Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
filozofia – Strona 6 – Oszczędny Milioner

Dlaczego Piotr Duda bredzi o czterodniowym tygodniu pracy?

W jednym z wpisów przywołałem opinię szefa NSZZ Solidarność – sługi jednej partii, który powiedział tak: „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”.

Potem dodał jeszcze kilka zdań, całkowicie go kompromitujących. Bo albo nie zadał sobie trudu w przeczytaniu planów skrócenia czasu pracy, albo zwyczajnie nie nadaje się do sprawowania funkcji, gdyż nie zna Kodeksu pracy.

A oto uzupełnienie tej negatywnej opinii : „Trzeba powiedzieć jasno, że to rozwiązanie korzystne dla niewielkiej grupy pracowników. Nie obejmie produkcji, handlu i wielu innych gałęzi rynku, w których potrzebna jest ciągłość pracy. … Pomysł ten nie poprawi sytuacji na rynku pracy.”

Nie wiem skąd Piotr Duda wziął info, że 4-dniowy tydzień pracy nie obejmie produkcji czy handlu? Wymyślił sobie.

Celowo wytłuściłem tego byka. Otóż – czym innym jest czas pracy (obecnie 40 godzin w tygodniu), czym innym system czasu pracy (podstawowy 5 dni x 8 godzin, ale są też równoważny, weekendowy itd.), a jeszcze czym innym rozkład czasu pracy – plan w jakich dniach i godzinach dany pracownik ma wykonywać pracę w danym okresie rozliczeniowym (zazwyczaj miesiącu).

Tłumacząc Wam po ludzku – można pracować 8 godzin przez 5 dni/tydzień w ruchu ciągłym, jeżeli mamy do czynienia ze zmianami. Np. w pierwszym tygodniu 1-sza zmiana, w drugim – druga, w trzecim – trzecia, a w czwartym – czwarta (tzw. czterobrygadówka). Ba, wielu pracowników fizycznych już ma 4-dniowy tydzień pracy, jeśli zmiany wynoszą 4dni x`10 godzin. Ba, znam takich którzy pracują (straże zakładowe) trzy dni w tygodniu (dyżur 24h, 2 dni przerwy, 12 h , doba przerwy i 8 -godzinna zmiana). Duda straszy i opowiada bajki.

Teraz wróćmy do projektu. Znamy dopiero niektóre założenia. Rozważa się skrócenie czasu pracy dla wszystkich do 35 godzin. Wtedy w podstawowym systemie będziemy mieli: `1 dzień x 8 godzin i 3 x 9 godzin, ew. 4 dni x 8 godzin i 45 minut. A co z handlowcami i pracownikami produkcji, nad którymi łzy wylewał szef Solidarności? Oni też dostaną średnio 35 godzin (chociaż w jednym tygodniu może to być 30, a w innym 40). No i 4 dni, a nawet w przypadku 12-godzinnych zmian 3 (2x 12 godzin i jeden 11-godzinny). Co więc stracą pracownicy? Nic.

Ale Piotr Duda ciśnie dalej ” Może ją (sytuację na rynku pracy) wręcz pogorszyć, skutkując wzrostem obowiązków i brakiem wzrostu płac – ocenił Duda. Popatrzmy realnie. Pracodawca zwiększający obowiązki, przy zmniejszeniu czasu pracy naraża się na ostrą ripostę liczne wystąpienia związków zawodowych, kontrole PIP, protesty i odejścia. A musi dbać o załogę, ponieważ teraz, jeżeli produkcja ma iść w ruchu ciągłym, potrzebuje nie czterech brygad lecz pięciu (168 godzin w miesiącu/40 = 4,2, a 168/35 = 4,8). A brak wzrostu płac? No cóż, tu wystarczy cofnąć się do lat 90-tych, gdy skrócono czas pracy z 46 do 42 godzin (1997 r.). I pytanie jak zmieniła się średnia pensja:

  • 1996 – 873 zł,
  • 1997 – 1061 zł.

Która liczba jest większa? No chyba z 1997 r., więcej niż rosła inflacja (21% wobec 19%). Zamilcz Piotrze Dudo, bo bredzisz jak na mękach, kręcisz, kłamiesz, oszukujesz. A dlaczego? Chyba dla każdego, powód pozostaje jasny. Chodzi o bezpardonowy atak na rząd, minister o lewicowej proweniencji i bazę wyborczą, który po wywodach o skróceniu czasu pracy Piotr Duda kontynuował. Według szefa Solidarności, dobry pozostaje pracownik fizyczny, a zły umysłowy. Warto, aby członkowie tego związku w białych kołnierzykach dobrze zapamiętali tę szarżę. Inni też. Albowiem za kuriozalną należy uznać strategię przewodniczącego związku zawodowego, który staje po stronie pracodawców i sprzeciwia się skróceniu czasu pracy. Zupełnie inne stanowisko zajął OPZZ. I to też warto zapamiętać.

Kwartał pracy 3/5.

Właśnie mięły trzy miesiące, od kiedy jestem pracownikiem na jeden etat. Dokładnie 3 lutego rzuciłem papierami poszedłem ostatni dzień do drugiej pracy, w której spędziłem prawie 25 lat. Prowadzę też JDG.

Przyczyny tego stanu rzeczy nie były miłe (a raczej wyjątko niemiłe jazdy nowego szefa), aczkolwiek chwila, gdy w mojej obecności odczytano sam nagłówek wypowiedzenia (natychmiastowego z winy pracodawcy), powinna trafić do „słoja wspaniałości”, gdybym go posiadał. Literalnie nikt się nie spodziewał strzału, no może jakiegoś wypowiedzenia wielomiesięcznego, w czasie którego da się łatwo zewrzeć szyki. A tu taki zonk. Moim celem nie było zdezorganizowanie działań pracodawcy, a skoncentrowanie na swoich planach i zdrowiu. A pozytywne efekty?

