Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
filozofia – Strona 7 – Oszczędny Milioner

Opowieść o człowieku, który bał się ryzyka.

Dzisiaj czas na smutną historię. Po prawdzie, podobnych życiorysów widziałem wiele. Opowiem Wam o człowieku, który panicznie bał się ryzyka, a jeśli w końcu je podejmował, robił to źle, ryzykując w obszarach nad którymi nie posiadał żadnej kontroli. Startujemy.

Wybór kobiety. Nasz bohater jako dwudziestolatek poznał na domówce pewną dziewczynę. Nie była specjalnie ładna (no dobrze – wręcz uderzająco brzydka), ale zainteresowała się nim. Wprawdzie już przed ślubem zdradzała objawy lekkiej paranoi, właściwe dla chorobliwie zazdrosnej kobiety, ale miała też zalety: perspektywiczny zawód. No i kochała na zabój. Nic nie ryzykując, wzięli ślub.

Koszmar zaczął się już parę lat później. Jakikolwiek kontakt zawodowy z inną kobietą, nawet nie młodą i piękną, wywoływał sceny. Wszystko w domu musiałoby być tak jak żona chciała, wybierała wszystko od koloru krawata (obrzydliwe!) do przeznaczenia pieniędzy. Zamieszkali z jej rodzicami , w starym domu na wsi, i zamiast pójść na swoje ładowali pieniądze w cudzy budynek, jedynie za obietnicę przepisania.

I teraz uwaga doświadczonego człowieka. Planując małżeństwo nie można patrzeć wyłącznie rozumem. Trzeba dobrać sobie partnerkę/partnera o co najmniej miłej powierzchowności, a przede wszystkim charakterze. Związek z sekutnicą/tyranem nie może okazać się szczęśliwy, ponieważ, gdy jedna strona traktuje drugą jak własność, budzą się demony. Dlatego akurat życie osobiste stanowi ten obszar, w którym wręcz należy podjąć ryzyko. Nie mówię o związaniu się z pustakiem, ale myślenie „ładna, to same kłopoty, wolę zostać z brzydką” prowadzi do nieszczęścia. Jak w tej historii.

Praca. Tutaj akurat podjęto niekontrolowane ryzyko. Obejmując w strukturze korpo stanowisko dość eksponowane i zależne od łaski zarządu, można, jak mawiał Pawlak „z większym hukiem zlecieć”. Co więcej, zanim ta decyzja została wdrożona w życie, padła propozycja – sfinansowanie szkolenia eksperckiego, po którym pensja wyniesie nieco tylko mniej niż dyrektorska, a będzie praktycznie pewna. Wybrano (żona z pkt 1 wybrała) prestiż i nowe drzwi do domu teściów.

Na efekty czekano 15 lat. Zmienił się główny akcjonariusz, wymieniono zarząd i naszemu nie-ryzykantowi podziękowano. Wrócił na posadę za średnią krajową, na podjęcie nauki było już za późno – 10 lat do emerytury, kursy podrożały, a i głowa nie ta. Jako ekspert zarabiałby spokojnie 250% przeciętnego wynagrodzenia.

Auto. Także w tym obszarze, nasz bohater wykazuje się daleko idącą awersją do ryzyka. Po co jakieś piękności, skoro można wybrać klasykę? Nigdy nie spróbował kabrioleta, 4×4, wozu sportowego. Ba, nawet kombi czy SUV wydawały się zbyt ekstrawaganckie. Wybierał do bólu przewidywalnie: Opel Astra, Volkswagen Golf, Toyota Corolla.

Podatki. Ważny element układanki. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Praca etatowa – najwyżej opodatkowana, wydaje się najgłupszym wyborem. Zero ulg – bo jeszcze każą zwracać. A efekt – dochód opodatkowany na poziomie 50%.

Inwestycje. Wreszcie, w końcu to blog o pieniądzach. Dylematy inwestycyjne bohater opowieści rozstrzygał podobnie jak większość. Typowo, standardowo. Nigdy nie wziął kredytu na zakup choćby mieszkania, wolał przy teściach, co spowodowało potem konieczność spłaty w rodzinie (żona nie była jedynaczką). Nie ryzykował w akcjach ani funduszach. Lokaty, obligacje, nawet gdy przynosiły ten zawrotny 1% minus podatek Belki. W ten sposób zgromadził niewiele.

Finał: Skutek? Notoryczne życie bez radości (i z wredną żoną), ze skromnymi oszczędnościami i stresie, popsuło zdrowie i wyhodowało drugiego Golluma. Podsycana przez małżonkę zawiść, dawała znać w postaci braku przyjaciół, lecz tylko kolegów z korpo. Kiedy spadł ze świecznika, na którym wielu bezinteresownie dokuczył, mało kto podawał mu rękę. Powszechnie go nienawidzono. Na emeryturę przejdzie z finansami znacznie poniżej możliwości. Stary dom po teściach, kilkuletnie auto i dzisiejsze 100 tys. zł na lokacie, ot przeciętny zjadacz chleba.

Dlaczego tak smutno? Ponieważ znałem tego faceta jako pełnego życia dwudziestolatka. Z przerażeniem patrzyłem jak się zmienia. Jak osobiste nieszczęście (małżeństwo) zmienia go, zarówno psychicznie (zgorzknienie, cynizm, zazdrość, brak marzeń) jak i fizycznie (fizjonomia urzędnika z nowelek Prusa, tanie szare garnitury). Co zawiniło? Strach przed ryzykiem, przekonanie, że lepiej niewiele zyskać niż podnieść prawdopodobieństwo istotnej straty. Czasami odwiedzam go w małym, ciemnym pokoiku, schowanym w biurowcu na 1200 osób. Pijemy kawę i wspominamy stare czasy. Wychodzę chory, bo on już nawet nie potrafi wspominać bez cienia goryczy.

Tajny raport ZUS o emeryturach przedsiębiorców. Kolejna nieprawdziwa narracja.

„Dobrowolne ubóstwo. O konsekwencjach dobrowolnego ZUS dla samozatrudnionych” taki tytuł nosi podobno raport wykonany na zlecenie poprzednich władz ZUS przez Polską Sieć Ekonomii. Sam raport pierwotnie utajniono, a potem jednak przedstawiono opinii publicznej – https://www.zus.pl/documents/10182/24154/Raport+-+Dobrowolne+ub%C3%B3stwo.pdf/7456a747-c715-44ef-9431-d5c082e974cd?t=1737752803323 Czy jest się czego bać?

Zupełnie nie i już wyjaśniam – dlaczego. Generalnie, główny prezentowany wniosek sprowadza się do konkluzji – emerytury przedsiębiorców będą tak niskie, że „nawet po 30 latach” prowadzenia dg państwo dopłaci do minimalnego świadczenia – tragedia, więc trzeba zwiększyć składki, zlikwidować ulgi itp. I z nim trzeba się rozprawić.

Raport firmują Janina Petelczyc i Tomasz Lasocki. Po sprawdzeniu w wyszukiwarce CEIDG z uwzględnieniem wykreślonych „niespodzianka” – żadna tych osób (pierwsza ma rzadkie nazwisko, a w drugim przypadku pojawiają się usługi samochodowe i optyczne – nieadekwatne do przedmiotu zainteresowania) działalności gospodarczej nigdy nie prowadziła. Do tego Janina Petelczyc (politolog) publikowała regularnie w „Krytyce Politycznej”, a Tomasz Lasocki (z wykształcenia prawnik) rozbawia mnie do łez analizami https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/9555108,minister-pelczynska-nalecz-zszokowala-stwierdzeniem-ze-zus-jest-piram.html – w wielkim skrócie, błędnie rozkładając na czynniki pierwsze, działalność ZUS, pod kątem definicji piramidy finansowej (będzie o tym wpis).

