Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
filozofia – Strona 5 – Oszczędny Milioner

10 kroków do ucieczki z kieratu. Przeczytaj ten wpis – „”Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście””.

W ogóle poczytaj historie ludzi, którzy opuścili kierat i zmienili swoje życie. Jedni na gorsze, inni na lepsze, ale na każdy taki temat powstała książka, blog, a na nim dziesiątki wpisów.

Wiadomo, każde rozwiązanie ma swoje wady. Obecnie mainstream ciągnie do dużych miast. Tylko w nich ma być praca (co obaliłem). Warto dobrze poprowadzić rachunki. Mój syn przez ostatnich 7 lat mieszkał w dwóch średnich miastach, takich ok. 100 tys. mieszkańców, zlokalizowanych w odległości 100 km od znacznie większych ośrodków. Jedno okazało się upadkiem i niewypałem, z knajpą na rynku zamykającą się o 22. Drugie tętni życiem i rozwija się. A ceny mieszkań w obydwu bywają podobne.

Są dobre i złe korpo. Jedne płacą i rozwijają, drugie nie płacą i wymagają (np. niepłatnych nadgodzin). Po co Ci opera, jeśli do niej nie chadzasz? Po co Ci natura, jak lubisz miejski gwar?

A wszystko trzeba jeszcze dopasować do rodziny. Przecież nie zawsze nastolatek chce na wieś (a w zasadzie rzadko chce). Mamy zobowiązania, etaty, firmy itp. Trudno jest rzucić wszystko i wyjechać w podróż dookoła świata. A na pewno w okolicach pięćdziesiątki. Niejednemu się udało (patrz p.Doba).

Dlatego namawiam, żeby czytać, historie prawdziwe, a nie lukrowane. Amatorom wsi polecam „Gęsiego”. Autor pisze boleśnie szczerze, że gdyby nie miał pracy zdalnej, dawno zbankrutowałby na rolnictwie.

Dlatego polecam tamten wpis i stosowanie wskaźnika, który nazwałem D/d (napiszę o nim w książce oraz poświęcę odrębny post).

Mini-emerytura czy mikro-emerytura? Co razi Tim Ferriss, a co oszczednymilioner.

Tim Ferriss w swoim „4-godzinnym tygodniu pracy” wprowadza pojęcie mini-emerytury. Zakłada, że nawet jeśli dożyjemy prawdziwego odpoczynku (obecnie 65 lat dla facetów), będziemy zmęczeni, chorzy, zbyt biedni, by naprawdę cieszyć się czasem. Dlatego trzeba wybrać coś innego – mini-emerytury. Co to oznacza?

Mini-emerytura to dłuższa niż standardowy urlop przerwa w pracy. Pamiętajmy – Tim żyje w USA, gdzie typowy pracownik ma 10 dni urlopu rocznie. Dlatego tak zachęca do „zniknięcia”, które dzisiaj nazwałbym pracą zdalną. W Polsce, na szczęście, możemy sobie pozwolić na więcej. Standardowo 26 dni, a w niektórych zawodach (nauczyciele, nauczyciele akademiccy, niektórzy urzędnicy, sędziowie itp.) oraz sytuacjach (stopień niepełnosprawności) dostaniemy jeszcze kilkanaście lub kilkadziesiąt dni ekstra. Bywają też „urlopy dla poratowania zdrowia” i tym podobne „wynalazki”. Dla wielu jednak ideał Ferrissa – jeden miesiąc wolnego na kwartał, 3 miesiące na rok nawet roczne wyjazdy, pozostają w sferze marzeń. Nikt nie da im ani prawie 90 dni urlopu w roku, a rzucenie etatu, żeby sobie pojeździć, raczej nie wchodzi w grę (rodzina). Czyli mini-emerytury realne pozostają dla wąskiej grupy przedsiębiorców internetowych, freelancerów, naukowców, pisarzy itp. Reszta musi obejść się smakiem.

Długo myślałem co z tym zrobić. Przecież z pewnością jest jakieś wyjście z labiryntu. I znalazłem. W moim przypadku (2-3 dni pracy w biurze na etat, plus urlop, plus zdalna) dysponuję (bez zwolnień) w sumie dwutygodniowym urlopem plus 75 dniami niebiurowymi plus weekendy. Jednocześnie specyfika mojej pracy i firmy (umawiane spotkania minimum raz w tygodniu, konieczność fizycznego odbioru listów) wyklucza wyjazd np. na rok, kwartał, a nawet miesiąc. No, ale na krótsze wyjazdy mam czas. I w ten sposób dochodzimy do sedna. Mini-emerytura ma pewien cel – dać wypocząć (do czego podobno potrzeba 3 tygodni wolnego). A gdyby postawić sprawę inaczej. W ogóle się nie męczyć? Da się? Pewnie. Gdy pracuję systemem 3/4 (trzy dni w pracy, cztery dni w domu), zupełnie inaczej funkcjonuję. Poziom mojego stresu rzadko wystrzeliwuje poza dopuszczalną skalę. W zasadzie nie potrzebuję długiego urlopu, ponieważ jestem stale odpowiednio zrelaksowany. Jak lew, który przez większość czasu leży na trawie, zrywając się niekiedy na polowanie. Pracuję i karmię lenia we mnie. Ważne, by okresy pracy i wypoczynku przeplatały się. Czyli np. pracuję wtorek-czwartek a od piątku do poniedziałku mam wolne, albo pracuję poniedziałek, wtorek, czwartek, a byczę się w środy i od piątku do niedzieli. I ten system pracy nazwałem mikro-emeryturą. Czy potrafisz go powtórzyć? Jak to zrobić?

Sposób 1. Praca na część etatu lub na godziny. 1/2 etatu to 20 godzin tygodniowo. Da się je ogarnąć w 2-3 dni. Potem mamy 4 dni wolnego. Podobnie na zleceniu. Możemy intensywnie działać całą dobę (24 godzinny dyżur), a w pozostałym czasie – odpoczywać.

Sposób 2. Praca w nietypowych godzinach. Znam miejsca, gdzie pracuje się „na nocki”, w systemie 24/48 (24 godziny ciągłej pracy, potem 48 godzin wolnego) lub 12/24 (dwanaście godzin w pracy, żeby zasłużyć na 24 godziny luzu). Tam da się wyrobić pełny etat w dwa dni ciągłej pracy (24+24=48), albo trzy dni (24 + dwie „dwunastki”). Rozmawiałem z gościem, który pracuje w Norwegii 2 tygodnie, a 2 siedzi w domu.

