz zwierząt? Tanie mięso kupisz w okolicy.

Opłaty – sporo niższe. Woda – 1/2 ceny, śmieci 70-80%. Internet za tyle samo, podobnie komórki. Ale już prąd wytworzysz sam. Podobnie opał. Idę w tym kierunku od kiedy za ogrzanie 100 m2 w mieście wyszła mi prognoza 10 tys. zł. Za chwilę takie kwoty zapłaci mieszkaniec 3-pokojowego mieszkania w spółdzielni. A własny kominek z płaszczem załatwił mi sprawę definitywnie.

Bonus. Czwarty powód – widoki.

W mroźny weekend 17 stycznia 2026 r. pojechałem do domu na wieś po zapasowe płytki (glazurę). Kompletna cisza, i … te widoki. Postanowiłem zdjęciami (w których robieniu nigdy nie byłem dobry), zainaugurować część fotograficzną bloga, ale niestety muszę się jeszcze podszkolić w obsłudze multimediów. Ośnieżone drzewa, czysta biała przestrzeń, a nawet droga (dojechałem do samej bramy). Niby nic wielkiego, ale jak kojące dla ducha. Tego nie dostaniemy w bloku, a tam? Wystarczy wyjść za próg domu. Leń we mnie lubi ciszę, spokój i napawanie się przyrodą.

A co Ty dodałbyś do tej listy?

Jak działa socjalizm – ćwiczenia praktyczne. Dlaczego nie skorzystałem z państwowej oferty.

Na początku listopada onet.pl na swoim portalu medycznym opublikował żale pewnego 77-emeryta na warunki w sanatorium w Nałęczowie. Czysty socjalizm, praktycznie wszystko za darmo, a i tak źle.

Otóż, pewien pan dostał kolejne skierowanie (za darmo, raz na 2 lata z NFZ) do sanatorium w Nałęczowie. Oto lista jego uwag:

  • pokój trzyosobowy – współlokatorzy będą chrapać,
  • po zamianie na jedynkę – źle bo w innym obiekcie (daleko od parku),
  • kiepskie nieurozmaicone jedzenie, małe porcje, niepasujące pory posiłków (obiad o 12.30, kolacja o 17.00),
  • mały pokój (12 m2, stare wyposażenie),
  • drogi parking – 270 zł za 3 tygodnie (na ulicy za free, ale ukradną kołpaki),
  • trzeba zapłacić za wypożyczenie czajnika – 0,7 zł/dzień,
  • telewizja płatna – 80 zł,
  • daleko do Biedronki,
  • dopłata „za standard” – 684 zł i 130 zł klimatycznego, ponieważ NFZ płaci tylko za leczenie.
  • zły miesiąc (październik, gdy wcześnie robi się ciemno i zamknięto większość kawiarni).

No cóż, socjalizm ten PRL-owski i PiS-owski wytworzył grupę ludzi o specyficznych poglądach. Chcieliby za darmo, i jeszcze narzekają. Ja płacę, jadę kiedy chcę i sam wybieram warunki. Akurat Nałęczów świetnie znam, więc mogę powiedzieć dwa słowa.

Otóż, cena 34 zł za jedynkę z wyżywieniem (a 17 zł za trójkę), to grosze. Niezależnie od warunków. Są tam i piękne miejsca (np. Atrium Spa, Feniks, nowe mieszkania) tylko za inne pieniądze od 400 zł/dzień za dwupokojowy apartament. Z jedzeniem też da się przebierać, ale liczmy 50-70 zł za sam obiad. Utyskiwania na płatny parking (14 zł na dobę) litościwie pominę, bo nigdzie nie znajdziemy takich cen. Dowolny zamknięty parking (płatny, niestrzeżony) kosztuje minimum 30 zł/dobę. Zabiegi też nie za free. Jak się chce grymasić, te 684 zł wydamy w jeden dzień, a nie przez 3 tygodnie.

