Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
filozofia – Strona 5 – Oszczędny Milioner

Psychologia kredytu hipotecznego.

Posiadanie bądź nie mieszkania na kredyt stało się w pewnym momencie doświadczeniem pokoleniowym. Kiedy po raz pierwszy ok. 2004-2005 r. hipoteki okazały się dostępniejsze (czytaj: marże rozsądne, a stopy procentowe dość niskie) dzisiejsi sześćdziesięciolatkowie zaczęli kupować nieruchomości posiłkując się pieniędzmi z banku. Efekt?

No właśnie nie da się powiedzieć o jednym, ponieważ problem ma wiele wymiarów.

Teraz piszę o skutkach psychologicznych, zaczynając dodatkowo od siebie. Z żoną braliśmy kredyt hipoteczny aż 4 razy: na mieszkanie w górach (x2), na obecny dom, oraz na dom na wsi, wykupowany na szybko w rodzinie. Żadne z tych zobowiązań już na nas nie ciąży. Nasze doświadczenia okazały się wyłącznie pozytywne – każda nieruchomość zyskiwała na wartości, a przygoda z bankiem trwała od 0,5 roku do 10 lat, przy czym nawet w tym ostatnim przypadku po 3 latach mieliśmy spłacone 75% pożyczonej kwoty. Pamiętajmy, że nie każdy ma takie szczęście.

Popatrzmy na pokolenie millenalsów. W ich przypadku mówiono, że hipoteka to symbol dorosłości. Oczywiście kłamiąc, ale taka narracja panowała dość powszechnie. Co powinniśmy brać pod uwagę zastanawiając się nad celowością takiego zadłużenia?

  1. Czy dobrze zniesiemy stałe obciążenia?
  2. Jak przeżyjemy drastyczny wzrost raty?
  3. Z czego będziemy musieli zrezygnować?
  4. Czy oboje mamy podobne spojrzenie na każdy z tych aspektów?

Przeanalizujmy po kolei możliwe odpowiedzi.

Życie ze stałym obciążeniem

30 lat nie w kij dmuchał. Nawet 20 lat sporo. W tym czasie miesiąc w miesiąc musimy odprowadzić haracz do banku. I to wcale niemały. Średnia kwota kredytu hipotecznego w marcu 2025 wynosiła 460 tys. zł. Daje to ok. 3300 zł raty. Przy średniej pensji ok. 6000 zł netto oraz medianie ok. 5000 zł mamy do czynienia z:

  • 2/3 mediany singla,
  • 1/3 mediany w parze,
  • 55% średniego wynagrodzenia singla,
  • 27% średniego wynagrodzenia pary.

Obciążenie się koniecznością wydania miesiąc w miesiąc powyżej 30% poborów oceniam jako znaczące i wymagające przemyślenia, ponieważ nie każdy dobrze to znosi. Pamiętam, że i nas, pomimo współczynnika pensja/dochody na poziomie 20%, konieczność pozbywania się sporej sumy uwierała jak kamień w bucie. Najciężej tym, którzy „czyszczą się” z całych oszczędności, a ich margines błędu pozostaje niewielki, nawet praktycznie żaden. Utrata pracy przez jedną osobę, czasem tylko drobne zawirowania (np. brak rocznej premii), zmieniają 30% w zupełnie inne liczby.

Cała ta presja inaczej dotyka osoby, lubiące ją i myślące: biorę się do roboty, bo muszę zarobić, a inaczej osobowości z wysokim odczuwalnym lękiem.

No i świadomość 30 lat. Tutaj warto popatrzeć prawdzie w oczy. Pieniądz traci wartość. Kiedy w 2006 r. braliśmy 120 tys. zł kredytu, z ratą 700 zł, była to 1/2 pensji mojej żony i 1/5 mojej. Po 20 latach, ta sama rata stanowiłaby tylko odpowiednio: 1/7 i 1/17 (gdybym nadal pracował na dwóch etatach). Krótko mówiąc – odczuwalne obciążenie znacznie zmniejszyłoby się, gdybyśmy jeszcze trzymali się harmonogramu. Już po dekadzie (2016) zarabiałem ok. 100% więcej, a potem jeszcze prawie podwoiłem dochody.

Podsumowując. Są osoby, które stałe obciążenie znoszą źle. Jednak większość roboty z czasem zrobi inflacja i dług przestanie ciążyć. Przemyślmy to jednak.

Drastyczny wzrost raty

Pamiętacie lata 2021-2022. Wtedy w ciągu roku raty poszły do góry o 100%. Kto płacił 1700 zł, nagle miał 3400 zł, a ten z 3000 zł (znam taki przypadek) już 6000 zł. I to nie w ciągu dekady a jednego roku, co wyklucza praktycznie podwyżki inflacyjne jako sposób radzenia sobie z problemem. Co robić?

Strategie były trzy:

  1. dodatkowe zajęcie (praca, zlecenie), a więc i dochody, które pokryją wydatek,
  2. drastyczne zaciśnięcie pasa,
  3. likwidacja oszczędności/inwestycji i nadpłacenie sporej sumy.

Znam ludzi, którzy dokonali poszczególnych wyborów. I niestety, wszystkie pomysły oznaczać mogą problemy. Dodatkowa praca oznacza mniej czasu dla rodziny (w perspektywie – awantury i rozwód). Zaciśnięcie pasa pamiętamy później jak „siedem lat chudych”, a pozostanie bez oszczędności/inwestycji może się zemścić.

Warto popatrzeć inaczej, żeby nie zwariować. Jak to zrobić rozsądnie? O tym kiedyś napiszę. Natomiast osoby nieprzygotowane, które np. pożyczając sporo (znam przypadek – rata na poziomie 25% łącznych dochodów pary zmieniła się w 50% pensji) przy zerowej rezerwie, poczuły oddech banku na plecach i jego łapę w portfelu. I trzeba mieć to na uwadze. Doświadczenie lat 2021/2022 zaciąży jeszcze na dzieciach tych X-ów i Y-ów.

Rezygnacja

Reklama przedstawia życie na kredycie jako pasmo szczęścia. Nie musisz prosić rodziców, wuja, babci o pożyczkę. Jesteś samodzielny. Odbierasz klucze. Żyjesz na swoim. Tylko fakty pozostają inne. Kredyt=rezygnacja. Pytanie tylko z czego?