Sposób 3. Własna firma lub freelance. W takich warunkach nikt nie stoi nad nami z batem. Sami jesteśmy pracownikiem, kierownikiem a często i księgową, kadrowcem, zaopatrzeniowcem, kierowcą i panią od BHP. Ale są też plusy. Nikt nie może zmusić nas do pracy. Robi to wizja głodu i niezapłaconych rachunków (częściej) lub wyjątkowy napęd wewnętrzny (rzadziej). Umiejmy docenić zalety. Damy radę wziąć większe zlecenie na kwartał zapierdolu i bimbać sobie przez następny. Obijać się dwa tygodnie, a potem kolejne dwa pracować jak szaleni po 16 godzin na dobę. Nadrabiać zaległości całego miesiąca luzu, przez kolejne 2. Tak właśnie działa mój brat, któremu zazdrości większość znanych mi korposzczurów, ponieważ albo zapieprza jak głupi albo odpoczywa w miłym miejscu. Tylko w pierwszym półroczu tego roku był na Malcie, w Grecji, w Belgii, w Maroku (po tygodniu) oraz 3 tygodnie we Włoszech. Nieźle – 50 dni wolnego na półrocze. Druga strona – działalność wysokomarżowa i wykonywana osobiście, oraz często-gęsto 16-20 godzinne sesje pracy pod presja lub krótkie kilkugodzinne okno na poprawne wprowadzenie 20 obszernych dokumentów do systemu. Na pewno – nie dla wszystkich. Nie trzeba koniecznie działać głową – można rękami (rzemieślnik).

Sposób 4. Odpowiedni zawód. Odpowiedni, czyli taki, w którym da się brać 2-3 dni wolnego w tygodniu, albo na zdalnej nikt nas szczegółowo nie kontroluje. Ja taki mam. Podobnie nauczyciele, nauczyciele akademiccy, lekarze itp.

Generalnie chodzi o to, żeby pracować 2-3 a max. 4 dni w tygodniu.

Na koniec – co robić z wolnym czasem? Załóżmy, nie pragniemy emerytury w wersji mikro spędzonej przed telewizorem albo z konsolą do gier. Idziemy raczej w kierunku wypoczynku. A to oznacza: citybreaki (krótkie wyjazdy do interesujących miast), naturebreaki (podobnie, tylko w głuszę), długie weekendy turystyczne lub aktywności na miejscu (rower, kajaki, konie, ogród itp.). Może kupimy sobie działkę, może mieszkanie w fajnej lokalizacji. Generalnie, podobnie jak w czasie wakacji, mini-emerytur – potrzebujemy pieniędzy. Podróże kosztują, drugi dom też, stąd rozwiązanie da się dopasować do osób z nieco grubszym portfelem (nawet w wersji budżetowej: pociąg/tanie linie, namiot/hostel i lokalne żarcie).

Chcecie spróbować mikro-emerytur?

10 kroków do ucieczki z kieratu. Zaplanuj drogę powrotu.

Bartek zwrócił uwagę, że czasami kierat nie taki straszny. Istnieją gorsze rzeczy, takie jak:

  1. Bieda.
  2. Samotność.
  3. Depresja.

Ponieważ ucieczka z kieratu nie każdemu się udaje. Zawodzi nawet plan B. Jeden z bohaterów książki Natalii Sosin-Krosnowskiej „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” opisał własne doświadczenie. Ciężki rozwód i samotna ucieczka z Warszawy na Podlasie, daleko do dzieci, daleko do klientów, daleko do … wszystkiego. Trzeba więc dojechać. Godziny spędzane w samochodzie, powroty żeby się przespać. I ogromna samotność, która doprowadziła do załamania psychicznego (halucynacji). Wtedy szybki powrót bliżej miasta. Nieplanowany.

Podobnie mają rozwodnicy. Potrafią wrócić do swojego porzuconego (lub porzucającego) małżonka. Bo lepsze znane zło niż nieznane.

Da się ponownie urządzić w mieście (i w innym miejscu, o którym wspomniał Stefan Kisielewski), wrócić do korpo, z podróży kamperem dookoła świata. Tylko trzeba wszystko dobrze zaplanować.

Stąd pomysł na plan powrotu. Jeżeli nie wypali. Złożymy CV tu i tam, coś przecież potrafimy. Wynajmiemy (a nawet kupimy mieszkanie). Policz. Zanim rzucisz kierat, dobrze skalkuluj – czy stać Cię na come back i na jakich warunkach. Jeśli na niezłych, niewiele ryzykujesz.

Rozważania o współczesnych relacjach pracodawca-pracownik. Jak sobie radzić?

Na blogu pojawiło się trochę rozważań na temat tzw. kultury zapierdolu, roli pracy w życiu. Dzisiaj, zainspirowana rozmową z klientem, lekturą oraz własnymi doświadczeniami ocena zmian i ich wpływu na życie.

Zacznijmy od klienta. Skarżył się, że pracownik podebrał kasę z biletów, a indagowany wypalił „Nic się nie stało, wziąłem żeby kupić sobie śniadanie. Jak chcesz to mnie zwolnij”. Wiadomo, jak mówią zaprzyjaźnieni górale – patologia.

Na drugim biegunie, zapieprzający za minimalną, od których wymaga się doświadczenia, zaangażowania i wykształcenia (autentyk z rozmowy z pewną panią dyrektor). A potem zdziwienie, że kolejna rekrutacja nie wypala. Do tego mnóstwo przypadków mobbingu, nierównego traktowania, oczekiwania, że pracownik wynajęty na 40 godzin w tygodniu odda duszę. Jeśli tego nie zrobi – pretensję.

Osobiście wyznaję zasadę, że ciężko pracować kalkuluje się tylko na swoim, albo gdy mamy stawkę akordową. W przeciwnym wypadku – kompletnie bez sensu. I piszę to z pełnym przekonaniem, po usłyszeniu historii z szefem, który nie widział nic niestosownego w pisemnym wezwaniu do pracownika (list polecony), żeby wykorzystał urlop, bo idzie na emeryturę. Wezwaniu pracownika, który leczył się na raka, a przepracował w firmie kilkadziesiąt lat. Tak szkoda wypłacić ekwiwalent (ponownie – nie ze swoich, szef też tylko pracował na etacie). Ostatecznie i tak zwolnienie zostało przedłużone do dnia emerytury i ekwiwalent poszedł na konto.

I kiedy już diabli mnie biorą, wspominam relacje sprzed 20 lat, bo miałem szczęście pracować w doskonałym zespole. Ja przynajmniej znam inne warunki. Natomiast obecnie, mam wrażenie (to szersza obserwacja), wyzysk osiągnął niebotyczne rozmiary. Oczywiście choroba nazywa się „chciwość”. Właściciel chciwy zysku, najemni poganiacze – premii. Bo trzeba spłacić kredyt, bo żona domaga się prezentu, a i kochance warto coś kupić. Wszystko podlane kłamstwem (typowe, nie tylko w Januszexie – nie stać mnie/nas/firmy na podwyżki). Od kierownika nad trzema pracownikami do najwyższych władz. A gdy ktoś zainteresuje się, jak jest faktycznie, kolejne piętrowe kłamstwa.

