Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
filozofia – Strona 4 – Oszczędny Milioner

10 argumentów przeciw wprowadzeniu podatku katastralnego.

Skończyła się kampania wyborcza, tym razem zdominowana przez temat gospodarki mieszkaniowej. Wśród osi sporu znalazł się i podatek katastralny. Dlatego już po wyborach postanowiłem przedstawić swój pogląd na sprawę.

Argument 1. To podatek.

Wiadomo co jest istotą podatku. Wyciągnięcie kasy z kieszeni obywateli i włożenie jej do worka z napisem „dochody budżetu”. A to oznacza, że zapłacimy (a w zasadzie podatnicy tego podatku) zapłacą za nic. Zero świadczenia wzajemnego.

Argument 2. Nie wiadomo jak ma wyglądać.

Niektórzy mówią: od trzeciego mieszkania, inni od czwartego. Trudno opowiedzieć się za rozwiązaniem, bez podania szczegółów.

Argument 3. Podatki tylko rosną.

Stopniowo oddajemy państwu coraz więcej. Pamiętacie historię z podatkiem dochodowym w USA? Tylko 3% i tylko na czas wojny. Został z nimi do dzisiaj. A VAT? Coraz mniej zwolnień, coraz wyższe stawki.

Przypominam – w USA odpowiednik naszego katastru wynosi 2% wartości corocznie i jest powszechny. We Włoszech 1% od seconda casa (drugiej nieruchomości).

U nas mówiło się o 0.5% od kolejnego mieszkania, ale dopiero na początek. Doszlibyśmy do poziomu amerykańskiego, a to już spore obciążenie.

Argument 4. Nie działa.

I tu moglibyśmy skończyć dyskusję. Lewica, główny zwolennik tego podatku mówi, że wpłynie na zmniejszenie cen mieszkań i zwiększenie dostępności. Bzdura.

Czy nieruchomości w USA staniały od czasu wprowadzenia, a we Włoszech, w Niemczech, we Francji? Nie.

Podatek katastralny nie wpływa na spadek cen mieszkań.

Argument 5. Problem leży gdzie indziej.

Wiele razy pisałem o tym na blogu – mieszkania są drogie w mieście, a tanie na wsi (im dalej od miasta, tym taniej). Od opodatkowania mieszkań w miastach nie przybędzie. Nie przeniosą się też cudownie ze wsi do miast. Nie ma takiej opcji. Dlatego ten system nie działa. Rozwiązanie? Tworzenie miejsc pracy na wsiach, albo skutecznych sposobów dojazdu. Ostatnio czytałem opowiadania o klasie średniej w USA sprzed 50 lat. Główni bohaterowie dojeżdżają do centrów miast pociągiem w maksymalnie 1 godzinę. W przypadku mojego Lublina, zwiększałoby to „krąg zamieszkania” do 80 km (w godzinę dojadę prawie do Pilawy), krzyżując się z „kręgiem warszawskim” lub do Stalowej Woli (nakładając się na „krąg rzeszowski”). Do tego dobra komunikacja miejska i jesteśmy w domu.

A system zachęt? Jego stworzenie (ulgi podatkowe na remont lub dojazd), rozwój mniejszych miasteczek (centra kultury i usług) zmieniłoby optykę młodych.

Argument 6. Podatek zwiększy nierówności w opodatkowaniu.

Podatek ma być od „trzeciego mieszkania”. A dlaczego nie od domu, ziemi rolnej lub budowlanej? Nie wiem.

Argument 7. Nikt tego nie tłumaczy.

Zgodę chcą uzyskać „z góry”. Przy argumentach 6 i 2, niemożliwe.

Argument 8. Kasa wpadnie do wspólnego wora.

Pieniądze nie pójdą na nowe mieszkania lecz wpadną do wspólnego worka. Jak zwykle. W rzeczywistości wzrośnie zadłużenie i tyle. Nie bez powodu „kataster” znalazł się w umowach o KPO. Jego celem jest zwiększenie dochodów budżetowych.

Argument 9. W przypadku mieszkań wynajmowanych – podatek przerzucony zostanie na najemcę.

Dość prosto. Gdy ktoś ma 4 mieszkania, wynajmuje 2 albo i 3. Proste. A koszty poniesie najemca. Tak stało się w Berlinie i na całym świecie. Podrożały czynsze.

1% (model włoski łagodzony bałaganem) od wartości sprzed 5 lat, daje przeciętnemu warszawskiemu lokalowi dwupokojowemu (45 m2) potencjał na kwotę 4500 zł/rok (1% x 450.000 zł). To prawie 400 zł/m-c. Żaden właściciel nie weźmie tego na siebie, skoro dotychczas płacił 15 zł.

Argument 10. Podatek łatwy jest do ominięcia.

Jak? Jeśli faktycznie będzie od 4-tego mieszkania – budujemy budynek jednorodzinny z 5 lokalami, a łazienki i kuchnie tworzymy „na dziko”. I już mamy 1 dom. W rzeczywistości damy radę stworzyć 15 nieopodatkowanych mieszkań.

Drugi pomysł – rozdysponować po rodzinie. Trzeci – tworzenie spółek, z których każda ma po 3 nieruchomości. Czwarty – kupowanie całego piętra od dewelopera i łączenie lokali w jednej księdze wieczystej. Pewnie dam radę wymyśleć jeszcze kilka. Im wyższe opodatkowanie i problem – tym motywacja do kombinowania większa.

