Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
filozofia – Strona 7 – Oszczędny Milioner

Idea miasta 15- minutowego

Jednym ze sposobów myślenia o urbanistyce jest koncepcja 15-minutowego miasta. Czyli takiego planowania przestrzennego, w którym mieszkańcy mają 15. minut do zaspokojenia podstawowych potrzeb. A może ten postulat wprowadzić w nasze życie?

Nowe prądy nie dotarły do polskich miast. Co więcej widzę pewien regres w stosunku do PRL-u. Wtedy planowano całościowo. Ot, moje osiedle. Położone na wzgórzu. Na dole domki, potem bloki, a w środku sklepy, przedszkole, żłobek i przychodnia. 5  minut piechotą do kościoła/przystanków,  parku. 10 do szkoły (podstawówka/liceum), uniwersytetu, kina i dużego marketu (tego akurat nie planowano), 15 minut teatr, cmentarz, szpital. Wszystko na piechotę. Z dwóch stron osiedle opasuje droga dwupasmowa, w środku tylko niewielkie uliczki, parkingi i mnóstwo zieleni plus duży płać zabaw. Kto tak dzisiaj buduje? Poza kościołem i marketem wszystko powstało w latach 70- tych.

Żaden deweloper nie marnuje przestrzeni na park czy szkołę. Ma być Żabka, jakąś przychodnia, gabinet kosmetyczny i to wszystko.

A w Paryżu?  W covidzie powstała idea dołączenia do każdej dzielnicy farmy miejskiej. Żeby w razie czego stworzyć podstawy wyżywienia. Pamiętacie ze szkoły oblężenie Leningradu? Wielkie miasto przez wiele miesięcy musiało się wyżywić samo. Czy w razie W nam by się to udało?

Na moim osiedlu, pewnie tak. Mieszka w nim ok. 5000 ludzi. Powierzchnia ok. 25 ha tj. 250.000 m2. 50m2 na osobę. Oczywiście część zabudowana (ale dachy płaskie), część  zabetonowana, ale z drugiej strony mamy doniczki, balkony, możliwość rolnictwa ” w pionie”, w każdym mieszkaniu może mieszkać królik.  Te 50m2 na osobę to 1/8 farmy Darvaesów. Oni produkowali 2.7 tony rocznie. My możemy 350 kg. To ok. 1kg dziennie. Efekt – 2600 kcal. Wystarczy by przeżyć.

Teraz idea miasta 15-minutowego nie wydaje się możliwa do zrealizowania na nowych osiedlach. Sprawdza się tylko w przypadku miast powiatowych. Ot, takie Kozienice, powierzchnia 10 km2 (moje miasto – kilkanaście razy więcej). Dużo lasów, jezioro, basen, sklepy. Dłuższą przekątną miasta da się pokonać w 15 minut rowerem (5 km), bądź autem. Jeżdżą autobusy (bezpłatne – uwierzysz Warszawiaku?). Gdyby tylko nie brakowało nieźle płatnej pracy, byłyby idealnym miejscem do mieszkania. I właśnie brak sensownej pracy dla każdego torpeduje ideę miasta 15-minutowego w Polsce. W dużych miastach – poza starymi osiedlami – nierealne, w mniejszych ludzi uciekają, nie mogąc znaleźć zatrudnienia.

Konto spełnionych marzeń. Najlepszy sposób na utrzymanie silnej motywacji do oszczędzania i zarabiania.

Jak nazywamy kogoś, kto stara się odłożyć jak najwięcej, a potem wszystkie oszczędności pcha do materaca lub na konto, żyjąc jak nędzarz i nigdy nie wypłacając? Sknera. To godna współczucia osoba, podobna do Golluma, Smauga i paru jeszcze rzeczywistych lub wymyślonych postaci. Jednym ze sposobów, by się nią nie stać – założyć „Konto spełnionych marzeń”. Czy ono jest?

Celowym rachunkiem oszczędnościowym, z którego musimy wypłacać kasę, na nasze marzenia. Marzeniami mogą być przedmioty lub przeżycia (atrakcje). Jak to działa pokażę na przykładzie.