Teza 1. Przedsiębiorcy płacą najmniej, jak to możliwe. Otóż – badacze Polskiej Sieci Ekonomii, która składa się z nie-ekonomistów, Ameryki nie odkryli. Średnia składka przedsiębiorcy jest niższa niż od minimalnego wynagrodzenia. Nie dlatego, że przedsiębiorcy oszukują, lecz z powodu różnych ulg („małych ZUSów”). Przeważająca większość płaci „najmniej jak się da”. Dlaczego? Ponieważ to się kalkuluje. Wrzucanie kasy w czeluść ZUS kompletnie nie ma sensu. Liczyłem wielokrotnie. Znacznie lepiej wychodzi ktoś, kto inwestuje w PPK czy IKZE, a jeśli potrafi – samodzielnie. Weźmy kogoś, kto „odkłada” w ZUS te 60% prognozowanego średniego wynagrodzenia, co daje 1015 zł m-c przez 40 lat. Na koniec dostaje 1800 zł (emerytura minimalna) przez niecałe 9 lat (mężczyźni). Przecież to kompletnie nie ma sensu. Gdyby odkładał „na boku” z zyskiem 5% po 40 latach zbierze 1,5 mln zł, co daje 75 tys. zł emerytury rocznie i 7000 zł/m-c. No i pozostały kapitał dziedziczy się. W gorszej sytuacji znajdą się kobiety, ale i one wyjdą na plus (1.150 tys. zł da im 4000 zł emerytury). I takiego właśnie wyliczenia zabrakło mi w raporcie. Dlaczego go nie ma? Proste – za badanie płacił ZUS.

Teza 2. Osoby, które prowadzą działalność nie mają w wieku emerytalnym środków wystarczających do obliczenia emerytury minimalnej. Państwo będzie musiało więc dopłacić do ich emerytur minimalnych. Zaraz, zaraz . Tyle to ja wiem i bez 70-stronnicowego raportu. Ktoś, kto odprowadza małe składki, musi zebrać niewiele.

Właściciel małej firmy odprowadza składkę jak ktoś z pensją 5203,80 zł. Powiedzmy sobie szczerze – tak zarabia w Polsce całkiem sporo osób – ich ten problem także dotyczy. Nie opisujemy jakieś nadzwyczajnej sytuacji. Państwo dopłaca nie po 10% (jak w tym przypadku), ale po 90% rolnikom, księżom i zakonnikom, 100% sędziom, prokuratorom, całej mundurówce. Jan dodałby – jeszcze całej budżetówce. Stąd dlaczego państwo nie może dopłacić 150 zł przedsiębiorcy, a może nawet więcej, pracownikowi na minimalnej lub 90% rolnikowi? Co ich różni? Nic. Natomiast twórcy raportu – uważają inaczej. No cóż, droga wolna, państwo naukowcy, proponuję skorzystać z ptasiego mleka we własnej firmie. Nie chcecie? Może jednak pisanie analiz dla ZUS i granty z Krytyki Politycznej (strzelam: na zasadzie umowy o dzieło – czyli bez składek) wychodzi lepiej.

Teza 3. Ubóstwem emerytalnym są zagrożone w szczególności samozatrudnione kobiety.  Kolejny raz – a co w tym dziwnego? Ktoś pracuje krócej, mało uzbierał. Kogoś (poza krytycznie-politycznymi naukowcami) jeszcze to dziwi? . Ale tak samo zagrożone ubóstwem będą pracownice na pensji minimalnej (dzisiaj dostaje ją prawie 30% zatrudnionych). Dlaczego czepiać się przedsiębiorczyń, które dodatkowo niszczy ZUS, gdy tylko podniosą podstawę (hasło: matki przeciwko ZUS). Zresztą nawet wg danych wyjściowych raportu tzw. próba 2400, widać, że kobiety zarabiają mniej – ok. 60% dochodów mężczyzn z dg. Dodatkowo mają przerwy – zatem ubóstwem emerytalnym zagrożone są i gdyby wprowadzić inne składki. Drugi aspekt – nieefektywność „lokat ZUS” w przypadku składki od dochodu ich problemy jeszcze pogłębiłby.

Teza 4. Wprowadzenie tzw. dobrowolnego ZUS-u dla przedsiębiorców, o którym mówią niektórzy politycy, byłoby tragedią dla samozatrudnionych przechodzących na emeryturę. Halo, halo, tu ziemia. Nie byłoby tragedią z kilku powodów.

Po pierwsze – przedsiębiorcy odkładają na boku. Nie liczą wyłącznie na państwową emeryturę. M.in. dlatego, że płacą takie składki. Gdyby zrobić inaczej – znajdą się w gorszej sytuacji, bo nie będą mogli odkładać z wyższą stopą zwrotu.

Po drugie – podjęto kroki zachęcające, by oszczędzali jeszcze więcej. Limit IKZE dla przedsiębiorcy wynosi 150% limitu pracownika.

Po trzecie – wszyscy emeryci przeżyją szok. Wszyscy dzisiaj w okolicach 40-tki. Nawet w przypadku, dość dobrze zarabiającego specjalisty (od 10 lat – ok. 250% średniej), emerytura wyniesie 30% ostatniej pensji, a więc 6000 zł (wg obecnych kwot i siły nabywczej). 5000 zł netto, dla kogoś, kto zarabiał dotychczas prawie 14.000 zł netto. Nie będzie eldorado, jak dzisiejsi emeryci, dostający świadczenia 70 a nawet czasami 100% ostatniego wynagrodzenia netto. Przy spadającej dzietności nie da się tego utrzymać. Sam widziałem prognozy, w którym WSZYSTKIE kobiety urodzone po 1977 r. dostaną minimalne świadczenie, niezależnie od tego, ile składek płaciły.

Teza 5. Statystyczny samozatrudniony osiąga przeciętnie znacznie większy dochód niż wynosi zarobek pracownika, a jednocześnie samozatrudnieni płacą bardzo niskie składki na ubezpieczenia społeczne, niższe od osób pracujących na etat. Półprawda oparta o statystykę, dodatkowo kulawą. Widać to po stworzonej na potrzeby badania tzw. próbie 2400. Poza informacją o płci (1200 kobiet, 1200 mężczyzn) nic nie wiemy o jej statystycznej istotności (odzwierciedleniu populacji, branż). Po prostu naukowcy takie dane dostali i takie wzięli. Spory błąd. Chętnie zobaczyłbym tabele źródłowe . Ma ona odzwierciedlać rozkład dochodów w grupie 2400 przedsiębiorców. I mamy wykres 7 na str. 33 raportu. Co tam widzimy?Podzielono płatników na 3 grupy: dochód niski, średni, wysoki w określonych przedziałach do 2500 zł, 2501-7000 zł, 7001 zł i więcej. Dlaczego 3 grupy, dlaczego takie wielkości? Zero uzasadnienia. Ale najlepsze przed wami. Próba 2400 powinna zawierać …. 2400 osób, prawda? A tutaj mamy ok. 900 osób (suma we wszystkich grupach). Co się stało z 1500 przedsiębiorców? Wyparowali? Nie podali dochodów? Zaliczają stratę? Nie wiadomo. Jak na takiej podstawie można cokolwiek wyliczyć? Dlaczego dochód 7001 zł/m-c nazwiemy „wysokim”, skoro kształtuje się na poziomie nieco powyżej przeciętnego wynagrodzenia? Przecież to jakieś żarty, a nie poważne badanie, za które płacimy z …. naszych podatków.

I jeszcze jedne kwestia – „przeciętny przedsiębiorca”. Podobno w „próbie 2400” średni dochód wyniósł 155.309 zł (prawie 200 tys. zł mężczyźni i 110 tys. zł kobiety). I na tej podstawie prowadzone są wyliczenia o „zaniżonych składkach”. Super, tylko średnia arytmetyczna to złe narzędzie (prawnik z politologiem mogą o tym nie wiedzieć) do analiz statystycznych. Jeżeli samozatrudniony w IT płaci minimalną składkę od dochodu 300 tys. zł/rok i taką samą właścicielka kiosku z dochodem 10 tys. zł na rok, ich średnia wychodzi ….155 tys. zł/rok. Stąd takie wyniki. Worek pn. samozatrudnieni zawiera mnóstwo elementów. Niektórzy płacą składki relatywnie wysokie, inni faktycznie niskie (fikcyjne jednoosobowe firmy, pracujące dla jednego klienta np. jako zarządzający), ponieważ dg stało się sposobem optymalizacji składkowo-podatkowej dla lepiej zarabiających. I zwalczajmy patologię, a nie wszystkich przedsiębiorców. Ponieważ ten ostatni ma jeszcze jedną cechę – rzadko korzysta z państwa: leczy się prywatnie, dzieci posyła do prywatnej szkoły, nie bierze kasy z MOPS-u, zasiłku dla bezrobotnych itp.