Wnioski. Sprawa wydaje się prosta. Skoro podatek nie działa w sposób założony przez projektodawców, da się go ominąć, a ma stać się dokuczliwy i niesprawiedliwy (majątek posła Kropiwnickiego stanowi 13 mieszkań – w praktyce równowartość ok. 70 ha ziemi z budynkami, podobny zasób rolnika lub „rolnika” nie zostanie opodatkowany) lepiej o nim zapomnieć.

A Wy co dodalibyście do tej listy?

Małe/ średnie miasto kontra metropolia. Co bardziej opłacalne? Czy warto wyjechać?

Młodzi ludzie na całym świecie głosują nogami. Opuszczają wioski, małe i średnie miasta, jadąc do metropolii. Zjawisko znane opisał je m.in. Filip Springer w „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” oraz Marek Szymaniak w „Zapaść. Reportaże z mniejszych miast”. Obaj starają się wskazać przyczyny:

  • niskie pensje i mało pracy,
  • niewiele nowych mieszkań,
  • układy, układziki,
  • marazm i brak oferty kulturalno-rozrywkowej.

Ale ponieważ obaj autorzy są humanistami, popatrzmy na sprawę z innej strony.

Mieszkanie na Gajowicach we Wrocławiu (w miarę blisko centrum) , w stanie do remontu, 3 pokoje – 67 m2 kosztuje minimum 670 tys. zł.

68 m2 w kamienicy w Ostrowie Wielkopolskim (miasto 70 tys. mieszkańców) – 190 tys. zł. Także do remontu (nawet poważniejszego). Koszty utrzymania mogą okazać się podobne jeśli pogodzimy się z ogrzewaniem gazowym.

Jeszcze raz zestawmy. 10 tys. zł/m2 przeciwko niecałym 3000 zł/m2. A w wartościach bezwzględnych? 670 k zł vs. 190 k zł. W racie kredytu (wkład własny 100 tys. zł) – 4200 zł vs 700 zł. Czy faktycznie pensje w Ostrowie Wielkopolskim są aż tak złe, żeby móc plunąć na 3500 zł różnicy w racie?

Nie. W grudniu różnica mediany wynosiła ok. 1650 zł brutto (8621 zł m.Wrocław i 6367 zł powiat ostrowski) . A gdyby brać pod uwagę same miasta pewnie ok. 1100 zł brutto (widać różnicę pomiędzy m.Kalisz a powiatem kaliskim – na poziomie ok. 600 zł brutto), a więc ok. 800 zł netto.

Jeżeli nałożymy te dane – mediana +1600 zł/rodzinę, kontra 3500 zł raty, wybór ekonomiczny wydaje się prosty. Za „zbywające” 1900 zł damy radę:

  • sporo zaoszczędzić (co po 20-30 latach zrobi ogromną różnicę),
  • wyjechać raz w miesiącu na wydarzenie kulturalne do Poznania, Warszawy, Wrocławia, czy Łodzi,
  • pójść raz w tygodniu do knajpki (w Ostrowie Wlkp. będzie też taniej).

I powiedzmy sobie szczerze, to miasto nie jest żadną „zabitą dechami dziurą”. Liczy prawie 70 tys. mieszkańców Nie porównujmy go nawet ze Strzegomiem (15 tys.), ani Grójcem (niecałe 17 tys. ). Dysponuje szpitalem, wieloma instytucjami kultury, oraz takimi wydarzeniami jak festiwal filmowy, siedmioma liceami ogólnokształcącymi a nawet (kiepską) uczelnią. Działa w nim dworzec kolejowy, 23 linie autobusowe.

Kiedy spojrzymy na porównanie z Warszawą – słabo, ale nie beznadziejnie. Natomiast ekonomicznie (dostępnością) mniejsze miasto wygrywa.

Teraz sięgnijmy do tytułowego pytania: Czy warto wyjechać? No cóż. Zależy. Finansowo – tylko jeśli masz świetny zawód i chcesz pracować nad miarę. Średniakom – zupełnie się nie kalkuluje. A osobom na minimalnej – tym bardziej. Zwłaszcza, że wyjechać/zostać nie zawiera w sobie więzi rodzinnych, pomocy starszego pokolenia jak i późniejszej opieki. Znam takich, którzy wrócili do miasta powiatowego i po kilkunastu latach nie żałują. Zarabiają może 30% mniej niż w stolicy, ale żyją spokojniej, a co najważniejsze bardziej komfortowo. Za mieszkanie 53 m2 kwadratowe mają 150 m2 domu i… jeszcze, po dzisiejszych cenach, zostałoby im 300.000 zł. Wynik? Stratę pensji jednej osoby równoważy stopa zwrotu obligacji skarbowych (1500 zł/m-c), drugą – koszty opieki nad dziećmi.

Częściową odpowiedź daje też, przywoływana na wstępie książka Marka Szymaniaka. Wśród bohaterów jego reportaży Warszawa przegrała z Piszem, Kętrzynem, Sanokiem itp.

Co mogę dodać od siebie? Zostając na miejscu, nie liczmy na nowe bloki. Znajdziemy je głównie w satelitach-sypialniach stolicy: Garwolinie, Grójcu czy Ożarowie. W Ostrowcu Wielkopolskim stanowią śladową część oferty i są znacznie droższe (chociaż 4 pokoje nowe, wykończone pod klucz za 6500 zł/m2 nadal kosztuje 1/3 ceny analogicznego mieszkania we Wrocławiu). W Sanoku takich mieszkań nie ma wcale. Podobnie w Piszu.

