Klasa średnia w małym mieście.

Ekonomiczne podejście do podziału klasowego koncentruje się na kwestii dochodu. Ponieważ dane statystyczne stały się coraz bardziej szczegółowe i dostępne, naukowcy sformułowali nową definicję: do klasy średniej zaliczamy osoby, których dochód netto kształtuje się na poziomie od 0,75 mediany do dwukrotności mediany dochodu w ich gminie. Jeszcze inny wzór, zaprezentowany w artykule https://businessinsider.com.pl/finanse/oto-prog-wstepu-do-zarobkowej-klasy-sredniej-sprawdz-czy-sie-lapiesz-kwoty/b5pp8gy , polega na uwzględnieniu liczby członków rodziny, podstawiamy wtedy do wzoru:

dochód rodziny netto/ pierwiastek kwadratowy z liczby członków rodziny. I dopiero tę wartość porównujemy. Ma to sens. Na podstawie takiego założenia BI obliczył kryteria klasy średniej w zależności od liczby osób w rodzinie. Co im wyszło?

Otóż w takiej Warszawie, DINKS (bezdzietna para) musi zarobić minimum 8017 zł, żeby znaleźć się w klasie średniej, a do wyższej wejdzie z dochodem ok. 15k. Zupełnie inaczej sytuacja ma się w takim Łukowie – tu para może zarabiać sporo mniej – 5494 zł. W „mojej” gminie (tam mam działkę) wystarczy 5678 zł. W ten sposób możemy podróżować do klasy średniej (lub wyższej) przenosząc się, tam gdzie biedniej. Np. moja rodzina (4 os. na utrzymaniu) byłaby klasie średniej w Nałęczowie (7949 zł) , wyłącznie na mojej jednej pensji, a w Lublinie już nie (próg 8800 zł). Znajdę oczywiście jeszcze biedniejsze tereny – w takim Kozłowie (k.Olsztynka) wystarczyłoby nam 6636 zł. Jaki z tego wniosek?

Ano, moja teoria o sensie przenosin do niewielkiego miasta ma sens. Na potwierdzenie Onet.pl opisał „klasę średnią w małych miejscowościach” (https://www.onet.pl/styl-zycia/onetkobieta/czy-4000-zl-wystarczy-by-nalezec-do-klasy-sredniej-sprawdz-co-mowia-polacy/jk9l6qv,2b83378a) czyli popytał ludzi z niewielkich gmin o ich siłę nabywczą. Bohaterami byli: singiel z Krokowej (wystarczający dochód 3768 zł), para spod Augustowa (gmina Raczki 5674 zł dla DINKS), oraz samotna matka jednego dziecka spod Pieniężna (5672 zł dla dwóch osób). Z perspektywy Wielkiej Piątki (Warszawa, Kraków, Wrocław, Poznań, Trójmiasto), taki dochód wydaje się śmieszny, a w małym mieście osoby otrzymujące niewiele więcej (samotna matka nieco ponad 6k), żyją sobie przyzwoicie. Co o tym decyduje:

  1. Brak kredytów.
  2. Niewiele miejsc, w których wydaje się kasę.
  3. Lokalny styl życia nastawiony na gromadzenie oszczędności.

Hołdując tym trzem zasadom: zero kredytów (albo wyłącznie na inwestycje), nieodwiedzanie drogich lokali/sklepów oraz codziennej oszczędności jesteśmy w stanie prowadzić satysfakcjonujące życie, nie szarpiąc się zbytnio.

I znowu warto szerzej opisać każdy punkt z listy.

Brak kredytów. Jak się okazuje, w mniejszych miejscowościach ludzie kupują za gotówkę, dostają od rodziny lub dziedziczą. Takie możliwości dają im: niższe ceny zakupu (dom w Raczkach wyjdzie taniej niż kawalerka w Warszawie), budowy (ekipy mają niższe stawki), oraz metoda DIY (sporo robi się samodzielnie). Odpada grunt (często darowany przez rodzinę, w Wawie – tysiące zł/m2), nie ma dewelopera, który bierze 30% zysku itp. Rozglądam się po mojej wsi – tu domy powstają latami (nie w pół roku), a budowlańcami są inwestor, szwagier i sąsiedzi. Część pracuje za grosze (bez podatku), inni „na odrobek” (dzisiaj ja tobie, jutro ty mi). I ten system sprawdza się doskonale. A przede wszystkim pozwala uniknąć pętli z banku. Nawet zarabiający z żoną korposzczur ze stolicy, z pensją łączną 30k nie może sobie pozwolić na dom za 3 mln gotówką, a na pewno nie w wieku 35 lat. Co więcej, z pewnością nie dostanie działki od rodziców, bo ci mieszkają pod Bielskiem Podlaskim. Proste. Bierze więc kredyt i pomniejsza swój budżet wydatkowy o grube tysiące (przy 2,4 mln kredytu, 600k pierwszej wpłaty – rata ok. 17 tys. zł).

Podobnie z samochodem. Młody chłopak spod Siemiatycz nie kupił sobie nowej Audicy za 200k (czyli 3000 zł raty leasingowej) i drugie tyle SUVik dla żony (a 200k starczy ledwo na Q3). Nie, on sprowadził od Niemca albo Holendra 8-letniego Passata za 40k. I zapłacił oszczędnościami. W efekcie „Warsiawiak” ma 35k-17k-2x3k czyli 12k, a nasz bohater „klasy średniej z małego miasta” – 6k.

I co z tego, skoro dochodzi punkt drugi.

Niewiele miejsc, gdzie wydaje się kasę. Na wsi i miasteczkach nie ma: drogich restauracji (albo nie ma ich w ogóle), galerii, salonów SPA, kosmetyczek i fryzjerów ze stawkami 2k za uczesanie. W tych miejscach nasi korpobogacze z wysokim dochodem zostawiają krocie. No bo musi być: modna fryzura, pazur, ciuch i fitness. A w miasteczku? Znam takich milionerów. Ona sama farbuje sobie włosy, pazury maluje jej córka lub przyjaciółka, na zakupy jeździ raz w roku, po sukienkę na Sylwestra. Mąż na co dzień chodzi w dżinsach ze średniej półki, a na wakacje dostaje zestaw nowych koszulek z logo Bossa z … Lidla (sam mam takie i polecam: trójpak za 99,99 zł), GAPa. W swoim busie nie potrzebuje garnituru, proste.

Teraz kontrast. Mam kumpla w mieście (gdzie nam do Warszawy), którego żona puszcza 2/3 pensji (czyli ok. 7-8 tys. zł) na jeden rajd po galeriach. Ten gość pracuje na 3 etaty, wynajmuje mieszkanie po ciotce i… nadal mu nie starcza. Bez TSUE nadal spłacałby kredyt we franku. Na meble wydali 50k. Gdyby koleżanka mojej żony „milionerka z Podlasia” kupiła sobie fotel za 5k, jej własna matka, która urodziła ją jeszcze w „drewniaku”, nakazałaby natychmiastową konsultację lekarską. Dlatego M. znalazła berżerę w Ikei za 1.5k i poczekała aż ceny spadną (w pandemii) do 999 zł. Kiedy zobaczyła ceny szaf systemowych na wymiar, kazała mężowi pozamawiać formatki u stolarza i samemu skręcać po południu. Dzięki temu zamiast 15k wydała 3k. Jedyne znane Wam sklepy, jakie stoją w jej niewielkim miasteczku nazywają się: Biedronka, Pepco, Rossmann. Do najbliższego Monnari trzeba jechać 1.5 godziny. Podobnie do Hebe czy Ryłka. O Bossie, Tommym, Hillfingerze, Zarze a tym bardziej Pradzie, La Manii czy La Perli słyszało tam może 5% (optymistycznie). Tym bardzie nikt nie nosi tych marek, chyba że kupione w ciucholandzie (sam trafiłem tak kiedyś marynarkę Giorgio Armaniego za 30 zł zamiast 12k).