Niektórzy wycinają wszystkie przyjemności. Kupują tylko to, co potrzebne. Na jak długo? No cóż, czasem na 10 lat. Dzieci przestają jeździć na wakacje. Dorośli oczywiście też. Nastolatki idą do pracy. Nie zmieniamy samochodów. Nie kupujemy nowej kanapy. Włoski makaron zmieniamy na „made for Biedronka”. Oliwę zastępujemy smalcem. Nowe ubrania – tylko po zdarciu starych. Zero kina, teatru, koncertu. I to, jak wiele razy pisał Bartek – wegetacja. Chyba już wolałbym pójść do dodatkowej pracy.

Ale większość, wcześniej wynajmujących, nie dostrzega drastycznych zmian. Wydatki rosną (np. z 2500 zł do 3300 zł), lecz nie wywracają budżetu. Klucz – sensowna kalkulacja. Nie wybieramy „apartamentu”, na który nas nie stać. Patrzymy, gdzie leży złoty środek.

Podobne spojrzenie na te aspekty

Oj, wszelkie niezgodności to sygnał alarmowy. Bo jeśli jedno boi się długiej raty, a drugie olewa temat. Albo – w razie problemów, facet myśli – najwyżej wezmę nadgodziny, a kobieta chce drastycznie oszczędzać, o kłótnie nietrudno.

A pamiętajmy, niepowodzenia finansowe, obok zdrad, przyczyniają się do rozpadu nawet małżeństw z dłuższym stażem. Przed nami pół życia (30 lat). Wiele może się zdarzyć. Jedno pójdzie w kierunku „kryzysu wieku średniego”, drugie chce nadpłacać.

Siadajmy i rozmawiajmy. Jedno jest pewne – z czasem, przez inflację będzie prościej. Lecz nigdy idealnie. Bo kredyty nie ograniczają swojej roli do stania się wehikułem spełnionych marzeń lecz wpływają także na naszą psychikę. Nie zawsze korzystnie.

Klęska klasy średniej? O kapitale, neoliberalizmie i pracy.

Czasopisma skierowane programowo do klasy średniej zalewa ostatnio taka narracja: klasa średnia umiera, wygrywa kapitał, neoliberalizm się skompromitował, a o dobrą pracę coraz trudniej. Otóż ktoś, kto faktycznie nie wychyla nosa z bańki taki obraz może stać się dominującym. Ale czy pozostaje w zgodzie z rzeczywistością?

Moim zdaniem – częściowo. Zacznijmy od tezy o śmierci klasy średniej. Obserwacja USA, w których prezydentem został oligarcha, otoczył się innymi oligarchami, profesorów Harvardu nazywa głupkami, a jego doradcy publicznie obdarzają się epitetami „głupi jak worek cegieł”, faktycznie prowadzi do niepokojących wniosków. Trump dokonuje swoimi ruchami spektakularnej transformacji całego systemu socjo-ekonomicznego i jest to zmiana w złym kierunku. W efekcie pieniądz i wartość transferowane są od średniaków i biednych do bogatych. I nie mówimy tu o zamożnych (oni akurat przynależą do klasy średniej, a precyzyjnie do podklasy wyższej średniej) lecz o prawdziwych bogaczach, których majątek liczy się już w setkach miliardów dolarów. Jednocześnie „średniaków” pracujących dla rządu, w korporacjach itp. z dnia na dzień pozbawia się pracy, bez której nie mogą istnieć, j tych okruchów kapitału emerytalnego, zgromadzonych latami pracy. A przede wszystkim odziera się ich z szacunku. Zawsze obciążona wielkimi nierównościami społecznymi (współczynnik Giniego na poziomie krajów trzeciego świata) Ameryka staje się jeszcze bardziej spolaryzowana.

Ale my na szczęście żyjemy w Europie. Tutaj wprawdzie skrajne ideologie, co najlepiej widać w Niemczech, śmiało podnoszą głowę, ale nie zyskały jeszcze władzy. Ani oparta na pełnym neoliberalizmie gospodarczym i radykalnie konserwatywa obyczajowo Konfederacja, ani AfD, ani ich lewicowe lustra (w Polsce – Razem) nie próbują jeszcze przejąć władzy. W przypadku skrajnej prawicy stoją jednak u bram (15-20% poparcia w wyborach). Przypomnijmy, w społeczeństwie demokratycznym wystarczy nieco ponad 30% głosów, by rządzić (PO, PiS, NSDAP w 1933 r.). A skrajności zmierzają do wyeliminowania klasy średniej. Nie oszukujmy się jednak w PiSie, jak i PO również istnieją frakcje chętne do powtórzenia ruchu Trumpa – zwiększenia przewagi bogaczy nad średniakami.

Siły te, przynajmniej w Polsce, szczęśliwie nie działają konsekwentnie. W kraju, w którym pielęgniarka zaczęła zarabiać 15 tys. zł, a lekarz czasem nawet kilkaset tysięcy, gdzie nauczyciel dostaje pensję powyżej średniej krajowej, a glazurnik bierze do ręki 15 tys. zł za 2 tygodnie roboty nie możemy mówić o dramacie. Z drugiej strony, zwraca się uwagę na trudną sytuację młodych, pełzającą prywatyzację ochrony zdrowia, z czym wiążą się koszty dla jednych i pensje dla drugich (dentysta, który ma klientów z łatwością zarobi 600 zł za godzinę, a pozostali, w tym emeryci no cóż – muszą tę stawkę zapłacić albo przerzucić się na dietę półpłynną), dramat na rynku mieszkaniowym.