Istnieją jeszcze inne małe miasta – kurorty. Stamtąd ludzie też uciekają, ponieważ rynek zdominowały drugie lokale (wakacyjne) i pod wynajem. W Giżycku mamy ofertę apartamentów za 10-27 tys. zł/m2 oraz sąsiadujące bloki za 5 tys. zł/m2. Oferta tych drugich pozostaje uboższa. Nie ma pracy (poza turystyką), a nie każdy chce być kelnerką, recepcjonistką, kucharzem. I dochodzi do ucieczki. Czasem tylko w okolice Warszawy (nowe mieszkania w Ząbkach za 10 tys. zł/m2 konkurują z lokalizacjami miejskimi – 17 tys. zł/m2).

Ale statystycznie? Jak napisałem na wstępie, młodzi wyjeżdżają z małych i średnich miast. To trend ogólnoeuropejski. Część dla kariery, część dla oferty kulturalnej, część by nie czuć się gorszym. I ten ostatni element, zostawiam sobie na inną opowieść.

Czy tzw. przeciętny inwestor jest w stanie osiągać stopę zwrotu 10% w okresie 40 lat?

Ten wpis stanowi obiecaną reakcję na komentarz Bartka do wpisu o koncie spełnionych marzeń.

Problem 1. Kim jest przeciętny inwestor?

Pojęcie „przeciętny inwestor” definiuję tak: przedstawiciel klasy średniej, prowadzący działalność gospodarczą lub pracujący, z wykształceniem średnim lub wyższym, oraz dochodami w rodzinie na poziomie 15-50 tys. zł.

Co to oznacza? Eliminujemy z rozważań absolwentów szkół branżowych (dawne zawodówki), jak i doktorów/profesorów. Nie wymagamy wiedzy ekonomicznej na poziomie akademickim. Odpadają także single (z przyczyn praktycznych – im łatwiej oszczędzać, jak i podejmować ryzykowne decyzje, bo nie muszą ich konsultować z małżonkiem/partnerem).

Zakładamy pewien poziom dochodów zarówno z dolną, jak i górną granicą (średnia krajowa +20% na członka rodziny do 3,5 krotności tej kwoty). Przeciętny inwestor odpowiada zatem lansowanemu przeze mnie na blogu „milionerowi za średnią krajową+20%”. Nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt głupi, no właśnie … przeciętny.

Problem 2. W co inwestuje przeciętny inwestor?

Tutaj mamy już dość szerokie spektrum, obejmujące:

  1. Własną firmę,
  2. Akcje,
  3. Fundusze inwestycyjne,
  4. Obligacje,
  5. Nieruchomości,
  6. Złoto, srebro,
  7. Obowiązkowe i dobrowolne plany emerytalne.
  8. Ubezpieczenia.
  9. Waluty.
  10. Opcje i kontrakty terminowe.

Część pieniędzy idzie na rynki zagraniczne. I tutaj pierwsza niezgodność z wizją Bartka. Nie miałem powodu, aby uznać za właściwą myśl o braku dywersyfikacji zagranicznej. Dzisiaj to znacznie łatwiejsze niż 20 lat temu.

Dopuszczam też „krótką sprzedaż”.

Problem 3. Czy mamy szansę na 40 lat „stabilnego inwestowania” i co z tego wynika?

Kolejne zastrzeżenie postawione przez Bartka. Udziela odpowiedzi negatywnej, zauważając (i słusznie), że w historii Polski nie było okresu 40 lat prosperity.

Zgadzam się, lecz nie falsyfikuję tym tezy o możliwości zarobienia 10% rocznie.

Otóż we francuskiej literaturze ekonomicznej pojawia się pojęcie „wspaniałej 30-tki” czyli nadzwyczajnego okresu prosperity ekonomicznej trwającej … 30 lat. Śledząc historię nie tylko Polski, ale i Francji, a nawet USA widać, że 40 lat bez kryzysu i wojny nie istniało, a pomimo tego ludzie zwiększali swój majątek. Jak to możliwe?

Otóż nawet „przeciętny inwestor” musi nauczyć się korzystać z narzędzi takich jak: krótka sprzedaż, równoważenie portfela i inne środki zarządzania ryzykiem. Wtedy wojna stanie się … źródłem dodatkowego zarobku. Podobnie jak kryzys.

Problem 4. Jak osiągnąć stopę zwrotu 10% w długim okresie?

Stopa zwrotu 10% oznacza, że inwestycja podwaja swoją wartość co 7,2 roku. Szybko.

Pełną odpowiedź na pytanie dam w przygotowywanej książce. Teraz skoncentruję się na bardzo ogólnych założeniach.

Stosować zlecenia „stop straty” – nie dopuszczać do gigantycznych obsunięć kapitału. Ogólnie – możemy sobie pozwolić na -20% w najgorszych latach, o ile w najlepszych zyskamy +30% i więcej.

Dywersyfikować. Tu zgadzam się w 100% z Bartkiem. Potrzebna jest dywersyfikacja klas aktywów, branżowa i geograficzna.

Maksymalizować zyski i minimalizować straty.

Zaprzęgać do pracy cały kapitał.

Unikać opłat i podatków.

Proste zasady, a umożliwiają poprawę wyników inwestycyjnych.

Minimalizować obciążenia podatkowe (poza dywersyfikacją – klucz do sukcesu).

Stworzyć system pozwalający rozpoznać trudne czasy lecz nie reagujący nadmiarowo. Uważać na „czarne łabędzie”.

Reinwestować zyski.

Nie bać się grania na zniżkę, ale wtedy, gdy tę zniżkę już mamy.

Problem 5. Testowanie na modelach historycznych.

Większość popularnych strategii da się testować na warunkach z przeszłości. Zawsze coś. Natomiast przyszłość może wyglądać inaczej. Dlatego trzeba dobierać różne okresy.