Oszczędny styl życia. Ponieważ żyje tak 95%, nikt nie czuje się gorszy. W tej samej Biedrze zakupy robi nauczyciel, dyrektor szkoły, właściciel tartaku i wójt. Panowie po godzinach piją tę samą Finlandię (1l za 60-70 zł) a nie 12-letniego Dalmora za 430 zł (pomijam 25-latka z tej samej destylarni za 10.000 z, w butelce 0,7l). Tam Johny Walker Red Label uznawany jest za szczyt sybarytyzmu, bo przecież obok na półce stoi Golden Loch i kosztuje jeszcze taniej. Prawie wszyscy ubierają się dyskoncie, poza wyjątkowymi okazjami (ślub, chrzciny itp.). Do pracy garnitur zakłada wójt i sekretarz (o ile akurat nie są kobietami), dyrektor szkoły codziennie chodzi w dżinsach i swetrze. Tam jeszcze trzyma się zdrowy rozsądek – lepiej mieć 300k oszczędności niż oddzielną garderobę, wypełnioną szpilkami od Louboutin-a. Mój kumpel z Wielkopolski (stolica oszczędności), dziwił się, że istnieją ludzie, kupujący auta na kredyt. Tam – stać Cię na nowe Audi – wyciągasz z konta, nie stać – kupujesz 10-letniego Passata. Dość proste.

I tak trzeba żyć, należąc do klasy średniej w małym mieście.

Dlaczego w życiu warto podejmować ryzyko?

Najprostsza odpowiedź na tytułowe pytanie: Ponieważ zazwyczaj wraz ze wzrostem ryzyka, poprawiamy rezultaty. A teraz czas na szczegóły.

Popatrzmy na różne aspekty naszego życia, poruszane przeze mnie już przy wpisach dotyczących kieratu: życie osobiste, zawodowe i finanse. W każdym z nich unikanie ryzyka kończy się problemami. Jakimi?

Osobiste (związki). Trwanie przy pierwszej osobie, która się trafi, stanowi prosty przepis na nieszczęście. Tkwienie w układzie niesatysfakcjonującym, z jednej przyczyny – strachu przed ryzykiem zmiany, również. Widzę w swoim otoczeniu, ludzi, którzy związali się z harpią/macho i cierpią, a nie odejdą. Mam też dwa proste przykłady czterdziestolatków, decydujących się na pogonienie żon organiczających swoje życie do kanapy, instagrama, nic nie pomagających (tzn. zero zainteresowania dziećmi, sprzątaniem, gotowaniem – wszystko na głowie faceta), pracujących na śmiesznym stanowisku za groszę i jeszcze mającym wymagania. Oba przykłady oznaczały spore ryzyko – ciężki rozwód, alimenty, ale obaj bohaterowie opowieści zaryzykowali i obecnie mają znacznie lepsze warunki życia pod każdym względem. Rzecz jasna, że w wielu przypadkach rozwodnicy, zwłaszcza pochopnie lecący za świeżą miłością, pogarszają sprawy, ale nie mówimy dzisiaj na temat – jak rozpoznać wredną żonę/wrednego męża, ani „kiedy jestem roszczeniowy, czepiam się, a kiedy słusznie stawiam wymagania”. A zatem i w sprawach serca, akceptowanie nudy, bylejakości, a nawet przemocy, w imię spokoju (którego finalnie i tak nie dostajemy) stanowi problem. Warto zaryzykować i dokonać zmiany. Zapewniam Was – różnica pomiędzy dobraną parą a współzawodniczącymi, zwalczającymi się partnerami będzie ogromna.

Zawód. Tutaj sam na pozór jestem konserwatystą. Nadal pracuję w pierwszym miejscu zatrudnienia już 26 lat. Czy to źle? Częściowo tak. I czas pewnie coś zmienić. Daję sobie na to dwa lata. Dlaczego? Prosto wytłumaczył mi tę kwestię mój Tata, wychowany przecież w PRL-u. Powiedział takie zdanie „Za każdym razem, gdy zmieniałem miejsce pracy (a robił to 5-krotnie) dostawałem sporą podwyżkę. Gdybym trzymał się jednego miejsca, nie byłoby ich. Najlepiej jednak zarabiałem na swoim”. Święta racja. Natomiast ja, leń i optymalizator, patrzę na pracę nieco inaczej – szukam idealnego współczynnika: pensja/ilość pracy/komfort. No i coraz bardziej widzę, że ten współczynnik dołuje. Podam prosty przykład. Zarabiam ok. 150% średniej krajowej (z nagrodami, ekstrasami – 170%) za oficjalne 100 godzin w biurze, minus 8 tygodni urlopu. W praktyce ok. 110 zł/godzinę netto. Kiedy dodam dojście, dekompresję, przygotowania (2,5h dziennie), a odejmę wydatki – wychodzi mi 8500/110 czyli jakieś 80 zł/h netto. W firmie mam stawkę 2-3 razy większą, co nawet odjąwszy konieczność dopłacenia 1700 zł ZUS-u wychodzi na duży plus. Alternatywa – znalezienie pracy zdalnej w Warszawie lub klientów firmy płacących warszawskie stawki. I w tym kierunku zamierzam iść. Bo wolę intensywnie pracować 50h (tu nie ma obijania, nie liczę kawy, pogawędki itp.) niż przebimbać 84h za niższą stawkę. Taki ze mnie obibok.

I zawsze powtarzam – rozwój zawodowy, nieakceptowanie stagnacji (sam zmieniłem zawód, podnosząc kwalifikacje, 2 razy brałem urlop bezpłatny – w sumie 4 lata), chorych układów (zarówno podwyżek dla swoich, jak i nękania) stanowią wyraz zdrowego podejścia. To stanie w miejscu jest chore. I nota bene dosyć często stanowi właśnie ryzyko. Trywialne powiedzenie „Kto stoi w miejscu, ten się cofa” często ma okazję sprawdzić się w realu.

Iga wspomniała w jednym z komentarzy o problemie z założeniem dg. Otóż, P.T. Czytelnicy, czy ma sens (poza mentalem) podejmowanie pracy opodatkowanej/oskładkowanej na 65% (z kosztami pracodawcy)? Czy może lepiej pójść w kierunku: CIT +KRUS (ew. od części płacić podatek od dywidendy.) Nawet CIT+KRUS+VAT przy kontrahentach – vatowcach, da nam znaczne zyski. Czy lepiej płacić 65% podatko-składki czy 10%? Co jest bardziej ryzykowne – posiadanie jednego kontrahenta (pracodawcy), czy 100 (klienci)? Niejeden pracownik na własnej skórze poznał odpowiedź.