Pracownik na emeryturę odprowadza niecałe 10% pensji. A przedsiębiorca? Nie znam danych dotyczących średniego dochodu przedsiębiorcy(w tajemniczej i prawdopodobnie błędnej próbie 2400 jest to 155 tys. zł) ani mediany w jdg (ZUS go zna), ale popatrzmy, że składka emerytalna równa się 19,76%. Gdyby przyjąć takie 13 tys. zł podstawy miesięcznie, oznaczałoby to 2,6 tys. zł. Może i taka wychodzi średnia z dziwnej próby 2400, ale ile małych firm (nie fikcyjnych samozatrudnionych) tak zarabia? I ilu pracowników, rolników, księży zarabiających faktycznie 13k miesięcznie nie płaci składek wcale lub śmiesznie małe (odwołajmy się do listy uprzywilejowanych)?

Teza 6. Przedsiębiorcy więcej zasysają z chorobowego niż wpłacają składek. Tutaj kłania się podstawowy błąd merytoryczny. Otóż wykres na stronie 39 nie uwzględnia jednego faktu – ubezpieczenie chorobowe przedsiębiorcy jest nieobowiązkowe. A to znaczy, że płacą go tylko zainteresowani – tacy, którzy wiedzą, że zaraz zaczną korzystać. Wyciąganie wniosków dotyczących całości grupy okazuje się błędem. W moim miejscu pracy średnia długość zasiłków chorobowych rocznie wynosi 25 dni (wobec średniej krajowej 33 dni – dane ZUS). Średnią w firmie znacznie zawyżają:

  • etatowi chorujący i matki małych dzieci (średnia 90 dni) – niewielka grupa beneficjentów systemu (5-10%),
  • kobiety w ciąży (średnia 180 dni).

I właśnie analogiczne grupy przedsiębiorców (dodatkowo nadreprezentowane w próbie 2400) opłacają sobie dobrowolne ubezpieczenie chorobowe jak przedsiębiorcy. W przypadku pracowników – równoważą ich osoby nie korzystające z L4.

Teza 7. Przedsiębiorca powinien płacić ZUS od dochodu – wtedy uzyska godną emeryturę. Oczywiście lek na wszystkie bolączki – podnieść składki do wysokości blisko 20% dochodu. Tylko tak przedsiębiorca dostanie wysoką emeryturę. Oczywiście, dla każdego, kto zna opisywaną przeze mnie na blogu sytuację ZUS (uznaniowość, demografia), taka obietnica wywoła pusty śmiech. Możesz płacić wysokie składki, a dostaniesz … guzik, bo nagle sejmowa większość przegłosuje „świadczenie obywatelskie”. W rzeczywistości ZUS-owi chodzi o bieżące zasypanie dziury (wysokie składki) a o reszcie dopiero pomyślą. Nie stanowią wyjątku – tak działał już Bismarck.

Nie mam wątpliwości, że przedsiębiorcy sobie z tym poradzą, nagle cudownie spadnie im dochód, ubezpieczą się chorobowo i pół roku przesiedzą na zwolnieniu itp. Tego naukowcy nie przewidzą, bo jako się rzekło, działalności gospodarczej nigdy nie prowadzili.

A biedni (z niskim dochodem)? Dla nich nie ma żadnej recepty, chodzi o to by łupić najwięcej zarabiających.

Teza 8. Wadami dobrowolnego ubezpieczenia są: zagrożenie powszechności systemu, ” dobrowolność przytłaczająco rozszerzy pole do instrumentalizacji uczestnictwa w systemie zabezpieczenia społecznego” – musiałem zacytować, zwiększą się wypłaty z innych systemów.

Każde z tych twierdzeń da się sfalsyfikować. Otóż tzw. powszechność systemu jest konstrukcją teoretyczną. Z ZUS wyłączono ogromne grupy uprzywilejowane (KRUS, mundurówka, sędziowie, prokuratorzy), a niektórym (duchowni, górnicy) dopłaca się krocie. Utrwalanie takiej praktyki nie ma żadnej wartości, a tym bardziej nie istnieje powód, dla którego mieliby go utrzymywać przedsiębiorcy.

Tzw. pole do instrumentalizacji oznacza – komu się opłaca – przystępuje, kto widzi lepsze lokaty – nie przystępuje. W praktyce – do ZUS zapisze się dobrowolnie może 10% przedsiębiorców i to tylko na 20-25 lat, aby uzyskać świadczenie minimalne (jak pracownicy). I nie widzę w tym nic złego. Dokładnie to samo robią pracownicy. Idą na renty, pracują na czarno po zaliczeniu minimalnego stażu do emerytury. A negatywne skutki? Widać po artystach. Ta grupa przez lata nie miała obowiązkowych składek. Czy gryzą piach? Nie, albo pracują do śmierci, albo odłożyli wystarczająco dużo i śmieją się z ZUS-u oraz jego „zawrotnych” świadczeń.

Zwiększenie wypłat z innych systemów wymaga większej uwagi. Czy faktycznie przedsiębiorcy rzucą się masowo do pomocy społecznej? Chyba nie. A powód jest prosty. Żeby pójść do MOPS-u nie można mieć istotnego majątku, a przedsiębiorcy zapobiegliwie go gromadzą, ponieważ na ZUS nie liczą. A jak nie ma majątku, są dzieci. Nie bójcie się MOPS dobrze sprawdza, czy ma kto płacić alimenty. Jeśli znajdzie taką osobę, odmówi zasiłku. Dlatego, problem pomocy społecznej jest pomijalny. Naukowcy rozdmuchując go, bazują na porównaniu z Niemcami. Nie znam tego systemu, ale być może rozwiązany jest inaczej (nie szukają dzieci, nie grzebią w majątku – tam zresztą większość na wynajmie). A nawet gdyby przedsiębiorcy wybrali tę drogę? No cóż, po to całe życie płacili podatki. Zabierzmy dopłaty dla nierentownych kopalń, krewnych i znajomych królika oraz kleru tzw. willa plus, a oddajmy tym, którzy całe życie wspomagali system. Takiej refleksji mi zabrakło. Przedsiębiorca jest dla autorów raportu wyłącznie dojną krową i tak zestawiają dane, by więcej mleka wyssać mu ze strzyków.

Błędy merytoryczne, które udało mi się wyłapać.

  1. Sławetna próba 2400, której reprezentatywność łatwo zakwestionować (str. 39 – „Ponadto w próbie znajdują się wyłącznie roczniki 1975-1985”), a okazała się próbą 900 (wykres na stronie 33) i która stanowi podstawę większości wniosków (w tym tezy 6).
  2. Przypis str. 33 – „Większość ubezpieczonych ustala składki od przychodu tj. pełnej otrzymanej kwoty. W przypadku samozatrudnionych powinien być to dochód, który jest różnicą między przychodem, a kosztami jego uzyskania.” Bzdura. Pracownik też odlicza koszty uzyskania przychodu, tyle że robi to ryczałtowo. Proszę spojrzeć w swój PIT-11 od pracodawcy, państwo doktorzy, chyba że optymalizujecie się podatkowo na umowie zlecenie czy o dzieło.
  3. Prowadzenie badań dotyczących ubezpieczenia chorobowego (i dochodów) wyłącznie na grupie osób z roczników 1975-1985 czyli z nadpreprezentacją kobiet w wieku rozrodczym i posiadających małe dzieci. To normalne, że zachodzą one w ciążę, biorą zwolnienia na chorego malucha itp., a ich rówieśnicy – mężczyźni znajdują się na szczycie możliwości zarobkowych. Wnioski raportu są błędne, ponieważ dane wyjściowe nie odpowiadają populacji.
  4. Wyciąganie wniosków dotyczących przedsiębiorców na podstawie grupy opłacającej ubezpieczenie chorobowe, które jest nieobowiązkowe, i spora część z niego rezygnuje (a w zasadzie płacą je zamierzający korzystać ze świadczeń).
  5. Analizowanie emerytury przedsiębiorców, wyłącznie na podstawie danych osób które pobierały w 2021 r. emeryturę jednocześnie prowadząc dg (str. 43). Takie dane w oczywisty sposób są zniekształcone – dorabiają dg głównie ci, otrzymujący niskie świadczenia.
  6. Dokonywanie obliczeń przyszłych emerytur (warianty V i kolejne) na podstawie osób pracujących mało tj. ok. 34 lata w przypadku mężczyzn i ok. 30 lat (kobiety). Przecież przeciętny pracujący, nawet po studiach, ma przed sobą 41 lat pracy (mężczyzna) i 36 lat pracy (kobieta). I o dziwo mężczyzna-przedsiębiorca z takim stażem, jeśli płaci składki dzisiejsze (ulga przez pierwsze 2 lata), nawet wg wyliczeń raportu, jednak zarobi nimi na swoją emeryturę.
  7. Przykład przedsiębiorcy z Białej Podlaskiej (str. 61) jako dowód na wady systemu dobrowolnego ubezpieczenia. Otóż drodzy naukowcy, ten człowiek popadł w długi ponieważ musiał płacić składki nieproporcjonalne do dochodu. Gdyby ich nie było, nie powstałby dług, a przedsiębiorca albo pracowałby do śmieci, albo odkładał „na boku” część składek i dostał świadczenie jak obecnie. A wy opowiadacie jakieś bajki o świetnych dochodach (tj. pow. 7000 zł brutto) w próbie 2400, składającej się z osób w wieku najwyższych możliwości zarobkowych (37-47 lat).