W ogóle, Nałęczów jest piękny, a już wczesną jesienią – zachwycający. W listopadzie spędziłem tam kilka dni, korzystając z tężni solankowej, leżaków w parku (darmowe!) i ćwicząc płuca spacerami. Okazało się, że nie muszę jechać w góry, bo astmę zdusiła sól. Faktycznie, ludzi niewiele. No i wydałem tylko 21 zł plus prąd na dojazd z Lublina. Gdybym kupował zabiegi w Sanatorium ZNP, to np. za kąpiel jodobromową zapłaciłbym 45 zł (15 minut), a za tlenoterapię (15 minut) – 20 zł. W sąsiednich Cichych Wąwozach ta ostatnia wyjdzie taniej – 12 zł (czas ten sam). Jak widzicie, tanio, chociaż nie za darmo. Ale wychowanemu na PRL-u, trzynastkach, czternastkach i tak mało. Bo październik, bo kołpaki, bo porcje małe, bo nie dają jeść po 17. Szkoda słów.

Ekonomia współdzielenia. Kolejne absurdy inżynierii społecznej.

Mieszkanie można wynająć. Podobnie auta. Tego byłem świadomy? Ale, że telefon? Jakie ma to długofalowe skutki?

Jesienią wpadłem do marketu elektronicznego po kabel HDMI do nowego komputera (Mac mini za 2500 zł). Węsząc upselling sprzedawca zaproponował mi … wynajem telefonu. W wielkim uproszczeniu – biorę flagowy model, płacę 1/35 ceny miesięcznie. Czyli dysponuję ciągle nowym flagowcem, nigdy go nie mając. Jak to wygląda ekonomicznie?

Wynajem. Wybieram flagowca od Samsunga (S25+). Cena początkowa 4700 zł. Rata 136 zł przez rok. Potem biorę nowy. Zero problemów. No cóż, nie do końca. Trzeba przenosić dane i … wychodzi drożej. Albowiem zakup:

Zakup. 4700 zł. Telefon starcza mi na 6 lat (po pięciu latach wymieniłem baterię za 350 zł). Ile to miesięcznie? 65 zł, ca. 50% mniej. Wady? Jedna. Sześć lat z jednym aparatem. Dla zwolenników wiecznej nowości – zbrodnia.

Teraz czas na inne dobra. Mieszkanie. Warunki Wrocławia. 550 tys. zł na kupno, 3000 zł wynajem, 3500 zł rata (plus 110 tys. zł wkładu własnego). Co jest lepsze?

Część nie ma żadnego wyboru – ponieważ nie posiada zdolności kredytowej na taką sumę. Można się przeprowadzić do Strzegomia, ale nie o to tym razem chodzi. Wróćmy do tych, którzy wybierają:

  • rata 3500 zł (plus nazbierać na wkład własny),
  • wynajem 3000 zł, a 110.000 zł niech sobie pracuje.

Zwolennicy „ekonomii współdzielenia” powiedzą – najem jest tańszy, wygodniejszy, elastyczniejszy. Inni policzą.

Zalety wynajmu. 6% od 110.000 zł wynosi 6600 zł/rok czyli 550 zł miesięcznie. Dobrze mieć taki dodatkowy dochód i poduszkę w jednym. Do tego jesteśmy 500 zł do przodu miesięcznie. Razem 1050 zł/m-c. Nie do pogardzenia. Nikt nie trzyma nas na miejscu, możemy sobie zmieniać, dostosować do warunków.

Tak powiedzą krótkodystansowcy (i Ci, którzy pragną sprzedać nam najem). Powoli przekonują się o tym ludzie młodsi ode mnie o 5-9 lat. Oni wierzyli takim opowieściom. Gdzie dzisiaj są po 15 latach płacenia za najem? Dokładnie w punkcie wyjścia. Czy na pewno? Nie. Są 15 lat do tyłu. Dlatego rozważmy 3 scenariusze.

Scenariusz 1. Historyczny. W ciągu 15 lat inflacja skumulowana ok. 75%, wzrost cen mieszkań o 100%, wzrost cen najmu 75%. A więc, gdyby się powtórzył, w 2040 r. mielibyśmy wynajmując: 227 tys. zł gotówki (procent składany) – to nasz majątek netto, cenę mieszkania 1,1 mln, ratę kredytu nowego 6000 zł, ratę najmu 5250 zł. A gdybyśmy dzisiaj kupili? No cóż, mamy mieszkanie obciążone kredytem w 25 % (czyli spłaciliśmy ok. 1/3 kapitału kredytu i włożyliśmy 20% na start), majątek netto ca.825 tys. zł, miesięczne koszty 3500 zł (z przejściowymi zawirowaniami od 2000 – 4000 zł, ale nadal sporo mniej niż 5250 zł). Ten scenariusz pokazuje dokładnie to, czego doświadczyli millenalsi słuchając pokątnych doradców w 2010 r. Gdyby wtedy kupili, dzisiaj zamiast 120 tys. zł gotówki, mieliby 410 tys. zł majątku netto w wartości mieszkania. I ratę na poziomie z 2010 r. czyli 1500 zł, a nie 3000 zł za najem.