Efekt 1. Zdrowie.

Na przestrzeni od „rozpoczęcia jazdy” do końca zatrudnienia (nieco ponad 6 miesięcy) byłem chory 5 razy. W sumie na zwolnieniu kilkadziesiąt dni. A od zwolnienia? Ani razu przez kwartał pomimo przesilenia wiosennego.

Niewątpliwie do poprawy zdrowia przyczyniło się radykalne zmniejszenie stresu. Ale poza nim: wysypianie się (2 razy w tygodniu wstaję godzinę później), brak pracy w weekendy, regularne jedzenie przez 4 dni w tygodniu (od pt do pn włącznie), więcej wolnych dni, brak ekstra telefonów po godzinach. No i wreszcie miałem czas na 4 odkładane wizyty lekarskie.

Efekt 2. Czas.

Na tę pracę poświęcałem 72 godziny (9 dni/m-c, jeżeli brałem urlop, lub wypadało wolne 8 dni x 8 =64h), plus 12 godzin na dotarcie i 8 na ogarnianie się. Potem wracałem i potrzebowałem dekompresji (obiad, drzemka). Kiedy dochodziłem do siebie, często na zegarze była 18 . I tak przelatywał cały dzień. Nawet jeśli pracowałem 8 dni/m-c, telefony, maile poza godzinami powodowały, że na tę pracę „marnowałem”: 100 godzin (72 praca, 12 dojście i powrót, 8 ogarnianie, 8 dekompresja)

Teraz staram się pracować 6 dni w miesiącu (-2-3 dni – wyłączam drugi etat). Do tego mój, nawet pracowity dzień wygląda inaczej. Zaczyna się nie o 6.15 (godzina wyjścia do biura), ale o 8.00 (teść żegna się po wspólnie wypitej herbacie) i trwa nie do 16.00 (powrót do domu), lecz o 13-14. Krótko mówiąc przepracowuje dziennie 5-6 godzin i to z przerwami na kawę, posiłki, rozmowy telefoniczne.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z 3 miesięcy, średnio w poniedziałki i piątki 0- przepracowuję ok. 30 godzin plus 5 na dojście/dojazdy. Ponieważ nie marnuję energii na dekompresję, ogarnianie się – w sumie ze 100 godzin/m-c robi się 35. Kto umie liczyć, ten się dowie odzyskałem 65 godzin/m-c – 65% dotychczas poświęcanego czasu. A ten wykorzystuję: dla rodziny, na odpoczynek, pisanie bloga i wymyślanie kolejnych pomysłów.

A więcej czasu oznacza też brak pośpiechu, nerwów i spokój w kontaktach z innymi.

Efekt 3. Kasa.

O niej jest ten blog. Wyniki? Marzec +10%, kwiecień +40%, maj +50%. Nie żartuję, piszę serio. Ponieważ nie zostałem na etacie, w kwartał (24 dni) zarobiłem średnio 33% więcej. Przypominam, pracując o 2/3 mniej. Niesamowite. A liczę tylko te 5 dni.

Efekt 4. Więzi.

Tego nie da się przeliczyć na kasę. 3 razy odwiedziłem moich synów w ich miejscach i to nie, jak dotychczas, dziś przyjazd, dziś wyjazd (najpóźniej jutro rano), lecz na 2-3 dni. Do tego spokojne spotkanie z siostrą (też mieszka w innym mieście), odwiedziny u przyjaciół (2 razy). Wszystko ogarnięte w przedłużony weekend (w końcu miałem ok. 6-8 dni ekstra).

Spokojnych pogaduszek z teściem, leniwego ranka z żoną, porannych rozmów z najmłodszym synem – nie liczę.

Te cztery czynniki, po zsumowaniu dały prosty efekt – więcej spokoju, radości z życia i pomysłów, co jeszcze można udoskonalić.

Czy da się dzisiaj kupić dach nad głową za gotówkę?

Odpowiadając jednym słowem: tak. Teraz czas na rozwinięcie myśli.

Wiele lat temu, życie było prostsze. Młodzi nie mieli tylu pokus i siłą rzeczy cieszyli się z drobiazgów. Żeby nie było, nie tęsknię do starych czasów, opisuję rzeczywistość. Dla niektórych smutną. Radość, gdy w pierwszym mieszkaniu przyklejaliśmy tapetę na lamperię, gdy wymienialiśmy nieszczelne okna na „plastiki”, kupiliśmy pierwszy nowy telewizor, wielu może się wydać wręcz żenująco słaba. Bo z czego tu się było cieszyć? Dzisiaj, kiedy na nabywców czekają nowe lokale, w sklepie dekoratorzy wnętrz, tamte lata opiszemy często jako przaśne.

A jednak pozostaje pewien fakt. Po 5 latach wynajmu (czynsz równał się 50% pensji żony) kupiliśmy tamto mieszkanie – dwa pokoje (duże) w kamienicy za 90 tys. zł (moje ówczesne 40 pensji), poświęcając inwestycję za kasę na wesele i dokładając oszczędności z kasy mieszkaniowej. Dało się to zrobić bez zaciągania kredytu.

Czy teraz można powtórzyć tę drogę? Powiedzmy sobie uczciwie: nie 1 do 1. Dzisiaj takie mieszkanie kosztuje ok. 650 tys. zł. Gdyby odkładać nawet połowę (tyle dostaliśmy za działkę) musimy przeprowadzić rachunek:

325 tys. zł/5 lat = 65 tys. zł/rok. Para „młodziaków” zostałaby zmuszona do odkładania 5,5 tys. zł/m-c. Praktycznie nierealne. Co więc da się zrobić?