Na koniec – otóż składki przedsiębiorców zawsze były niskie w relacji do średniej pensji, podobnie jak emerytury (w relacji do przeciętnego świadczenia). I właściciele firm nauczyli się sobie z tym radzić. Bowiem w rzeczywistości nie chodzi o pochylenie się nad dolą samozatrudnionych, ale o uzasadnienie ich wydojenia jeszcze mocniej. Stąd pomysł pobierania składek od dochodu. Do czego doprowadzi (gdyby został wdrożony)? Do masowej likwidacji firm i rozrostu szarej strefy oraz …. katastrofy ZUS. Jak mawiają mądrzy ludzie „Lepiej jeść małą łyżeczką”. I warto by prezes Uścińska i prezes Derdziuk o tym pamiętali. Zarżniecie krowę, pojecie mięso przez miesiąc, a potem przez 20 lat zabraknie wam mleka.

Bykowe – czy Marek Jakubiak ma rację?

Jak pewnie zauważyliście, zazwyczaj jadę po autorach różnych wypowiedzi do prasy, a szczególnie po tzw. konserwatystach. Tym razem będzie podobnie. Pomysł z „bykowym” – „podatkiem od braku dzieci” zasługuje na oddzielny wpis.

Zacznijmy od definicji tzw. konserwatysty. Otóż najczęściej jest to osoba, który głosi wartości uznawane za tradycyjne i chciałby, aby wszyscy je wyznawali, a sam żyje zupełnie inaczej. Przykłady można mnożyć: Marta Kaczyńska, Dominika Chorosińska, Jarosław Gowin, prof. Marcin Matczak i właśnie cały zestaw postaci z Konfederacji oraz Kukiz’15, PSL-u, a nawet prawego skrzydła PO. Marek Jakubiak to jeden z nich.

Gość, prezentujący się jako antykomunista, wolnościowiec, przedsiębiorca domaga się … podniesienia podatków. Oczywiście, nie tylko to pozwala zaklasyfikować go jako tzw. konserwatystę. Bohater dzisiejszego wpisu, grzmiący o upadku wartości opartych o katolicyzm,, ma bowiem dwie żony (rozwodnik), a do wojska poszedł… na początku lat 80-tych XXw.

Ale wróćmy do bykowego. Oznacza dodatkowy podatek od nieposiadania dzieci, naliczany w pewnym wieku, singlom, parom, a nawet małżonkom.

Pierwszy temat – pomysł na bykowe pojawił się już za rządów Gomułki, funkcjonował przez pewien czas i został wycofany. Dlaczego? Ponieważ skłaniał do kombinowania, a nie do posiadania dzieci. I tu główny zarzut – bykowe nie spowoduje wzrostu urodzin. Dlaczego? Ponieważ bodziec okaże się zbyt słaby. Wychowanie dziecka pochłania średnio ok. 20 tys. zł rocznie w wersji minimum (publiczna szkoła, bezpłatne studia o opieka medyczna, nie liczymy kosztów większego mieszkania, opiekunek, korepetycji, a tylko jedzenie, ubranie, naukę), w rzeczywistości w klasie średniej 2-3 razy więcej (40-60 tys. zł rocznie), a doliczając wysłanie w świat (wesele, wkład na mieszkanie, płatne studia) – nawet 100 tys. zł/rok. Żeby zrównoważyć wydatki na dziecko, podatek dochodowy musiałby zostać określony na bardzo wysokim poziomie (40% zamiast 12%, lub 60% zamiast 32%), co nie ma sensu i nikt tak nie zrobi.

Drugi – nieposiadanie dziecka w dzisiejszych czasach, nie zawsze oznacza świadomą decyzję. Ok. 25% par nie może mieć potomka z przyczyn biologicznych. Zmuszanie ich do adopcji niczego nie zmieni, ponieważ dzietność nie wzrośnie, a dodatkowo jest nieludzkie. Do tego dochodzi pewna liczba singli (10-20%), którzy żyją sami. Dlaczego mieliby być karani za nieznalezienie drugiej połówki?

Trzeci – głównym powodem spadku dzietności (co wyszło już przy 500+) wydaje się być ograniczenie się do jednego dziecka. I w tym wypadku, bykowe nie zadziała. Po co więc wprowadzać takie regulacje?

Czwarty – bykowe jako dodatkowy procent podatku dochodowego od osób fizycznych, dość łatwo obejść. Nie osiągać legalnego dochodu. Zarabiać tam, gdzie zwyżka nie wystąpi (np. za pomocą spółki, fundacji, rolnictwa, najmu), albo opodatkować się ryczałtem lub liniowo. Wreszcie zatrudnić się w innym państwie z umową o unikaniu podwójnego opodatkowania. Pamiętacie „brytyjski ZUS” dla mikroprzedsiębiorców?

Piąty – jak typowy Polak mam alergię na wszelkie próby meblowania życia za pomocą bodźców podatkowych. Pieniądze z bykowego nie pójdą na dzieci (żłobki, leczenie itp.) lecz wpadną do wspólnego wora, jak podatek drogowy zawarty w paliwie. Posłowie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, dadzą sobie podwyżki i po kasie.

Dlatego jestem przeciw kolejnemu głupiemu pomysłowi tego seryjnego kandydata na prezydenta.

Czy da się mało pracować?

Kończący się rok miał być czasem eksperymentów spod znaku „work-life balance” lub mało eleganckiego „jak mało można robić i …. zarobić”. Rzecz jasna, wielu z Was go nie powtórzy, ale chcę pokazać pewien trend. Wbrew pozorom prowadzący firmę mają łatwiej.

Dane. Rok liczy sobie 260 dni roboczych (52 tygodnie po 5 dni). W robocie byłem tylko …. 156 dni (plus 18 dni zdalnej i 18 dni firmowych). Jak to możliwe? Pokazuję.

  • urlopy – 54 dni (mam specyficzny czas pracy),
  • praca zdalna okazjonalna 18 dni,
  • zwolnienia lekarskie 25 dni,
  • święta – 7 dni.

Wnioski. W sumie 86 dni wolnego (18 na firmę, w 20 pisałem książkę), 18 dni pracy zdalnej, 104 dni weekendów i tylko 156 dni w pracy. Średnio – 3 dni/tydzień w robocie. Rzecz jasna, na zdalnej też pracuję (choć mam luz), w dni wolne współpracownicy i szefowie dzwonią (niestety również na zwolnieniu), a kilkanaście dni urlopu poszło na dg, a w czasie zwolnienia pisałem też książkę. Czyli w określonych warunkach, da się rzeźbić na bez mała pół etatu, jeżeli ktoś nie ma dodatkowych zobowiązań.

A firma? Mój rodzony brat przyjął inną zasadę – podróżuje. Spółka służy mu jako wehikuł – ma zarobić na przyjemności. Wiąże się z tym specyfika biznesu. Generalnie 1 miesiąc na kwartał nie ma go w domu, czyli znowu – pracuje średnio 26 godzin w tygodniu.

Pytania, które pewnie chcecie zadać.

Czy jestem zmęczony?

Ile zarabiam?

Czy wszyscy w moim otoczeniu tak pracują?

Co trzeba umieć, żeby tak żyć?

Odpowiadam po kolei.

Nie samą pracą lecz atmosferą w niej. Żyjąc systemem 3/5 bez firmy w ogóle nie potrzebowałbym wakacji.

Zarabiam ok. 2,5 średnich krajowych bruto z 2 etatów. Pisałem już o tym.

Nie, nie wszyscy w moim otoczeniu tak żyją. Znaczna mniejszość. Dlaczego? To dobre i kolejne pytanie. Ponieważ większość woli nie zaczynać hakowania systemu. Ja spróbowałem i udało się.