Scenariusz 2. Pesymistyczny. Wszystko stoi, spadło oprocentowanie lokat i skumulowana inflacja do 20% przez 15 lat. W takim przypadku, rok 2040 przyniósł dzisiejszym młodym:

  • wariant wynajmu – majątek 160 tys. zł (zrobione ze 110 tys. zł), wysokość czynszu – stałe 3000 zł,
  • wariant zakupu – majątek 260 tys. zł (20% wkładu i 1/3 spłaconego kredytu), wysokość raty 3000 zł (przy tak niewielkiej inflacji, raty najprawdopodobniej spadną).

Scenariusz 3. Pośredni. Inflacja skumulowana 50%. Wzrost wartości mieszkań – 50%. Wzrost czynszów 50%. Ponownie przeliczmy.

  • wynajem – majątek 190 tys. zł (ze 110 tys. zł), czynsz 4500 zł.
  • zakup – majątek 535 tys. zł (260 tys. zł jak w wariancie 2 + 275 tys. zł wzrostu wartości), rata 3500 zł.

Patrząc nawet na scenariusz pesymistyczny (stagnacji), widzimy przewagę zakupu na przestrzeni 15 lat. Może na bieżąco będzie taniej z najmem, ale majątek gromadzimy kupując. A opisuję najgorsze 15 lat. Ponieważ „sprzedawcy wynajmu” nie pokazują Wam innych danych – tych dotyczących dochodów i emerytury. Otóż patrząc na dochody w grupach wiekowych widzimy dwie prawidłowości – ostre wyhamowanie po 45 r.ż. (krótko mówiąc 50-latek zarabia z pracy mniej niż 45-latek), oraz planowaną emeryturę na poziomie 30% ostatniej pensji. Co się dzieje w tych 3 scenariuszach na emeryturze? Mamy rok 2055 – proszę bardzo:

Scenariusz historyczny. Kredyt spłacony – koszty kredytu wynoszą 0 zł. Koszty najmu? 10.000 zł (nominalnie, realnie to ok. 3000 zł dzisiejszych). Wysokość emerytury 10.000 zł (znowu nominalnie ok.3000 zł obecnych). Krótko mówiąc – 100% emerytury przeznaczamy na wynajem we Wrocławiu. Czas na przeprowadzkę na wieś.

Scenariusz pesymistyczny. Kredyt już spłacony – koszty kredytobiorcy 0 zł. Koszty najmu. 3000 zł, a więc dzisiejsze 1600 zł. Emerytura 3000 zł. Już lepiej, ale nadal właściciel ma przewagę.

Scenariusz pośredni. Także w tym wariancie, kredytobiorca zakończył płatności. Najemca płaci 6700 zł (dzisiejsze 3000 zł). Emerytury dostanie ok. 6700 zł. Znowu – zapraszamy na wieś.

Czy nie przesadzam? Nie. Co więcej obserwuję ten proces w rodzinie. Mam już emerytów z grona boomerów, którzy w pewnym momencie (rozwody) zostali bez mieszkania i rozpoczęli wynajem, zamiast kupić. Wiecie co się stało? Pracują, dopóki mogą, na razie mogą. Potem przyjdzie im przenieść się w tańsze regiony. A oni jeszcze mieli przyzwoitą stopę zastąpienia (czyli ich emerytura przekracza o 20-30% czynsz najmu w mieście z TOP 5, na razie są też w parach). 45-latkowie obudzili się z przysłowiową „ręką w nocniku”. Oni przynajmniej liczą na spadek. Prawdopodobnie przed 65 r.ż odziedziczą wystarczająco dużo, aby kupić coś małego na skraju metropolii.

Na koniec, nasuwa się jedno pytanie, czy istnieje jakikolwiek scenariusz, który zapewniłby wygraną najemcom? No cóż, gdyby państwo zabrało się ostro za mieszkalnictwo komunalne (czyli budowało po 1,5 mln mieszkań na wynajem rocznie), czynsze realnie spadną, wtedy spadną i ceny. Szansa na realizację? 2%. Ale nawet wtedy na emeryturze płacenie czynszu w wysokości dzisiejszych 1500 zł może się okazać zabójcze. Bo kredytobiorcy zapłacą równe 0. I coś zostawią następnemu pokoleniu.