Otóż, zmienić wybór. Albo zmniejszyć powierzchnię, albo wybrać gorszą dzielnicę, albo całkiem wynieść się z miasta. Widziałem sporo siedlisk po 200 tys. zł, w odległości ok. 30-50 km od przyzwoitej pracy. A 200 tys. zł podzielone przez 5 lat, przy rezygnacji z wesela (dzisiaj 100 tys. zł, wtedy 10 razy mniej) oznacza 20 tys. zł/rok. Plus, jak w naszym przypadku, dalszych kilka lat z doprowadzaniem do porządku. I to już jest realne. Wymaga jednak niestandardowego wyboru i … przekonania najbliższych. Bo wesele, weselem, ale chyba lepiej mieć dach nad głową.

Jak pracowano w XIX w. Zimny prysznic dla Matczaka i Mentzena.

Obaj tytułowi panowie mają proste antidotum na biedę – ciężką pracę po 16 godzin na dobę (w przypadku Mentzena za śmieszne pieniądze). Oczywiście, wszystko co proste, nie działa. A że nie działa, to wiemy, wystarczy cofnąć się do XIX w.

Tamto stulecie charakteryzowało się tzw. dzikim kapitalizmem. Nie istniały żadne normy oficjalne, ochrona pracownika itp. Hulaj dusza, piekła nie ma. Wąska grupa posiadaczy (ziemskich, fabrycznych) robiła co chciała, przy wtórze wszelkich religii (od judaizmu przez katolicyzm do protestantów). Efekty? Nie tylko ogromna śmiertelność i krótkie życia, do tego bieda, a wreszcie przygotowanie zarzewia pod… komunizm w wydaniu rosyjskim. Dobrowolne zmiany (USA, W. Brytania) pozwalały uniknąć najgorszego. Tereny obecnej Polski, traktowano jak kolonie (a pan, chłopów, jak właściciel plantacji czarnych na południu USA). W takim Żyrardowie, mniejszym odprysku łódzkiej Ziemi Obiecanej tydzień pracy trwał najpierw 77, a potem 66 godzin. I te 66 godzin (tj. 6 dni w tygodniu po 11 godzin) traktowano jak wielką ulgę. 10-12 latek pracował przy taśmie. Wyobrażacie to sobie? Jedenastogodzinny dzień pracy, a gdy ktoś się nie sprawdzi, zachoruje, zestarzeje, to fora ze dwora. Emerytur nie było.

Pamiętacie scenę z filmu, rozmowę Bucholca z von Hornem? Tak, do takiego świata chcą nas przywrócić Mentzen z Matczakiem. Tam nie ma miejsca dla mniej przedsiębiorczych czy zwyczajnie słabszych (głupszych). Liczy się siła, zdrowie i wynik. To dlatego próbuje się wybić zęby (mleczaki) inspekcji pracy, związkom zawodowym (koncesjonowana Solidarność komentująca czterodniowy tydzień pracy parsknięciem „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”, pełniąca rolę OPZZ za Jaruzelskiego), Radzie Dialogu Społecznego (istnieje na papierze). Co pozostanie? „Miska ryżu”, bezpłatne nadgodziny, pozorność dostępnej opieki lekarskiej. Teraz 5 godzin to czekasz na SOR-ze, płacąc 20 tys. składki zdrowotnej, większość chorób leczy się prywatnie, ponieważ nikt, w sytuacji zagrożenia np. zawałem nie będzie wpisywał się na listę do kardiologa z terminem za 3 miesiące .

Demitologizacja Balcerowicza. Echa ciekawej dyskusji, na którą trafiłem.

Całkiem niedawno przeczytałem internetową wymianę argumentów na temat: banki, inflacja, „kto mądry kupował na kredyt i spłacał za jedną pensję”. Motyw przewodni – Leszek Balcerowicz jako minister finansów.

Zaczęła tym wywiadem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,177333,31806578,przyszli-po-lodowke-za-1-5-tys-zl-ale-okazalo-sie-ze-maja.html Anna Kalita. Jej rozmówca (psycholog i specjalista od zadłużenia) głosił takie „mądrości”:

  1. „Mój ojciec, urodzony przed II wojną księgowy, totalny wróg zadłużania się, budował dom przez ponad 30 lat. Z tego, co zdołał odłożyć. Małymi krokami. Budowy nie ukończył nigdy.”
  2. „Od ręki przyznano nam 1,5 mln zł pożyczki. Na 30 albo 40 lat, już dokładnie nie pamiętam. To był 1988 rok. W 1990 stery Ministerstwa Finansów przejął Leszek Balcerowicz, za którego co wieczór powinniśmy odmawiać zdrowaśki, ponieważ stał się cud – nasze zarobki nagle bardzo wzrosły, bo pojawiały się przy nich kolejne zera. Te miliony były warte diametralnie mniej niż przed zmianą ustrojową – siła nabywcza pieniądza się zmieniła – ale na naszej umowie kredytowej wciąż widniała ta sama kwota. Kilka ówczesnych wypłat, moich i żony, starczyło na spłacenie całości zadłużenia od ręki. Wygraliśmy los na loterii historii. Pożyczone miliony dały mi coś, czego nie miał mój ojciec – możliwości. Ojciec nie wybudował domu w 30 lat. Ja nasz wybudowałem w trzy. Mieszkamy z żoną w tym domu do dziś.”