I tak, weźmy na tapet nieruchomości. Kto kupił w 2005 r., a sprzedał w 2025 r. osiągnął nie tylko zysk w czasie 20 lat, wystarczający, aby kolejne 20 lat trzymać się strategii bezpiecznych i wyjść na te 10%, ale i ma stały przychód pasywny.

Przykład 1. W 2005 r. dwupokojowe mieszkanie w moim mieście kosztowało 2000 zł/m2, obecnie 10.000 zł. Tu już mamy 400% zysku. A doliczmy jeszcze czynsze i ich reinwestowanie (dajmy na to w akcje dywidendowe).

A jeszcze agresywniejsza polityka. Zakup nieruchomości na kredyt. Wystarczyło mieć 10% wartości.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Działaj.

Od gadania świat się nie zmieni. Od samego czytania także. Działaj.

Wykonaj po kolei 9 kroków. Zaplanuj zmianę. Zakończ to, co Cię niszczy, co dokucza i uwiera. Ale znowu – zniszczenie starych przyzwyczajeń, powiązań, akcji nie wystarczy.

Trzeba stworzyć nowe. I tu pojawia się największy problem, który sygnalizuję. Dlatego poleciłem Wam „Gęsiego”.

Rozpoczęcie „nowego życia” w nowym miejscu, może z nową osobą u boku, podobnie jak nowego zawodu rodzi gigantyczne ryzyka. Wielu praktyków radzi – zanim dokonasz radykalnej zmiany, ustal przyczyny poprzedniej porażki, bo poniesiesz ją ponownie.

Zostawienie toksycznego partnera i znalezienie identycznego – nic nie zmieni, poza samą osobą. Dalej będzie Ci ciężko. Po miodowym miesiącu, albo kwartale z endorfinami, pojawią się kłótnie, awantury itp.

Z nową pracą możesz mieć podobne doświadczenia. Własny biznes, kogoś kto olewał pracę, okazuje się najczęściej prostą drogą do katastrofy.

Przeprowadzka na wieś, pary skłóconych małżonków wywoła kolejne konflikty. O to, kto ma jechać po południu z dziećmi do miasta, kto nie posprzątał podłogi (a na wsi brudzi się 10 razy bardziej niż w mieszkaniu), kto wstanie rano napalić w piecu, czy kupować zwierzęta czy z nich zrezygnować. Widziałem niedobrane związki i ludzi skaczących sobie do gardeł o kolor sofy w salonie, albo w temacie „zasłony czy rolety”. Serio. Taka para na wsi rozwiedzie się błyskawicznie, bo spraw do załatwienia, decyzji do podjęcia, mamy ogrom. A potem tematów do wzajemnego obwiniania się.

Ktoś, komu problem sprawiało wyniesienie śmieci, nie zacznie dbać o ogród. Leniwiec czy Netflixowy zasiedlacz kanapy nie ulegnie nagłej przemianie w sielskiej atmosferze. Zacznie wkurzać x 10. Miłośniczka galerii będzie uciekać z domu. Itp., itd.

Stąd, odróbcie wszystkie punkty, przemyślcie 2 razy. I… działajcie. Zgodnie z własnym dobrze pojętym interesem.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Przeczytaj ten wpis – „”Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście””.

W ogóle poczytaj historie ludzi, którzy opuścili kierat i zmienili swoje życie. Jedni na gorsze, inni na lepsze, ale na każdy taki temat powstała książka, blog, a na nim dziesiątki wpisów.

Wiadomo, każde rozwiązanie ma swoje wady. Obecnie mainstream ciągnie do dużych miast. Tylko w nich ma być praca (co obaliłem). Warto dobrze poprowadzić rachunki. Mój syn przez ostatnich 7 lat mieszkał w dwóch średnich miastach, takich ok. 100 tys. mieszkańców, zlokalizowanych w odległości 100 km od znacznie większych ośrodków. Jedno okazało się upadkiem i niewypałem, z knajpą na rynku zamykającą się o 22. Drugie tętni życiem i rozwija się. A ceny mieszkań w obydwu bywają podobne.

Są dobre i złe korpo. Jedne płacą i rozwijają, drugie nie płacą i wymagają (np. niepłatnych nadgodzin). Po co Ci opera, jeśli do niej nie chadzasz? Po co Ci natura, jak lubisz miejski gwar?

A wszystko trzeba jeszcze dopasować do rodziny. Przecież nie zawsze nastolatek chce na wieś (a w zasadzie rzadko chce). Mamy zobowiązania, etaty, firmy itp. Trudno jest rzucić wszystko i wyjechać w podróż dookoła świata. A na pewno w okolicach pięćdziesiątki. Niejednemu się udało (patrz p.Doba).

Dlatego namawiam, żeby czytać, historie prawdziwe, a nie lukrowane. Amatorom wsi polecam „Gęsiego”. Autor pisze boleśnie szczerze, że gdyby nie miał pracy zdalnej, dawno zbankrutowałby na rolnictwie.

Dlatego polecam tamten wpis i stosowanie wskaźnika, który nazwałem D/d (napiszę o nim w książce oraz poświęcę odrębny post).

Mini-emerytura czy mikro-emerytura? Co razi Tim Ferriss, a co oszczednymilioner.

Tim Ferriss w swoim „4-godzinnym tygodniu pracy” wprowadza pojęcie mini-emerytury. Zakłada, że nawet jeśli dożyjemy prawdziwego odpoczynku (obecnie 65 lat dla facetów), będziemy zmęczeni, chorzy, zbyt biedni, by naprawdę cieszyć się czasem. Dlatego trzeba wybrać coś innego – mini-emerytury. Co to oznacza?