Finanse. Tutaj wynik jest oczywisty. Żeby żyć z kapitału (dochód pasywny) za 100k/rok, trzeba mieć:

  • przy stopie zwrotu 3% (lokaty) – 3 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 5% (papiery dłużne) – 2 mln zł,
  • przy stopie zwrotu 10% (akcje) – 1 mln zł.

Wiadomo, te 10% nie jest pewne, można część kapitału stracić (ja akceptuję -20-30%), ale w długim okresie, akcje przy wyższym ryzyku lepiej plonują.

A Wy co myślicie o ryzyku?

Wystarczająco dobrze. Opowieść o sztuce podejmowania decyzji i wyjaśnienie dlaczego niektórzy nigdy nie będą bogaci.

W jednej ze swoich doskonałych książek (polski tytuł „Bogaty albo biedny. Po prostu różni mentalnie”) T.Harv Eker napisał kilka zdań, które chciałbym zacytować, ponieważ mają kapitalne znaczenie w budowaniu zamożności: „Gotów, pal, cel! Co chcemy przez to powiedzieć? Przygotuj się najlepiej, jak umiesz, w tak krótkim czasie, jak to tylko możliwe; zacznij działać; koryguj działanie w jego trakcie.” Niedawno miałem okazję być uczestnikiem pewnego projektu, który skutki tego pokazuje dokładnie, a także wyjaśnia, dlaczego tak niewielu specjalistów na etacie , kiedykolwiek osiąga znaczny majątek. Mój pracodawca po zmianach przepisów (zawsze w ostatniej chwili, zawsze spóźnieni) miał 3 tygodnie na odpalenie poważnego projektu. Pokazując skalę, grupa 5 osób przygotowujących i 15 wykonawców, miała w 21 dni opracować, zatwierdzić, i wykonać zadania, które w normalnych warunkach zajmują rok, jeśli pracuje nad nimi 30 osób. Zgodnie ze wszystkimi założeniami teorii absurdów białych kołnierzyków, codzienności np. w korporacji grupę stworzono według reguł „znajomi znajomych”, a więc tylko 10 osób spośród 20 posiadało jakiekolwiek doświadczenie w projektach o takie skali. Przepis na katastrofę, aczkolwiek wycofanie się nie było opcją. Na przygotowanie założeń dano … 3 dni. Z akceptacją przez wszystkie szczeble. I miałem niezmiernego pecha być w tej 5-tce przygotowujących. Po czym poszedłem na urlop. Ponieważ szefostwo wreszcie zorientowało się w skali projektu i że niebacznie udzielono mi urlopu, nagle zwiększono zespół i to co ja miałem zrobić w 21 tygodnie (czyli jako jeden z współautorów planu, nadzorować wykonanie niemożliwego przez niedoświadczonych) powierzono całemu działowi – kilkunastu osobom i wydłużono deadline do 35 dni. I teraz nastąpiło najlepsze, nie wywołujące nawet odrobiny zdziwienia u kogoś, kto kiedykolwiek pracował w korporacji albo na budowie. Od czego zaczyna 2/3 z tego działu? Od kwestionowania efektów trzydniowej pracy. Krótko mówiąc zaczyna się festiwal twierdzeń takich jak „O… kto to tak wam sp…ł”, „X (czyli ja) to debil i pozostali przygotowujący też debile.” „Ja się pod tym nigdy nie podpiszę”. I wiecie, co się stało? Ci, którzy pracowali w korpo, już tak. Otóż, stawiający się w roli recenzentów cudzej pracy, nie przewidzieli jednego. W grupie pięciu osób, które poza mną złożyły podpisy pod planem, znalazło się dwóch wysoko postawionych menedżerów o silnej pozycji i dostępie do ucha samego „szefa wszystkich szefów”. Jeden z nich wkurzył się niepomiernie i poleciał na samą górę ze słowami, które z pominięciem „polskich przecinków” zacytuję: „X to zatwierdził, a teraz nastu „mądrych” sypie piasek w tryby.” No i zaczęła się wojna. Szef wszystkich szefów wezwał mojego (i dziesięciu gniewnych ludzi) szefa i opieprzył. „Miało być gotowe za 3 tygodnie, a nie wyjdzie w 35. Dzwonią do mnie z centrali. Zrób z tym coś.” (przecinki ponownie pominąłem). No i moi „koledzy” zebrali swoje i musieli odpuścić. Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Kiedy powróciłem z urlopu po 6 tygodniach, projekt nadal był praktycznie wykonany tylko w 60% (czyli 28 osób w 42 dni zrealizowało zadanie przewidzianego dla 17 na trzy tygodnie), a autor skargi do „góry” w rozmowie ze mną (jesteśmy na stopie oficjalnej, parę razy nawet spięliśmy się) powiedział „Jak dobrze, że pan wrócił, z nimi nie dało się pracować, wiecznie szukali problemów. Gdyby był Pan na miejscu, w 3 tygodnie byłoby po wszystkim”. I teraz clou. Z grupy nastu specjalistów, którzy mnie zastąpili, najgłośniej krzyczały trzy osoby: koordynator, do którego pracy są wieczne zastrzeżenia (więc miał okazję się wykazać), jedna niedoświadczona pracownica, oraz starsza koleżanka, bardzo mądra, ale z doświadczeniem, że o połowę mniejszy projekt cyzeluje sobie spokojnie przez 3 miesiące. Żadna z nich nie jest zamożna, żadna nie prowadzi własnej działalności, tylko od lat pracuje na etacie, żadna nie czytała T.Harva Ekera. Żadna nie jest wybitna, chociaż przynajmniej jedną oceniłbym jako doskonałego specjalistę w swojej wąskiej działce. Dwójka dwukrotnie oblała zawodowy egzamin (który zdałem za pierwszym razem w górnych 5%) z powodu niezaliczenia statystyki, trzecia ze strachu przed porażką w ogóle do niego nie przystąpiła do niego (zdawalność ogólnopolska wynosiła 33-50%). Dlaczego więc mnie się udawało? Gotów, pal, cel.

I teraz czas, na tym prostym przykładzie odpowiedzieć sobie na trzy pytania:

Czy plan, którego byłem współautorem, był idealny? Oczywiście, nie. Zawierał szereg niedoskonałości (chociaż nie krytycznych błędów).

Czy, gdyby od początku przeznaczono 3 razy więcej czasu na przygotowanie, stałby się lepszy? Niewątpliwie.

Czy, gdyby pracodawca odmówił mi urlopu, wykonano by zadanie w 21 dni. Z dużym prawdopodobieństwem – tak, a chociaż zaszlibyśmy dalej w 30 dni.

Jeszcze raz wróćmy do T.Harva Ekera. Gotów, pal, cel. Zajmij stanowisko, strzelaj, celuj. „Przygotuj się najlepiej, jak umiesz, w tak krótkim czasie, jak to tylko możliwe; zacznij działać; koryguj działanie w jego trakcie.” Kwintesencja szybkiego podejmowania decyzji.