Psycholog może tego nie wiedzieć, obie podstawy mają oparcie nie w obiektywnych prawach ekonomii, a pokoleniowym doświadczeniu gospodarczym. Otóż, „przedwojenni” wychowali się w opowieściach o „złym kredycie”, które wybrzmiały w cytowanych na moim blogu chłopskich pamiętnikach z Wielkiego Kryzysu. Z tego powodu nie zadłużali się. Dodatkowo, w swoich młodych latach (PRL przed Gierkiem), takich opcji nie mieli.

Co innego człowiek wchodzący w dorosłość w latach 80-tych XX w. Przy czym apoteoza Leszka Balcerowicza bardzo łatwo mogła zmienić się w przekleństwo. I ta historia wybrzmiewa w komentarzach do wywiadu.

Postaram się zatem pewne rzeczy usystematyzować. Otóż Leszek Balcerowicz, jako wicepremier od gospodarki, zrobił rzeczy wielkie a zarazem straszne, tragiczne i okrutne. Stał się symbolem afer (zamrożenie kursu dolara, alkoholowa itp.), likwidacji polskiego przemysłu, a nawet całych miast i wsi. Wyhodował mit założycielski PiS i Samoobrony. Doprowadził do wzrostu gospodarczego, połączonego z 20% ogólnokrajowym bezrobociem, a w niektórych miejscach nawet 80%. Gigantyczna zapaść to jego dzieło, budowanie z gruzów zaczęli inni.

Ale wróćmy do kredytów. Otóż na początku faktycznie szalała inflacja a raty bywały stałe, co powodowało zmniejszenie obciążeń. Jednocześnie zdewaluowano oszczędności. A potem… nagle przeliczono zobowiązania wobec banków. No i zaczęło się. Ludzie z miesiąca na miesiąc (tak!) mieli do spłaty 40% więcej niż pożyczyli. Ich pensje nie mogły rosnąć w tym tempie (sławetne dzieło Balcerowicza „popiwek” – podatek od wzrostu wynagrodzeń w firmie), więc albo natychmiast spłacali, albo bankrutowali. Kryzys inflacyjny (raty +100% na przestrzeni roku) to przy tamtych czasach (+600%) małe piwo. I o tym warto pamiętać, gdy chwali się Balcerowicza.

Czego jednak z tej lekcji możemy się nauczyć? Warto myśleć samodzielnie. Bank nie jest naszym przyjacielem. Kredyt mieszkaniowy opłaca się wtedy, gdy pozostanie tani. Dzisiejsze raty (ok. 800 zł przez 30 lat od każdych pożyczonych 100 tys. zł), wymagają minimalizowania zobowiązań. Niby proste, a młodych dalej próbuje się wychowywać paradygmatem sprzed dekady – czasów taniego pieniądza.

Dzisiaj, samodzielna budowa niewielkiego domu, albo próba remontu istniejącego, może okazać się tańsza niż zakup mieszkania od dewelopera. Minimalizujemy pożyczane kwoty, a tym samym i obciążenie. Czy ta prawda zostanie aktualna jutro? Pewnie nie.

Niska składka zdrowotna dla przedsiębiorcy. Niesprawiedliwość czy przywrócenie równowagi?

Prezydent Andrzej Duda zawetował nowelizacją ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Argument zabrzmiał jeden – brak konsultacji. Mamy szansę się zastanowić nad sprawiedliwością rozwiązania.

Pracownik płaci tę akurat składkę (przy obecnej dostępności – raczej podatek, bo nie gwarantuje usługi) w wysokości 9% dochodu. Zatrudniony na zleceniu – podobnie. Na umowie o dzieło – 0. Rolnik – 0 zł przy gospodarstwie do 6 ha i 1 zł/ha/osobę jeśli ma gospodarstwo rolne większe (pominąłem działy specjalne, bo tam zasady są jeszcze bardziej skomplikowane. Jak widzicie, spore różnice (0 zł – 9%).

Przedsiębiorcom rozliczającym się podatkiem liniowym i według skali dedykowano system następujący (ten właśnie zawetował Prezydent RP):

  • do 1,5 krotności miesięcznego wynagrodzenia 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę,
  • pow. 1.5 krotności jeszcze 4.9% od nadwyżki.

Ryczałtowcy:

  • 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę do 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, ale tu liczymy przychody, a nie dochody.
  • od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka dodatkowa- 3,5 proc.).

Niedobitki na karcie podatkowej – 9 proc. z 75 proc. minimalnego wynagrodzenia

W przypadku zaś przedsiębiorców rozliczających się ryczałtem druga część składki miała być naliczana od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka – 3,5 proc.).

Weźmy dwóch „przeciętniaków” – dochód/przychód roczny ok. 120 tys. zł (zarobek 10 tys. zł brutto). I co zobaczymy (stawki miesięczne)?

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 15 ha) – 15 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 777 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A teraz oceńmy osoby o dochodzie/przychodzie rocznym równym 30 tys. zł (2500 zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 5 ha) – 0 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 225 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

I dla równowagi 240 tys. zł/rok (20 tys. zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 30 ha) – 30 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 1800 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 855 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A wnioski? Wcale niejednoznaczne. Nie jest prawdą, że przedsiębiorcy, nawet po zmianach mieliby być szczególnie uprzywilejowani. Przy niskich dochodach – płacą więcej niż wszystkie inne grupy. Przy średnich – zyskują przewagę, ale tylko nad pracownikami/zleceniobiorcami, nadal uiszczając składkę znacznie większą niż rolnicy, czy rzemieślnicy na umowie o dzieło czy, o dziwo, prezes zarządu żyjący z dywidendy. Wysokie dochody – tu kwoty dalej się rozjeżdżają. Pracownik musi ponieść największy ciężar.