Mini-emerytura to dłuższa niż standardowy urlop przerwa w pracy. Pamiętajmy – Tim żyje w USA, gdzie typowy pracownik ma 10 dni urlopu rocznie. Dlatego tak zachęca do „zniknięcia”, które dzisiaj nazwałbym pracą zdalną. W Polsce, na szczęście, możemy sobie pozwolić na więcej. Standardowo 26 dni, a w niektórych zawodach (nauczyciele, nauczyciele akademiccy, niektórzy urzędnicy, sędziowie itp.) oraz sytuacjach (stopień niepełnosprawności) dostaniemy jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt dni ekstra. Bywają też „urlopy dla poratowania zdrowia” i tym podobne „wynalazki”. Dla wielu jednak ideał Ferrissa – jeden miesiąc wolnego na kwartał, 3 miesiące na rok nawet roczne wyjazdy, pozostają w sferze marzeń. Nikt nie da im ani prawie 90 dni urlopu w roku, a rzucenie etatu, żeby sobie pojeździć, raczej nie wchodzi w grę (rodzina). Czyli mini-emerytury realne pozostają dla wąskiej grupy przedsiębiorców internetowych, freelancerów, naukowców, pisarzy itp. Reszta musi obejść się smakiem.

Długo myślałem co z tym zrobić. Przecież z pewnością jest jakieś wyjście z labiryntu. I znalazłem. W moim przypadku (2-3 dni pracy w biurze na etat, plus urlop, plus zdalna) dysponuję (bez zwolnień) w sumie dwutygodniowym urlopem plus 75 dniami niebiurowymi plus weekendy. Jednocześnie specyfika mojej pracy i firmy (umawiane spotkania minimum raz w tygodniu, konieczność fizycznego odbioru listów) wyklucza wyjazd np. na rok, kwartał, a nawet miesiąc. No, ale na krótsze wyjazdy mam czas. I w ten sposób dochodzimy do sedna. Mini-emerytura ma pewien cel – dać wypocząć (do czego podobno potrzeba 3 tygodni wolnego). A gdyby postawić sprawę inaczej. W ogóle się nie męczyć? Da się? Pewnie. Gdy pracuję systemem 3/4 (trzy dni w pracy, cztery dni w domu), zupełnie inaczej funkcjonuję. Poziom mojego stresu rzadko wystrzeliwuje poza dopuszczalną skalę. W zasadzie nie potrzebuję długiego urlopu, ponieważ jestem stale odpowiednio zrelaksowany. Jak lew, który przez większość czasu leży na trawie, zrywając się niekiedy na polowanie. Pracuję i karmię lenia we mnie. Ważne, by okresy pracy i wypoczynku przeplatały się. Czyli np. pracuję wtorek-czwartek a od piątku do poniedziałku mam wolne, albo pracuję poniedziałek, wtorek, czwartek, a byczę się w środy i od piątku do niedzieli. I ten system pracy nazwałem mikro-emeryturą. Czy potrafisz go powtórzyć? Jak to zrobić?

Sposób 1. Praca na część etatu lub na godziny. 1/2 etatu to 20 godzin tygodniowo. Da się je ogarnąć w 2-3 dni. Potem mamy 4 dni wolnego. Podobnie na zleceniu. Możemy intensywnie działać całą dobę (24 godzinny dyżur), a w pozostałym czasie – odpoczywać.

Sposób 2. Praca w nietypowych godzinach. Znam miejsca, gdzie pracuje się „na nocki”, w systemie 24/48 (24 godziny ciągłej pracy, potem 48 godzin wolnego) lub 12/24 (dwanaście godzin w pracy, żeby zasłużyć na 24 godziny luzu). Tam da się wyrobić pełny etat w dwa dni ciągłej pracy (24+24=48), albo trzy dni (24 + dwie „dwunastki”). Rozmawiałem z gościem, który pracuje w Norwegii 2 tygodnie, a 2 siedzi w domu.

Sposób 3. Własna firma lub freelance. W takich warunkach nikt nie stoi nad nami z batem. Sami jesteśmy pracownikiem, kierownikiem a często i księgową, kadrowcem, zaopatrzeniowcem, kierowcą i panią od BHP. Ale są też plusy. Nikt nie może zmusić nas do pracy. Robi to wizja głodu i niezapłaconych rachunków (częściej) lub wyjątkowy napęd wewnętrzny (rzadziej). Umiejmy docenić zalety. Damy radę wziąć większe zlecenie na kwartał zapierdolu i bimbać sobie przez następny. Obijać się dwa tygodnie, a potem kolejne dwa pracować jak szaleni po 16 godzin na dobę. Nadrabiać zaległości całego miesiąca luzu, przez kolejne 2. Tak właśnie działa mój brat, któremu zazdrości większość znanych mi korposzczurów, ponieważ albo zapieprza jak głupi albo odpoczywa w miłym miejscu. Tylko w pierwszym półroczu tego roku był na Malcie, w Grecji, w Belgii, w Maroku (po tygodniu) oraz 3 tygodnie we Włoszech. Nieźle – 50 dni wolnego na półrocze. Druga strona – działalność wysokomarżowa i wykonywana osobiście, oraz często-gęsto 16-20 godzinne sesje pracy pod presja lub krótkie kilkugodzinne okno na poprawne wprowadzenie 20 obszernych dokumentów do systemu. Na pewno – nie dla wszystkich. Nie trzeba koniecznie działać głową – można rękami (rzemieślnik).

Sposób 4. Odpowiedni zawód. Odpowiedni, czyli taki, w którym da się brać 2-3 dni wolnego w tygodniu, albo na zdalnej nikt nas szczegółowo nie kontroluje. Ja taki mam. Podobnie nauczyciele, nauczyciele akademiccy, lekarze itp.