Temtu ostatniemu chciałbym poświęcić odrobinę uwagi. Wszystkie media i większość kandydatów w debatach zauważa problem winy upatrując raz w socjaliźmie a kiedy indziej w neoliberalizmie. Ale szukajmy prawdy. Otóż – średnia cena m2 w Warszawie przekroczyła 16.5 tys. zł/m2, podczas gdy średnia pensja wynosi ok. 11 tys. zł brutto. Czyli na 1 m2 przeciętny warszawiak pracuje 2 miesiące, jeżeli ma szczęście być nisko opodatkowany (13% ZUS, 9% NFZ, 12% podatek dochodowy). Ale znowu – nie mamy tak wszędzie. W „interiorze” – świecie w który powoli się przenoszę, mały dom do remontu kosztuje 150 tys. zł., co daje 2.5 tys. zł/m2. Nawet zarabiający minimalną (ok. 3.5 tys. zł/m-c netto) pracuje na metrowy kawałek podłogi przez nieco ponad 20 dni. W Warszawie przypomnijmy – 60 dni. A jak bywało? Przed boomem roku 2007 w stolicy dało się kupić m2 za 3 tys. zł, tyle że przeciętna pensja wynosiła wtedy 1,7 tys. zł netto/m-c. Nadal lepiej niż dziś, ale niewiele. Czego to dowodzi? Otóż nastąpiło charakterystyczne dla współczesnego świata rozwarstwienie cen, za którym nie nadąża wzrost dochodów. M2 mieszkania w Warszawie jest 6,5 razy droższy niż domu na głębokiej prowincji (choćby leżała 100 km od stolicy). Jednocześnie średnie pensje nie pozostają w takim stosunku (w istocie są 2 razy wyższe). Stąd, dzięki warszawocentryzmowi opiniotwóryczych gazet sytuacja wydaje się tragiczna. Jeżeli dziennikarz w prasie stołecznej zarabia średnią krajową b2b, czyli faktycznie 6 tys. zł netto i jest singlem, nie może marzyć o własnym dwupokojowym gniazdku w tym mieście. Rata z opłatami przekroczy 2/3 jego pensji. Ba, na wynajem również mu nie starczy (3500 zł + 1500 zł opłat). Narasta frustracja, a z nim produkcja alarmistycznych tez. Wyjście – zarabiać w Warszawie, wydawać na Podlasiu lub w Lubuskiem ew. na Opolszczyźnie.

Kosztami kredytów (ok. 800 zł raty za każde pożyczone 100 tys. zł, daje w przypadku wielkich miast 4000-10.000 zł za lokal dwupokojowy) kończymy temat klasy średniej, przechodząc płynnie do kapitału i neoliberalizmu. Wolny rynek w mieszkalnictwie i bankowości, z zanikiem funkcji społecznych (spółdzielnie, lokale komunalne) doprowadził do zwiększenia, zwłaszcza w większych ośrodkach niedostępności czterech kątów. Stąd popularność haseł „mieszkanie prawem, nie towarem”, podatku katastralnego itp. Natomiast, powiedzmy sobie szczerze – w pięciu wielkich ośrodkach (Warszawa, Trójmiasto, Kraków, Wrocław, Poznań) i ich najbliższej okolicy mieszka może 15% ludności Polski, może trochę więcej. I cały kraj nie kończy się na nich. Tymczasem w takiej Opolszczyźnie (godzina jazdy pociągiem do Wrocławia) nadal da się znaleźć domy do remontu za 150 tys. zł. Ba, w samej stolicy województwa (z pensjami prawie wrocławskimi), widywałem 2-pokojowe mieszkania za 300 tys. zł (we Wrocławiu średnio o 50% więcej). A Opole to miasto piękne i idealne do mieszkania, nie za duże, nie za małe – dobrze skomunikowane – rzekłbym w sam raz. I teraz wracamy do tematu kapitału. Otóż w Warszawie jest potrzebny, a nawet w obrębie jednej klasy wywołuje wielkie różnice. Wyobraźmy sobie dwóch modelowych „średniaków” – z pensją 8 tys. zł netto (średnia warszawska). Jeden płaci za wynajem 3.5 tys. zł (albo ratę 4,5 tys. zł). Drugi dysponuje mieszkaniem „po dziadku”. Pierwszemu zostaje na życie i oszczędności 3.5 tys. zł (kredyt) lub 4.5 tys. zł (wynajem). Drugiemu ok. 2 razy więcej (całe 8 tys. zł). Pensja daje mu zdolność kredytową na poziomie pozwalającym na zakup kolejnego mieszkania na wynajem i dopłacanie powyżej czynszu jeszcze ok. 1,5 tys. zł. Po tej operacji nadal dysponuje na wydatki sumą 6.5 tys. zł wobec 3.5 tys. zł „gołego” kredytobiorcy i 4,5 tys. zł najemcy. A gdyby odziedziczył (znam takie przypadki) – dwa mieszkania w stolicy. Bierze kredyt na trzecie i ma:

-własne lokum za 0 zł,

-pensję 8 tys. zł,

– zysk z najmu drugiego mieszkania 3 tys. zł (podatki!),

-stratę na trzecim 1,5 tys. zł (rata 4.5 tys.zł, koszty i podatek 500 zł, przychód z czynszu 3.5 tys. zł).

Razem jest na plusie 11.5 tys. zł. Najemca ma 4.5 tys. zł, a kredytobiorca 3.5 tys. zł. Przypominam – każdy dostaje taką samą pensję. Tak umiera neoliberalizm, zgodnie z którym „każdy ma równe szanse”, „każdy jest kowalem swego losu” itp. itd.

Majątek netto najemcy wynosi 0 zł (nie ma też długów), kredytobiorcy (150 tys. zł = 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu), właściciela dwóch lokali (900 tys. zł), a trzech (1,65 mln= 3 x 750 tys. zł – 600 tys. zł kredytu) . Zawsze podaję ten przykład własnym synom, ponieważ pokazuje pozorność równych szans.

Poza Warszawą te różnice okażą się nieco inne (niższe czynsze, raty, ale i pensje), jedynie na wsiach przestaną mieć takie znaczenie (dom za 150 tys. zł da się kupić na wiele sposobów, finansując gotówką).

Czyli teza o kapitale, a nie pracy jako źródle bogactwa zaczyna wygrywać. Bartek w jednym z komentarzy postawił ją tak: … Nie jestem tak radykalny w swoich sądach. Dlaczego? Otóż, jak wielokrotnie powtarzałem, aby osiągnąć zamożność potrzebny jest dochód na poziomie 120% średniej na osobę dorosłą (czyli 240% przy parze), o ile skorelujemy go z niewysokim poziomem wydatków.

Oznacza to ok. 20 tys. zł na trzy-, cztero- osobową rodzinę w Warszawie i ok. 15 tys. zł przeciętnie w Polsce. Tacy „średniacy” nie zamieszkają z pewnością (o ile nie odziedziczyli lub nie dostali mieszkania) w Śródmieściu, na Saskiej Kępie czy Żoliborzu. Będzie to raczej Białołęka, od której jednak wolałbym Mory (w najbliższym czasie „jedyna wieś ze stacją metra” czy powiatowe Siedlce (podobny czas dojazdu do centrum).