Czy to sprawiedliwe? Kiedyś mówiono „sprawiedliwie, nie znaczy po równo”. Niewątpliwie w stosunku do rolników, twórców (aktorów, zawodowych pisarzy, reżyserów, ale i rzemieślników, architektów, projektantów) na umowie o dzieło – kwota jest istotnie wyższa. W przypadku „burżujów” żyjących z dywidendy, wręcz obrażająco wysoka. Dlaczego media akcentują różnicę: pracownicy/prowadzący dg na własny rachunek, a zapominają o innych grupach? Doprawdy, nie wiem. Pracownik ponosi zerowe ryzyko swoich działań, płaci od dochodu, nie zarabia -nie płaci. A właściciel małej jdg niezależnie czy osiągnął dochód, ba nawet przychód, czy kontrahent mu zapłacił, czy nie – musi zanieść w zębach te 315 zł, nigdy mniej. Czym różni się od architekta (prywatna umowa o dzieło) – też nie pojmuję.

A argument o „równym dostępie do świadczeń”? Bez żartów. Najlepiej być … bezrobotnym lub emerytem, ponieważ oni mają czas leczyć się „na NFZ”. Przedsiębiorcy – płacą prywatnie, gdyż zależy im na czasie. Ile? Standard 300-500 zł za 15-minutową wizytę. I tego faktu jakoś nikt nie akcentuje.

Błędne argumenty społecznych darwinistów – Mentzen+Stanowski kontra historia i rzeczywistość.

Pod tym linkiem https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/platne-studia-w-polsce-te-slowa-wywolaly-burze-nie-maja-pojecia/8ze0b83 znajduje się artykuł dotyczący dyskusji o płatnych studiach. Hasło rzucił dr Sławomir Mentzen, swoje dokleił Krzysztof Stanowski, a argumentację podsumował dr Tomasz Markiewka i dziennikarze Onetu.

Zacznijmy od poglądów polityków:

  1. Dr Sławomir Mentzen: w moim idealnym świecie studia są płatne.
  2. Krzysztof Stanowski: Studia już są płatne, tylko przez wszystkich, a nie tylko przez tych, którzy studiują. Moim zdaniem w kwestii studiów ani Mentzen nie ma racji, ani jego oponenci. Ważne dla państwa kierunki powinny być bezpłatne, a jak ktoś chce studiować Aktorstwo Teatru Lalek (pierwszy z brzegu przykład, niech teraz lalkarze się na mnie nie rzucają) to powinien za to płacić. Są studia, które przygotowują do ważnych zawodów, a są i takie, które stanowią fanaberię albo sposób na zabicie nudy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wszystko jest wrzucane do jednego wora.
  3. Dr Tomasz Markiewka – problem z takimi wypowiedziami polega na tym, że ich autorzy nie mają pojęcia, czym w ogóle jest uniwersytet i jaka jest rola humanistyki w społeczeństwie. Studia są laboratoriami idei. Ludzie nie studiują tylko po to, by zdobywać „konkretną” wiedzę. Studiowanie to także „budowanie kapitału kulturowego i społecznego, by użyć terminów innego bezużytecznego humanisty, czyli Pierre’a Bourdieu”.

Kto ma rację? No niestety nie obaj kandydaci z których jeden studiował bezpłatnie i jeszcze gratis zrobił doktorat, a drugi (Stanowski) też, ale dalej ma wykształcenie średnie, tylko dr Markiewka. Temat jest jednak znacznie szerszy.

Problem pierwszy. Są drogie. Dziennikarstwo, którego nie ukończył Krzysztof Stanowski kosztuje w Warszawie 6200 zł za rok. To 31 tys. zł za 5 lat. Ale już finanse biznesu i rachunkowość 9900 zł za rok (49.500 zł za 5 lat). Medycyna 41.2 tys. zł czyli ca. 247 tys. zł za 6 lat. Kogo będzie na to stać? Na pewno nie przeciętniaków i biednych. Nie wierzycie? Poczytajcie o USA. Tam długi za studia są trzecim powodem bankructw, po rachunkach za leczenie i hipotekach. Czyli studiowaliby najbogatsi. Jak przed II WŚ. Na prawo czy medycynę szli wybrańcy. Pamiętam przedwojenne opowieści (mój dziadek i dziadek studenckiej dziewczyny) o egzaminach po 50 zł (równowartość dzisiejszych 3000 zł), o tym że rolnika nie było stać na wysłanie jedynego syna na studia.

Problem drugi. Kto ma ocenić, które studia są „ważne dla państwa”? I co jeśli np. jedna partia promuje naukę węgierskiego, a druga niemieckiego? Ma o tym decydować dwuosobowy komitet „Stanowski-Mentzen”? Bez żartów. Nieważne kulturoznawstwo, a cenimy wychowanie fizyczne? Tym bardziej, kto studiuje „dla zabicia nudy”. Melchior Wańkowicz opisywał swojego stryja – absolwenta budowy okrętów, brata lekarza i nikt z nich nie pracował w zawodzie. A studiowali „ważne dla państwa” kierunki.

Problem trzeci. Koszt studiów takich jak gender studies, kulturoznawstwo jest minimalny. Wykładowca, tablica, kreda, pokój i laptop. Natomiast drogie są kierunki oblegane: medycyna, informatyka, chemia, stomatologia itp. Wprowadzając odpłatność od kulturoznawców, za chwilę nie będziemy ich mieć, ponieważ koszt takich studiów nigdy się im nie zwróci. A państwo zaoszczędzi niewiele.