Generalnie chodzi o to, żeby pracować 2-3 a max. 4 dni w tygodniu.

Na koniec – co robić z wolnym czasem? Załóżmy, nie pragniemy emerytury w wersji mikro spędzonej przed telewizorem albo z konsolą do gier. Idziemy raczej w kierunku wypoczynku. A to oznacza: citybreaki (krótkie wyjazdy do interesujących miast), naturebreaki (podobnie, tylko w głuszę), długie weekendy turystyczne lub aktywności na miejscu (rower, kajaki, konie, ogród itp.). Może kupimy sobie działkę, może mieszkanie w fajnej lokalizacji. Generalnie, podobnie jak w czasie wakacji, mini-emerytur – potrzebujemy pieniędzy. Podróże kosztują, drugi dom też, stąd rozwiązanie da się dopasować do osób z nieco grubszym portfelem (nawet w wersji budżetowej: pociąg/tanie linie, namiot/hostel i lokalne żarcie).

Chcecie spróbować mikro-emerytur?

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zaplanuj drogę powrotu.

Bartek zwrócił uwagę, że czasami kierat nie taki straszny. Istnieją gorsze rzeczy, takie jak:

  1. Bieda.
  2. Samotność.
  3. Depresja.

Ponieważ ucieczka z kieratu nie każdemu się udaje. Zawodzi nawet plan B. Jeden z bohaterów książki Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” opisał własne doświadczenie. Ciężki rozwód i samotna ucieczka z Warszawy na Podlasie, daleko do dzieci, daleko do klientów, daleko do … wszystkiego. Trzeba więc dojechać. Godziny spędzane w samochodzie, powroty żeby się przespać. I ogromna samotność, która doprowadziła do załamania psychicznego (halucynacji). Wtedy szybki powrót bliżej miasta. Nieplanowany.

Podobnie mają rozwodnicy. Potrafią wrócić do swojego porzuconego (lub porzucającego) małżonka. Bo lepsze znane zło niż nieznane.

Da się ponownie urządzić w mieście (i w innym miejscu, o którym wspomniał Stefan Kisielewski), wrócić do korpo, z podróży kamperem dookoła świata. Tylko trzeba wszystko dobrze zaplanować.

Stąd pomysł na plan powrotu. Jeżeli nie wypali. Złożymy CV tu i tam, coś przecież potrafimy. Wynajmiemy (a nawet kupimy mieszkanie). Policz. Zanim rzucisz kierat, dobrze skalkuluj – czy stać Cię na come back i na jakich warunkach. Jeśli na niezłych, niewiele ryzykujesz.

Rozważania o współczesnych relacjach pracodawca-pracownik. Jak sobie radzić?

Na blogu pojawiło się trochę rozważań na temat tzw. kultury zapierdolu, roli pracy w życiu. Dzisiaj, zainspirowana rozmową z klientem, lekturą oraz własnymi doświadczeniami ocena zmian i ich wpływu na życie.

Zacznijmy od klienta. Skarżył się, że pracownik podebrał kasę z biletów, a indagowany wypalił „Nic się nie stało, wziąłem żeby kupić sobie śniadanie. Jak chcesz to mnie zwolnij”. Wiadomo, jak mówią zaprzyjaźnieni górale – patologia.

Na drugim biegunie, zapieprzający za minimalną, od których wymaga się doświadczenia, zaangażowania i wykształcenia (autentyk z rozmowy z pewną panią dyrektor). A potem zdziwienie, że kolejna rekrutacja nie wypala. Do tego mnóstwo przypadków mobbingu, nierównego traktowania, oczekiwania, że pracownik wynajęty na 40 godzin w tygodniu odda duszę. Jeśli tego nie zrobi – pretensję.

Osobiście wyznaję zasadę, że ciężko pracować kalkuluje się tylko na swoim, albo gdy mamy stawkę akordową. W przeciwnym wypadku – kompletnie bez sensu. I piszę to z pełnym przekonaniem, po usłyszeniu historii z szefem, który nie widział nic niestosownego w pisemnym wezwaniu do pracownika (list polecony), żeby wykorzystał urlop, bo idzie na emeryturę. Wezwaniu pracownika, który leczył się na raka, a przepracował w firmie kilkadziesiąt lat. Tak szkoda wypłacić ekwiwalent (ponownie – nie ze swoich, szef też tylko pracował na etacie). Ostatecznie i tak zwolnienie zostało przedłużone do dnia emerytury i ekwiwalent poszedł na konto.

I kiedy już diabli mnie biorą, wspominam relacje sprzed 20 lat, bo miałem szczęście pracować w doskonałym zespole. Ja przynajmniej znam inne warunki. Natomiast obecnie, mam wrażenie (to szersza obserwacja), wyzysk osiągnął niebotyczne rozmiary. Oczywiście choroba nazywa się „chciwość”. Właściciel chciwy zysku, najemni poganiacze – premii. Bo trzeba spłacić kredyt, bo żona domaga się prezentu, a i kochance warto coś kupić. Wszystko podlane kłamstwem (typowe, nie tylko w Januszexie – nie stać mnie/nas/firmy na podwyżki). Od kierownika nad trzema pracownikami do najwyższych władz. A gdy ktoś zainteresuje się, jak jest faktycznie, kolejne piętrowe kłamstwa.

Czy na taką sytuację istnieje lekarstwo? W przypadku moich rówieśników – oczywiście – własna firma rozkręcana na boku. Sam coś wiem na ten temat, i już dzieliłem się z Wami. Młodzi mają gorzej i dlatego stają się coraz bardziej antysystemowi. Stąd bierze się 32% Mentzena i 20% Zandberga w grupie do 30 lat. Lewica nie miała takiego poparcia u młodych od czasów prezydentury Kwaśniewskiego.