Gdybym miał wskazać, jaka cecha miała decydujące znaczenie w moich ponadprzeciętnych rezultatach finansowych powiedziałbym, właśnie umiejętność lekkiego decydowania o setkach własnych tysięcy (w przypadku tego projektu dziesiątkach milionów pracodawcy), w mega krótkim czasie. Mówiąc żargonem korporacji „urodzenia przez 9 kobiet dziecka w miesiąc” czyli zaplanowania i dokonania niemożliwego. I dobry żołnierz tak właśnie działa. Na polu bitwy i w organizacji. Nie dyskutuje z rozkazami (deadline’ami), tylko stara się je wykonać w założonych warunkach dostępnymi środkami. Czy zawsze wygrywa? Nie. Ponieważ najpierw strzelając, dopuszczamy porażkę, starając się zminimalizować jej skutki.

Ktoś, kto każdą decyzję rodzi w bólach przez miesiące, zostanie na swoim poziomie finansowym pracownika, pracującego do śmierci (nawet nie emerytury – bo na nią nie jest gotowy, przeciągając moment odejścia), wiecznie zależnego od innych (nie bez przyczyny każda z najgłośniej krzyczących „Nie podpiszę się” tę drobną stabilizację, którą posiada, zawdzięcza małżonkowi lub partnerowi). Z drugiej strony, większość moich klientów ceni sobie (i sami posiadają tę cechę) – reaktywność, a więc zdolność do korygowania planów (i sposobu myślenia) w działaniu.

Ile trwało podjęcie decyzji (przez dwójkę moich przyjaciół i mnie) na temat: „Czy i za ile kupujemy działający pensjonat w górach, którego wartość ofertowa wynosi 3 mln zł? Trzy rozmowy telefoniczne i godzinę liczenia rozciągnięte na 2 dni (ostatecznie nie kupiliśmy, bo sprzedający nie chciał zejść z ceny i nadal jest sprzedającym). Każda z tych osób kwestionująca pracę innych, potrzebowałaby miesięcy. Ile czasu zajmuje mi odpowiedź na pytanie: Czy kupię ten samochód? 3 minuty. Dlaczego? Ponieważ sprzedający okazyjnie daje mi właśnie tyle czasu. 3 minuty decyzji o wartości 50-100 tys. zł. 2 dni na 3 mln. Gotowy, pal, cel.

I teraz czas oddać sprawiedliwość malkontentom. Rzecz jasna, nie zawsze odnoszę sukces. Czasem przegrywam. Natomiast nie przystępując do walki, nie wygrałbym nigdy. Reszta jest matematyką. `Jeden z pierwszych moich książkowych mentorów – Brian Tracy, napisał kiedyś coś w tym stylu (wolę oddać sens i skończyć tekst, niż trzy godziny szukać cytatu) – sprzedawca nieruchomości podpisuje jedną umowę na 145 rozmów. Dostaje 144 odmowy i 1 akceptację. W jaki sposób radzi sobie z porażkami? Zna statystyki. Wie, że każda z odmów przybliża go do ostatecznego sukcesu. I prowizji 20 tys. zł. Jeżeli poświęci średnio 10 minut na każdą rozmowę daje to ok. 24 godziny na umowę (znowu: policzyłem to w pamięci w 2 sekundy, zamiast obliczać na kalkulatorze, niedokładność wyniosła mniej niż 1%, bo 24 x 6 =144). A stawka ponad 833,33 zł/h (tu już sprawdziłem). I tak trzeba żyć. Życie daje nam wiele szans, czy je wykorzystamy, zależy od zdolności do szybkiego podejmowania decyzji. Agent nieruchomości, który boi się 144 odmów, nie jest w stanie wykonywać pracy. Ponownie, nie chodzi o pędzenie naprzód, jak jeździec bez głowy, ale o realną (dopuszczającą margines błędu) natychmiastową ocenę.

I jeszcze anegdota z jednej z książek finansowych. W czasie gorącego 2007 roku (kryzys subprime) szef FED zebrał dyrektorów amerykańskich banków na naradzie. Zadał im krótkie pytanie: Co robić? Spośród kilkunastu osób, wybitnych specjalistów ekonomii i zarządzania, prawie wszyscy milczeli, przytłoczeni odpowiedzialnością. Tylko jeden powiedział: wpompujmy ile się da pieniędzy w system, żeby zachować płynność. Tak właśnie zrobiono. Wynik znamy. System bankowy nie zawalił się, lekarstwo zadziałało. Gdyby debatowano 2 tygodnie, i nic nie zrobiono, z pewnością nastąpiłaby lawina bankructw. Szybko podejmując decyzję dawano sobie szansę na zwycięstwo.

Stąd w tym projekcie przyjąłem zasadę: lepiej samodzielnie podjąć 1500 decyzji (w tym większość w 1-szym tygodniu) na 80% w trzy tygodnie, niż w 12 osób na 110% w 6 tygodni (a w tydzień nawet nie wystartować, oraz wielokrotnie przesunąć termin). Ponieważ po 6 tygodniach może się okazać, że znajdujemy się w sytuacji, że nie mamy już o czym decydować, okno czasowe zamknęło się. Ubocznie – po urlopie sprawdziłem w systemach, jakie moje decyzje kwestionowali „koledzy” – wyłącznie te o niekrytycznym znaczeniu, które dało się skorygować w trakcie realizacji. Dlaczego? Ponieważ plan przygotowało 5 osób, w tym doświadczona menedżerka finansowa. I jak powiedziałem osobie najgłośniej krzyczącej „Zgłaszając veto i robiąc dym, mogliście założyć, że cała piątka, w tym dwójka menedżerów i trzech specjalistów (w tym ja), którzy klepnęli projekt w 3 dni, to debile, ale prawdopodobieństwo prawdziwości takiej oceny, jest niewielkie”.

I na koniec wrócę do historii (nie mojej, lecz wielkiej). Wiecie jakie były najpoważniejsze zarzuty teoretyków wojskowości odnośnie porażki Polski we wrześniu 1939 r.? Większość generałów dowodzących armiami podejmowała decyzje zbyt późno, czekając na więcej informacji, które nigdy nie nadeszły.

Praca „poważna” i „niepoważna”

Jak pewnie zauważyliście, komentarze Bartka „zmuszają” mnie do przemyśleń, a w efekcie rozwijania odpowiedzi we wpisy. Tak było i tym razem, gdy w nawiązaniu do opowieści o pewnej mieszkance Warszawy, zarabiającej marnie w niszowym zawodzie, ale utrzymującej się z odziedziczonych/darowanych mieszkań.

Przedstawił koncepcję pracy „na poważnie”/”poważnej” , biorąc wprawdzie przysłówek/przymiotnik w cudzysłów, znowu skłonił mnie do refleksji o roli/sensie/celu pracy w powszechnym rozumieniu.

Otóż pracę „na poważnie” rozumieć można na kilka sposobów:

  1. przynosząca rozsądny dochód (powyżej średniej – a średnie mogą istnieć różne),
  2. wykonywana ze 100% zaangażowaniem,
  3. prestiżowa,
  4. rozsądna tzn. poważana społecznie.

Biorąc pod uwagę każdą z tych koncepcji – praca scenografa alternatywnego teatru, może mieścić się w pkt 2. Płacą słabo, prestiż niewielki, podobnie jak poważanie społeczne. Nie to co lekarz, przedsiębiorca itp.