Problem czwarty. Pogląd, że płacimy za studia wszyscy jest bałamutny. Nie wszyscy płacą podatki (rolnicy, księża, itd.), więc już nieprawda. Co więcej, większość podatków nie ma celu. Taki podatek dochodowy. Idzie do wora. Trudno ustalić, co na kulturoznawcę, co na geotermię Tadeusza Rydzyka, co na leczenie, co na drogę.

Problem piąty. Jeśli już płacić, to i zwracać koszty rzuconych studiów, bo z nich z pewnością nie ma pożytku. Pierwszy w kolejce – Krzysztof Stanowski.

Problem piąty. Argumenty dr Markiewki podzielam, ale nie docierają do większości. Młodzi otumanieni ideą neoliberalizmu w wykonaniu Mentzena i Stanowskiego ich nie zrozumieją. Ponieważ prawda jest jedna – podatki powinny być powszechne i równe – wtedy nie będzie dyskusji. A do tego jeszcze daleka droga. I studia nie są płatne „w idealnym świecie”, ale w krajach z ogromnymi nierównościami, które jeszcze się zwiększają.

Czy czeka nas rozpad systemu?

W książce „Czasy ostateczne. Elity, kontrelity i ścieżka dezintegracji politycznej” Peter Turchin – emigrant z ZSRR do USA kreśli obraz, który da się przedstawić w kilku krokach:

  1. Zmiany funkcjonującego systemu powodują nadprodukcję elit: finansowych, kulturalnych, politycznych.
  2. Wtedy elity dzielą się i powstają kontrelity, z ludzi dla których zabrakło stanowisk.
  3. Elity i kontrelity zaczynają walczyć, doprowadzając do dezintegracji systemu.
  4. Dezintegracja systemu wywołuje implozję państwa.

Autor przedstawia siebie jako pioniera nowego podejścia do historii – posługiwania się w niej metodami matematycznymi oraz stara się pokazać zmiany na pewnych przykładach. Nas interesują głównie: USA i Ukraina. A wnioski? No cóż jeden i mało budujący – jeżeli nie dojdzie do istotnych zmian system demokratyczny w tych państwach zawali się. A gdy dodamy, że książka powstała w okolicach roku 2020 wygląda to na samospełniającą się przepowiednię. Czy tak jest w rzeczywistości?

O ile diagnoza amerykańska ma sens. Liczba zamożnych (majątek pow. 1 mln dolarów) w USA drastycznie wzrosła podobnie jak bogatych (multimilionerów 10 mln USD +), jak i bardzo bogatych (100 mln dolarów +). Demokraci z masowej partii ludzi niezamożnych stali się rzecznikami 10% zamożnych, a republikanie 1% bogatych. Liczba wykształconych (magistrów, doktorów, profesorów), tradycyjnych polityków (absolwenci prawa) – też, co spowodowało nadprodukcję elit. Trump i inni milionerzy dla których zabrakło miejsca przy stole (między innymi promotor J.D. Vance’a – twórca funduszy venture capital – Thiel) wytworzyli kontrelity. A potem już poszło. Kontrelity porwały niereprezentowane 90% i wywołały efekt odejścia od tradycyjnych partii. Czyli stało się to co zawsze.

I tu mam problem. Zbyt dobrze znam klasyczną historię jako naukę społeczną, a nie ścisłą, żeby nie uznać tez Turchina za naciągane. Popatrzmy na Polskę. Przyczyną upadku I RP był szereg wydarzeń, także o charakterze zewnętrznym. W okresie, który Turchin nazwałby „nadprodukcją elit” czyli „Złotym Wieku Jagiellonów „, gwałtownie wzrosła liczba wykształconych, a państwo rozwijało się świetnie. W XVII-XIX w. elity wręcz się zmniejszały (wojny, epidemie). Targowiczanie – biskupi i magnaci nie stanowili żadnej kontrelity lecz zdegeneregowane władzą elity. A II RP? Przecież upadła z zupełnie innego powodu. PRL? Podobnie. Oczywiście, da się podkreślić rolę kontrelit, nie znajdujących miejsca w PZPR, w tworzeniu Solidarności, ale przecież bez pomocy z zewnątrz i zmiany sytuacji międzynarodowej ten ruch szybko upadłby, zgnieciony przez ZSRR, jak w 1956 r. na Węgrzech czy w 1968 r. w Czechosłowacji.

Podobnie Ukraina. Oligarchowie doprowadzili do upadku tego państwa, nie dlatego że było tam zbyt wiele elit lecz w rzeczywistości właśnie z powodu braku klasy średniej i wyższej, mającej inne aspiracje niż napełnienie brzucha i epatowanie bogactwem w Europie. Dlatego zawłaszczyli państwo, współpracowali z wrogami państwa (podobnie jak Prymasi Polski i Królestwa Polskiego oraz większość arystokracji przez praktycznie cały okres przedrozbiorowy i rozbiorowy).

A Trump? No cóż teza o kontrelitach wydaje się ciekawa. Dopóki jednak nie popatrzymy głębiej. Trump był częścią elity (w USA rozumianej jako ludzie bogaci i bardzo bogaci) już 30 lat temu. Gdy zapragnął władzy, użył znanych od lat mechanizmów populistycznych (ja i wy, kontra oni, Wielka Ameryka przeciw zepsutemu światu itp.) i wykorzystał je zręcznie. Nic więcej. Pociągnął za sobą niektórych przedstawicieli elit (Musk, wspomniani Thiel i Vance), a innych niszczy, ale nie programowo, ale aby zdobyć i utrzymać władzę. W USA nie nastąpiła żadna nadprodukcja elit lecz, podobnie jak w Polsce, dewaluacja pojęcia „elita”. U nas jest nią „zdobywca” MBA po półrocznym kursie, a w USA – gość nie potrafiący zrozumieć przyczyn wzrostu potęgi własnego kraju po 1915 r.