Czy na taką sytuację istnieje lekarstwo? W przypadku moich rówieśników – oczywiście – własna firma rozkręcana na boku. Sam coś wiem na ten temat, i już dzieliłem się z Wami. Młodzi mają gorzej i dlatego stają się coraz bardziej antysystemowi. Stąd bierze się 32% Mentzena i 20% Zandberga w grupie do 30 lat. Lewica nie miała takiego poparcia u młodych od czasów prezydentury Kwaśniewskiego.

A jaki będzie finał? Patrząc na USA, południe Europy, Arabską Wiosnę przypuszczam, że smutny. Niektórzy na wiele lat (jak w 1968 r.) wypiszą się z systemu. Dzisiaj o taki krok znacznie łatwiej. Mamy zasiłki, rekordowo tanią (w relacji do dniówki) żywność, możliwość wyprowadzki choćby na koniec świata (np. zamorskie terytoria Francji, będące częścią UE – Martynikę na Karaibach, czy Réunion na Oceanie Indyjskim). Znam takich, którzy wzięli dzieciaki (Szkoła w Chmurze), kampera i pojechali hen daleko. Jeśli kogoś nie uwiera kredyt, ma mieszkanie w dużym mieście, kupuje np. dom nad pięknym, dużym jeziorem na południu Europy za 500 tys. zł. W kraju, gdzie za obiad w knajpce zapłacimy 25 zł, jedzenie jest tanie, a minimalna temperatura w roku to 4 st. C w dzień i -2 st. C w nocy.

Reszta podejmie próbę walki. Albo z systemem, albo w ramach systemu, zamieniając korpo na własną firmę lub działalność nierejestrowaną. I oni ponownie wychodzą najlepiej. Jeśli ktoś ma głowę na karku, umie pracować (i kombinować) znacznie lepiej (finansowo i praktycznie) wyjdzie na kontrakcie b2b niż na umowie o pracę.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

Ponieważ kierat nie ma tylko wymiaru pracy 9-17 (z dojazdami w stolicy 8-18), 5 dni w tygodniu, 12 miesięcy w roku, musimy spojrzeć na pojęcia aktywów i pasywów nieco inaczej. Rozdzielić wymiar ekonomiczny od tzw. mentalu.

Klasycznie „aktywem” jest wszystko (przedmiot, prawo, oszczędności, inwestycje), mające jakąś materialną wartość: dom, działka, akcje, lokaty, obligacje, kryptowaluty. Gdybym był ścisły, powiedziałbym nawet nie wartość, a cenę.

W „mentalu” aktywem stają się nasze cechy (np. odporność na zmiany, pracowitość), znajomości (kontakty) itp.

Odwrotnie, pasywami są albo długi (majątek ujemny), albo negatywne cechy, traumy, złe relacje. Kiedy już tyle wiemy, możemy zacząć analizy praktyczne.

Zacznijmy od najprostszej – projektu „rzucam tę robotę”.

Żeby rzucić pracę, trzeba mieć drugą, albo inne źródło dochodów, albo możliwe do stworzenia źródło dochodów, albo… radykalnie obniżyć wydatki. W przypadku kolejnej pracy, sprawa wydaje się prosta. Trzeba mieć kontakty, dobrą opinię, umiejętności. Dobry handlowiec ma łatwiej, listonosz może sprawdzić się jako kurier, policjant zatrudni się w ochronie, ale co zrobi urzędnik, który całe życie tylko tworzył pisma? Jak poradzi sobie nauczyciel akademicki ze specjalnością np. poezja Cycerona? Takie umiejętności trudno sprzedać rynkowo. Aczkolwiek każdy może się przekwalifikować. Popatrzmy na czasy Wilczka i Balcerowicza (żywiołowy rozwój przedsiębiorczości w latach 1988-1992). Moja mama, z zawodu lekarz prowadziła wtedy butik, spotykając jako dostawców, właścicieli hurtowni mikro-szwalni, wytwórców biżuterii (dzisiaj powiedzielibyśmy w stylu „boho”): polonistów, historyków, inżynierów etc. Niska była kwota na wejście, niskie koszty. A w takich warunkach łatwo o zmianę. Mój brat – nauczyciel polskiego z liceum, woził busem ryby z Pomorza, moja siostra – inżynier – najpierw dorabiała prowadząc wypożyczalnię kaset wideo, potem produkując kamienie szlifierskie (to już bardziej w branży). Dzisiaj takich historii widzimy już mniej. A i tamci pionierzy, albo nie żyją, albo są na emeryturze, albo z racji zmniejszonego bezrobocia, wrócili jednak do wyuczonych zawodów.

Patrząc na współczesną piramidę zawodów, widzę że, jako właściciel szambiarki mam szansę zarobić więcej niż przeciętny człowiek w biurze. Z lokalnej sprzedaży owczych serów (ostatnio poznałem podhalańskiego bacę – wożącego na pace Toyoty Hilux Adventure – 200kg bryndzy, rozprzedanej w ciągu 2h) da się żyć znacznie lepiej niż z wielu analityków. I tu wracamy do aktywów.

Żeby prowadzić firmę szambiarską muszę mieć:

  • prawo jazdy kat. C ew. T pozwalające na ciągnięcie przyczepy,
  • kasę na zakup szambiarki,
  • minimalne umiejętności techniczne, by z każdą pierdołą nie lecieć do mechanika.

W sumie kilkadziesiąt tysięcy zł kasy i dwie ważne umiejętności. No i kasę na początek (3-4 miesiące kosztów życia, zanim interes ruszy).

Planując zostać „nizinnym bacą” powinienem dysponować:

  • owcami i owczarnią,
  • pomieszczeniem/budynkiem produkcyjnym,
  • uprawnieniami rolniczymi,
  • wiedzą weterynaryjno-spożywczą,
  • półciężarówką,
  • pomysłem na zbyt.

W sumie 2 lata nauki, kilkaset tysięcy złotych.

Teraz projekt „partnerka dokonała” może być też „partner doskonały”.

Załóżmy na chwilę, że masz dosyć swojej żony/swojego męża/partnera/partnerki. Co robisz? Klasyka – idziesz do prawnika, papiery rozwodowe (przy konkubinacie – zbędne) i jakoś będzie. Ale przecież trzeba:

  • mieć gdzie mieszkać,
  • wiedzieć jak podzielimy majątek,
  • stanąć finansowo na nogi (z założeniem, że prawdopodobnie przyjdzie płacić alimenty lub samotnie wychowywać dzieci).