Weźmy jeszcze pod uwagę scenariusze demograficzne. Obecnie rysują się tak: liczba ludności PL spada o 20-30% w ciągu 40 lat. Wieś i małe miasta, zwłaszcza na kresach wyludnia się, a realne ceny nieruchomości spadają drastycznie. Pojawiają się miliony pustostanów i „domy za 1 zł”. Tam też da się tanio wynająć (nawet ostatnio rozmawiałem o ofercie „wynajmu domu murowanego trzypokojowego za 500 zł” w wiejskiej okolicy 60 km na północny wschód od Lublina). Wtedy na emeryturze dostajesz alternatywę.

Jeśli nie będzie Cię stać na zakup/wynajem we Wrocławiu (Warszawie, Krakowie, Łodzi, Poznaniu) jest dla Ciebie jakiś ratunek. Wybierasz mniejsze miasto/wieś i mniejszą ratę. Wtedy Twoje możliwości wzrosną.

O wykluczeniu komunikacyjnym. Dlaczego nie tylko na wsi warto mieć samochód.

Kiedy patrzę na „moją” wieś z bliskim (od 1.5 do 2.5 km) dworcem PKP, z którego co godzinę odjeżdża pociąg do miasta wojewódzkiego, problem wydaje się nie istnieć. Zwłaszcza dla kogoś, kto zrobił prawo jazdy i kupił auto. 2.5 km pokonuję w:

  • 30 minut idąc piechotą,
  • 7 minut rowerem lub elektryczną hulajnogą,
  • 5 minut autem.

A z dworca już prosto:

  • w 10 minut do miasta gminnego elektrycznym busem,
  • w 10 minut do powiatowego pociągiem,
  • 20-30 minut do stolicy województwa koleją.

Super to wygląda w lecie. Bo wyobraźcie sobie hulajnogę elektryczną w listopadzie lub lutym. Już na dworzec dojeżdżałbym brudny. Stąd potrzeba własnego samochodu. A znam znacznie gorsze miejsca. Wystarczy sąsiednia miejscowość – na granicy gmin. Autobus 3 razy dziennie, tylko na dystansie 5 km (bez przesiadki). Do dworca PKP 5 km i żadnego transportu publicznego. Co robić? Kupuje się auto.

Generalnie w Polsce mamy zasadę – lepszy transport zorganizowany (bus, pociąg) działa w miejscowościach turystycznych. Ale nadal jest sporo wolniejszy niż własny samochód, bo trzeba jeszcze dotrzeć na przystanek. W takim „moim miejscu w górach” – powiat 40 km – jadą busy co godzinę, województwo (bardzo duże miasto) co 2 h. Super. Tylko miasteczko gminne tak rozciągnięto, że mieszkający na skraju, żeby dotrzeć na najbliższy przystanek, muszą przebyć 4 km, z tego 1 km po błotnistej górskiej ścieżce. Zamieszkali bliżej centrum – już nie. Osiedle bloków, 20 lat temu zlikwidowali busa, który tam się zatrzymywał, teraz po powrocie 500 m ostro pod górę (chociaż po chodniku).

Ale wystarczy mieszkać w okolicach Warszawy, albo w jej granicach. Białołęka-Mordor – 1,5 h komunikacją miejską i na nogach w godzinach szczytu. Piaseczno – podobnie. W zasadzie tylko bliskość metra, kolejki miejskiej lub tramwaju nas ratuje.

Teraz czas na opowieść o skutkach takiego stanu rzeczy.

Pierwszy – trudność podjęcia nauki przez „wykluczonych”. Dojechać na zajęcia bez samochodu – dłużej o 20-40 minut, jeśli mieszkamy w promieniu 30 km od miasta akademickiego.

Drugi – drastyczne wydłużenie czasu przeznaczonego na pracę – z 9 h (8h w i 1 h na dojazdy mieszczucha) do 10 h, a w przypadku pracowników fizycznych nawet 11-12h (dochodzi jeszcze czas na mycie, przebranie się, no i rozkład jazdy bywa gorszy dla trzeciej zmiany).

Trzeci – zagęszczenie ruchu samochodowego. Skoro większość dojeżdża swoim, powstają korki. No i stąd podane czasy. W mieście prędkość średnia 20 km/h uchodzi za normę, w korku 5-10 km/h.