Dwukrotność średniej krajowej/osobę (w Polsce – 24 tys. zł netto na rodzinę) wydaje mi się przesadzonym miernikiem dolnej granicy drogi do zamożności. Napiszę więcej – w obecnych warunkach, w dużym mieście, moja rodzina nie spełniłaby tego warunku, a żona pracuje, ja też plus prowadzę dg. Kwestia optyki. Z Bartkiem zawsze przestawialiśmy inny pogląd na tzw. poziom życia, jeżeli chcemy korzystać z życia we współczesnym rozumieniu, faktyczne te 4 średnie na rodzinę wydają się konieczne. My z żoną nadal umiemy żyć (i utrzymać jednego syna „przy sobie”, a drugiego na studiach we Wrocławiu) za nieco ponad 2 średnie krajowe netto. Ktoś, komu pieniądze przychodzą łatwiej, może wydać więcej i utrzymać wyższy poziom wydatków, ja wolę się poobijać.

W ten sposób płynnie przechodzimy do pracy. Cóż, ta jest w Polsce najwyżej opodatkowana. W przedziale 10 tys. zł-20 tys. zł/os/m-c brutto mówimy o 13% składki ZUS, 9% NFZ i jeszcze 32% podatku, czyli w sumie ok. 50%. Na poziomie minimalnej krajowej jest to 13% ZUS, 9% NFZ i 4% podatku. A przedsiębiorca w spółce kapitałowej? 9% CIT (mały podatnik) + ew. 19 % od dywidendy (jeśli ją bierzemy). Razem – na poziomie pensji minimalnej. Znowu – średniak dostaje w skórę. Praca jest wyżej opodatkowana niż kapitał. Rentier – 19%, żyjący z nieruchomości 8,5-12,5%. Znacznie mniej niż biedak i pracujący.

I na tym polega klęska klasy średniej.

Rzeczywiste skutki czterodniowego tygodnia pracy.

Pocisnąłem ostatnio Piotrowi Dudzie, ale czas wrócić do rządowego pomysłu i cofnąć się w czasie.

Na początku ostrego kapitalizmu obowiązywał w Anglii 77 godzinny tydzień pracy, potem łaskawie skrócony do 66 godzin. 8-godzinny dzień pracy, zdobycz lewicy w II Rzeczypospolitej nadal jednak oznaczał 6 dni roboczych w tygodniu. Zmiana następowała stopniowo za czasów komuny i 5-dniowy tydzień pracy powitaliśmy w PRL-u. Ale i wtedy obowiązywał 46-godzinny tydzień pracy. W III RP skrócono go do 42, a potem 40 godzin (2001 r.).

Za każdym razem zarządzający przemysłem darli szaty, że wywrócimy w ten sposób gospodarkę, a bankructwa staną się masowe. Zagrozi nam bezrobocie, ogólna bieda i dramat. Czy stało się tak? Nie. Lecz te fakty nie przeszkadzają powtarzać bzdur o lenistwie, bankructwie, niskich pensjach. I o dziwo takie słowa padają z ust przedstawicieli tzw. prawicy socjalistycznej jak Piotr Duda. Bo, że przeciw są Rafał Brzoska, dr Sławomir Mentzen, czy prof. Matczak, nawet się nie dziwię. Oni zarobią mniej. Ustaliliśmy zatem – innego końca świata nie będzie.

Co się wtedy stanie? Pojawią, podobnie jak w historii, cztery dobre zjawiska:

  1. Znaczna część pracowników wykorzysta dodatkowy dzień wolny racjonalnie – spędzi czas z rodziną, pójdzie z nią na lody, do kina, pojedzie na weekend, a może dokształci, założy firmę. Napędzi w ten sposób gospodarkę, dając jej dodatkowy impuls. Tak zadziałały urlopy wypoczynkowe w II RP, tak samo skrócenie czasu pracy w PRL-u i III RP.
  2. Po trzech dniach odpoczynku, pracownik stanie się bardziej wydajny. Czy od 1997 r. spadła produktywność (przypominam zeszliśmy z 46 godzin do 40 w tygodniu)? Odwrotnie. Dlatego i przedsiębiorcy nic nie stracą, zostaną tylko zmuszeni do przeorganizowania pracy.
  3. Część firm zautomatyzuje pracę, aby zwiększyć wydajność i utrzymać zyski. Ten proces działa ciągle od końca XVIII w. Wtedy szewc robił buty przez cały dzień, dzisiaj w fabryce w trakcie zmiany powstają ich dziesiątki-setki na jednego zatrudnionego.
  4. I wreszcie, pewna grupa wykorzysta ten dzień na dorobienie. W konsekwencji w gospodarce pojawi się dodatkowy impuls, jak w pkt 1, podnoszący PKB i wpływy z podatków bez ich podnoszenia.

Gdzie strata? Dla społeczeństwa – nigdzie. Stracą Janusze biznesu, wszyscy zwolennicy kultury zapierdolu i …. Piotr Duda. Ludzie mając więcej czasu zaczną kombinować, może popatrzą jak lepiej im się żyje i kto był przeciw. Szczerze mówiąc bardzo się dziwię politykom centro-lewicowym, że nie grzali wystąpienia Piotra Dudy w kampanii wyborczej, nie pytali o to kandydatów prawicy, ponieważ słowa padły akurat przed 1 maja 2025, co dodaje dodatkowego smaczku.

A inne straty firm? Konieczność reorganizacji produkcji, zapłacenia za rekrutację i … podniesienia pensji (równowaga na rynku pracy zostanie naruszona na korzyść pracowników). Menedżerowie po raz kolejny zmuszeni zostaną do ruszenia głową, przemyślenia strategii, bo wiadomo – rynkiem taniej pracy od przynajmniej 10 lat już nie jesteśmy.

Teraz czas na moje osobiste refleksje. Czytelnicy bloga wiedzą, że pół roku temu spędzałem na pracy, ok. 50 godzin/tydzień (dwa specjalne etaty plus dg). Teraz zmniejszając czas poświęcony wykonywaniu zawodu do 30 godzin, czyli o 40%, zarabiam więcej. Jak to możliwe? Czary czy fizyka czarnej dziury?

Otóż nie. Wzrosła moja produktywność. Nie odsiaduję godzin, lecz działam wydajniej. Cała zmiana polegała na zastąpieniu 2-dniowego (ponad 70 h/m-c) etatu za 5k, obciążeniem się (dobrowolnym) 30 godzinami w dg za 7k.