Znam trochę podejście Bartka i wiem, że cudzysłów nie pojawił się przypadkowo, miał właśnie wywoływać zastanowienie. Bo gdybyśmy patrzyli na wszystkie te kryteria, większość potrzebnych zawodów, nie znalazłoby się jako „poważne”. Na pewno nie o to chodziło. Z drugiej strony, godząc się na punkt pierwszy (wyłącznie dochód), złodziej, prostytutka, sutener albo polityk musiałyby być uznane za wykonywane „na poważnie”. A tak nie jest.

Tak więc raczej problem leżał chyba w 100% wejścia w etat. Mając kasę z dochodu pasywnego, siłą rzeczy oceniamy, co można i co warto. Wielu sytuacji nie tolerujemy i mówimy adieu. Z kredytem na karku, raczej przesuniemy granicę albo pozwolimy je przesuwać innym. Stąd piosenka o oszczędzaniu i inwestowaniu opowie także o innych dziedzinach życia niż tylko portfel, styl życia czy finansowe wybory.

A może, Bartek miał na myśli opozycję „praca dla kogoś”/”praca dla siebie” i tylko ta druga, przy pewnych zasobach, gwarantujących miękkie lądowanie, warta jest 100% zaangażowania? Niewykluczone. Sam zacząłem to tak odbierać. W pracy etatowej chodzi o sprzedawanie czasu za pieniądze. Jeśli oferowana cena przestaje być atrakcyjna, szukamy innego miejsca. Ale aby tak zrobić potrzebujemy liny (oszczędności i dochodu pasywnego). Na swoim – idziemy w trupa, czyli do końca, bo inny pracodawca/etat na nas nie czeka. Jeśli poniesiemy porażkę – tracimy znacznie więcej. I jeszcze jeden aspekt. Własna działalność (praca dla siebie) nie polega (na co zwrócił uwagę w „Bogatym ojcu, biednym ojcu” Robert Kiyosaki), na sprzedawaniu czasu za pieniądze. W swojej firmie, czasem długo nie zarabiamy nic, a potem dochód wystrzela w kosmos. Zresztą w wielu wypadkach go nie przewidzimy (np. nie zapłaci nam duży kontrahent) i z kasy nici. Taki scenariusz na etacie wystąpi rzadko (i jest ścigany przez PIP).

Na koniec ważna różnica, na którą zwrócił mi ostatnio uwagę mój przyjaciel – góral: ludzie wykształceni idą do pracy, niewykształceni – do roboty. W wielkich miastach uprzedmiotowienie pracowników dawno zatarło taki podział.

Warszawa kontra średnie miasto. Specjalista.

Zanim napisałem ten tekst, sprawdziłem dane. Otóż, pracownik na moim stanowisku, może, pracując w średnim mieście dostać ok. 6 tys. zł netto na umowie o pracę, przy wykonywaniu obowiązków 3 dni/tydzień. Ja zarabiam jeszcze 30% więcej, ale to efekt dodatkowych uprawnień. Bierzmy za punkt odniesienia te 6 tys. zł netto.

W podobnym układzie w Warszawie proponowano 12 tys. zł + VAT. Co to oznacza w praktyce? Może Warszawa lepsza?

12 tys. zł + VAT należy pomniejszyć o koszty prowadzenia działalności gospodarczej (350 zł księgowa, 400 zł program specjalistyczny). Zostaje 11.250 zł. I od tego liczymy ZUS, składkę zdrowotną i podatki.

  • ZUS = 1646 zł (minimalna),
  • zdrowotna 9% = 1013 zł,
  • podatek dochodowy (zasady ogólne) – 1050 zł.

Zostanie nam ok. 8140 zł (11.250 zł -3110 zł). Sporo więcej niż w moim mieście. Może zatem przyjąć taką ofertę pracy? Jeśli zdecydujemy się, pozostają nam dwa wyjścia:

  1. Przeprowadzka do Warszawy,
  2. Dojazd.

Przeprowadzka do Warszawy, sprowadza się do cen nieruchomości wyższych o 50% (średnio). Czyli 50% większego kredytu. Przy obecnym przeliczniku +2800 zł. Średnio. A zarobiliśmy 2140 zł więcej. Bez sensu.

Inna opcja – dojazd. Najtaniej koleją. 80 zł/dzień x 12 dni = 960 zł. Ok. 1180 zł na plusie. Nie do końca. Te 1180 zł obciążone zostały ok. 3 godzinami bezpłatnych dojazdów/dzień (36 godzinami/m-c) oraz zwiększonymi wydatkami. Wychodząc z domu o 5, a wracając o 18, nie da się nie wstąpić na gorący posiłek. W Warszawie – 40 zł/szt x 12 = 480 zł. I już zysk spada do 700 zł/m-c przy 36 godzinach darmowego dojazdu. Nie warto.

Czy da się taniej? Oczywiście, tylko koszt będzie spory. Po pierwsze – obniżyć trochę ZUS, albo pracując na etacie w pozostałe 2 dni, albo małym ZUS-em. Potencjalny zysk – jeszcze 1646 zł. Razem 2346 zł/m-c przy dojeździe i ledwie 1000 zł/m-c przy przeprowadzce. Kompletny bezsens.

Jak wyglądałaby Polska, gdybyśmy nie weszli do UE.

Jestem na tyle stary, że dobrze pamiętam lata 90-te ubiegłego wieku. I widzę różnicę pomiędzy dzisiaj, a wtedy. Główna przyczyna – UE, jej pieniądze, ludzie i zasady.

Dlaczego tak sądzę? Takie są moje spostrzeżenia po wizycie w Macedonii (nie zamierzam nazywać jej Macedonią Północną). Ten niewielki kraj (liczba ludności ok. 2 mln, terytorium nieco większe niż nasze województwo), jako jedyny z byłej Jugosławii nie doświadczył wojny. I co? I nic. Pomimo tego bieda. Dlaczego? Moim zdaniem, zaważył właśnie brak impulsu z UE.

Wrażenia? Dokładnie Polska sprzed akcesji. Rolnictwo oparte na małych gospodarstwach (bez takiej ilości nawozów sztucznych i przemysłu towarowego, co jest zaletą), niewielkie sklepiki w miastach, mikrobanki. Do tego niewielka siła nabywcza lokalnej waluty w stosunku pensje/ceny. Te ostatnie są niższe o połowę, ale płace o 2/3.

Stąd nawet w sporym mieście, całe dzielnice wyglądają jak fawele, albo nasze Bałuty. Śmieci z ulic nikt nie sprząta, po ulicach biegają wychudzone psy (bardzo łagodne, zupełnie nie przypominające naszych rozszczekanych burków wiejskich). Auta? No cóż, od Zastaw 650 (na licencji Fiata sprzed 50-ciu lat) do Mercedesów. Przeważają Fiaty, Dacie w wieku ok. 20-30 lat. Bieda. Paliwo, dla nas tanie (5 zł/litr i jest to cena w miarę stała), przy ich poborach wychodzi drogo.