A skoro błędna diagnoza, błędne i wnioski. System nie upada lecz ulega przekształceniu. Trzeba się nauczyć z tym żyć i przystosować. Na tym polega inteligencja.

Jeden poziom wyżej od bezdomnego – smutna refleksja o wynajmie.

Jakiś czas temu omawiałem na blogu ten „list do redakcji” https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/od-dwunastu-lat-splacam-wasze-kredyty-list-do-redakcji/zfhle3g, skupiając się na wyliczeniach. Teraz, kiedy ponownie wyświetlił się jako „odgrzany kotlet” zwracam uwagę na coś innego.

Autorka pisze o sobie (wynajmującej) tak: „Wiele osób, kiedy mówię im, że wynajmuję mieszkanie, ma przed oczami wizję mnie jako osoby, która żyje na walizkach, biednego marginesu społecznego, który jest tylko o „jeden poziom wyżej” od bezdomnego. W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem — mam swoje meble, swoje sprzęty, swoje tekstylia, rośliny…”. Właśnie z tą myślą postanowiłem się rozprawić.

Pominę gorycz, z którą trzydziestolatka (całe życie przed nią), patrzy na świat, ale skoncentruje się na clou tzw. ekonomii nieposiadania/współdzielenia.

Otóż, porównując z Niemcami, gdzie wynajem jest dość popularny, zwłaszcza w dużym mieście (14% berlińczyków żyje we własnych mieszkaniach/domach), udział nieruchomości w majątku jest zdecydowanie większy. W Polsce – to 66%. a w Niemczech 34 %. Myśleliście, że w Polsce jest gorzej? To policzcie, że chodzi tu o wartość po odjęciu długów. Gdyby i je wziąć pod uwagę, wychodzi 72%. Źródło: https://serwisy.gazetaprawna.pl/nieruchomosci/artykuly/8245226,struktura-majatku-europejczykow-polacy-ufaja-nieruchomosciom-a-niemcy-oszczednosciom.html .

A wnioski? Otóż, skoro 72% majątku przeciętnego Polaka stanowią mieszkania, rodziny, które nie kupiły własnego M, mają faktycznie majątek znacznie mniejszy. I idąc tą drogą – Ile mogą być warte meble, tekstylia, sprzęty, rośliny, z listu do Onetu? 30 – 50 tys. zł? W praktyce równowartość 10% przeciętnego majątku Polaka. Teza „W praktyce mój dorobek nie różni się od tego osoby z własnym mieszkaniem” okazuje się fałszywa bo 10% nie równa się 100%. Ponownie kłania się matematyka.

 Druga część myśli – refleksja czy wynajmujący jest o jeden poziom wyżej od bezdomnego – również nie wypada wesoło. Otóż, skoro 72% majątku stanowią nieruchomości, a 10% drobne ruchomości, co dzieje się z pozostałymi 18%? Otóż są w nich: oszczędności, lokaty, samochody, fundusze inwestycyjne, akcje itp, a ich autorka też nie posiada. Właściciele mieszkań – przeciętnie – tak. Stąd różnica nie sprowadza się do posiadania mieszkania, ale do konkluzji (popartej badaniami), że właściciele mieszkań są generalnie bogatsi od najemców. I gdybyśmy stawiali piramidę majątkową (nie po to żeby kogoś dołować, tylko uświadomić trzydziestolatkom), najniżej byliby bezdomni, potem wynajmujący, następnie posiadacze jednej nieruchomości, potem wielu, a na szczycie właściciele firm zatrudniających pracowników, przy czym przedsiębiorcy raczej mieszkają na własnym. I faktycznie, obiektywnie nasza trzydziestolatka majątkowo jest o poziom wyżej od bezdomnego. Intelektualnie może przewyższać każdego z nas, ale pod względem majątku – znajduje się bliżej dna. Przy czym nikt nie mówi, że zostanie na nim do emerytury – ma szansę się odbić.

O stylu zarządzania w korporacji. Dlaczego lepiej wziąć nogi za pas.

Dzisiaj omawiam, bazując na tym artykule https://kobieta.onet.pl/psychologia/polacy-wracaja-do-biur-pracujacy-zdalnie-powinni-miec-nizsze-wyplaty/lje930k problem zarządzania w korporacjach i konkluzji – często lepiej zebrać swój mandżur i szukać szczęścia gdzie indziej.

Pretekst do rozmów – praca zdalna czyli najczęściej przy komputerze we własnym domu. W formie stałej (nigdy nie przychodzę do biura) lub hybrydowym (trochę tu, trochę tam), w warunkach warszawskich.

Obiekt badań – korposzczur, zamieszkały na peryferiach plus menedżerowie.

A teraz czas na opowieści (wszystkie z podlinkowanego artykułu).

Pracownik 1. Problemy: dojazd 1,5 h w jedną stronę (czyli 3h dziennie), niechęć do pojawiania się w biurze, przekonanie o podobnej wydajności.

Szef 1. Dojeżdża do pracy 25 km (Białołęka-Ożarów, czyli Warszawa przecinana po przekątnej, żeby ominąć korki wychodzi z domu o 6.20). Twierdzi, że w biurze pracuje się szybciej i wydajniej – nie podaje jednak żadnych konkretów.