I o tym warto pamiętać. Skok wydajności o 100% da się osiągnąć w pracy biurowej, ale czy i w produkcji? Nie. Tam wystarczy 12,5%, żeby wolumen pozostał ten sam, a może 25%, po to, by nie zmniejszać zysków firm. Wiem jak pracują fizyczni. Normy z KNR-ów da się przeskoczyć o 50%, jeśli faktycznie skupimy się na pracy. Albo, co ważniejsze zastosujemy nowoczesne narzędzia. Pamiętacie moją „rolniczą opowieść”? W III RP plony z ha jabłoni wzrosły o 100% (z 28 ton do ok. 60-ciu), przy zmniejszeniu nakładu siły roboczej. Spadek zatrudnienia w rolnictwie wyniósł w tym czasie 75%. Na roli został co czwarty. Jak widzicie nie mówimy tu o wzroście kosmetycznym lecz ośmiokrotnym (dwukrotny wzrost produkcji przy czterokrotnym spadku zatrudnienia). Dalej uważacie 5-dniowy tydzień pracy za niezbędny do rozwoju? Dla mnie to mit.

Efekt SNUS-a.

W ostatniej kampanii wyborczej karierę zrobiło słowo SNUS – woreczek nikotynowy. Użył go podczas debaty obecny prezydent-elekt.

Teraz pokażę Wam, jak na zasadzie „efektu latte” Davida Bacha wyglądać może rzeczywistość korzystających ze SNUS-a i wolnych od tego nałogu.

Paczuszka, odpowiednia na 2 dni (przy częstotliwości raz na 1,5 godzin), kosztuje w internecie 17 zł.

W miesiąc daje to 255 zł. A rocznie 3060 zł. Gdyby zamiast kupować to świństwo, odkładać na emeryturę na koncie IKZE tę sumę, jak myślicie, ile wynosiłyby oszczędności po 40 latach?

Wpłacono 3060 zł x 40 lat =120.240 zł.

Może 3 razy więcej? Może 5 razy?

Nie. Dokładnie 1,5 mln zł (po podatku i przy stopie zwrotu 10%). To się nazywa czynnik SNUS-a. Wysokość emerytury wyniosłaby (4% rocznie) – ok. 5000 zł miesięcznie i jeszcze dzieci dostaną suty spadek. Nieźle.

Już wiecie, dlaczego prezydent-elekt, pomimo piastowania funkcji dyrektorskich w dużej instytucji państwowej, dorobił się tylko jednego mieszkania przez 10 lat (nie liczę słynnej kawalerki i spadku po ojcu).

My jednak mamy wybór.

Dlaczego Piotr Duda bredzi o czterodniowym tygodniu pracy?

W jednym z wpisów przywołałem opinię szefa NSZZ Solidarność – sługi jednej partii, który powiedział tak: „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”.

Potem dodał jeszcze kilka zdań, całkowicie go kompromitujących. Bo albo nie zadał sobie trudu w przeczytaniu planów skrócenia czasu pracy, albo zwyczajnie nie nadaje się do sprawowania funkcji, gdyż nie zna Kodeksu pracy.

A oto uzupełnienie tej negatywnej opinii : „Trzeba powiedzieć jasno, że to rozwiązanie korzystne dla niewielkiej grupy pracowników. Nie obejmie produkcji, handlu i wielu innych gałęzi rynku, w których potrzebna jest ciągłość pracy. … Pomysł ten nie poprawi sytuacji na rynku pracy.”

Nie wiem skąd Piotr Duda wziął info, że 4-dniowy tydzień pracy nie obejmie produkcji czy handlu? Wymyślił sobie.

Celowo wytłuściłem tego byka. Otóż – czym innym jest czas pracy (obecnie 40 godzin w tygodniu), czym innym system czasu pracy (podstawowy 5 dni x 8 godzin, ale są też równoważny, weekendowy itd.), a jeszcze czym innym rozkład czasu pracy – plan w jakich dniach i godzinach dany pracownik ma wykonywać pracę w danym okresie rozliczeniowym (zazwyczaj miesiącu).

Tłumacząc Wam po ludzku – można pracować 8 godzin przez 5 dni/tydzień w ruchu ciągłym, jeżeli mamy do czynienia ze zmianami. Np. w pierwszym tygodniu 1-sza zmiana, w drugim – druga, w trzecim – trzecia, a w czwartym – czwarta (tzw. czterobrygadówka). Ba, wielu pracowników fizycznych już ma 4-dniowy tydzień pracy, jeśli zmiany wynoszą 4dni x`10 godzin. Ba, znam takich którzy pracują (straże zakładowe) trzy dni w tygodniu (dyżur 24h, 2 dni przerwy, 12 h , doba przerwy i 8 -godzinna zmiana). Duda straszy i opowiada bajki.

Teraz wróćmy do projektu. Znamy dopiero niektóre założenia. Rozważa się skrócenie czasu pracy dla wszystkich do 35 godzin. Wtedy w podstawowym systemie będziemy mieli: `1 dzień x 8 godzin i 3 x 9 godzin, ew. 4 dni x 8 godzin i 45 minut. A co z handlowcami i pracownikami produkcji, nad którymi łzy wylewał szef Solidarności? Oni też dostaną średnio 35 godzin (chociaż w jednym tygodniu może to być 30, a w innym 40). No i 4 dni, a nawet w przypadku 12-godzinnych zmian 3 (2x 12 godzin i jeden 11-godzinny). Co więc stracą pracownicy? Nic.

Ale Piotr Duda ciśnie dalej ” Może ją (sytuację na rynku pracy) wręcz pogorszyć, skutkując wzrostem obowiązków i brakiem wzrostu płac – ocenił Duda. Popatrzmy realnie. Pracodawca zwiększający obowiązki, przy zmniejszeniu czasu pracy naraża się na ostrą ripostę liczne wystąpienia związków zawodowych, kontrole PIP, protesty i odejścia. A musi dbać o załogę, ponieważ teraz, jeżeli produkcja ma iść w ruchu ciągłym, potrzebuje nie czterech brygad lecz pięciu (168 godzin w miesiącu/40 = 4,2, a 168/35 = 4,8). A brak wzrostu płac? No cóż, tu wystarczy cofnąć się do lat 90-tych, gdy skrócono czas pracy z 46 do 42 godzin (1997 r.). I pytanie jak zmieniła się średnia pensja:

  • 1996 – 873 zł,
  • 1997 – 1061 zł.