Przy okazji (mental) musisz:

  • poradzić sobie z rozstaniem,
  • ułożyć dalsze życie.

A do tego trzeba sporego majątku, zdolności kredytowej, oraz całkowitego przestawienia. Znam ludzi, którzy z dnia na dzień wyszli i zmienili radykalnie swoje życie. Ale i takich, którzy po awanturnicy trafili na dobrze zamaskowaną alkoholiczkę, pijaną 3 razy w tygodniu po pracy, albo wariatkę wrzeszczącą im pod oknami, niszczącą rzeczy itp. Rozwód po 30-tce nie oznacza nastoletnich randek lecz „spotkania biznesowe”. Dlatego warto dobrze oszacować aktywa (pieniądze, umiejętności, kontakty) i pasywa (długi, negatywne cechy własne). A przede wszystkim zdolność do stworzenia nowej rutyny, bo kłótnie ze złą żoną, częściej niż egzotyczne wyjazdy, zastępują popołudnia z piwkiem przed telewizorem.

A na koniec o bilansie ekonomicznym.

Wracamy do typowego korpoluda. Mieszka w Warszawie, ma 40 lat i mieszkanie w 30% obciążone kredytem, auto za 80k, 15k pensji, żonę, dziecko i 100k oszczędności. Wkurza go szef a praca nudzi. Typowy kierat. Może zmienić pracę, może zmienić szefa (nie jako człowieka, ale na inną osobę), ale to… niewiele zmieni. Korpo wszędzie wygląda podobnie.

Marzy o wiejskiej sielance. Spacerach po rosie, kawie na tarasie, kawałku warsztatu, niższych składkach itp. Generalnie – typowe marzenia korposzczura, które jednym rozmywa się, innych napędza. Jeśli chce o nim myśleć realnie, potrzebuje analiz.

Aktywa finansowe. Spłacona część mieszkania (490k), oszczędności 100k, auto 80k.

Aktywa niefinansowe. Żona, która pragnie tego samego, szwagier na wsi pod Siedlcami, podstawowe umiejętności rolnicze.

Pasywa finansowe: kredyt (210k).

Pasywa niefinansowe: Dziecko i jego edukacja, brak wyksztalcenia rolniczego, brak gospodarstwa rolnego i maszyn, czarne myśli „z czego będziemy żyli”, rodzice opowiadający „tyle lat pakowaliśmy w Twoje wykształcenie, a Ty chcesz rzucić tę świetną pracę z pensją 15k dla kawałka ziemi, w jakiejś głuszy”.

Bilans finansowy: Ze spłaconej części mieszkania wystarczy na małe gospodarstwo. 100k oszczędności pozwoli przeżyć przez 1,5 roku (a może dłużej). Auto z prześwitem 12 cm do zmiany na coś praktycznego.

Bilans niefinansowy: Koniecznie trzeba zdobyć wykształcenie (bez tego trudno kupić ziemię), pokonać czarne myśli i opory rodziców, wreszcie – ustalić sposób życia i finansowania na wsi.

10 kroków do ucieczki z kieratu. Wstęp.

Sponsorem cyklu jest mój kumpel z pracy, z którym rozmawialiśmy o perspektywach obecnych czterdziesto-pięćdziesięcio- latków, ale także generacji Z na rynku pracy i w życiu. Coś, co miało być jednym wpisem o wymianie myśli, rozrosło się, ponieważ chciałem potraktować temat maksymalnie praktycznie. Dzisiaj zapowiedź, a potem:

4 lipca – Czym jest kierat?

7 lipca – Znajdź swoje „dlaczego chcę uciec?”

10 lipca – Oszacuj aktywa/pasywa i zrób ich bilans.

13 lipca – Opisz wydatki i dochody,

16 lipca – Załóż firmę na boku,

19 lipca – Napisz „plan B”,

22 lipca – Zorganizuj „fundusz awaryjny”

25 lipca – Zaplanuj drogę powrotu,

28 lipca – Przeczytaj ten wpis – „Jeszcze o sensie wyboru „życia w wielkim mieście”.

30 lipca – Działaj.

I teraz przykład mojego kumpla – opowieść o Warszawie, główny bohater – przeciętny korpolud. Otóż taki pracownik biurowy dostaje 8 tys. zł netto tj. średnią krajową+25%. Codziennie przychodzi do tego samego miejsca, siada do komputera. Codziennie kołowrót: wstać, śniadanie, zebrać dzieci, zawieźć do szkoły, własna droga do pracy, praca, dzieci ze szkoły, powrót do domu, kolacja, spanie. Inaczej w weekendy, chyba że są nadgodziny. Nie życie „nine to five”, ale raczej „five to nine”. Co zrobiłby, gdyby wrócił do swojego miejsca pochodzenia. Pewnie miałby pomoc rodziny, jakieś zaplecze. Zarobiłby mniej (może o 2 tys. zł miesięcznie, ale prędzej o 1 tys. zł, jak dowodzi statystyka), ale i mniej wydałby (kredyt w wielkim mieście, oznacza ratę, która zredukuje różnicę w pensji do 0). Miałby szansę żyć wolniej. Może musiałby założyć firmę, może przekwalifikować się, wziąć coś mniej prestiżowego (kierowca śmieciarki w moim mieście – 8k zł do ręki, ale pracuje od 6 do 14). Po prostu wyjść z kieratu.

Psychologia kredytu hipotecznego.

Posiadanie bądź nie mieszkania na kredyt stało się w pewnym momencie doświadczeniem pokoleniowym. Kiedy po raz pierwszy ok. 2004-2005 r. hipoteki okazały się dostępniejsze (czytaj: marże rozsądne, a stopy procentowe dość niskie) dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie zaczęli kupować nieruchomości posiłkując się pieniędzmi z banku. Efekt?

No właśnie nie da się powiedzieć o jednym, ponieważ problem ma wiele wymiarów.

Teraz piszę o skutkach psychologicznych, zaczynając dodatkowo od siebie. Z żoną braliśmy kredyt hipoteczny aż 4 razy: na mieszkanie w górach (x2), na obecny dom, oraz na dom na wsi, wykupowany na szybko w rodzinie. Żadne z tych zobowiązań już na nas nie ciąży. Nasze doświadczenia okazały się wyłącznie pozytywne – każda nieruchomość zyskiwała na wartości, a przygoda z bankiem trwała od 0,5 roku do 10 lat, przy czym nawet w tym ostatnim przypadku po 3 latach mieliśmy spłacone 75% pożyczonej kwoty. Pamiętajmy, że nie każdy ma takie szczęście.