Marzył mi się własny używany fortepian Steinway’a lub Bechsteina. Odkładałem więc środki z nagród w pracy, nie dla samego odkładania, lecz aby taki fortepian sobie kupić i na nim grać. W dwa lata dałem radę.

Myślałem o Porsche. Część dochodów z firmy lądowało na „Koncie spełnionych marzeń” aż taki wóz stanął pod moim domem.

Sprawdziłem na sobie, takie założenie motywuje nas do cięższej pracy, do oszczędzania, a jednocześnie powstrzymuje przed staniem się sknerą. Rzecz jasna, marzenia mogą i powinny dotyczyć też spełnienia marzeń naszych najbliższych. W ten sposób moja żona dostała wymarzonego Fiata 500, a syn wyjazd do Włoch.

A zatem musimy wykonać trzy kroki: ustalić nasze marzenie i założyć kontro, ustalić w jaki sposób będziemy je zasilać – dodatkowymi zleceniami, nagrodami za wyniki w pracy, zyskami z inwestycji, stałymi kwotami. I trzeci, najtrudniejszy – zrealizować. Jeszcze raz pokażę te kroki w praktyce.

Ustalenie marzenia. Citybreak w Rzymie – kwota 6000 zł (bilety lotnicze, nocleg dla 2 osób, jedzenie, wstępy)

Źródło zasilenia. 100 zł odprowadzane co miesiąc na konto oszczędnościowe (stałe zlecenia) plus 5% od każdej transakcji (tzw. saver – funkcja konta) – ok. 400 zł/m-c. Razem ok. 500 zł/m-c i 6000 zł/rok.

Zrealizowanie. Realizacja planu potrwa chwilę. Ile? Jeżeli plan powiedzie się ok. 1 rok.

A jakie są Wasze marzenia?

Przeniesienie się na wieś. Dalsze przemyślenia – tym razem o dojeździe.

Nigdy nie ukrywałem, że w moim przypadku największym problemem w przeprowadzce na wieś wydawał się dojazd. To nietypowe, bo akurat kasa miała znaczenie drugorzędne – dom kupiłem wiele lat wcześniej, nie musiałem zaciągać kredytu na remont. Natomiast czas i sposób dojazdu mieszały mi w głowie.

Pierwszy problem – czas. Porozmawiałem z grupą moich znajomych, którzy dojeżdżają 10-11 km do centrum (z czego 4-5 km przez miasto). Twierdzą, że dają radę bez kłopotów, a na stanie mieli dwoje, a nie jedno dziecko. U mnie – 3 razy dalej, ale głównie przez wsie i 1/3 dwupasmówką (albo 3/4 jeżeli wybiorę dalszą drogę). Co to oznacza? Z 10-15 minut w tym momencie – robi się 35-40 minut. Ale gdy szedłem piechotą – 30 minut i już różnica całkiem niewielka. Dziennie – od 20 do 50 minut różnicy. Dwupasmówką dojeżdżam prawie pod samo biuro.

Puryści doliczyliby dojazd syna do szkoły i na zajęcia. No i wtedy wszystko przestaje być proste. Może dojeżdżać z nami (pracujemy z żoną razem) a potem 2-3 przystanki autobusem. Może być przez nas wożony (dodatkowe 15 minut w jedną stronę). A sport? 3 razy w tygodniu treningi – ktoś musi z nim zostać, a drugie wsiadać wcześniej w pociąg.

Za dwa lata idzie do liceum i wtedy albo zyska jadąc z nami (dwa dobre licea w sąsiedztwie naszego biura) albo straci (szkoła blisko starego osiedla), albo będzie mu to obojętne (liceum sportowe kilkaset kilometrów od domu).

Nic tu nie jest jednoznaczne, sporo zależy od przyszłych wyborów. W optymalnej wersji – 20 minut różnicy, w złej dodatkowe 1,5 godziny w plecy. Jesteśmy po rozmowach w domu i plan generalnie zakłada – sportowe, w awaryjnej wersji liceum + sport w mieście powiatowym (dojedzie pociągiem w 10 minut).