Która liczba jest większa? No chyba z 1997 r., więcej niż rosła inflacja (21% wobec 19%). Zamilcz Piotrze Dudo, bo bredzisz jak na mękach, kręcisz, kłamiesz, oszukujesz. A dlaczego? Chyba dla każdego, powód pozostaje jasny. Chodzi o bezpardonowy atak na rząd, minister o lewicowej proweniencji i bazę wyborczą, który po wywodach o skróceniu czasu pracy Piotr Duda kontynuował. Według szefa Solidarności, dobry pozostaje pracownik fizyczny, a zły umysłowy. Warto, aby członkowie tego związku w białych kołnierzykach dobrze zapamiętali tę szarżę. Inni też. Albowiem za kuriozalną należy uznać strategię przewodniczącego związku zawodowego, który staje po stronie pracodawców i sprzeciwia się skróceniu czasu pracy. Zupełnie inne stanowisko zajął OPZZ. I to też warto zapamiętać.

Kwartał pracy 3/5.

Właśnie mięły trzy miesiące, od kiedy jestem pracownikiem na jeden etat. Dokładnie 3 lutego rzuciłem papierami poszedłem ostatni dzień do drugiej pracy, w której spędziłem prawie 25 lat. Prowadzę też JDG.

Przyczyny tego stanu rzeczy nie były miłe (a raczej wyjątko niemiłe jazdy nowego szefa), aczkolwiek chwila, gdy w mojej obecności odczytano sam nagłówek wypowiedzenia (natychmiastowego z winy pracodawcy), powinna trafić do „słoja wspaniałości”, gdybym go posiadał. Literalnie nikt się nie spodziewał strzału, no może jakiegoś wypowiedzenia wielomiesięcznego, w czasie którego da się łatwo zewrzeć szyki. A tu taki zonk. Moim celem nie było zdezorganizowanie działań pracodawcy, a skoncentrowanie na swoich planach i zdrowiu. A pozytywne efekty?

Efekt 1. Zdrowie.

Na przestrzeni od „rozpoczęcia jazdy” do końca zatrudnienia (nieco ponad 6 miesięcy) byłem chory 5 razy. W sumie na zwolnieniu kilkadziesiąt dni. A od zwolnienia? Ani razu przez kwartał pomimo przesilenia wiosennego.

Niewątpliwie do poprawy zdrowia przyczyniło się radykalne zmniejszenie stresu. Ale poza nim: wysypianie się (2 razy w tygodniu wstaję godzinę później), brak pracy w weekendy, regularne jedzenie przez 4 dni w tygodniu (od pt do pn włącznie), więcej wolnych dni, brak ekstra telefonów po godzinach. No i wreszcie miałem czas na 4 odkładane wizyty lekarskie.

Efekt 2. Czas.

Na tę pracę poświęcałem 72 godziny (9 dni/m-c, jeżeli brałem urlop, lub wypadało wolne 8 dni x 8 =64h), plus 12 godzin na dotarcie i 8 na ogarnianie się. Potem wracałem i potrzebowałem dekompresji (obiad, drzemka). Kiedy dochodziłem do siebie, często na zegarze była 18 . I tak przelatywał cały dzień. Nawet jeśli pracowałem 8 dni/m-c, telefony, maile poza godzinami powodowały, że na tę pracę „marnowałem”: 100 godzin (72 praca, 12 dojście i powrót, 8 ogarnianie, 8 dekompresja)

Teraz staram się pracować 6 dni w miesiącu (-2-3 dni – wyłączam drugi etat). Do tego mój, nawet pracowity dzień wygląda inaczej. Zaczyna się nie o 6.15 (godzina wyjścia do biura), ale o 8.00 (teść żegna się po wspólnie wypitej herbacie) i trwa nie do 16.00 (powrót do domu), lecz o 13-14. Krótko mówiąc przepracowuje dziennie 5-6 godzin i to z przerwami na kawę, posiłki, rozmowy telefoniczne.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z 3 miesięcy, średnio w poniedziałki i piątki 0- przepracowuję ok. 30 godzin plus 5 na dojście/dojazdy. Ponieważ nie marnuję energii na dekompresję, ogarnianie się – w sumie ze 100 godzin/m-c robi się 35. Kto umie liczyć, ten się dowie odzyskałem 65 godzin/m-c – 65% dotychczas poświęcanego czasu. A ten wykorzystuję: dla rodziny, na odpoczynek, pisanie bloga i wymyślanie kolejnych pomysłów.

A więcej czasu oznacza też brak pośpiechu, nerwów i spokój w kontaktach z innymi.

Efekt 3. Kasa.

O niej jest ten blog. Wyniki? Marzec +10%, kwiecień +40%, maj +50%. Nie żartuję, piszę serio. Ponieważ nie zostałem na etacie, w kwartał (24 dni) zarobiłem średnio 33% więcej. Przypominam, pracując o 2/3 mniej. Niesamowite. A liczę tylko te 5 dni.

Efekt 4. Więzi.

Tego nie da się przeliczyć na kasę. 3 razy odwiedziłem moich synów w ich miejscach i to nie, jak dotychczas, dziś przyjazd, dziś wyjazd (najpóźniej jutro rano), lecz na 2-3 dni. Do tego spokojne spotkanie z siostrą (też mieszka w innym mieście), odwiedziny u przyjaciół (2 razy). Wszystko ogarnięte w przedłużony weekend (w końcu miałem ok. 6-8 dni ekstra).

Spokojnych pogaduszek z teściem, leniwego ranka z żoną, porannych rozmów z najmłodszym synem – nie liczę.

Te cztery czynniki, po zsumowaniu dały prosty efekt – więcej spokoju, radości z życia i pomysłów, co jeszcze można udoskonalić.

Czy da się dzisiaj kupić dach nad głową za gotówkę?

Odpowiadając jednym słowem: tak. Teraz czas na rozwinięcie myśli.

Wiele lat temu, życie było prostsze. Młodzi nie mieli tylu pokus i siłą rzeczy cieszyli się z drobiazgów. Żeby nie było, nie tęsknię do starych czasów, opisuję rzeczywistość. Dla niektórych smutną. Radość, gdy w pierwszym mieszkaniu przyklejaliśmy tapetę na lamperię, gdy wymienialiśmy nieszczelne okna na „plastiki”, kupiliśmy pierwszy nowy telewizor, wielu może się wydać wręcz żenująco słaba. Bo z czego tu się było cieszyć? Dzisiaj, kiedy na nabywców czekają nowe lokale, w sklepie dekoratorzy wnętrz, tamte lata opiszemy często jako przaśne.

A jednak pozostaje pewien fakt. Po 5 latach wynajmu (czynsz równał się 50% pensji żony) kupiliśmy tamto mieszkanie – dwa pokoje (duże) w kamienicy za 90 tys. zł (moje ówczesne 40 pensji), poświęcając inwestycję za kasę na wesele i dokładając oszczędności z kasy mieszkaniowej. Dało się to zrobić bez zaciągania kredytu.