Czwarty – parkingi. Żeby pojawić się w pracy (1,7 km od mojego domu w mieście) rano mam 3 opcje:

  • wyjść pół godziny przed pracą i dojść na piechotę,
  • tak samo, ale znaleźć miejsce parkingowe i spokojnie sobie czekać przez 20 minut na początek roboty,
  • 5 minut do przystanku, 10 minut autobusem i 5 minut do biura. Jeśli dodam godziny odjazdu – zyskam 5 minut. Bez sensu. Dlatego chodzę. Natomiast mając 3 razy większy dystans byłbym skazany na auto lub autobus.

A gdybym jeszcze rozwoził dzieci do szkoły? Autobusem bankowo dodajmy 40 minut. I robi się te 1h 40 minut dziennie, od wyjścia z domu do powrotu z pracy 9h 40 minut. W naszym świecie auto upraszcza życie nawet w mieście.

Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Maciejem Samcikiem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,190550,30707855,jak-oszczedzac-na-emeryture-samcik-jest-inwestycja-na.html . Czytając go miałem mieszane uczucia. Z jednej strony ten dziennikarz zrobił więcej dla idei oszczędzania w Polsce niż wszyscy blogerzy finansowi razem wzięci, z drugiej – padają tezy, z którymi nie sposób się zgodzić. W tym podstawowa podana w tytule wpisu (cytuję fragment w całości): „ZUS świetnie waloryzuje pieniądze. Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji. Waloryzacja w ZUS-ie jest znacznie wyższa niż inflacja. Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim. To jest jeden argument, żeby być w ZUS-ie.”

I tu dochodzimy do sedna, czyli rozkładamy myśl na czynniki pierwsze.

Pierwsza pomyłka. „ZUŚ świetnie waloryzuje pieniądze.” Otóż nie. ZUS nie waloryzuje żadnych pieniędzy, bo ich nie ma, gdyż wpłacane składki wydaje na bieżąco, domagając się dopłat z budżetu (już teraz składek nie starcza na emerytury). Tym różni się od firm ubezpieczeniowych, banków itp. ZUS nie gromadzi pieniędzy. Jedyny majątek, to jego aktywa trwałe (budynki, działki, wyposażenie), ale nie jest on przeznaczony na wypłatę emerytur. Waloryzacja=obietnica. Wprawdzie od 1999 r. wychodzi nam prawie x 7,33 (czyli 750 zł zwaloryzowali na 4700), ale w porównaniu z wieloma nieruchomościami – bez rewelacji.

Pomyłka druga. „Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji.” Ta pomyłka zawiera dwa błędy: logiczny – przyjęcie jako założenie sytuacji oczywiście niemożliwej (a jak wiemy z fałszywego założenia nie może wynikać prawdziwy wniosek) i metodologiczny – uznanie składek emerytalnych za inwestycję. Po kolei. Wartość logiczna tezy pozostaje w równym sensie prawdziwa co takie zdanie „Przy założeniu, że słoń jest rybą, okazuje się jedyną rybą posiadającą długą trąbę”. Wszyscy wiemy, że słoń rybą nie jest. Wszyscy wiemy, że katastrofa nadejdzie, a nawet już jej doświadczamy. Otóż, wspomniana przez p. Samcika w wywiadzie „katastrofa demograficzna” wydarza się dziś. Modele pokazują – ten system nie ma szansy się utrzymać, chyba że zdarzy się cud i stopa zastąpienia z obecnych ok. 1.1 skoczy do 2.1. Przy takich warunkach jakie guru oszczędzania podaje (za 20-25 lat na jednego emeryta półtora pracującego), wartość nabywcza emerytur będzie groszowa. Waloryzacja nie utrzyma realnej wartości wpłat, a co mówić o ich wyjątkowo korzystnej waloryzacji. Sam ZUS to przyznaje. Po cichu (w prognozach emerytalnych, a nie artykułach), ale zawsze. Otóż zapowiedział mi emeryturę ok. 82% średniej pensji przez kilkanaście lat (bo tyle średnio żyje mężczyzna) po 42 latach odkładania 32 % dzisiejszej średniej pensji. Tłumacząc na logikę: włożę 162 średnie pensje, wyjmę 118. Świetny wynik, prawda? Wyjmę realnie, mniej niż włożyłem. Krótko mówiąc, otrzymam prognozowane 10k zł (ja) tylko będą one wartości dzisiejszych 5 tys. zł. Ale to nie wszystko.