Trzeba mieć tzw. konkretny zawód, o którym mówili nasi ojcowie. Przy czym nie zawsze biurowy. System 3/5 może stosować każdy, kto wyciągnie ponadprzeciętną stawkę godzinową. Wiadomo, lekarze, IT, handlowcy, ale i rzemieślnicy. A nawet nauczyciele, ponieważ 80 zł/godzinę korepetycji x 90 h miesięcznie = 7200 zł bez podatku.

Albo mieć układy – miałem taką współpracownicę z HR, przydupas szefa – 3 miesiące w roku na zwolnieniu, do tego 10 dni wolnych ustawowo, 24 dni dni pracy zdalnej okazjonalnej i 26 dni urlopu. Wiesz ile to w pracy? Coś koło moich wartości (dokładnie 126 dni/rok poza biurem plus weekendy, czyli 134 dni w biurze). Trwało to 10 lat, nikt jej nie zwalniał, zarabiała w okolicach średniej krajowej.

A gdy wykazujesz niewielkie potrzeby – robisz za granicą 3 miesiące, 9 odpoczywasz w kraju. Wariantów całkiem sporo.

Tegoroczne plany. Rok 2025 ma skończyć się systemem 2/5 czyli odwróceniem zwykłego sposobu pracy. W biurze będę realnie 2 dni/tydzień (3 dni x 52 – 34 dni urlopu -18 dni zdalnej), bo rzucam drugi etat. Jednocześnie moje dochody spadną do 1,3 średniej krajowej plus to co zarobię z działalności gospodarczej oraz kapitału. Generalnie – tak mogę żyć.

Moje plany na 2025 r.

Jednym z podstawowych założeń samorozwoju jest tworzenie planów: tygodniowych, miesięcznych, rocznych, wieloletnich. Przez lata dzieliłem się z Wami swoimi celami na dany rok. Wprawdzie styczeń już w pełni, ale warto pomyśleć, jak zmienić swoje życie na lepsze. U mnie oznacza to m.in. radykalną zmianę trybu życia. Zaczynamy.

Założenia. Rok 2025 r. powinien mnie przybliżyć do stanu FIRE czyli możliwości utrzymania wyłącznie z dochodu pasywnego. W tym kierunku pójdzie większość działań. Grupuję je w trzech blokach:

  1. Ograniczanie pracy etatowej.
  2. Zmniejszenie wydatków.
  3. Zwiększenie dochodu pasywnego.

I dokładnie wg tych punktów planuję.

Ograniczanie pracy etatowej. Jak mówią zwolennicy magicznego myślenia, które nazywam teorią obfitości wszechświata, wystarczy o czymś pomyśleć, albo zaplanować, a wszechświat zacznie nam ułatwiać realizację, podsuwać szansę i wydarzenia. Jak wiecie, przyjmuję takie wróżbiarsko-coachingowe tezy, z uśmiechem na twarzy. Natomiast wiem, że dla niewtajemniczonych – metoda ta wydaje się działać. Jak to możliwe? Bardzo prosto – skupiając myśli, dostrzegamy przedmioty, wydarzenia, szanse, o których myślimy. Dokładnie w ten sam sposób, jak motocykliści wypatrują na drodze innego motocyklisty, aby go pozdrowić gestem. Jadąc autem elektrycznym widzę znacznie więcej zielonych tablic, a kabrioletem – kabrioletów. Proste, tak działa nasz mózg. Dokładnie z tego samego powodu, gdy skupiłem się na ograniczeniu (a docelowo – porzuceniu) etatu, spostrzegłem, w jaki sposób umowa o pracę 40h/tydz. ogranicza mi swobodę , i o ile lepiej byłoby mi bez niej. Stąd różne pomysły oraz dostrzeżenie szans.

  1. Całkowita ucieczka z jednego etatu. Doskonała okazja. Mój wieloletni szef idzie na emeryturę, i prawdopodobnie zastąpi go człowiek z zupełnie innej bajki, który będzie ściągał swoich ludzi. Świetny moment na wynegocjowanie złotego spadochronu. Jednocześnie uwolnię się od 2 dni pracy w tygodniu oraz zakazu konkurencji tzn. będę mógł zmienić zakres działalności gospodarczej o jeszcze jeden produkt.
  2. Ten drugi produkt mogę realizować w 90% zdalnie. W efekcie powinienem być w stanie utrzymać dochody netto na podobnym poziomie, a pracować z werandy wiejskiego domu.

Efekt tych dwóch działań? Obecność w biurze średnio 2 dni tydzień, przy pensji wystarczającej na chleb z masłem i szynką czyli podstawowe potrzeby mojej rodziny.

Zmniejszenie wydatków. Kiedy stała pensja spadnie kilkadziesiąt procent musisz sporo popracować głową, aby zbilansować budżet. Konieczne stanie się cięcie wydatków. U mnie tak ma to wyglądać. Zostanie mi nieco ponad 2/3 stałych dochodów. W zeszłym roku wydawałem średnio ok. 5000 zł/m-c na tzw. wydatki podstawowe, a jeśli uwzględniłem rzeczy ekstra plus koszty wakacji i firmy wyszło już 10000 zł/m-c. Sporo. Czas na cięcia, bo na takich warunkach, budżet się nie zepnie, skoro pensja wynosi niecałe 8000 zł.. Nie ma takiej opcji. Co zrobię? Wyprowadzka na wieś ograniczy koszty utrzymania domu, jedzenia, pewnie też wyjazdów, a rezygnacja z etatu, wydatki z nim związane.

Zwiększenie dochodu pasywnego. Obecnie uzyskuję go z obligacji i akcji. Czas pomyśleć o aktywizacji tzw. martwego kapitału. I tak – z akcji i obligacji planuję wyciągnąć ok. 8-10% netto. Dojdzie jeszcze sprzedaż domu w mieście i zainwestowanie martwego kapitału.

Poza kwestiami finansowymi, dochodzą jeszcze następujące punkty:

  1. Przygotować materiał na pierwszą książkę i kurs.
  2. Wykonać kompleksowy remont w wiejskim domu.

Na cokolwiek innego może zabraknąć czasu.

Matrix w rolnictwie i pewien profesor.

Kiedy Robert w komentarzu odniósł się do antystemowości i foliarstwa, stanąłem przed pewnym dylematem. Czym dla mnie jest system (Matrix)? Jak go rozumiem i postrzegam? Czy nie przekroczyłem w tym przypadku cienkiej granicy z foliarstwem. Następnego dnia trafiłem na ten wywiad: https://www.onet.pl/informacje/smoglabpl/prof-piotr-nowak-polskie-rolnictwo-umiera-to-zagraza-nam-wszystkim/ftyet5z,30bc1058?utm_source=onet&utm_medium=referral&utm_campaign=post

Streszczając: dr hab. Piotr Nowak – profesor UJ, kreśli katastroficzną wizję Polski bez własnej żywności, uzależnionej w razie wojny od dostaw z Ukrainy czy Ameryki Płd., a więc głodującej. Pierwsza uwaga, którą mam (a propos foliarstwa), dotyczy kompetencji naukowca. Jego specjalizacja to socjologia (sportu i rolnictwa), co oznacza, że na ekonomii zna się średnio. I to niestety widać.

Teza 1. Produkcja żywności w Europie i w Polsce nie jest regulowana przez rynek, ale korporacyjny oligopol. Półprawda. Istotnie korporacje kupują, sprzedają, zaciemniają pochodzenie (mąka sprzedawana jako z Lubelszczyzny, a pochodząca z Ukrainy). Natomiast rynek ma znaczenie. Z tym, że nie lokalny, ale regionalny lub globalny. Jeżeli pomidory są tańsze w Gruzji, to korpo je sprowadzi, a klient dostanie tańszy towar – i na tym polega wartość. Poszukiwanie ceny i wartości stanowią jednak element gry rynkowej, a nie tajemne machinacje Templariuszy, tfu – korporacji.

Już samo pojęcie „oligopolu” niesie za sobą ograniczenie konkurencji. I od tego mamy UOKiK, że zwalczać zmowy cenowe. Natomiast nie nazywajmy zmową dążenia do niskich cen, kosztem interesów polskiego rolnictwa. Wolny rynek nie działa na zasadzie „dobre, bo polskie”. Czyli zadziwiające dla naukowca pomieszkanie pojęć i populistycznych haseł. Wszystko poza kompetencjami zawodowymi. Socjologia to nie prawo konkurencji ani ekonomia. Tyle.