Czy Polska miałaby podobnie? Gdyby nie UE, raczej tak. Brak strumienia dochodów od emigrantów (swobodny przepływ osób Macedonii nie dotyczy), inwestycji (wiele ekspresówek, którymi jechałem miała …. 1 pas w każdym kierunku i tylko 2+1 co 10 km) . Ale za to tanio. 100 km autostrady – 2 E (nie żartuję), porównajcie to z naszą Autostradą Wielkopolską.

Czy taki standard dany jest Polsce na zawsze? Rzecz jasna – nie. W Macedonii widać ślady dawnej świetności sprzed 100 lat, albo z czasów Jugosławii, ale już zniszczone. W zasadzie tylko główna ulica dużego miast została wyremontowana. Boiska? Gdzie im do naszych orlików. Plaże w Ochrydzie – obok chłopaki gumówką i spawarką remontują sporą łajbę. Poza miastem – tereny niezagospodarowane. Do naszych Mazur, czy nawet Pojezierza Wielkopolskiego właśnie 30 lat dobrobytu.

Ale zostaja różnice in plus. Jedzenie. Odwiedzaliśmy lokalny bazar. Poezja. Tanio i smacznie. Feeria barw i zapachów (samej papryki kilkanaście odmian, do tego figi,arbuzy po 16 kg, melony itp.). Z powodu biedy kwitną przydomowe ogródki, bo przy pensji minimalnej 1300 zł mało kogo stać na sklepowe.

Do tego pomimo komuny widziałem w sporym mieście niewiele bloków. 90% mieszka we własnych domkach (stąd te ogrody). Budują się już apartamentowce. No i mieszkania (dla nas) wychodzą b.tanio. W 3-cim co do wielkości mieście kraju – domek 80-cio metrowy kosztuje 60-80 tys. Euro. Nawet w Ochrydzie (czyli naszych Mikołajkach albo nawet Kołobrzegu), da się znaleźć za taką cenę 2-pokojowy apartament. W Polsce musielibyśmy zapłacić 2-3 razy tyle. A w Chorwacji? 4 razy tyle.

No i ostatni plus – styl życia. O nim zamierzam napisać oddzielnie.

10 argumentów przeciw wprowadzeniu podatku katastralnego.

Skończyła się kampania wyborcza, tym razem zdominowana przez temat gospodarki mieszkaniowej. Wśród osi sporu znalazł się i podatek katastralny. Dlatego już po wyborach postanowiłem przedstawić swój pogląd na sprawę.

Argument 1. To podatek.

Wiadomo co jest istotą podatku. Wyciągnięcie kasy z kieszeni obywateli i włożenie jej do worka z napisem „dochody budżetu”. A to oznacza, że zapłacimy (a w zasadzie podatnicy tego podatku) zapłacą za nic. Zero świadczenia wzajemnego.

Argument 2. Nie wiadomo jak ma wyglądać.

Niektórzy mówią: od trzeciego mieszkania, inni od czwartego. Trudno opowiedzieć się za rozwiązaniem, bez podania szczegółów.

Argument 3. Podatki tylko rosną.

Stopniowo oddajemy państwu coraz więcej. Pamiętacie historię z podatkiem dochodowym w USA? Tylko 3% i tylko na czas wojny. Został z nimi do dzisiaj. A VAT? Coraz mniej zwolnień, coraz wyższe stawki.

Przypominam – w USA odpowiednik naszego katastru wynosi 2% wartości corocznie i jest powszechny. We Włoszech 1% od seconda casa (drugiej nieruchomości).

U nas mówiło się o 0.5% od kolejnego mieszkania, ale dopiero na początek. Doszlibyśmy do poziomu amerykańskiego, a to już spore obciążenie.

Argument 4. Nie działa.

I tu moglibyśmy skończyć dyskusję. Lewica, główny zwolennik tego podatku mówi, że wpłynie na zmniejszenie cen mieszkań i zwiększenie dostępności. Bzdura.

Czy nieruchomości w USA staniały od czasu wprowadzenia, a we Włoszech, w Niemczech, we Francji? Nie.

Podatek katastralny nie wpływa na spadek cen mieszkań.

Argument 5. Problem leży gdzie indziej.

Wiele razy pisałem o tym na blogu – mieszkania są drogie w mieście, a tanie na wsi (im dalej od miasta, tym taniej). Od opodatkowania mieszkań w miastach nie przybędzie. Nie przeniosą się też cudownie ze wsi do miast. Nie ma takiej opcji. Dlatego ten system nie działa. Rozwiązanie? Tworzenie miejsc pracy na wsiach, albo skutecznych sposobów dojazdu. Ostatnio czytałem opowiadania o klasie średniej w USA sprzed 50 lat. Główni bohaterowie dojeżdżają do centrów miast pociągiem w maksymalnie 1 godzinę. W przypadku mojego Lublina, zwiększałoby to „krąg zamieszkania” do 80 km (w godzinę dojadę prawie do Pilawy), krzyżując się z „kręgiem warszawskim” lub do Stalowej Woli (nakładając się na „krąg rzeszowski”). Do tego dobra komunikacja miejska i jesteśmy w domu.

A system zachęt? Jego stworzenie (ulgi podatkowe na remont lub dojazd), rozwój mniejszych miasteczek (centra kultury i usług) zmieniłoby optykę młodych.

Argument 6. Podatek zwiększy nierówności w opodatkowaniu.

Podatek ma być od „trzeciego mieszkania”. A dlaczego nie od domu, ziemi rolnej lub budowlanej? Nie wiem.

Argument 7. Nikt tego nie tłumaczy.

Zgodę chcą uzyskać „z góry”. Przy argumentach 6 i 2, niemożliwe.

Argument 8. Kasa wpadnie do wspólnego wora.

Pieniądze nie pójdą na nowe mieszkania lecz wpadną do wspólnego worka. Jak zwykle. W rzeczywistości wzrośnie zadłużenie i tyle. Nie bez powodu „kataster” znalazł się w umowach o KPO. Jego celem jest zwiększenie dochodów budżetowych.

Argument 9. W przypadku mieszkań wynajmowanych – podatek przerzucony zostanie na najemcę.

Dość prosto. Gdy ktoś ma 4 mieszkania, wynajmuje 2 albo i 3. Proste. A koszty poniesie najemca. Tak stało się w Berlinie i na całym świecie. Podrożały czynsze.

1% (model włoski łagodzony bałaganem) od wartości sprzed 5 lat, daje przeciętnemu warszawskiemu lokalowi dwupokojowemu (45 m2) potencjał na kwotę 4500 zł/rok (1% x 450.000 zł). To prawie 400 zł/m-c. Żaden właściciel nie weźmie tego na siebie, skoro dotychczas płacił 15 zł.

Argument 10. Podatek łatwy jest do ominięcia.

Jak? Jeśli faktycznie będzie od 4-tego mieszkania – budujemy budynek jednorodzinny z 5 lokalami, a łazienki i kuchnie tworzymy „na dziko”. I już mamy 1 dom. W rzeczywistości damy radę stworzyć 15 nieopodatkowanych mieszkań.

Drugi pomysł – rozdysponować po rodzinie. Trzeci – tworzenie spółek, z których każda ma po 3 nieruchomości. Czwarty – kupowanie całego piętra od dewelopera i łączenie lokali w jednej księdze wieczystej. Pewnie dam radę wymyśleć jeszcze kilka. Im wyższe opodatkowanie i problem – tym motywacja do kombinowania większa.