A jaki będzie finał? Patrząc na USA, południe Europy, Arabską Wiosnę przypuszczam, że smutny. Niektórzy na wiele lat (jak w 1968 r.) wypiszą się z systemu. Dzisiaj o taki krok znacznie łatwiej. Mamy zasiłki, rekordowo tanią (w relacji do dniówki) żywność, możliwość wyprowadzki choćby na koniec świata (np. zamorskie terytoria Francji, będące częścią UE – Martynikę na Karaibach, czy Réunion na Oceanie Indyjskim). Znam takich, którzy wzięli dzieciaki (Szkoła w Chmurze), kampera i pojechali hen daleko. Jeśli kogoś nie uwiera kredyt, ma mieszkanie w dużym mieście, kupuje np. dom nad pięknym, dużym jeziorem na południu Europy za 500 tys. zł. W kraju, gdzie za obiad w knajpce zapłacimy 25 zł, jedzenie jest tanie, a minimalna temperatura w roku to 4 st. C w dzień i -2 st. C w nocy.

Reszta podejmie próbę walki. Albo z systemem, albo w ramach systemu, zamieniając korpo na własną firmę lub działalność nierejestrowaną. I oni ponownie wychodzą najlepiej. Jeśli ktoś ma głowę na karku, umie pracować (i kombinować) znacznie lepiej (finansowo i praktycznie) wyjdzie na kontrakcie b2b niż na umowie o pracę.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

Ponieważ kierat nie ma tylko wymiaru pracy 9-17 (z dojazdami w stolicy 8-18), 5 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku, musimy spojrzeć na pojęcia aktywów i pasywów nieco inaczej. Rozdzielić wymiar ekonomiczny od tzw. mentalu.

Klasycznie „aktywem” jest wszystko (przedmiot, prawo, oszczędności, inwestycje), mające jakąś materialną wartość: dom, działka, akcje, lokaty, obligacje, kryptowaluty. Gdybym był ścisły, powiedziałbym nawet nie wartość, a cenę.

W „mentalu” aktywem stają się nasze cechy (np. odporność na zmiany, pracowitość), znajomości (kontakty) itp.

Odwrotnie, pasywami są albo długi (majątek ujemny), albo negatywne cechy, traumy, złe relacje. Kiedy już tyle wiemy, możemy zacząć analizy praktyczne.

Zacznijmy od najprostszej – projektu „rzucam tę robotę”.

Żeby rzucić pracę, trzeba mieć drugą, albo inne źródło dochodów, albo możliwe do stworzenia źródło dochodów, albo… radykalnie obniżyć wydatki. W przypadku kolejnej pracy, sprawa wydaje się prosta. Trzeba mieć kontakty, dobrą opinię, umiejętności. Dobry handlowiec ma łatwiej, listonosz może sprawdzić się jako kurier, policjant zatrudni się w ochronie, ale co zrobi urzędnik, który całe życie tylko tworzył pisma? Jak poradzi sobie nauczyciel akademicki ze specjalnością np. poezja Cycerona? Takie umiejętności trudno sprzedać rynkowo. Aczkolwiek każdy może się przekwalifikować. Popatrzmy na czasy Wilczka i Balcerowicza (żywiołowy rozwój przedsiębiorczości w latach 1988-1992). Moja mama, z zawodu lekarz prowadziła wtedy butik, spotykając jako dostawców, właścicieli hurtowni mikro-szwalni, wytwórców biżuterii (dzisiaj powiedzielibyśmy w stylu „boho”): polonistów, historyków, inżynierów etc. Niska była kwota na wejście, niskie koszty. A w takich warunkach łatwo o zmianę. Mój brat – nauczyciel polskiego z liceum, woził busem ryby z Pomorza, moja siostra – inżynier – najpierw dorabiała prowadząc wypożyczalnię kaset wideo, potem produkując kamienie szlifierskie (to już bardziej w branży). Dzisiaj takich historii widzimy już mniej. A i tamci pionierzy, albo nie żyją, albo są na emeryturze, albo z racji zmniejszonego bezrobocia, wrócili jednak do wyuczonych zawodów.

Patrząc na współczesną piramidę zawodów, widzę że, jako właściciel szambiarki mam szansę zarobić więcej niż przeciętny człowiek w biurze. Z lokalnej sprzedaży owczych serów (ostatnio poznałem podhalańskiego bacę – wożącego na pace Toyoty Hilux Adventure – 200kg bryndzy, rozprzedanej w ciągu 2h) da się żyć znacznie lepiej niż z wielu analityków. I tu wracamy do aktywów.

Żeby prowadzić firmę szambiarską muszę mieć:

  • prawo jazdy kat. C ew. T pozwalające na ciągnięcie przyczepy,
  • kasę na zakup szambiarki,
  • minimalne umiejętności techniczne, by z każdą pierdołą nie lecieć do mechanika.

W sumie kilkadziesiąt tysięcy zł kasy i dwie ważne umiejętności. No i kasę na początek (3-4 miesiące kosztów życia, zanim interes ruszy).

Planując zostać „nizinnym bacą” powinienem dysponować:

  • owcami i owczarnią,
  • pomieszczeniem/budynkiem produkcyjnym,
  • uprawnieniami rolniczymi,
  • wiedzą weterynaryjno-spożywczą,
  • półciężarówką,
  • pomysłem na zbyt.

W sumie 2 lata nauki, kilkaset tysięcy złotych.

Teraz projekt „partnerka dokonała” może być też „partner doskonały”.