Teza 2. W skład co 10. gospodarstwa domowego wchodzi rolnik, a dochód osiąga 300 tys. gospodarstw rolnych pozwalających na godne życie. Ergo – rolnictwo umiera. Liczbowo prawda – wnioski zupełnie fałszywe. 14,1 mln gospodarstw domowych, 1,4 mln z rolnikami, 300 tys. dochodowych (dane za 2021 r.). Ale o czym to świadczy? O specjalizacji. O komasacji, która przez całą II RP, a i później, przedstawiana była jako lek na biedę na wsi. Ludzie znaleźli pracę w mieście, posprzedawali karłowate ojcowizny (bogatszym rolnikom, albo na działki rekreacyjne). Nad czym tu płakać? Że we wsi jest jeden rolnik z 50ha zamiast 15 po 3 ha? Bez żartów. A te 300 tys. dochodowych z 1,4 mln ogółem? Zjawisko, o którym pisze na blogu – kombinatorzy z pseudoKRUS . Tam nie chodzi o żadną produkcję, nawet na własne potrzeby tylko tanie ubezpieczenie, brak podatków, i możliwość dorabiania sezonowo lub na czarno. Dla mnie miarą „zdrowia” w rolnictwie jest:

  1. wielkość globalna produkcji poszczególnych płodów,
  2. procent ugorów,
  3. zyskowność.

Tyle. I praktycznie, w poz. 1-2 zaliczyliśmy od PRL-u oraz wejścia do UE spory wzrost. Zyskowność spada, ale małym, duzi spokojnie utrzymują się na wodzie.

Teza 3. Otwarcie na Ukrainę i kraje MERCOSUR to zło. Teraz to już całkiem dra hab. Piotra Nowaka nie rozumiem. Ma być wolna konkurencja czy protekcjonizm? UE zła czy dobra? Całkiem się pomieszał, ponieważ zamiast trzymać się specjalności snuje swoje socjologiczne opowiastki. Typowe ekonomiczne foliarstwo – wolny rynek jest dobry, gdy jest dobry dla mnie, inaczej już nie. Otóż otwarcie rynku UE na kraje trzecie, w tym silne rolniczo, uważam za błąd, aczkolwiek nie z pozycji wolnorynkowca. 300ha rolnik (w Polsce duży) nie ma szans rywalizowania z takim który ma 100 tys. ha – proste. Nie ta skala, inne koszty jednostkowe. Podobnie w zakresie samodzielności żywnościowej. Ukraina walczy 3 lata m.in. dlatego, że potrafiła ominąć rosyjską blokadę morską i sama produkuje żywność.

Z punktu widzenia któtkoterminowego interesu konsumenta – podpisanie tych umów pozwoli powstrzymać drożyznę w sklepach. Moim zdaniem – cena której nie warto zapłacić.

Teza 4. Mnie osobiście bardzo bawią te wszystkie artykuły w mediach o ludziach, którzy przyjeżdżają na wieś i zaczynają produkować dla siebie, „w zgodzie z naturą”. Bardzo to jest piękne, tylko zwykle zapomina się dodać, że oni są rentierami lub co najmniej mają kapitał, lub pozarolnicze źródło dochodu, które zapewnia im w tym poczucie bezpieczeństwa. Ponownie kompletny misz-masz i niezrozumienie procesów zachodzących na rynku (to jeszcze rozumiem), ale i w społeczeństwie (a tego nie, w końcu mówi do nas socjolog). Uporządkujmy. Profesor płacze, że rolnikom nie opłaca się żyć z ziemi i szukają innych źródeł dochodu, a jak mieszczuch trafia na wieś z takim źródłem, też źle? Takich bajek nie snuje nawet sam poseł Sawicki ani dyletanci z min. Jurgielem na czele. Otóż, gdyby nie ci bohaterowie artykułów w mediach, wszyscy „podwarszawscy rolnicy na 20a” wieś całkiem wyludniłaby się i umarła. Ze „zgody z naturą” rodzą się konsumenci zdolni zapłacić więcej za produkt polski, lokalny i wyższej jakości. Czy nie o to chodziło w pierwszej tezie? A że przy okazji zrobią teatr, przywiozą trochę kasy i dadzą pracę miejscowym, utworzą biura księgowe, architektoniczne, otworzą gabinet lekarski, to źle? Problem leży zupełnie gdzie indziej. PRL prowadził politykę „wszyscy do przemysłu i nauki” co miało jeden niekorzystny skutek. Najmniej zdolny syn zostawał na gospodarce (plus garstka pasjonatów). Potem dzieła zniszczenia dokonał Balcerowicz. Polityka rolna UE nieco naprostowała, bo rolnictwo znowu zaczęło się opłacać. Rzecz jasna, nie na 3-10ha zboża jak za Gierka, ale albo w ogrodnictwie, albo produkcji wielkotowarowej. Teraz wchodzi nowy trend i ma szansę powodzenia. Przyszedł z Zachodu Europy i USA, gdzie podźwignął wielu farmerów. Na imię mu „ekologia”, „bio”, „dostawa od producenta do konsumenta” czyli „skrócenie łańcuchów dostaw”. Efekt? Rolnik dostaje znacznie lepsze pieniądze od świadomego nabywcy. Maksymalizuje zyski z ha i łapie oddech. Przykład. Proszę bardzo. Wspominana „Brudna robota”. Para mieszczuchów jedzie na wieś aby wydzierżawić, a potem kupić farmę. Następnie sprzedaje płody rolne w najbliższym miasteczku dostarczając co tydzień zróżnicowaną transzę żywności od warzyw, owoców przez mleko do mięsa i gotowych przetworów.

Druga kwestia. Jeśli na wieś zjadą pasjonaci z kapitałem, prawdopodobnie jego część zainwestują lokalnie, co przyniesie korzyści całej wspólnocie. A w najgorszym wypadku – zaczną płacić podatki, czyli zasilać możliwości inwestycyjne samorządu.

Grupa ludzi, nawet jeśli ich produkcja odbywa się w niewielkiej skali i na własne potrzeby, stanowią element suwerenności żywieniowej, nad której utratą płakał nasz socjolog na samym początku. Krótko mówiąc czyste zyski.

A gdzie ten Matrix? Otóż, jeżeli nawet ludzie zajmujący się rolnictwem opowiadają nierealne bajki, walczą z potencjalnym sojusznikiem, jakby ten był wrogiem, rodzą się dwa pytania. Komu pan profesor służy (świadomie lub nie)? Czy system dopłat, ulg, zwolnień, regulacji, zabije całkiem wieś, a uzależni miasto, czyniąc Polskę (oraz wiele innych krajów) całkowicie bezbronnymi w obliczu agresji? Otóż mam nadzieję, że przedstawiana czarna wizja nie spełni się, a rozmówca Onet-u zwyczajnie błądzi. Przyjdzie pokolenie (i nie bez znaczenia pozostaje fakt, że to młodzi szukają dzisiaj jedzenia ekologicznego), które w niewielkich rozmiarach, na ewentualnych gruzach średniego i wielkiego przemysłu rolnego, odtworzy potencjał produkcyjny zdolny do utrzymania niezależności żywnościowej na wypadek „W”. I chociaż to już nie moje pokolenie, sam zamierzam być częścią tego ruchu. Wiem, daleko mi do będzie do wydajności farm, ale przynajmniej zachowam zdrowie.

Jeszcze o korzyściach z rzucenia pracy etatowej.

Mój wpis o problemach wynikających z biurowej pracy na etacie cieszył się popularnością odwiedzających. Postanowiłem rozwinąć temat, pokazując jak te 3 tygodnie wpłynęłyby na moje dochody oraz co więcej dałem radę zrobić.

Powtórzmy liczby: W ciągu 3 tygodni (15 potencjalnych dni pracy +6 dni weekendów) przebywałem w biurze 2 dni i 4 godziny. W tym czasie:

  1. byłem na L4 8 dni (nieco ponad połowę czasu), na urlopie 4 dni, oraz 3 dni w pracy.
  2. odbyłem 2 spotkania wyjazdowe, 2 zdalne (z domu) i 1 w moim mieście, które zakończyły się uzyskaniem dla moich pracodawców kwoty odpowiadającej mojemu miesięcznemu wynagrodzeniu brutto.
  3. Krótko mówiąc w 10 godzin właściwej pracy (spotkania i przygotowanie do nich) plus czas dojazdu – kolejne 6 godzin zarobiłem równowartość mojej lepszej miesięcznej pensji, na którą normalnie spędzam 12 dni w biurze.