Popatrzmy na pokolenie millenalsów. W ich przypadku mówiono, że hipoteka to symbol dorosłości. Oczywiście kłamiąc, ale taka narracja panowała dość powszechnie. Co powinniśmy brać pod uwagę zastanawiając się nad celowością takiego zadłużenia?

  1. Czy dobrze zniesiemy stałe obciążenia?
  2. Jak przeżyjemy drastyczny wzrost raty?
  3. Z czego będziemy musieli zrezygnować?
  4. Czy oboje mamy podobne spojrzenie na każdy z tych aspektów?

Przeanalizujmy po kolei możliwe odpowiedzi.

Życie ze stałym obciążeniem

30 lat nie w kij dmuchał. Nawet 20 lat sporo. W tym czasie miesiąc w miesiąc musimy odprowadzić haracz do banku. I to wcale niemały. Średnia kwota kredytu hipotecznego w marcu 2025 wynosiła 460 tys. zł. Daje to ok. 3300 zł raty. Przy średniej pensji ok. 6000 zł netto oraz medianie ok. 5000 zł mamy do czynienia z:

  • 2/3 mediany singla,
  • 1/3 mediany w parze,
  • 55% średniego wynagrodzenia singla,
  • 27% średniego wynagrodzenia pary.

Obciążenie się koniecznością wydania miesiąc w miesiąc powyżej 30% poborów oceniam jako znaczące i wymagające przemyślenia, ponieważ nie każdy dobrze to znosi. Pamiętam, że i nas, pomimo współczynnika pensja/dochody na poziomie 20%, konieczność pozbywania się sporej sumy uwierała jak kamień w bucie. Najciężej tym, którzy „czyszczą się” z całych oszczędności, a ich margines błędu pozostaje niewielki, nawet praktycznie żaden. Utrata pracy przez jedną osobę, czasem tylko drobne zawirowania (np. brak rocznej premii), zmieniają 30% w zupełnie inne liczby.

Cała ta presja inaczej dotyka osoby, lubiące ją i myślące: biorę się do roboty, bo muszę zarobić, a inaczej osobowości z wysokim odczuwalnym lękiem.

No i świadomość 30 lat. Tutaj warto popatrzeć prawdzie w oczy. Pieniądz traci wartość. Kiedy w 2006 r. braliśmy 120 tys. zł kredytu, z ratą 700 zł, była to 1/2 pensji mojej żony i 1/5 mojej. Po 20 latach, ta sama rata stanowiłaby tylko odpowiednio: 1/7 i 1/17 (gdybym nadal pracował na dwóch etatach). Krótko mówiąc – odczuwalne obciążenie znacznie zmniejszyłoby się, gdybyśmy jeszcze trzymali się harmonogramu. Już po dekadzie (2016) zarabiałem ok. 100% więcej, a potem jeszcze prawie podwoiłem dochody.

Podsumowując. Są osoby, które stałe obciążenie znoszą źle. Jednak większość roboty z czasem zrobi inflacja i dług przestanie ciążyć. Przemyślmy to jednak.

Drastyczny wzrost raty

Pamiętacie lata 2021-2022. Wtedy w ciągu roku raty poszły do góry o 100%. Kto płacił 1700 zł, nagle miał 3400 zł, a ten z 3000 zł (znam taki przypadek) już 6000 zł. I to nie w ciągu dekady a jednego roku, co wyklucza praktycznie podwyżki inflacyjne jako sposób radzenia sobie z problemem. Co robić?

Strategie były trzy:

  1. dodatkowe zajęcie (praca, zlecenie), a więc i dochody, które pokryją wydatek,
  2. drastyczne zaciśnięcie pasa,
  3. likwidacja oszczędności/inwestycji i nadpłacenie sporej sumy.

Znam ludzi, którzy dokonali poszczególnych wyborów. I niestety, wszystkie pomysły oznaczać mogą problemy. Dodatkowa praca oznacza mniej czasu dla rodziny (w perspektywie – awantury i rozwód). Zaciśnięcie pasa pamiętamy później jak „siedem lat chudych”, a pozostanie bez oszczędności/inwestycji może się zemścić.

Warto popatrzeć inaczej, żeby nie zwariować. Jak to zrobić rozsądnie? O tym kiedyś napiszę. Natomiast osoby nieprzygotowane, które np. pożyczając sporo (znam przypadek – rata na poziomie 25% łącznych dochodów pary zmieniła się w 50% pensji) przy zerowej rezerwie, poczuły oddech banku na plecach i jego łapę w portfelu. I trzeba mieć to na uwadze. Doświadczenie lat 2021/2022 zaciąży jeszcze na dzieciach tych X-ów i Y-ów.

Rezygnacja

Reklama przedstawia życie na kredycie jako pasmo szczęścia. Nie musisz prosić rodziców, wuja, babci o pożyczkę. Jesteś samodzielny. Odbierasz klucze. Żyjesz na swoim. Tylko fakty pozostają inne. Kredyt=rezygnacja. Pytanie tylko z czego?

Niektórzy wycinają wszystkie przyjemności. Kupują tylko to, co potrzebne. Na jak długo? No cóż, czasem na 10 lat. Dzieci przestają jeździć na wakacje. Dorośli oczywiście też. Nastolatki idą do pracy. Nie zmieniamy samochodów. Nie kupujemy nowej kanapy. Włoski makaron zmieniamy na „made for Biedronka”. Oliwę zastępujemy smalcem. Nowe ubrania – tylko po zdarciu starych. Zero kina, teatru, koncertu. I to, jak wiele razy pisał Bartek – wegetacja. Chyba już wolałbym pójść do dodatkowej pracy.

Ale większość, wcześniej wynajmujących, nie dostrzega drastycznych zmian. Wydatki rosną (np. z 2500 zł do 3300 zł), lecz nie wywracają budżetu. Klucz – sensowna kalkulacja. Nie wybieramy „apartamentu”, na który nas nie stać. Patrzymy, gdzie leży złoty środek.

Podobne spojrzenie na te aspekty

Oj, wszelkie niezgodności to sygnał alarmowy. Bo jeśli jedno boi się długiej raty, a drugie olewa temat. Albo – w razie problemów, facet myśli – najwyżej wezmę nadgodziny, a kobieta chce drastycznie oszczędzać, o kłótnie nietrudno.

A pamiętajmy, niepowodzenia finansowe, obok zdrad, przyczyniają się do rozpadu nawet małżeństw z dłuższym stażem. Przed nami pół życia (30 lat). Wiele może się zdarzyć. Jedno pójdzie w kierunku „kryzysu wieku średniego”, drugie chce nadpłacać.