A jest jeszcze błąd merytoryczny – nazywanie ZUS-u inwestycją. Otóż, nie. To nawet nie jest lokata kapitału. Decyduje o tym kilka cech:

  • przymusowość czyli niedobrowolność,
  • niewycofywalność,
  • zależność wyniku od decyzji państwa, a nie zdarzeń losowych,
  • słaby wynik (o czym powyżej – wkładając 162 wyjmuje 118 średnich pensji).

Jak wiecie, inwestycja nie może być przymusowa. A składki ZUS – są. Odprowadza je pracodawca (albo my sami). Niezależnie od naszej oceny skuteczności w pomnażaniu kasy, nie możemy jej wycofać. Tu nie chodzi o brak płynności, brak ofert nabycia aktywów, spadających cen, bankructwa – po prostu nie da się i koniec. Znacie drugą taką inwestycję? Poza piramidą finansową i innym oszustwem.

Wysokość wypłaty z inwestycji określa rynek. Może się mylić. Możemy stracić. A w ZUS emeryturę oblicza nam państwo na podstawie własnych, zmienianych zasad. Policzy inny algorytm i zamiast 82% wynagrodzenia średniego, dostanę 41%. I nic nie będę mógł z tym zrobić.

Wreszcie, inwestycją określana jest taka aktywność, która zakłada wzrost realnej wartości w czasie. ZUS tego nie zakłada, niezależnie do zapłaconych raportów i myślenia życzeniowego. Podaje mi wprost – ze składki 32% średniej pensji przez 42 lata, dostanę 82% średniej pensji przez statystyczne 12 lat. Wynik podałem wyżej 162 z włożonych 118.

Teraz zastanówmy się – dlaczego red. Samcik opowiada nam takie niestworzone historie. Szczerze? Nie wiem. Może chce pomóc rządowi, który popiera. Albo prezentuje przywołane wyżej myślenie życzeniowe. Sam zbliża się do emerytury i chce wierzyć w system (z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Niemiec w Hitlera jesienią 1944). Przy czym, jeżeli pan Maciej robił to (najprawdopodobniej tak było), do czego namawiał, powinien mieć sporą pulę oszczędności (jest starszy ode mnie, więc dłużej oszczędzał, no i zarabiał lepiej). Nie powinien zatem żyć złudzeniami. Osobiście ich nie mam. Wypłatę z ZUS-u traktuję jako „starczą rentę” czyli środki, które nie pozwolą mi zginąć z głodu. Nic więcej. Takie dzisiejsze 2,5 tys. zł netto. Oby.

I ostatnia omyłka „Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim.” Nie i jeszcze raz nie. Otóż, sięgnąłem do archiwów systemu. W 2000 r. odprowadziłem składek emerytalnych ZUS w sumie od ok. 120% średniej krajowej. Czyli ca. 20% z 23 tys. zł. 4600 zł. W następnym roku kupiłem działkę budowlaną wartą 19k. Środków ze składek starczyłoby na 1/4 udziału. Potem wielokrotnie obracałem tymi pieniędzmi. Dzisiaj są warte 130 tys. zł (gdybym zachował działkę – ok. 100 tys. zł). I sprawdźmy skumulowaną waloryzację ZUS w tym okresie. Wychodzi mi wartość 29.200 zł. 1/5 wartości moich wyników. Ba gdybym trzymał działkę miałbym 100 tys. zł a nie 29.200 zł. I zapłaciłem zero podatku i składki zdrowotnej. Dalej chcemy opowiadać o dobru systemu?

Co więcej, odkryłem jeszcze jedną prawidłowość. Ta waloryzacja miała się nijak do wyników rynkowych i gros przypadało w okresie po 2020 r. Np. w 2024 r. waloryzacja wyniosła ponad 14%, a inflacja ok. 5%. Wcześniej było inaczej. W 2002 r. waloryzacja 1,9% przy dokładnie takiej samej inflacji. Wniosek – im gorzej system się zadłuża, tym bardziej pompowana jest bańka. Klasyczna piramida finansowa. Nie wolno tak mówić? Niech ZUS mnie pozywa.

Smutna rzeczywistość etatu w mieście. Refleksja po pewnym spotkaniu biznesowym.