Trzeba też pamiętać, że żona pracuje inaczej niż ja. U mnie to 3 dni w tygodniu plus czasem dodatkowy przyjazd w potrzebach firmowych, u żony 5 dni. Jeżeli policzymy czas efektywny (odejmiemy zwolnienia, urlopy, pracę zdalną) – wyjdzie nam: żona 4 dni, ja 2 dni. I po prostu trzeba będzie lepiej planować przez pewien czas (podstawówka syna). Nie ukrywam, cały czas namawiam małżonkę na własną nierejestrowaną działalność zamiast etatu, ale na razie woli dojeżdżać, bo lubi stabilizację.

Drugi problem – kasa. Jak powiedziałem – u nas drugorzędny. Natomiast muszę go wyliczyć. Nastąpi zmiana w parku aut. I tak – głównym środkiem dojazdu stanie się nasz „elektryk”, bo będzie tani (15 zł/100 km przy ładowaniu z gniazdka), a drugim autem na wyjazdy do dorosłych synów, ew. szkoły sportowej – Lexus lub Toyota w hybrydzie (36 zł/100 km). Przy przebiegach ok. 30 tys. km rocznie (pół na pół – same dojazdy do miasta ok. 12-15 tys. km) – nieco ponad 7500 zł na paliwo (650 zł/m-c). Bez tragedii. W mieście ok. 20-25 tys. km z nieco większym zużyciem czyli nie mniej niż 6000 zł (500 zł). Pozostałe koszty utrzymania byłyby bardzo podobne w mieście (większe zużycie na krótkich trasach). I to wyliczenie +150 zł m-c na paliwo wydaje się bezproblemowe. Oczywiście niektórzy po prostu dodaliby dodatkowy „przebieg wiejski” – 15 tys. km i cenę paliwa (np. 36 zł/100 km). Wtedy wyszłoby 450 zł/m-c.

„Biedni w bogatym kraju”. Kolejna książka o „prawdziwej białej Ameryce”.

Dzisiaj miał się ukazać kolejny wpis z serii o budowaniu zamożności, ale wydarzenia międzynarodowe (spotkanie Zełenski-Trump-Vance) skłoniły mnie do przyspieszenia i napisania o „prawdziwej białej Ameryce” oczami dwójki dziennikarzy czyli książce „Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu” Nicolasa Kristofa i Sheryl WuDunn.

Lektura pozycji wydanej oryginalnie w 2020 r., a napisanej w trakcie kampanii wyborczej przed pierwszą prezydenturą Donalda Trumpa, pozwala otworzyć oczy lepiej niż „Elegia dla bidoków” J.D.Vance. Dlaczego? Ponieważ nie jest klasycznym reportażem, ale zawiera szereg danych statystycznych. I właśnie one porażają.

Nicolas Kristof urodził się i wychował w Yamhill w Oregonie. Należał do klasy uprzywilejowanej, jego rodzice pracowali umysłowo, skończył prestiżowe studia i zdobył pozycję dziennikarza z ogólnokrajową rozpoznawalnością. Teraz opisuje losy kolegów z dzieciństwa, którzy nie mieli tyle szczęścia.

W oryginale tytuł nie brzmi tak dramatycznie „Tightrope. Americans reaching for hope”, ale jak powiedziałem – dzięki statystyce opowieść jest porażająca. Jednoczesnym oskarżeniem, jak i diagnozą przyczyn.

Zacznijmy zatem od wysokiego „C”. Czy wiecie, że długość życia przeciętnego amerykańskiego białego mężczyzny z klasy niższej (czyli właśnie tych „hillbillies”, „rednecks” itd.) jest równa Pakistańczykom, Mołdawianom (najbiedniejszy kraj Europy) czy mieszkańcom Sudanu? I nadal spada. Tacy Bidenowie, Trumpowie, Muskowie żyją ponad 80 lat, a bohaterowie książki Greenowie, Knappowie, Goffowie, dwadzieścia lat krócej. Zmagają się z bezrobociem, narkotykami, alkoholizmem, rozpadem rodzin i… nadal masowo głosują na miliardera Trumpa. Jak to możliwe?