Czy teraz można powtórzyć tę drogę? Powiedzmy sobie uczciwie: nie 1 do 1. Dzisiaj takie mieszkanie kosztuje ok. 650 tys. zł. Gdyby odkładać nawet połowę (tyle dostaliśmy za działkę) musimy przeprowadzić rachunek:

325 tys. zł/5 lat = 65 tys. zł/rok. Para „młodziaków” zostałaby zmuszona do odkładania 5,5 tys. zł/m-c. Praktycznie nierealne. Co więc da się zrobić?

Otóż, zmienić wybór. Albo zmniejszyć powierzchnię, albo wybrać gorszą dzielnicę, albo całkiem wynieść się z miasta. Widziałem sporo siedlisk po 200 tys. zł, w odległości ok. 30-50 km od przyzwoitej pracy. A 200 tys. zł podzielone przez 5 lat, przy rezygnacji z wesela (dzisiaj 100 tys. zł, wtedy 10 razy mniej) oznacza 20 tys. zł/rok. Plus, jak w naszym przypadku, dalszych kilka lat z doprowadzaniem do porządku. I to już jest realne. Wymaga jednak niestandardowego wyboru i … przekonania najbliższych. Bo wesele, weselem, ale chyba lepiej mieć dach nad głową.

Jak pracowano w XIX w. Zimny prysznic dla Matczaka i Mentzena.

Obaj tytułowi panowie mają proste antidotum na biedę – ciężką pracę po 16 godzin na dobę (w przypadku Mentzena za śmieszne pieniądze). Oczywiście, wszystko co proste, nie działa. A że nie działa, to wiemy, wystarczy cofnąć się do XIX w.

Tamto stulecie charakteryzowało się tzw. dzikim kapitalizmem. Nie istniały żadne normy oficjalne, ochrona pracownika itp. Hulaj dusza, piekła nie ma. Wąska grupa posiadaczy (ziemskich, fabrycznych) robiła co chciała, przy wtórze wszelkich religii (od judaizmu przez katolicyzm do protestantów). Efekty? Nie tylko ogromna śmiertelność i krótkie życia, do tego bieda, a wreszcie przygotowanie zarzewia pod… komunizm w wydaniu rosyjskim. Dobrowolne zmiany (USA, W. Brytania) pozwalały uniknąć najgorszego. Tereny obecnej Polski, traktowano jak kolonie (a pan, chłopów, jak właściciel plantacji czarnych na południu USA). W takim Żyrardowie, mniejszym odprysku łódzkiej Ziemi Obiecanej tydzień pracy trwał najpierw 77, a potem 66 godzin. I te 66 godzin (tj. 6 dni w tygodniu po 11 godzin) traktowano jak wielką ulgę. 10-12 latek pracował przy taśmie. Wyobrażacie to sobie? Jedenastogodzinny dzień pracy, a gdy ktoś się nie sprawdzi, zachoruje, zestarzeje, to fora ze dwora. Emerytur nie było.

Pamiętacie scenę z filmu, rozmowę Bucholca z von Hornem? Tak, do takiego świata chcą nas przywrócić Mentzen z Matczakiem. Tam nie ma miejsca dla mniej przedsiębiorczych czy zwyczajnie słabszych (głupszych). Liczy się siła, zdrowie i wynik. To dlatego próbuje się wybić zęby (mleczaki) inspekcji pracy, związkom zawodowym (koncesjonowana Solidarność komentująca czterodniowy tydzień pracy parsknięciem „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”, pełniąca rolę OPZZ za Jaruzelskiego), Radzie Dialogu Społecznego (istnieje na papierze). Co pozostanie? „Miska ryżu”, bezpłatne nadgodziny, pozorność dostępnej opieki lekarskiej. Teraz 5 godzin to czekasz na SOR-ze, płacąc 20 tys. składki zdrowotnej, większość chorób leczy się prywatnie, ponieważ nikt, w sytuacji zagrożenia np. zawałem nie będzie wpisywał się na listę do kardiologa z terminem za 3 miesiące .

Demitologizacja Balcerowicza. Echa ciekawej dyskusji, na którą trafiłem.

Całkiem niedawno przeczytałem internetową wymianę argumentów na temat: banki, inflacja, „kto mądry kupował na kredyt i spłacał za jedną pensję”. Motyw przewodni – Leszek Balcerowicz jako minister finansów.

Zaczęła tym wywiadem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,31806578,przyszli-po-lodowke-za-1-5-tys-zl-ale-okazalo-sie-ze-maja.html Anna Kalita. Jej rozmówca (psycholog i specjalista od zadłużenia) głosił takie „mądrości”:

  1. „Mój ojciec, urodzony przed II wojną księgowy, totalny wróg zadłużania się, budował dom przez ponad 30 lat. Z tego, co zdołał odłożyć. Małymi krokami. Budowy nie ukończył nigdy.”
  2. „Od ręki przyznano nam 1,5 mln zł pożyczki. Na 30 albo 40 lat, już dokładnie nie pamiętam. To był 1988 rok. W 1990 stery Ministerstwa Finansów przejął Leszek Balcerowicz, za którego co wieczór powinniśmy odmawiać zdrowaśki, ponieważ stał się cud – nasze zarobki nagle bardzo wzrosły, bo pojawiały się przy nich kolejne zera. Te miliony były warte diametralnie mniej niż przed zmianą ustrojową – siła nabywcza pieniądza się zmieniła – ale na naszej umowie kredytowej wciąż widniała ta sama kwota. Kilka ówczesnych wypłat, moich i żony, starczyło na spłacenie całości zadłużenia od ręki. Wygraliśmy los na loterii historii. Pożyczone miliony dały mi coś, czego nie miał mój ojciec – możliwości. Ojciec nie wybudował domu w 30 lat. Ja nasz wybudowałem w trzy. Mieszkamy z żoną w tym domu do dziś.”

Psycholog może tego nie wiedzieć, obie podstawy mają oparcie nie w obiektywnych prawach ekonomii, a pokoleniowym doświadczeniu gospodarczym. Otóż, „przedwojenni” wychowali się w opowieściach o „złym kredycie”, które wybrzmiały w cytowanych na moim blogu chłopskich pamiętnikach z Wielkiego Kryzysu. Z tego powodu nie zadłużali się. Dodatkowo, w swoich młodych latach (PRL przed Gierkiem), takich opcji nie mieli.