Wnioski. Sprawa wydaje się prosta. Skoro podatek nie działa w sposób założony przez projektodawców, da się go ominąć, a ma stać się dokuczliwy i niesprawiedliwy (majątek posła Kropiwnickiego stanowi 13 mieszkań – w praktyce równowartość ok. 70 ha ziemi z budynkami, podobny zasób rolnika lub „rolnika” nie zostanie opodatkowany) lepiej o nim zapomnieć.

A Wy co dodalibyście do tej listy?

Małe/ średnie miasto kontra metropolia. Co bardziej opłacalne? Czy warto wyjechać?

Młodzi ludzie na całym świecie głosują nogami. Opuszczają wioski, małe i średnie miasta, jadąc do metropolii. Zjawisko znane opisał je m.in. Filip Springer w „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” oraz Marek Szymaniak w „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Obaj starają się wskazać przyczyny:

  • niskie pensje i mało pracy,
  • niewiele nowych mieszkań,
  • układy, układziki,
  • marazm i brak oferty kulturalno-rozrywkowej.

Ale ponieważ obaj autorzy są humanistami, popatrzmy na sprawę z innej strony.

Mieszkanie na Gajowicach we Wrocławiu (w miarę blisko centrum) , w stanie do remontu, 3 pokoje – 67 m2 kosztuje minimum 670 tys. zł.

68 m2 w kamienicy w Ostrowie Wielkopolskim (miasto 70 tys. mieszkańców) – 190 tys. zł. Także do remontu (nawet poważniejszego). Koszty utrzymania mogą okazać się podobne jeśli pogodzimy się z ogrzewaniem gazowym.

Jeszcze raz zestawmy. 10 tys. zł/m2 przeciwko niecałym 3000 zł/m2. A w wartościach bezwzględnych? 670 k zł vs. 190 k zł. W racie kredytu (wkład własny 100 tys. zł) – 4200 zł vs 700 zł. Czy faktycznie pensje w Ostrowie Wielkopolskim są aż tak złe, żeby móc plunąć na 3500 zł różnicy w racie?

Nie. W grudniu różnica mediany wynosiła ok. 1650 zł brutto (8621 zł m.Wrocław i 6367 zł powiat ostrowski) . A gdyby brać pod uwagę same miasta pewnie ok. 1100 zł brutto (widać różnicę pomiędzy m.Kalisz a powiatem kaliskim – na poziomie ok. 600 zł brutto), a więc ok. 800 zł netto.

Jeżeli nałożymy te dane – mediana +1600 zł/rodzinę, kontra 3500 zł raty, wybór ekonomiczny wydaje się prosty. Za „zbywające” 1900 zł damy radę:

  • sporo zaoszczędzić (co po 20-30 latach zrobi ogromną różnicę),
  • wyjechać raz w miesiącu na wydarzenie kulturalne do Poznania, Warszawy, Wrocławia, czy Łodzi,
  • pójść raz w tygodniu do knajpki (w Ostrowie Wlkp. będzie też taniej).

I powiedzmy sobie szczerze, to miasto nie jest żadną „zabitą dechami dziurą”. Liczy prawie 70 tys. mieszkańców Nie porównujmy go nawet ze Strzegomiem (15 tys.), ani Grójcem (niecałe 17 tys. ). Dysponuje szpitalem, wieloma instytucjami kultury, oraz takimi wydarzeniami jak festiwal filmowy, siedmioma liceami ogólnokształcącymi a nawet (kiepską) uczelnią. Działa w nim dworzec kolejowy, 23 linie autobusowe.

Kiedy spojrzymy na porównanie z Warszawą – słabo, ale nie beznadziejnie. Natomiast ekonomicznie (dostępnością) mniejsze miasto wygrywa.

Teraz sięgnijmy do tytułowego pytania: Czy warto wyjechać? No cóż. Zależy. Finansowo – tylko jeśli masz świetny zawód i chcesz pracować nad miarę. Średniakom – zupełnie się nie kalkuluje. A osobom na minimalnej – tym bardziej. Zwłaszcza, że wyjechać/zostać nie zawiera w sobie więzi rodzinnych, pomocy starszego pokolenia jak i późniejszej opieki. Znam takich, którzy wrócili do miasta powiatowego i po kilkunastu latach nie żałują. Zarabiają może 30% mniej niż w stolicy, ale żyją spokojniej, a co najważniejsze bardziej komfortowo. Za mieszkanie 53 m2 kwadratowe mają 150 m2 domu i… jeszcze, po dzisiejszych cenach, zostałoby im 300.000 zł. Wynik? Stratę pensji jednej osoby równoważy stopa zwrotu obligacji skarbowych (1500 zł/m-c), drugą – koszty opieki nad dziećmi.

Częściową odpowiedź daje też, przywoływana na wstępie książka Marka Szymaniaka. Wśród bohaterów jego reportaży Warszawa przegrała z Piszem, Kętrzynem, Sanokiem itp.

Co mogę dodać od siebie? Zostając na miejscu, nie liczmy na nowe bloki. Znajdziemy je głównie w satelitach-sypialniach stolicy: Garwolinie, Grójcu czy Ożarowie. W Ostrowcu Wielkopolskim stanowią śladową część oferty i są znacznie droższe (chociaż 4 pokoje nowe, wykończone pod klucz za 6500 zł/m2 nadal kosztuje 1/3 ceny analogicznego mieszkania we Wrocławiu). W Sanoku takich mieszkań nie ma wcale. Podobnie w Piszu.

Istnieją jeszcze inne małe miasta – kurorty. Stamtąd ludzie też uciekają, ponieważ rynek zdominowały drugie lokale (wakacyjne) i pod wynajem. W Giżycku mamy ofertę apartamentów za 10-27 tys. zł/m2 oraz sąsiadujące bloki za 5 tys. zł/m2. Oferta tych drugich pozostaje uboższa. Nie ma pracy (poza turystyką), a nie każdy chce być kelnerką, recepcjonistką, kucharzem. I dochodzi do ucieczki. Czasem tylko w okolice Warszawy (nowe mieszkania w Ząbkach za 10 tys. zł/m2 konkurują z lokalizacjami miejskimi – 17 tys. zł/m2).

Ale statystycznie? Jak napisałem na wstępie, młodzi wyjeżdżają z małych i średnich miast. To trend ogólnoeuropejski. Część dla kariery, część dla oferty kulturalnej, część by nie czuć się gorszym. I ten ostatni element, zostawiam sobie na inną opowieść.

Czy tzw. przeciętny inwestor jest w stanie osiągać stopę zwrotu 10% w okresie 40 lat?

Ten wpis stanowi obiecaną reakcję na komentarz Bartka do wpisu o koncie spełnionych marzeń.

Problem 1. Kim jest przeciętny inwestor?

Pojęcie „przeciętny inwestor” definiuję tak: przedstawiciel klasy średniej, prowadzący działalność gospodarczą lub pracujący, z wykształceniem średnim lub wyższym, oraz dochodami w rodzinie na poziomie 15-50 tys. zł.