Diagnoza jest ważna również w kontekście Polski. Zachodzi tu bowiem podobny mechanizm. Otóż, ci zalani alkoholem, zamroczeni narkotykami, wielokrotnie karani, z nieślubnymi dziećmi uważają siebie za…. konserwatystów ponieważ: wierzą w Boga i Amerykę, kochają broń i wolność oraz nienawidzą kolorowych. System stworzony przez miliarderów rąbie ich w głowę na każdym kroku (ograniczenie programów mieszkaniowych, zaostrzenie kar za narkotyki i jazdę po pijaku, opiłowanie tanich ubezpieczeń zdrowotnych), a oni głosują na miliardera i kibicują mu, gdy zapowiada (rozmowy z 2017 r.) dalsze ograniczenia praw klasy średniej, do której jeszcze niedawno aspirowali. Kristof tłumaczy to (i nie sposób się z nim nie zgodzić) niewiedzą, beznadzieją, brakiem jakichkolwiek perspektyw. Wybory jego kolegów, w większości już nieżyjących, ich dzieci i wnuków, sprowadzają się do dowaleniu „bubkom z NY czy Kalifornii”, a nie poprawie własnego stanu. W to już nie wierzą. Być może słusznie, bo jakie ma szanse na poprawę gość, który nie skończył liceum, waży 180 kg, żyje z dorywczych prac za 7-8 USD/godzinę (średnia zarobków poniżej 20 tys. USD rocznie przy ogólnoamerykańskiej 70 tys. USD), ma 5 wyroków za narkotyki, jazdę na bani, rozboje, rzuciła go żona, dzieci nie widział od miesięcy, mieszka z matką itp. Kompletnie nie wpisuje się w „American dream” lecz ciągle powtarza słowa jednego z prezydentów sprzed stu lat „Amerykanie nie są narodem tych co nie mają i nie mają, ale tych co mają lub za chwilę będą mieli”, nawet jeśli przeczy temu doświadczenie życiowe. Ich ojcowie, również alkoholicy, mieli jednak pewną pracę, konkretny zawód, żonę, dzieci i mieszkali we własnym domu na kawałku ziemi, a oni majątkiem, pozycją zawodową itp. podobni są do czarnych, którymi głęboko gardzą.

A jaki ma to związek z bieżącymi wydarzeniami politycznymi? Otóż, poparcie większości tych ludzi dla Trumpa/Vance’a, połączone z zasadami wyborczymi (stan liczący kilkaset tysięcy ludzi ma tyle samo senatorów co 40 mln mieszkańców Kalifornii, a elektorów prezydenckich i reprezentantów nadal nieporównywalnie więcej w przeliczeniu na liczbę ludności) może na lata zabetonować system. Efekty już widzimy. Obrażenie się na Europę, podziw dla Rosji, podejmowanie idiotycznych wojenek z sąsiadami (Kanada, Meksyk). Do czego to prowadzi?

Znowu. Sięgnijmy do historii. Finansowi arystokraci (oczywiście nie mieli żadnych tytułów, lecz majątek) z Południa, poczuli się silni i w kontrze do Jankesów ze Wschodniego Wybrzeża doprowadzili do głębokiego pęknięcia, które zakończyło się Wojną Secesyjną i zahamowało rozwój pozycji międzynarodowej USA na dziesięciolecia. Wpływowi Amerykanie jeszcze długo po wybuchu I WŚ kompletnie nie byli zainteresowani Europą. Ich nastawienie zmienił dopiero Ignacy Paderewski, jako przyjaciel prezydenta Wilsona. Teraz ten schemat wraca. Paradygmat z XIX w. – interesów USA w obszarze obu Ameryk i Pacyfiku, właśnie widzimy.