Całkiem niedawno miałem okazję uczestniczyć w negocjacjach biznesowych.` W tym celu pojechałem do jednej z większych kancelarii prawnych w mieście. To, co tam zobaczyłem, daje do myślenia. I stanowi odpowiedź na pytanie – co daje nam etat w prestiżowym zawodzie. A także rzuca pewne światło na wyniki Kancelarii Mentzen.

Miejsce – duża kancelaria prawno-podatkowa, w dużym mieście, gdzieś na wschodzie Polski.

Siedziba – (400-500 m2) willa w tzw. dobrej dzielnicy. Spory parking, styl „rokokoko na bogato” czyli złoto, drewno, marmur. W budynku, dwa podmioty (nie wiem jak fizycznie i prawnie podzielone) „legal” czyli kancelaria i „tax” czyli doradztwo podatkowe plus księgowość.

W takim miejscu pracuje kilkanaście osób, z wyższym wykształceniem, aplikacją lub szczególnymi uprawnieniami (doradca podatkowy, radca prawny, adwokat). Według powszechnego przekonania należących do „uprzywilejowanej kasty” czyli zarabiających sporo powyżej średniej. Ja miałem odbyć spotkanie z jednym ze wspólników, legitymującym się poza edukacją prawniczą, także dyplomem MBA.

Parking

Jakimi samochodami według Was jeżdżą prawnicy i doradcy podatkowi? Spodziewacie się Mercedesów, Volvo, Jaguarów? Otóż nie. Rano na placu stało ok. 10 samochodów, z których najdroższy – 10-15 letni amerykański van, mógł być wart ok. 50-60 tys. zł. Większość stanowiły małe auta popularnych marek, na numerach z okolicznych powiatów.

I czas na wnioski. Być może trafiłem na enklawę „milionerów z sąsiedztwa”, a więc wyjątkowo oszczędnych ludzi, którzy pomimo sporych zarobków, poruszają się tanimi autami. Albo, co bardziej prawdopodobne, miejsce gdzie płaci się na tyle marnie, że przy miejskich kosztach życia, wystarcza tylko na skromny pojazd.

A wspólnicy? Na posesji znajdowało się kilka garaży, prawdopodobnie właśnie dla nich. Mnie jednak bardziej interesowali typowi pracownicy. I tu – poziom Kancelarii Mentzen, którą opisywałem i małych biur prawno-księgowych z mojego miasta (4,5-7k netto za realne 50-60 godzin/tydzień), nie pozwala na samochodowe (i jakiekolwiek inne) szaleństwo.

Biuro.

Poza samym budynkiem i klatką schodową (wyglądającą jak żywcem wyjęta z gangsterki z lat 90-tych) daleko bez szału. Przeciętna korpo (nie mówiąc już o moim kliencie, firmie informatycznej) bije ich na głowę. 30-letnie meble z reklam banków w ok. 2000 r., pokój wielkości podobnej do gabinetu urzędnika średniego szczebla w moim mieście – tak wyglądało biuro wspólnika kancelarii.

Ceny.

Widziałem kiedyś ich umowę z dużym podmiotem państwowym – za ok. 100 zł/godzinę + VAT. Ten sam podmiot płacił niewielkiej, rodzinnej firmie IT za serwis oprogramowania 500 zł+VAT za godzinę.

W tych 100 zł mieścił się zysk kancelarii, podatki i praca prawnika. Jestem w stanie policzyć precyzyjnie. Ten ostatni, nawet b2b zarabiał nie więcej niż 30-40 zł netto/godzinę (bo 12% podatku dochodowego, 9% składki zdrowotnej, jakieś koszty dojazdu, księgowości, komputera, telefonu, 4 zł/godzinę – ZUS). Gdyby zatrudniał się na umowę o pracę, nawet mniej. Młody stolarz bierze więcej. Nie mówiąc o programiście.

Klienci.

Siedziałem chwilę w poczekalni. Innych klientów nie było. Czyli bez szaleństwa.

Wnioski.

Obserwacja tej działalności skłoniła mnie do oczywistych wniosków. Jeśli mówimy o jednej z większych kancelarii prawnych i biur doradztwa podatkowego w mieście, rynek musi wyglądać bardzo słabo. Pracownicy dostają pensje na poziomie zwykłego urzędnika (nie-kierownika). Nie warto dzieci pchać na etat w takim miejscu.