Szef 2. Snuje historię: „Kiedyś wzięłam w piątek urlop, chciałam zrobić zakupy, cały parking zapchany, a w środku, między półkami, krążą ludzie ze słuchawkami w uszach, bo odbywają swoje zebrania na Teamsach. Dla mnie to trochę niepoważne. Praca to praca, życie prywatne to życie prywatne.” Pięknie – patrzenie po swojej bańce. Przecież ci ludzie w sklepach mogą być freelancerami, konsultantami, pracownikami budżetówki, ludźmi na urlopie, właścicielami firm, dorabiającymi sobie emerytami itp. Teza druga: „Jeszcze inne minusy pracy zdalnej: brak możliwości rozwoju pracowników, nieangażowanie się nowe projekty, niemożność budowania relacji.” Znowu – zero konkretów. I sama śmietanka na koniec: ” Większość przypadków naszych pracowników będziemy rozpatrywać indywidualnie, ale z zasady wierzę, że powrót jest potrzebny. Sama też nie umiałabym pracować z domu.” I mamy clou – nie potrafię, więc inni też nie. Typowy szef z korporacji.

Szef 3. „Też jestem absolutną przeciwniczką pracy tylko zdalnej. Ludzie mogą mówić, co chcą, ale wyniki naszych wewnętrznych badań pokazują, że wydolność pracowników podczas pracy zdalnej spadła. Wraz z koleżanką, też dyrektorką działu, zauważyły zjawisko, które nazywały „czarnymi dziurami”. — A to ktoś kosił trawę w ogródku, a to poszedł spać, a to się wyłączył i oglądał serial. Bumelowanie pełną gębą. Zupełnie jak kosmiczna czarna dziura, człowiek w nią wpadał i znikał — mówi. — Zresztą pod koniec zeszłego roku i na początku 2025 zwolniłam 30 proc. pracowników. Jakoś nie widzimy spadku wydajności.” Kolejna artystka – liczą się wyniki ostatniego kwartału. Zwalniając 1/3 załogi, zaraz będzie miała drugie tyle dobrowolnych odejść, przy czym tym razem firmę opuszczą najlepsi. I zostanie z 35% średniaków. Ile razy korpo widziało efekty takich „optymalizacji kosztów”?

I ponownie oddajmy głos przeciwnikom bezsensownego nadzoru:

Pracownik 2. „Dogadaliśmy się z zespołem, zawsze jedna osoba miała dyżur w biurze i miała karty pozostałych pracowników, które odklikiwała przy wejściu. Później informatycy stworzyli specjalny program, było wiadomo, kiedy ktoś się loguje do systemu i czy robi to w biurze, czy z innego miejsca. Na szczęście nie wyliczał już czasu spędzanego w firmie. Zdarzyło się, że moja koleżanka, która mieszka daleko, cały dzień pracowała zdalnie, a o 19.00 wsiadała w auto i jechała bez korków do biura tylko po to, żeby zalogować się do systemu. Przecież to absurd, do czego nas się zmusza, szczególnie że większość naszej pracy odbywa się online.”

Szef 4. „Nie lubię szufladkowania, myślenia w stylu: siedzisz w biurze, to znaczy, że pracujesz, jesteś poza biurem — obijasz się. Każdy potrzebuje innego systemu. Wiele zależy od osobowości i osobistych preferencji. Jedni kochają przychodzić do biura, inni wolą zacisze swoich domów. Ja rozliczam swój zespół z zadań i tak samo jestem sama rozliczana. A to, kiedy ktoś będzie pracował, czy w tzw. międzyczasie wyjdzie z psem, zrobi pranie, a za najważniejsze projekty weźmie się w nocy — mnie nie interesuje. Podobnie jak nie interesuje mnie, co będzie robił podczas pracy zdalnej w piątek. Pojedzie do supermarketu czy będzie siedział i pisał. Życie jest za krótkie, żeby się wzajemnie kontrolować, a bycie dobrym liderem polega też na zrozumieniu, że ludzie są różni i muszą pracować według swoich zasad, bo tylko wtedy dają z siebie co najlepsze. Ja w samotności wymyślam najbardziej kreatywne rzeczy.”

Niestety, jak widać na podstawie cytatów – większość szefów chce likwidacji pracy zdalnej. I tak, nie mówimy tu o właścicielach firm, lecz najemnych „karbowych na folwarku” czyli oficjalnym „średnim szczeblu zarządzania”.

Pracownicy, z kolei, stwarzają system unikania siedzenia w biurze i omijania bzdurnych systemów Mają świadomość straty czasu (3h bezproduktywnego siedzenia w aucie). Korpo zasadniczo rządzi się swoimi prawami. Oficjalnie, motywacyjne mówki o roli wydajności, wynikach, a w rzeczywistości nic nie wnoszące raporty i pilnowanie biurka.

Wnioski? Kreatywny, niezły pracownik, dodatkowo świadomy, kiedy i gdzie pracuje najlepiej, albo taki jak Szef 4 znajdzie idealne środowisko, albo właśnie weźmie nogi za pas. Korpo bowiem miota się pomiędzy dwoma systemami działania: oceną za wyniki i klasyczną pracą z zakładu przemysłowego (siedź 9-17, przez 5 dni w tygodniu), próbując wymagać od najlepszych realizacji 150% przeciętnej normy.

I tu dochodzimy do sedna. Dobry pracownik wyrobi te 150% w 40 godzin/tydzień, ale…taka sytuacja jest dla niego kompletnie nieopłacalna. Ponieważ we własnej firmie, jak wolny strzelec, za te dodatkowe 50% otrzyma ekstra zapłatę czyli zarobi więcej. Jak już wiecie, moje osobiste doświadczenia, z tytułowego „wzięcia nóg za pas” pozostają wyłącznie pozytywne. Chciano mnie zmusić abym pracował na 150% za 100% dotychczasowego wynagrodzenia, a teraz robię na 45% czasu za podobną stawkę. Gorąco taką zmianę polecam wszystkim freakom osobistej wydajności. O „przeciętnych” napiszę później.