Siadajmy i rozmawiajmy. Jedno jest pewne – z czasem, przez inflację będzie prościej. Lecz nigdy idealnie. Bo kredyty nie ograniczają swojej roli do stania się wehikułem spełnionych marzeń lecz wpływają także na naszą psychikę. Nie zawsze korzystnie.

Klęska klasy średniej? O kapitale, neoliberalizmie i pracy.

Czasopisma skierowane programowo do klasy średniej zalewa ostatnio taka narracja: klasa średnia umiera, wygrywa kapitał, neoliberalizm się skompromitował, a o dobrą pracę coraz trudniej. Otóż ktoś, kto faktycznie nie wychyla nosa z bańki taki obraz może stać się dominującym. Ale czy pozostaje w zgodzie z rzeczywistością?

Moim zdaniem – częściowo. Zacznijmy od tezy o śmierci klasy średniej. Obserwacja USA, w których prezydentem został oligarcha, otoczył się innymi oligarchami, profesorów Harvardu nazywa głupkami, a jego doradcy publicznie obdarzają się epitetami „głupi jak worek cegieł”, faktycznie prowadzi do niepokojących wniosków. Trump dokonuje swoimi ruchami spektakularnej transformacji całego systemu socjo-ekonomicznego i jest to zmiana w złym kierunku. W efekcie pieniądz i wartość transferowane są od średniaków i biednych do bogatych. I nie mówimy tu o zamożnych (oni akurat przynależą do klasy średniej, a precyzyjnie do podklasy wyższej średniej) lecz o prawdziwych bogaczach, których majątek liczy się już w setkach miliardów dolarów. Jednocześnie „średniaków” pracujących dla rządu, w korporacjach itp. z dnia na dzień pozbawia się pracy, bez której nie mogą istnieć, j tych okruchów kapitału emerytalnego, zgromadzonych latami pracy. A przede wszystkim odziera się ich z szacunku. Zawsze obciążona wielkimi nierównościami społecznymi (współczynnik Giniego na poziomie krajów trzeciego świata) Ameryka staje się jeszcze bardziej spolaryzowana.

Ale my na szczęście żyjemy w Europie. Tutaj wprawdzie skrajne ideologie, co najlepiej widać w Niemczech, śmiało podnoszą głowę, ale nie zyskały jeszcze władzy. Ani oparta na pełnym neoliberalizmie gospodarczym i radykalnie konserwatywa obyczajowo Konfederacja, ani AfD, ani ich lewicowe lustra (w Polsce – Razem) nie próbują jeszcze przejąć władzy. W przypadku skrajnej prawicy stoją jednak u bram (15-20% poparcia w wyborach). Przypomnijmy, w społeczeństwie demokratycznym wystarczy nieco ponad 30% głosów, by rządzić (PO, PiS, NSDAP w 1933 r.). A skrajności zmierzają do wyeliminowania klasy średniej. Nie oszukujmy się jednak w PiSie, jak i PO również istnieją frakcje chętne do powtórzenia ruchu Trumpa – zwiększenia przewagi bogaczy nad średniakami.

Siły te, przynajmniej w Polsce, szczęśliwie nie działają konsekwentnie. W kraju, w którym pielęgniarka zaczęła zarabiać 15 tys. zł, a lekarz czasem nawet kilkaset tysięcy, gdzie nauczyciel dostaje pensję powyżej średniej krajowej, a glazurnik bierze do ręki 15 tys. zł za 2 tygodnie roboty nie możemy mówić o dramacie. Z drugiej strony, zwraca się uwagę na trudną sytuację młodych, pełzającą prywatyzację ochrony zdrowia, z czym wiążą się koszty dla jednych i pensje dla drugich (dentysta, który ma klientów z łatwością zarobi 600 zł za godzinę, a pozostali, w tym emeryci no cóż – muszą tę stawkę zapłacić albo przerzucić się na dietę półpłynną), dramat na rynku mieszkaniowym.

Temtu ostatniemu chciałbym poświęcić odrobinę uwagi. Wszystkie media i większość kandydatów w debatach zauważa problem winy upatrując raz w socjaliźmie a kiedy indziej w neoliberalizmie. Ale szukajmy prawdy. Otóż – średnia cena m2 w Warszawie przekroczyła 16.5 tys. zł/m2, podczas gdy średnia pensja wynosi ok. 11 tys. zł brutto. Czyli na 1 m2 przeciętny warszawiak pracuje 2 miesiące, jeżeli ma szczęście być nisko opodatkowany (13% ZUS, 9% NFZ, 12% podatek dochodowy). Ale znowu – nie mamy tak wszędzie. W „interiorze” – świecie w który powoli się przenoszę, mały dom do remontu kosztuje 150 tys. zł., co daje 2.5 tys. zł/m2. Nawet zarabiający minimalną (ok. 3.5 tys. zł/m-c netto) pracuje na metrowy kawałek podłogi przez nieco ponad 20 dni. W Warszawie przypomnijmy – 60 dni. A jak bywało? Przed boomem roku 2007 w stolicy dało się kupić m2 za 3 tys. zł, tyle że przeciętna pensja wynosiła wtedy 1,7 tys. zł netto/m-c. Nadal lepiej niż dziś, ale niewiele. Czego to dowodzi? Otóż nastąpiło charakterystyczne dla współczesnego świata rozwarstwienie cen, za którym nie nadąża wzrost dochodów. M2 mieszkania w Warszawie jest 6,5 razy droższy niż domu na głębokiej prowincji (choćby leżała 100 km od stolicy). Jednocześnie średnie pensje nie pozostają w takim stosunku (w istocie są 2 razy wyższe). Stąd, dzięki warszawocentryzmowi opiniotwóryczych gazet sytuacja wydaje się tragiczna. Jeżeli dziennikarz w prasie stołecznej zarabia średnią krajową b2b, czyli faktycznie 6 tys. zł netto i jest singlem, nie może marzyć o własnym dwupokojowym gniazdku w tym mieście. Rata z opłatami przekroczy 2/3 jego pensji. Ba, na wynajem również mu nie starczy (3500 zł + 1500 zł opłat). Narasta frustracja, a z nim produkcja alarmistycznych tez. Wyjście – zarabiać w Warszawie, wydawać na Podlasiu lub w Lubuskiem ew. na Opolszczyźnie.