Ponadto:

  • codziennie przesypiałem od 7 do 10 godzin,
  • napisałem łącznie 4 wpisy na bloga i 100 stron (prawie 5 dziennie) książki o finansach osobistych (poprzednie 35 strony zajęły mi 3 miesiące porannej pracy),
  • prawie wynegocjowałem synowi nowy kontrakt sportowy,
  • przeczytałem 7 książek liczących razem ponad 2,5 tys. stron,
  • spędziłem z rodziną dodatkowych kilkadziesiąt godzin, praktycznie codziennie (poza okresem intensywnych objawów choroby), zaplanowałem i kupiłem wszystkie prezenty mikołajkowe i gwiazdkowe, omówiłem z żoną przeprowadzkę na wieś,
  • ustabilizowałem ciśnienie krwi.

Nie przypominam sobie podobnych 3 tygodni.

Na tym polega paradoks produktywności – robiąc mniej osiągamy lepsze wyniki. Znam to już z przeszłości. Podczas urlopu bezpłatnego, kiedy założyłem dg,w pierwszym roku zarabiałem regularnie 3 razy więcej niż na etacie, pracując 60% czasu. Jaka nauka z tego płynie? Jeśli chcę poprawić rezultaty, muszę rzucić jeden etat. Zaplanowana na początku grudnia droga, wydaje się całkowicie właściwa. Usunięcie pobocznych, właściwych dla etatu eksperta questów (ciągle ktoś przerywa pracę pytaniami), wystrzeliło efekty w kosmos. Mechaniczne czynności: odbieranie maili, odpowiedzi na nie, rozmowy telefoniczne, proste zadania, trwające 10 minut niweczyły pracę zaplanowaną na godziny. Co więcej, zauważyłem, że siedząc w domu lub na wyjeździe mam większą łatwość zabrania się do pracy i mniejszą skłonność do odkładnia. Lenistwo jako lek na prokrastynację – brzmi ciekawie.

Stąd decyzja o dramatycznym ograniczeniu zadań.. Tak jak pisałem w odpowiedzi Piotrowi dla mnie etat stracił sens. Muszę siedzieć na tyłku 15 dni w miesiącu (i tak mało), w sytuacji, w której w 2 dni jestem w stanie zarobić równowartość 12 dniówek etatu. Logiki w tym zero. Drugi pracodawca płaci jeszcze gorzej – częściowo w efekcie polityki podatkowej państwa (składki 29% i podatek 32%) netto dostaję o połowę mniej niż brutto. Ten pójdzie na pierwszy ogień.

Natomiast wróćmy do tematu wpisu – korzyści z rzucenia większości pracy etatowej:

  • odzyskane 10 dni w miesiącu, które mogę przeznaczyć na rodzinę, wieś, bloga, firmę, naukę nowego zawodu, remonty – na co tylko zechcę,
  • zwiększona motywacja do czynności przynoszących wymierne efekty,
  • znacznie lepszy sen i ciśnienie krwi,
  • brak uczucia zagonienia, kiedy dzień rozpoczyna się o 5.30, a kończy o 21 (czasami do 12 miałem już napisane 4 strony książki), zamiast zaczynać o 17.30 po zjedzeniu obiadu i drzemce i kończyć o 21,
  • więcej odhaczonych ważnych zadań, przy lepszej jakości pracy (mniej błędów do poprawy).

Wszystko to za cenę zmniejszenia dochodów z etatu o 43% brutto i ledwie 33% netto (podatki!).

Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.

Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.

W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.

Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.

Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.

Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.

Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.

Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.

Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.

Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.

Cienka granica pomiędzy wegetacją a życiem.

Ten wpis stanowi rozwinięcie dyskusji w komentarzach, które siłą rzeczy, posiadają ograniczoną pojemność. Pierwotny wpis odnosił się do zasugerowanej przez Adama z bloga warsztatadama.pl kwoty 3875 zł jako pewnego miesięcznego minimum do życia na wsi (wg cen z sierpnia 2023 r.) , ale dyskusja zeszła trochę w bok, czy te ok. 4000 zł plus świadczenia na dziecko, oznaczają życie czy wegetację. I czym oba te stany istotnie są?

Definicji „życia” nie sformułujemy, ale „wegetacji” – jak najbardziej. Według Wielkiego Słownika Języka Polskiego (wsjp.pl) „wegetacja to życie ograniczone do zaspokajania podstawowych potrzeb biologicznych, bez perspektyw, bez możliwości zaspokojenia potrzeb emocjonalnych, intelektualnych, kulturalnych.”. Doszliśmy do konkretu.

Podstawowe potrzeby biologiczne określił już Seneka w „Listach moralnych do Lucyliusza” – jedzenie, dach nad głową, ubranie. Tyle potrzeba, by przetrwać. O ile mamy swój dom na wsi, będziemy płacić za media, podatki itp. ok. 490 zł przy 3-osobowej rodzinie. Jedzenie, leki, kosmetyki, chemię, kupimy za 1500 zł. Skoro blogerka godnezycie.blogspot.pl żywi 6 osób (w tym 5 dorosłych, a niektóre ze specjalną dietą) za 1800 zł/m-c, my damy radę z trzema. Ubranie kupimy za 150 zł. Tyle potrzeby biologiczne, do których dodałem jeszcze transport i wyszło mi 2440 zł/3-os./m-c.

Potrzeb emocjonalnych nie zaspokoimy pieniędzmi lecz relacjami, więc możemy je pominąć.

Inaczej będzie w przypadku potrzeb intelektualnych, kulturalnych. Tutaj jakąś minimalną chociaż kasę trzeba mieć. Załóżmy kilka wariantów.

Pierwszy. Dziecko uprawia sport, uczy się języka obcego, chodzi do szkoły, dorośli czytają książki, interesują się muzyką. W moim przypadku (miasto) kosztuje to ok. 850 zł/m-c.

Wiele zajęć dodatkowych da się ogarnąć za grosze (muzyka, taniec w domu kultury), albo za darmo (koncerty od disco polo do Chopina). Sport syna kosztuje mnie 300 zł/rok z dwoma obozami. Wycieczki i wyjścia szkolne 250 zł. Angielski – 200 zł. Książki, gdybym ich nie kupował, mogę za 0 zł wypożyczyć w bibliotece. Żona podobnie.

Mnóstwo wydarzeń kulturalnych transmituje telewizja, istnieją teatry amatorskie, groszowe zajęcia plastyczne. Praktycznie wszystko.

I tu zastrzeżenie – piszę o średniej.

Drugi. Natomiast bywają oczywiście dzieci wybitnie uzdolnione (może jakieś 10-20%) i takie wymagają znacznie większej kasy. Wychowanie drugiej Igi Świątek, to dzisiaj koszty kilkudziesięciu tysięcy miesięcznie, podobnie noblisty. Studia w dalekim mieście kosztują 3500 zł (wynajem, dojazdy, jedzenie, książki) i nie każdego na to stać. Dlatego młodzież pracuje, dorabia itp. Ojciec kierowcy wyścigowego sprzed IIWŚ sprzedał kamienicę w Krakowie, żeby kupić synowi Bugatti. Nowy fortepian oznacza konieczność wyłożenia kilkuset tysięcy złotych. Dlatego np. Rafał Blechacz dostał go dopiero po wygraniu Konkursu Chopinowskiego, wcześniej ćwiczył w budynku Akademii Muzycznej.

Trzeci. Trafiają się też wyjątkowe głąby, którym trzeba korepetycji, albo dzieci o specjalnych potrzebach z uwagi na stan zdrowia (leczenie, rehabilitacja). Tutaj także koszty idą w grube tysiące.

Jednak „typowe” dzieciaki – wariant pierwszy stanowią 70-80% populacji. I do nich się odnosiłem.

I na koniec „perspektywy”. Tutaj trafiło nam się słowo wyjątkowo pojemne. Może oznaczać zarówno zakup mieszkania, nowego auta na 18-tkę, pokazanie całego świata, zwiedzonego razem, studia w Londynie itp. No i wtedy, faktycznie 4000-5000 zł wygląda śmiesznie mało.

Natomiast jeśli przyjmiemy coś, co jeszcze niedawno nazwano by „uczciwym wychowaniem” tj. zdobyty zawód, objechanie Polski, jakiś kapitał kulturowy – 4000 zł powinno wystarczyć na życie, które w mieście, w kupionym na kredyt trzypokojowym mieszkaniu kosztuje pracownika korporacji 2-3 razy więcej.

Stąd podtrzymuję swoje zdanie – 4000-5000 zł we własnym domu na wsi, to nie wegetacja, a życie. Chociaż często traktując naszą, wielkomiejską bańkę jako punkt odniesienia, wydaje nam się inaczej. Zwyczajnie, przyzwyczailiśmy się do standardu zagranicznych wakacji, dobrych aut, domów w ciekawych dzielnicach, własnych firm.