Oczywiście, sytuacja międzynarodowa jest już inna. Wtedy nie istniały silne Chiny, Indie. Iran czy Korea Płn. nie dysponowały bronią atomową, ani żadną dającą taką przewagę na polu walki. Gospodarczo USA stracą na wojnach celnych z Chinami, UE, Kanadą czy Meksykiem, więcej niż zyskają. A mimo to pchają się w ten konflikt ekonomiczny. Rzecz jasna stracą wszyscy, no może poza Rosją. Tu warto podać prosty przykład. Cła na europejskie samochody – 25%. Kto na tym ucierpi? Chyba jednak nie Europa. W USA sprzedają się głównie modele premium: Porsche, BMW, Mercedes, Volvo oraz tanie – Volkswagen. W koncernie Stellantis są też marki amerykańskie. Ich zmiany nie dotkną. Cały import z Europy wynosi 820 tys. aut. Volkswagen – główny gracz, ma 4% rynku i … większość produkuje w Meksyku. Oczywiście i na nie Trump nałoży cło. Europejskie firmy zmniejszą udział, aczkolwiek 644 tys. aut na rynku amerykańskim w przypadku Volkswagena to niewiele, bo sprzedaje rocznie 9 mln aut, a nawet 25% cła nie ograniczą jego udziału w rynku do 0. Producenci premium znajdują się w jeszcze lepszej sytuacji – BMW czy Mercedes (oraz co jasne Porsche, Ferrari itp.) są za oceanem symbolem statusu. Bogaci kupią je i tak, nawet po podwyżce. Ktoś, kto chce Mercedesa S-klasse nie kupi Forda F-150, Tesli lecz raczej Lexusa. Nawet najniższe cła nie zmuszą Europejczyków do zmiany Dacii Sandero na Forda Explorera, bo to całkiem różne auta, a Ford zawsze będzie droższy.

A w drugą stronę? Jedynym istotnym amerykańskim graczem w Europie jest Tesla. I ona dostanie po krzyżu. To już się dzieje, sprzedaż spada. Zresztą, o czym Trump zapomina, głównym atutem USA jest handel. Wszczęcie wojen celnych, utrudni funkcjonowanie istniejących szlaków oraz spowoduje brak nowych. A jeśli UE zahamuje udział amerykańskich platform streamingowych (damy radę bez Netflixa), handlowych (Amazon,) firm technologicznych (Apple) obłoży je podatkiem – straty korporacji amerykańskich okażą się większe niż zyski. Wyrugowanie koncernów farmaceutycznych (na marginesie – czy wiecie, że fentanyl został w USA wprowadzony i zatwierdzony jako lek przez miejscową BigPharmę i państwową agencję? – ja dowiedziałem się z opisywanej książki) wręcz załamie gospodarkę USA.

I ostatni aspekt. Wojna ze wszystkimi nigdy się nie opłacała. Z bliskimi sąsiadami (Meksyk, Kanada) jeszcze mniej. Za wszystko zapłacą właśnie „biedni biali”. To oni najbardziej przeżyją inflację (nieuchronną, gdy cła na towary z Chin wzrosną 25%), dalszą redukcję miejsc pracy i obcięcie programów społecznych. To oni dostaną rykoszetem przy zaostrzeniu prawa antynarkotykowego. W gorszej sytuacji znajdą się tylko Latynosi, którzy nota bene głosowali na Trumpa. A Europa? Poniesie spory koszt zbrojeń, przeorientuje sojusze, przestawi gospodarkę na inny tryb (czy wiecie, że Skoda produkowała kiedyś ciężką broń?) i wyjdzie z całej sytuacji zwycięsko.

Rzuciłem drugą pracę. Co się dzieje, kiedy zmniejszam zobowiązania zawodowe?

Niespełna 3 tygodnie temu cisnąłem papierami i teraz pracuję w systemie wtorek-czwartek oraz prowadzę małą działalność gospodarczą. Ponieważ kilkanaście dni pozwala na wyciągnięcie pewnych wniosków, zrobiłem to i chcę się z Wami nimi podzielić. Co się stało i co się nie stało?

  1. Płacę mniej podatków i składek.

Paradoks systemu podatkowego w Polsce polega na tym, że im więcej pracujesz (zarabiasz), tym wyższe podatki płacisz. Tak działa tzw. progresja w podatku dochodowym od osób fizycznych. Dodatkowo akurat etat jest najgorzej opodatkowaną formą zdobywania pieniędzy. Jak to działało w moim przypadku?