Co to oznacza? Eliminujemy z rozważań absolwentów szkół branżowych (dawne zawodówki), jak i doktorów/profesorów. Nie wymagamy wiedzy ekonomicznej na poziomie akademickim. Odpadają także single (z przyczyn praktycznych – im łatwiej oszczędzać, jak i podejmować ryzykowne decyzje, bo nie muszą ich konsultować z małżonkiem/partnerem).

Zakładamy pewien poziom dochodów zarówno z dolną, jak i górną granicą (średnia krajowa +20% na członka rodziny do 3,5 krotności tej kwoty). Przeciętny inwestor odpowiada zatem lansowanemu przeze mnie na blogu „milionerowi za średnią krajową+20%”. Nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt głupi, no właśnie … przeciętny.

Problem 2. W co inwestuje przeciętny inwestor?

Tutaj mamy już dość szerokie spektrum, obejmujące:

  1. Własną firmę,
  2. Akcje,
  3. Fundusze inwestycyjne,
  4. Obligacje,
  5. Nieruchomości,
  6. Złoto, srebro,
  7. Obowiązkowe i dobrowolne plany emerytalne.
  8. Ubezpieczenia.
  9. Waluty.
  10. Opcje i kontrakty terminowe.

Część pieniędzy idzie na rynki zagraniczne. I tutaj pierwsza niezgodność z wizją Bartka. Nie miałem powodu, aby uznać za właściwą myśl o braku dywersyfikacji zagranicznej. Dzisiaj to znacznie łatwiejsze niż 20 lat temu.

Dopuszczam też „krótką sprzedaż”.

Problem 3. Czy mamy szansę na 40 lat „stabilnego inwestowania” i co z tego wynika?

Kolejne zastrzeżenie postawione przez Bartka. Udziela odpowiedzi negatywnej, zauważając (i słusznie), że w historii Polski nie było okresu 40 lat prosperity.

Zgadzam się, lecz nie falsyfikuję tym tezy o możliwości zarobienia 10% rocznie.

Otóż we francuskiej literaturze ekonomicznej pojawia się pojęcie „wspaniałej 30-tki” czyli nadzwyczajnego okresu prosperity ekonomicznej trwającej … 30 lat. Śledząc historię nie tylko Polski, ale i Francji, a nawet USA widać, że 40 lat bez kryzysu i wojny nie istniało, a pomimo tego ludzie zwiększali swój majątek. Jak to możliwe?

Otóż nawet „przeciętny inwestor” musi nauczyć się korzystać z narzędzi takich jak: krótka sprzedaż, równoważenie portfela i inne środki zarządzania ryzykiem. Wtedy wojna stanie się … źródłem dodatkowego zarobku. Podobnie jak kryzys.

Problem 4. Jak osiągnąć stopę zwrotu 10% w długim okresie?

Stopa zwrotu 10% oznacza, że inwestycja podwaja swoją wartość co 7,2 roku. Szybko.

Pełną odpowiedź na pytanie dam w przygotowywanej książce. Teraz skoncentruję się na bardzo ogólnych założeniach.

Stosować zlecenia „stop straty” – nie dopuszczać do gigantycznych obsunięć kapitału. Ogólnie – możemy sobie pozwolić na -20% w najgorszych latach, o ile w najlepszych zyskamy +30% i więcej.

Dywersyfikować. Tu zgadzam się w 100% z Bartkiem. Potrzebna jest dywersyfikacja klas aktywów, branżowa i geograficzna.

Maksymalizować zyski i minimalizować straty.

Zaprzęgać do pracy cały kapitał.

Unikać opłat i podatków.

Proste zasady, a umożliwiają poprawę wyników inwestycyjnych.

Minimalizować obciążenia podatkowe (poza dywersyfikacją – klucz do sukcesu).

Stworzyć system pozwalający rozpoznać trudne czasy lecz nie reagujący nadmiarowo. Uważać na „czarne łabędzie”.

Reinwestować zyski.

Nie bać się grania na zniżkę, ale wtedy, gdy tę zniżkę już mamy.

Problem 5. Testowanie na modelach historycznych.

Większość popularnych strategii da się testować na warunkach z przeszłości. Zawsze coś. Natomiast przyszłość może wyglądać inaczej. Dlatego trzeba dobierać różne okresy.

I tak, weźmy na tapet nieruchomości. Kto kupił w 2005 r., a sprzedał w 2025 r. osiągnął nie tylko zysk w czasie 20 lat, wystarczający, aby kolejne 20 lat trzymać się strategii bezpiecznych i wyjść na te 10%, ale i ma stały przychód pasywny.

Przykład 1. W 2005 r. dwupokojowe mieszkanie w moim mieście kosztowało 2000 zł/m2, obecnie 10.000 zł. Tu już mamy 400% zysku. A doliczmy jeszcze czynsze i ich reinwestowanie (dajmy na to w akcje dywidendowe).

A jeszcze agresywniejsza polityka. Zakup nieruchomości na kredyt. Wystarczyło mieć 10% wartości.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Działaj.

Od gadania świat się nie zmieni. Od samego czytania także. Działaj.

Wykonaj po kolei 9 kroków. Zaplanuj zmianę. Zakończ to, co Cię niszczy, co dokucza i uwiera. Ale znowu – zniszczenie starych przyzwyczajeń, powiązań, akcji nie wystarczy.

Trzeba stworzyć nowe. I tu pojawia się największy problem, który sygnalizuję. Dlatego poleciłem Wam „Gęsiego”.

Rozpoczęcie „nowego życia” w nowym miejscu, może z nową osobą u boku, podobnie jak nowego zawodu rodzi gigantyczne ryzyka. Wielu praktyków radzi – zanim dokonasz radykalnej zmiany, ustal przyczyny poprzedniej porażki, bo poniesiesz ją ponownie.

Zostawienie toksycznego partnera i znalezienie identycznego – nic nie zmieni, poza samą osobą. Dalej będzie Ci ciężko. Po miodowym miesiącu, albo kwartale z endorfinami, pojawią się kłótnie, awantury itp.

Z nową pracą możesz mieć podobne doświadczenia. Własny biznes, kogoś kto olewał pracę, okazuje się najczęściej prostą drogą do katastrofy.

Przeprowadzka na wieś, pary skłóconych małżonków wywoła kolejne konflikty. O to, kto ma jechać po południu z dziećmi do miasta, kto nie posprzątał podłogi (a na wsi brudzi się 10 razy bardziej niż w mieszkaniu), kto wstanie rano napalić w piecu, czy kupować zwierzęta czy z nich zrezygnować. Widziałem niedobrane związki i ludzi skaczących sobie do gardeł o kolor sofy w salonie, albo w temacie „zasłony czy rolety”. Serio. Taka para na wsi rozwiedzie się błyskawicznie, bo spraw do załatwienia, decyzji do podjęcia, mamy ogrom. A potem tematów do wzajemnego obwiniania się.

Ktoś, komu problem sprawiało wyniesienie śmieci, nie zacznie dbać o ogród. Leniwiec czy Netflixowy zasiedlacz kanapy nie ulegnie nagłej przemianie w sielskiej atmosferze. Zacznie wkurzać x 10. Miłośniczka galerii będzie uciekać z domu. Itp., itd.

Stąd, odróbcie wszystkie punkty, przemyślcie 2 razy. I… działajcie. Zgodnie z własnym dobrze pojętym interesem.