Co innego człowiek wchodzący w dorosłość w latach 80-tych XX w. Przy czym apoteoza Leszka Balcerowicza bardzo łatwo mogła zmienić się w przekleństwo. I ta historia wybrzmiewa w komentarzach do wywiadu.

Postaram się zatem pewne rzeczy usystematyzować. Otóż Leszek Balcerowicz, jako wicepremier od gospodarki, zrobił rzeczy wielkie a zarazem straszne, tragiczne i okrutne. Stał się symbolem afer (zamrożenie kursu dolara, alkoholowa itp.), likwidacji polskiego przemysłu, a nawet całych miast i wsi. Wyhodował mit założycielski PiS i Samoobrony. Doprowadził do wzrostu gospodarczego, połączonego z 20% ogólnokrajowym bezrobociem, a w niektórych miejscach nawet 80%. Gigantyczna zapaść to jego dzieło, budowanie z gruzów zaczęli inni.

Ale wróćmy do kredytów. Otóż na początku faktycznie szalała inflacja a raty bywały stałe, co powodowało zmniejszenie obciążeń. Jednocześnie zdewaluowano oszczędności. A potem… nagle przeliczono zobowiązania wobec banków. No i zaczęło się. Ludzie z miesiąca na miesiąc (tak!) mieli do spłaty 40% więcej niż pożyczyli. Ich pensje nie mogły rosnąć w tym tempie (sławetne dzieło Balcerowicza „popiwek” – podatek od wzrostu wynagrodzeń w firmie), więc albo natychmiast spłacali, albo bankrutowali. Kryzys inflacyjny (raty +100% na przestrzeni roku) to przy tamtych czasach (+600%) małe piwo. I o tym warto pamiętać, gdy chwali się Balcerowicza.

Czego jednak z tej lekcji możemy się nauczyć? Warto myśleć samodzielnie. Bank nie jest naszym przyjacielem. Kredyt mieszkaniowy opłaca się wtedy, gdy pozostanie tani. Dzisiejsze raty (ok. 800 zł przez 30 lat od każdych pożyczonych 100 tys. zł), wymagają minimalizowania zobowiązań. Niby proste, a młodych dalej próbuje się wychowywać paradygmatem sprzed dekady – czasów taniego pieniądza.

Dzisiaj, samodzielna budowa niewielkiego domu, albo próba remontu istniejącego, może okazać się tańsza niż zakup mieszkania od dewelopera. Minimalizujemy pożyczane kwoty, a tym samym i obciążenie. Czy ta prawda zostanie aktualna jutro? Pewnie nie.

Niska składka zdrowotna dla przedsiębiorcy. Niesprawiedliwość czy przywrócenie równowagi?

Prezydent Andrzej Duda zawetował nowelizacją ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Argument zabrzmiał jeden – brak konsultacji. Mamy szansę się zastanowić nad sprawiedliwością rozwiązania.

Pracownik płaci tę akurat składkę (przy obecnej dostępności – raczej podatek, bo nie gwarantuje usługi) w wysokości 9% dochodu. Zatrudniony na zleceniu – podobnie. Na umowie o dzieło – 0. Rolnik – 0 zł przy gospodarstwie do 6 ha i 1 zł/ha/osobę jeśli ma gospodarstwo rolne większe (pominąłem działy specjalne, bo tam zasady są jeszcze bardziej skomplikowane. Jak widzicie, spore różnice (0 zł – 9%).

Przedsiębiorcom rozliczającym się podatkiem liniowym i według skali dedykowano system następujący (ten właśnie zawetował Prezydent RP):

  • do 1,5 krotności miesięcznego wynagrodzenia 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę,
  • pow. 1.5 krotności jeszcze 4.9% od nadwyżki.

Ryczałtowcy:

  • 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę do 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, ale tu liczymy przychody, a nie dochody.
  • od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka dodatkowa- 3,5 proc.).

Niedobitki na karcie podatkowej – 9 proc. z 75 proc. minimalnego wynagrodzenia

W przypadku zaś przedsiębiorców rozliczających się ryczałtem druga część składki miała być naliczana od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka – 3,5 proc.).

Weźmy dwóch „przeciętniaków” – dochód/przychód roczny ok. 120 tys. zł (zarobek 10 tys. zł brutto). I co zobaczymy (stawki miesięczne)?

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 15 ha) – 15 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 777 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A teraz oceńmy osoby o dochodzie/przychodzie rocznym równym 30 tys. zł (2500 zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 5 ha) – 0 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 225 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

I dla równowagi 240 tys. zł/rok (20 tys. zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 30 ha) – 30 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 1800 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 855 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A wnioski? Wcale niejednoznaczne. Nie jest prawdą, że przedsiębiorcy, nawet po zmianach mieliby być szczególnie uprzywilejowani. Przy niskich dochodach – płacą więcej niż wszystkie inne grupy. Przy średnich – zyskują przewagę, ale tylko nad pracownikami/zleceniobiorcami, nadal uiszczając składkę znacznie większą niż rolnicy, czy rzemieślnicy na umowie o dzieło czy, o dziwo, prezes zarządu żyjący z dywidendy. Wysokie dochody – tu kwoty dalej się rozjeżdżają. Pracownik musi ponieść największy ciężar.

Czy to sprawiedliwe? Kiedyś mówiono „sprawiedliwie, nie znaczy po równo”. Niewątpliwie w stosunku do rolników, twórców (aktorów, zawodowych pisarzy, reżyserów, ale i rzemieślników, architektów, projektantów) na umowie o dzieło – kwota jest istotnie wyższa. W przypadku „burżujów” żyjących z dywidendy, wręcz obrażająco wysoka. Dlaczego media akcentują różnicę: pracownicy/prowadzący dg na własny rachunek, a zapominają o innych grupach? Doprawdy, nie wiem. Pracownik ponosi zerowe ryzyko swoich działań, płaci od dochodu, nie zarabia -nie płaci. A właściciel małej jdg niezależnie czy osiągnął dochód, ba nawet przychód, czy kontrahent mu zapłacił, czy nie – musi zanieść w zębach te 315 zł, nigdy mniej. Czym różni się od architekta (prywatna umowa o dzieło) – też nie pojmuję.

A argument o „równym dostępie do świadczeń”? Bez żartów. Najlepiej być … bezrobotnym lub emerytem, ponieważ oni mają czas leczyć się „na NFZ”. Przedsiębiorcy – płacą prywatnie, gdyż zależy im na czasie. Ile? Standard 300-500 zł za 15-minutową wizytę. I tego faktu jakoś nikt nie akcentuje.