Otóż władza populistów przyczyniła się do gigantycznego wzrostu pensji, za którym nie poszło analogiczne zwiększenie progów podatków i składek . Paradoks zrozumie każdy, kto zna zjawisko inflacji. Wytłumaczę je na moim przykładzie. Od 2014 r. zarabiam nieco ponad 2,5-krotność średniej krajowej, która w 2015 r. wynosiła 4121 zł. Pierwszy próg podatkowy był wtedy na poziomie 85 tys. zł czyli ktoś zarabiający przeciętnie znajdował się na poziomie 0,58 progu zobowiązującego zapłaty 32% podatku. Tym sposobem, rozliczając się z żoną, byłem w stanie zejść pod próg, mając 2,6 krotność średniej krajowej (ona ok. 60% średniej), a więc razem 1,8 kwoty I-go progu podatkowego. Teraz zarabiając podobną krotność średniej krajowej, pomimo podwyższenia progu, w 2024 r. byliśmy na poziomie ponad 2,8 jego wartości, czyli płaciliśmy podatek 32% od prawie 100.000 zł. Stało się tak pomimo iż w stosunku do przeciętnego wynagrodzenia zarabialiśmy podobnie. Miłośnicy Jarosława powiedzą „Ale obniżono podatek w pierwszym progu skali z 18% do 12% oraz dodano kwotę wolną 30.000 zł zamiast 3091 zł”. I na to mam odpowiedź. Ponieważ jednocześnie wprowadzono zakaz odliczenia składki zdrowotnej od podatku i zmieniono podstawę tej składki (tam ulgi nie ma). Tym samym, nawet ktoś zarabiający przeciętnie zapłacił tych danin….. dwa razy więcej.

Popatrzcie: 4121 x 12 = 49.452 zł -3091 = 46361 zł x 19,25%=8924 zł, podczas gdy teraz:

8900×12=106.800 zł-30.000=76.800 *0,12= 9216 zł (podatek) + 106.800 x 9% = 9612 , a razem 18.828 zł.

Niby zarabia 2 razy więcej, ale faktycznie tyle samo, bo 1 średnią krajową no i wydatki też wzrosły prawie 2-krotnie, podobnie jak obciążenie podatkowe.

Ale wróćmy do mnie. Niekorzystna zmiana systemu opodatkowania oznaczała dla mnie, nie tylko zapłatę ok.32.000 zł dodatkowego podatku dochodowego, ale i 27.000 zł dodatkowej składki zdrowotnej. Razem prawie 60.000 zł więcej (i na składkę nie działają żadne ulgi). W efekcie – cała druga pensja opodatkowana była następująco: 32% podatku (0 zł kwoty wolnej, bo tę już wykorzystałem), 9% składki zdrowotnej, 13,71% składek społecznych. Razem: 54,71% podatków i składek. Niektórzy doliczyliby jeszcze 2% PPK, ale ja uważam je za oszczędność. Co to znaczy w praktyce? Moja pensja netto wynosiła jedynie 45% pensji brutto. Nieźle, prawda? W rzeczywistości nie traciłem zatem ok. 10 tys. zł miesięcznie (brutto), lecz ledwie 4500 zł (54 tys. zł/rok). Kwota zapłaconych podatków i składek spadła przy tym o o 66 tys. zł rocznie.

2. Nie straciłem tak wiele dochodu.

Napisałem o tym powyżej. Realnie moja pensja zmniejszyła się o 4500 zł/m-c (już po uwzględnieniu nagrody rocznej). Gdybym doliczył ponoszone dodatkowo wydatki (składka na zz), dotarcie do pracy (koszt + niezapłacony czas), składki, ubranie, wyjdzie mi ok. 4200 zł. I tę sumę muszę brać pod uwagę w rozliczeniach.

3. Odzyskałem sporo czasu.

Nominalnie 2 razy w tygodniu = 104 dni w roku x 9,5 godziny (dojście + praca+powrót) = 988 godzin/rok = 82,33 h/m-c.

Realnie wygląda to inaczej. Od 104 dni muszę odliczyć urlop (20 dni) oraz dni ustawowo wolne (3) oraz typowe zwolnienia (4 dni). Zostaje 77 dni. Ale…. przychodzenie 2 dni w tygodniu do pracy, wcale nie oznacza, że w inne nie mam żadnej roboty. Pracodawca zawracał mi głowę i w pozostałe, a także w czasie urlopu. Szacuję, że było to dodatkowych 25 dni (4 godziny/tydzień). Stąd wynik wydaje się prosty – 103 dni w roku (978,5h).