Kosztami kredytów (ok. 800 zł raty za każde pożyczone 100 tys. zł, daje w przypadku wielkich miast 4000-10.000 zł za lokal dwupokojowy) kończymy temat klasy średniej, przechodząc płynnie do kapitału i neoliberalizmu. Wolny rynek w mieszkalnictwie i bankowości, z zanikiem funkcji społecznych (spółdzielnie, lokale komunalne) doprowadził do zwiększenia, zwłaszcza w większych ośrodkach niedostępności czterech kątów. Stąd popularność haseł „mieszkanie prawem, nie towarem”, podatku katastralnego itp. Natomiast, powiedzmy sobie szczerze – w pięciu wielkich ośrodkach (Warszawa, Trójmiasto, Kraków, Wrocław, Poznań) i ich najbliższej okolicy mieszka może 15% ludności Polski, może trochę więcej. I cały kraj nie kończy się na nich. Tymczasem w takiej Opolszczyźnie (godzina jazdy pociągiem do Wrocławia) nadal da się znaleźć domy do remontu za 150 tys. zł. Ba, w samej stolicy województwa (z pensjami prawie wrocławskimi), widywałem 2-pokojowe mieszkania za 300 tys. zł (we Wrocławiu średnio o 50% więcej). A Opole to miasto piękne i idealne do mieszkania, nie za duże, nie za małe – dobrze skomunikowane – rzekłbym w sam raz. I teraz wracamy do tematu kapitału. Otóż w Warszawie jest potrzebny, a nawet w obrębie jednej klasy wywołuje wielkie różnice. Wyobraźmy sobie dwóch modelowych „średniaków” – z pensją 8 tys. zł netto (średnia warszawska). Jeden płaci za wynajem 3.5 tys. zł (albo ratę 4,5 tys. zł). Drugi dysponuje mieszkaniem „po dziadku”. Pierwszemu zostaje na życie i oszczędności 3.5 tys. zł (kredyt) lub 4.5 tys. zł (wynajem). Drugiemu ok. 2 razy więcej (całe 8 tys. zł). Pensja daje mu zdolność kredytową na poziomie pozwalającym na zakup kolejnego mieszkania na wynajem i dopłacanie powyżej czynszu jeszcze ok. 1,5 tys. zł. Po tej operacji nadal dysponuje na wydatki sumą 6.5 tys. zł wobec 3.5 tys. zł „gołego” kredytobiorcy i 4,5 tys. zł najemcy. A gdyby odziedziczył (znam takie przypadki) – dwa mieszkania w stolicy. Bierze kredyt na trzecie i ma:

-własne lokum za 0 zł,

-pensję 8 tys. zł,

– zysk z najmu drugiego mieszkania 3 tys. zł (podatki!),

-stratę na trzecim 1,5 tys. zł (rata 4.5 tys.zł, koszty i podatek 500 zł, przychód z czynszu 3.5 tys. zł).

Razem jest na plusie 11.5 tys. zł. Najemca ma 4.5 tys. zł, a kredytobiorca 3.5 tys. zł. Przypominam – każdy dostaje taką samą pensję. Tak umiera neoliberalizm, zgodnie z którym „każdy ma równe szanse”, „każdy jest kowalem swego losu” itp. itd.

Majątek netto najemcy wynosi 0 zł (nie ma też długów), kredytobiorcy (150 tys. zł = 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu), właściciela dwóch lokali (900 tys. zł), a trzech (1,65 mln= 3 x 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu) . Zawsze podaję ten przykład własnym synom, ponieważ pokazuje pozorność równych szans.

Poza Warszawą te różnice okażą się nieco inne (niższe czynsze, raty, ale i pensje), jedynie na wsiach przestaną mieć takie znaczenie (dom za 150 tys. zł da się kupić na wiele sposobów, finansując gotówką).

Czyli teza o kapitale, a nie pracy jako źródle bogactwa zaczyna wygrywać. Bartek w jednym z komentarzy postawił ją tak: … Nie jestem tak radykalny w swoich sądach. Dlaczego? Otóż, jak wielokrotnie powtarzałem, aby osiągnąć zamożność potrzebny jest dochód na poziomie 120% średniej na osobę dorosłą (czyli 240% przy parze), o ile skorelujemy go z niewysokim poziomem wydatków.

Oznacza to ok. 20 tys. zł na trzy-, cztero- osobową rodzinę w Warszawie i ok. 15 tys. zł przeciętnie w Polsce. Tacy „średniacy” nie zamieszkają z pewnością (o ile nie odziedziczyli lub nie dostali mieszkania) w Śródmieściu, na Saskiej Kępie czy Żoliborzu. Będzie to raczej Białołęka, od której jednak wolałbym Mory (w najbliższym czasie „jedyna wieś ze stacją metra” czy powiatowe Siedlce (podobny czas dojazdu do centrum).

Dwukrotność średniej krajowej/osobę (w Polsce – 24 tys. zł netto na rodzinę) wydaje mi się przesadzonym miernikiem dolnej granicy drogi do zamożności. Napiszę więcej – w obecnych warunkach, w dużym mieście, moja rodzina nie spełniłaby tego warunku, a żona pracuje, ja też plus prowadzę dg. Kwestia optyki. Z Bartkiem zawsze przestawialiśmy inny pogląd na tzw. poziom życia, jeżeli chcemy korzystać z życia we współczesnym rozumieniu, faktyczne te 4 średnie na rodzinę wydają się konieczne. My z żoną nadal umiemy żyć (i utrzymać jednego syna „przy sobie”, a drugiego na studiach we Wrocławiu) za nieco ponad 2 średnie krajowe netto. Ktoś, komu pieniądze przychodzą łatwiej, może wydać więcej i utrzymać wyższy poziom wydatków, ja wolę się poobijać.

W ten sposób płynnie przechodzimy do pracy. Cóż, ta jest w Polsce najwyżej opodatkowana. W przedziale 10 tys. zł-20 tys. zł/os/m-c brutto mówimy o 13% składki ZUS, 9% NFZ i jeszcze 32% podatku, czyli w sumie ok. 50%. Na poziomie minimalnej krajowej jest to 13% ZUS, 9% NFZ i 4% podatku. A przedsiębiorca w spółce kapitałowej? 9% CIT (mały podatnik) + ew. 19 % od dywidendy (jeśli ją bierzemy). Razem – na poziomie pensji minimalnej. Znowu – średniak dostaje w skórę. Praca jest wyżej opodatkowana niż kapitał. Rentier – 19%, żyjący z nieruchomości 8,5-12,5%. Znacznie mniej niż biedak i pracujący.

I na tym polega klęska klasy średniej.

Rzeczywiste skutki czterodniowego tygodnia pracy.

Pocisnąłem ostatnio Piotrowi Dudzie, ale czas wrócić do rządowego pomysłu i cofnąć się w czasie.

Na początku ostrego kapitalizmu obowiązywał w Anglii 77 godzinny tydzień pracy, potem łaskawie skrócony do 66 godzin. 8-godzinny dzień pracy, zdobycz lewicy w II Rzeczypospolitej nadal jednak oznaczał 6 dni roboczych w tygodniu. Zmiana następowała stopniowo za czasów komuny i 5-dniowy tydzień pracy powitaliśmy w PRL-u. Ale i wtedy obowiązywał 46-godzinny tydzień pracy. W III RP skrócono go do 42, a potem 40 godzin (2001 r.).