Załóżmy na chwilę, że masz dosyć swojej żony/swojego męża/partnera/partnerki. Co robisz? Klasyka – idziesz do prawnika, papiery rozwodowe (przy konkubinacie – zbędne) i jakoś będzie. Ale przecież trzeba:

  • mieć gdzie mieszkać,
  • wiedzieć jak podzielimy majątek,
  • stanąć finansowo na nogi (z założeniem, że prawdopodobnie przyjdzie płacić alimenty lub samotnie wychowywać dzieci).

Przy okazji (mental) musisz:

  • poradzić sobie z rozstaniem,
  • ułożyć dalsze życie.

A do tego trzeba sporego majątku, zdolności kredytowej, oraz całkowitego przestawienia. Znam ludzi, którzy z dnia na dzień wyszli i zmienili radykalnie swoje życie. Ale i takich, którzy po awanturnicy trafili na dobrze zamaskowaną alkoholiczkę, pijaną 3 razy w tygodniu po pracy, albo wariatkę wrzeszczącą im pod oknami, niszczącą rzeczy itp. Rozwód po 30-tce nie oznacza nastoletnich randek lecz „spotkania biznesowe”. Dlatego warto dobrze oszacować aktywa (pieniądze, umiejętności, kontakty) i pasywa (długi, negatywne cechy własne). A przede wszystkim zdolność do stworzenia nowej rutyny, bo kłótnie ze złą żoną, częściej niż egzotyczne wyjazdy, zastępują popołudnia z piwkiem przed telewizorem.

A na koniec o bilansie ekonomicznym.

Wracamy do typowego korpoluda. Mieszka w Warszawie, ma 40 lat i mieszkanie w 30% obciążone kredytem, auto za 80k, 15k pensji, żonę, dziecko i 100k oszczędności. Wkurza go szef a praca nudzi. Typowy kierat. Może zmienić pracę, może zmienić szefa (nie jako człowieka, ale na inną osobę), ale to… niewiele zmieni. Korpo wszędzie wygląda podobnie.

Marzy o wiejskiej sielance. Spacerach po rosie, kawie na tarasie, kawałku warsztatu, niższych składkach itp. Generalnie – typowe marzenia korposzczura, które jednym rozmywa się, innych napędza. Jeśli chce o nim myśleć realnie, potrzebuje analiz.

Aktywa finansowe. Spłacona część mieszkania (490k), oszczędności 100k, auto 80k.

Aktywa niefinansowe. Żona, która pragnie tego samego, szwagier na wsi pod Siedlcami, podstawowe umiejętności rolnicze.

Pasywa finansowe: kredyt (210k).

Pasywa niefinansowe: Dziecko i jego edukacja, brak wyksztalcenia rolniczego, brak gospodarstwa rolnego i maszyn, czarne myśli „z czego będziemy żyli”, rodzice opowiadający „tyle lat pakowaliśmy w Twoje wykształcenie, a Ty chcesz rzucić tę świetną pracę z pensją 15k dla kawałka ziemi, w jakiejś głuszy”.

Bilans finansowy: Ze spłaconej części mieszkania wystarczy na małe gospodarstwo. 100k oszczędności pozwoli przeżyć przez 1,5 roku (a może dłużej). Auto z prześwitem 12 cm do zmiany na coś praktycznego.

Bilans niefinansowy: Koniecznie trzeba zdobyć wykształcenie (bez tego trudno kupić ziemię), pokonać czarne myśli i opory rodziców, wreszcie – ustalić sposób życia i finansowania na wsi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Wstęp.

Sponsorem cyklu jest mój kumpel z pracy, z którym rozmawialiśmy o perspektywach obecnych czterdziesto-pięćdziesięcio- latków, ale także generacji Z na rynku pracy i w życiu. Coś, co miało być jednym wpisem o wymianie myśli, rozrosło się, ponieważ chciałem potraktować temat maksymalnie praktycznie. Dzisiaj zapowiedź, a potem:

4 lipca – Czym jest kierat?

7 lipca – Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec?”

10 lipca – Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

13 lipca – Opisz wydatki i dochody,

16 lipca – Załóż firmę na boku,

19 lipca – Napisz „plan B”,

22 lipca – Zorganizuj „fundusz awaryjny”

25 lipca – Zaplanuj drogę powrotu,

28 lipca – Przeczytaj ten wpis – „Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

30 lipca – Działaj.

I teraz przykład mojego kumpla – opowieść o Warszawie, główny bohater – przeciętny korpolud. Otóż taki pracownik biurowy dostaje 8 tys. zł netto tj. średnią krajową+25%. Codziennie przychodzi do tego samego miejsca, siada do komputera. Codziennie kołowrót: wstać, śniadanie, zebrać dzieci, zawieźć do szkoły, własna droga do pracy, praca, dzieci ze szkoły, powrót do domu, kolacja, spanie. Inaczej w weekendy, chyba że są nadgodziny. Nie życie „nine to five”, ale raczej „five to nine”. Co zrobiłby, gdyby wrócił do swojego miejsca pochodzenia. Pewnie miałby pomoc rodziny, jakieś zaplecze. Zarobiłby mniej (może o 2 tys. zł miesięcznie, ale prędzej o 1 tys. zł, jak dowodzi statystyka), ale i mniej wydałby (kredyt w wielkim mieście, oznacza ratę, która zredukuje różnicę w pensji do 0). Miałby szansę żyć wolniej. Może musiałby założyć firmę, może przekwalifikować się, wziąć coś mniej prestiżowego (kierowca śmieciarki w moim mieście – 8k zł do ręki, ale pracuje od 6 do 14). Po prostu wyjść z kieratu.