Jak uciec z wyścigu szczurów?

Pytanie, które stawiam w tytule, nurtuje większość osób po przekroczeniu trzydziestki. Jesteśmy już wystarczająco zmęczeni ciągłym kieratem, straciliśmy złudzenia co do natury korporacji i pracy w ogólności, a mamy jeszcze siły coś zmienić. Odrzucenie pośpiechu, pracy (z dojazdem) 9 -11 h dziennie wydaje się zachęcającą perspektywą. Jednak z każdego kąta szczerzy zęby rzeczywistość i zmusza do zastanowienia się: Jak to zrobić?

Prosta recepta. Najprostszą odpowiedź daje złota reguła finansów osobistych: Zmniejsz wydatki, zwiększ przychody, zgromadź oszczędności, albo najlepiej …. wszystko razem.

Punkt startowy. Znam to doskonale, codziennie obserwuję. Rodzina 2+zwierzak domowy, może z kredytem hipotecznym w dużym mieście swobodnie wydawać 8-9 tys. zł uważając, że żyje oszczędnie. Przy czwórce (2+2) będzie to 15k. Jasne, oszczędnie to oni żyją, tylko gdy porównają się z całym otoczeniem. Dlaczego? Ano dlatego, że wydają 80-110 % swojej wypłaty, pochłaniając jednocześnie wszystkie ekstra dochody (jakieś nagrody, obrywy). Na tym polega wyścig szczurów. Biegną coraz szybciej, a nic z tego nie wynika. Niby jakieś podwyżki są, ale ledwo nadążają za kosztami.

Plan. Recepta pokazuje tylko jedno – kierunki. Poza nimi konieczny jest plan. Musimy wiedzieć, co konkretnie trzeba zrobić i w jakim terminie. Przejdziemy te etapy po kolei.

Zmniejsz wydatki. Realną stawką, do której da się zejść to 1,5k/osobę. Rekordziści, w większych rodzinach, zmieszczą się i w 1k/osobę. Podobnie samotnicy. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. I tu przechodzimy do planowania. Skoro znamy poziom docelowy, jak działać, żeby do niego dojść?

Radykalnie ciąć w każdym punkcie. 1k na osobę to 450 zł na tzw. dom, 300 zł na jedzenie i 250 zł na wszystko inne. Gdy mówimy o 1,5k, myślimy 450 zł na dom, 450 zł na jedzenie i 600 zł na resztę. Gdzie tu miejsce na kredyt hipoteczny? No, nie ma. Gdzie na dwa auta? Też się nie zmieściły. Czyli co? Ano, przyjdzie Wam opuścić miasto, albo mega kombinować (pamiętacie wpis o nieruchomościach – kup duży dom i wynajmij na mieszkania?, zamieszkaj w na piętrze w domu rodziców), korzystając z obecnej zdolności kredytowej. Żadnych apartamentów (chyba, że za gotówkę lub w darowiźnie). Nie wierzysz, że się da? Poczytaj Frugalwoods albo… tego bloga.

Mój dom w mieście (już bez kredytu) kosztuje mnie z ogrzewaniem gazowym (drogo – 650 zł/miesięcznie) ok. 1,3 tys. zł. Ponieważ mieszkamy we trójkę wychodzi 433 zł/osobę. Gdyby grzać drewnem (piec zgazowujący, kominek z płaszczem), zamontować solary i FV, zejdziemy do 630 zł (gaz 100 zł, 50 zł prąd, 140 zł śmieci, 90 zł internet, 100 zł drewno, 150 zł woda, 40 zł podatek), a to już 210 zł/osobę. Na wsi będzie nawet taniej o wodę (-25 zł/osobę). Ale powiedzmy sobie szczerze, pięciopokojowy dom dla 3-4 osób to zbędny luksus. Spokojnie wystarczyłby 45m2 + antresola (3 sypialnie, salon z aneksem+łazienka). Jego eksploatacja, we współczesnym standardzie okazałoby się jeszcze tańsze. Zwłaszcza na wsi. Więc spokojnie da się zejść poniżej tych 433 zł/osobę za dom.

Temat 300-450 zł/osobę na jedzenie, wałkowałem na blogu wielokrotnie. Nie chodzi o głodowanie, życie na kluskach, lecz produkcję, gotowanie w domu, kupowanie u producentów, więc taniej. Skoro blogerka godnezycie.blogspot.pl może, to i Ty też, bez problemu dasz radę. Nie wymiękaj. Nawet alkohol da się wyprodukować, a co dopiero herbatki, chleb, wędliny, warzywa, owoce czy przetwory.

Teraz pole – „pozostałe”. Tutaj zalecam umiar. Kupujemy chemię i kosmetyki. Ktoś bierze stałe leki (jak ja), potrzebujemy ubrań (niekoniecznie markowych i nowych), a dzieci edukacji (tylko formalnie bezpłatnej). Dorosły paradoksalnie kosztuje taniej, bo już nie rośnie, a zajęcia dodatkowe znajdzie bezpłatnie. Auto? Da się je objechać tanio – Fiat Panda z gazem, samoobsługą i przebiegiem 500 km/miesiąc kosztuje nas 250 zł. Przy trzyosobowej rodzinie – 83 zł/osobę, tyle co bilet miesięczny. Do 600 zł/osobę zostaje nam jeszcze sporo, więc upchniemy jakieś tanie wakacje (mój syn – dwa obozy sportowe rocznie – razem 2000 zł, plus wyjazd nad jezioro ze znajomymi na dwa tygodnie), minimalne zajęcia dodatkowe (godzina języka, sport, obiady w szkole), ciuchy, kosmetyki i chemię. Trzeba się nakombinować, nie powiem. Bezdzietna para zrobi to taniej. Bo przecież za 800 zł opłacą pole namiotowe na tydzień, drugie tyle przeznaczą na jedzenie, coś tam na dojazd i mają wakacje za 1800 zł, czyli 75 zł/osobę/miesięcznie. Nie we Władysławowie lecz nad jeziorem, ale czy koniecznie musi być morze?

Razem wydatki, jako się rzekło 1,5 kzł/osobę, co oznacza:

  • 1,5 tys. zł – singiel,
  • 3 tys. zł – para,
  • 4,5 tys. zł -rodzina trzyosobowa,
  • 6 tys. zł – rodzina z dwójką dzieci.

Zwiększ dochody. Trudno mieszkać na wsi i zarabiać w korpo 20 k/2 os. Pomijam konfederacki ideał – zdalna w IT. Ale czy musi być korporacja? No nie. Ogarnięty człowiek, pracą fizyczną zarobi te 50 zł/h netto. Nie trzeba rąbać za minimalną w sklepie czy budżetówce. Przyznał to nawet prezydent Andrzej Duda. Więc niech 11h zmieni się w … właśnie w ile? Dwie osoby pracujące po 20 h tygodniowo (lub jedna 8h), wyrobią 170h/miesiąc, czyli 8500 zł. Na parę – aż nadto. Na trójkę, czy czwórkę – z 800+, także.

A minimalna (22 zł/h)? Niech będzie, w końcu to wieś. 3700 zł/170h. Na dwójkę starcza. Trójka ma 1500 zł zapasu (ze świadczeniami od państwa). Czwórka – tu już będzie brakowało 700 zł (6000-5300).

A może wcale nie warto zawracać sobie głowy etatem? 3700 zł na 2 osoby to 20 dób pracy dniówkowej. Jedna łazienka zrobiona w mieście przez głowę rodziny, raz na kwartał (2-3 tygodnie pracy).

Jeszcze inaczej zdarzy się, gdy dysponujemy przychodem pasywnym. 18 k rocznie (1 osoba) to 5% od 360 tys. zł. 36 k (dwójka) od 720 tys. zł. 54k (trójka) od 880 tys. zł (+… 800+), 72 k od 1.050 tys. zł. Sporo. Większość jednak będzie zmuszona pójść do pracy.

No, ale miało być o zwiększeniu dochodów, a ja już o zmniejszeniu. Wracamy na ziemię. Może żeby zdobyć pewne oszczędności, trzeba będzie pojechać na saksy, może wziąć popołudniową pracę, może zmienić robotę. Na jakiś czas – 3-5 lat. A potem rozkoszować się wynikiem – zwiększonymi oszczędnościami. I ucieczką z wyścigu szczurów.