Za każdym razem zarządzający przemysłem darli szaty, że wywrócimy w ten sposób gospodarkę, a bankructwa staną się masowe. Zagrozi nam bezrobocie, ogólna bieda i dramat. Czy stało się tak? Nie. Lecz te fakty nie przeszkadzają powtarzać bzdur o lenistwie, bankructwie, niskich pensjach. I o dziwo takie słowa padają z ust przedstawicieli tzw. prawicy socjalistycznej jak Piotr Duda. Bo, że przeciw są Rafał Brzoska, dr Sławomir Mentzen, czy prof. Matczak, nawet się nie dziwię. Oni zarobią mniej. Ustaliliśmy zatem – innego końca świata nie będzie.

Co się wtedy stanie? Pojawią, podobnie jak w historii, cztery dobre zjawiska:

  1. Znaczna część pracowników wykorzysta dodatkowy dzień wolny racjonalnie – spędzi czas z rodziną, pójdzie z nią na lody, do kina, pojedzie na weekend, a może dokształci, założy firmę. Napędzi w ten sposób gospodarkę, dając jej dodatkowy impuls. Tak zadziałały urlopy wypoczynkowe w II RP, tak samo skrócenie czasu pracy w PRL-u i III RP.
  2. Po trzech dniach odpoczynku, pracownik stanie się bardziej wydajny. Czy od 1997 r. spadła produktywność (przypominam zeszliśmy z 46 godzin do 40 w tygodniu)? Odwrotnie. Dlatego i przedsiębiorcy nic nie stracą, zostaną tylko zmuszeni do przeorganizowania pracy.
  3. Część firm zautomatyzuje pracę, aby zwiększyć wydajność i utrzymać zyski. Ten proces działa ciągle od końca XVIII w. Wtedy szewc robił buty przez cały dzień, dzisiaj w fabryce w trakcie zmiany powstają ich dziesiątki-setki na jednego zatrudnionego.
  4. I wreszcie, pewna grupa wykorzysta ten dzień na dorobienie. W konsekwencji w gospodarce pojawi się dodatkowy impuls, jak w pkt 1, podnoszący PKB i wpływy z podatków bez ich podnoszenia.

Gdzie strata? Dla społeczeństwa – nigdzie. Stracą Janusze biznesu, wszyscy zwolennicy kultury zapierdolu i …. Piotr Duda. Ludzie mając więcej czasu zaczną kombinować, może popatrzą jak lepiej im się żyje i kto był przeciw. Szczerze mówiąc bardzo się dziwię politykom centro-lewicowym, że nie grzali wystąpienia Piotra Dudy w kampanii wyborczej, nie pytali o to kandydatów prawicy, ponieważ słowa padły akurat przed 1 maja 2025, co dodaje dodatkowego smaczku.

A inne straty firm? Konieczność reorganizacji produkcji, zapłacenia za rekrutację i … podniesienia pensji (równowaga na rynku pracy zostanie naruszona na korzyść pracowników). Menedżerowie po raz kolejny zmuszeni zostaną do ruszenia głową, przemyślenia strategii, bo wiadomo – rynkiem taniej pracy od przynajmniej 10 lat już nie jesteśmy.

Teraz czas na moje osobiste refleksje. Czytelnicy bloga wiedzą, że pół roku temu spędzałem na pracy, ok. 50 godzin/tydzień (dwa specjalne etaty plus dg). Teraz zmniejszając czas poświęcony wykonywaniu zawodu do 30 godzin, czyli o 40%, zarabiam więcej. Jak to możliwe? Czary czy fizyka czarnej dziury?

Otóż nie. Wzrosła moja produktywność. Nie odsiaduję godzin, lecz działam wydajniej. Cała zmiana polegała na zastąpieniu 2-dniowego (ponad 70 h/m-c) etatu za 5k, obciążeniem się (dobrowolnym) 30 godzinami w dg za 7k.

I o tym warto pamiętać. Skok wydajności o 100% da się osiągnąć w pracy biurowej, ale czy i w produkcji? Nie. Tam wystarczy 12,5%, żeby wolumen pozostał ten sam, a może 25%, po to, by nie zmniejszać zysków firm. Wiem jak pracują fizyczni. Normy z KNR-ów da się przeskoczyć o 50%, jeśli faktycznie skupimy się na pracy. Albo, co ważniejsze zastosujemy nowoczesne narzędzia. Pamiętacie moją „rolniczą opowieść”? W III RP plony z ha jabłoni wzrosły o 100% (z 28 ton do ok. 60-ciu), przy zmniejszeniu nakładu siły roboczej. Spadek zatrudnienia w rolnictwie wyniósł w tym czasie 75%. Na roli został co czwarty. Jak widzicie nie mówimy tu o wzroście kosmetycznym lecz ośmiokrotnym (dwukrotny wzrost produkcji przy czterokrotnym spadku zatrudnienia). Dalej uważacie 5-dniowy tydzień pracy za niezbędny do rozwoju? Dla mnie to mit.

Efekt SNUS-a.

W ostatniej kampanii wyborczej karierę zrobiło słowo SNUS – woreczek nikotynowy. Użył go podczas debaty obecny prezydent-elekt.

Teraz pokażę Wam, jak na zasadzie „efektu latte” Davida Bacha wyglądać może rzeczywistość korzystających ze SNUS-a i wolnych od tego nałogu.

Paczuszka, odpowiednia na 2 dni (przy częstotliwości raz na 1,5 godzin), kosztuje w internecie 17 zł.

W miesiąc daje to 255 zł. A rocznie 3060 zł. Gdyby zamiast kupować to świństwo, odkładać na emeryturę na koncie IKZE tę sumę, jak myślicie, ile wynosiłyby oszczędności po 40 latach?

Wpłacono 3060 zł x 40 lat =120.240 zł.

Może 3 razy więcej? Może 5 razy?

Nie. Dokładnie 1,5 mln zł (po podatku i przy stopie zwrotu 10%). To się nazywa czynnik SNUS-a. Wysokość emerytury wyniosłaby (4% rocznie) – ok. 5000 zł miesięcznie i jeszcze dzieci dostaną suty spadek. Nieźle.

Już wiecie, dlaczego prezydent-elekt, pomimo piastowania funkcji dyrektorskich w dużej instytucji państwowej, dorobił się tylko jednego mieszkania przez 10 lat (nie liczę słynnej kawalerki i spadku po ojcu).

My jednak mamy wybór.