Teraz mój weekend zaczyna się w czwartek po południu, a kończy we wtorek rano. .

4. Trzeba było ten czas zagospodarować.

Zagospodarowanie dodatkowych 978,5 h rocznie nie nastręczało wielkich problemów. Mogłem:

  1. znaleźć podobną pracę, ale za wyższą pensję (i płacić jeszcze więcej podatków),
  2. zaliczyć dodatkowo nawet 978,5 h płatnych godzin w firmie (podobny skutek jak etat),
  3. wykonywać w tym czasie prośby innych. Słowa mojego syna: świetnie, to przyjedziesz wyremontować mi mieszkanie. Żona też znalazła dla mnie jakieś zajęcie: będziesz mnie woził do pracy i robił zakupy.
  4. spełniać marzenia (wydanie i promocja książki, przeprowadzka do domu na wsi, stworzenie prawie samowystarczalnego siedliska, inwestowanie itp.).
  5. lenić się.
  6. podzielić czas pomiędzy zajęcia z punktów 2-5.

Co wybrałem? Ponieważ do tego kroku przygotowywałem się od 6 miesięcy, wiedziałem doskonale, że wybiorę pkt 6. I tak (wartości roczne):

  • 260 godzin przeznaczę na firmę,
  • 260 godzin na prośby innych,
  • 400 godzin na własne marzenia,
  • 58,5 godziny na lenistwo.

Dzięki temu i zarobię dodatkowo ok.2 tys. zł/m-c, i zrobię te zakupy do domu, i spełnię marzenia i będę miał statystycznie ok. 1 godzinę tygodniowo na poleżenie do góry brzuchem. Wróćmy do istoty – odzyskałem 978,5h, podczas których zarabiałem 4,5 tys. zł/m-c, a teraz poświęcam na firmę 260 godzin (27%), a zarabiam 2 tys. zł/m-c (44%). Czysty zysk. 12`

5. Wydaję mniej.

Ten paradoks akurat łatwo wytłumaczyć.Do pewnego stopnia, im mniej pracujemy, tym mniej wydajemy. Unikamy bowiem pułapki konsumpcyjnego stylu życia i mamy opcję kupić/zrobić wiele rzeczy taniej, albo całkiem z nich zrezygnować.

Prosta sprawa. Od kiedy ponownie (po 15 latach) przejąłem całkowicie robienie zakupów na tzw. życie, kwota wydatków na nie spadła o 50%. Jak to możliwe?

  • 20% bierze się z metody kupowania. Moja żona idzie i zbiera z półek, co jej się przypomni, a ja wybieram się do sklepu z listą. Nie ma na liście – nie kupuję. Do tego listę spisuję na podstawie planu posiłków (dzięki http://godnezycie.blogspot.com).
  • 20% pochodzi z wytwarzania. Mam czas – zamiast kupować jogurt – robię go. Podobnie z serem, wędliną itp.
  • 10% wynika ze zmiany źródła zaopatrzenia i lepszego porównywania cen. Kto miał do czynienia z marketami, bazarkami, giełdami i zakupem od producenta – ten wie. Da się urwać spory procent.

Do tego dochodzi jeszcze brak wydatków ściśle związanych z drugą pracą: dotarcie do niej, składki, ubranie, II śniadanie, kawa, ubezpieczenie. Miesięcznie ok. 300 zł.

Muszę też zwrócić uwagę na DIY, po polsku „zrób to sam”. Planując remont domu na wsi, w znacznej części samodzielnie, zaoszczędzę ok. 80 dniówek. Według dzisiejszych stawek – kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nieźle. Tym sposobem dojdę do wartości…. mojej pracy etatowej, samą pracą na wsi. Nie chodząc do pracy, będę miał na to siłę i czas.

6. Więcej czasu spędzę z rodziną.

Ważny aspekt. Kiedy szedłem do porzuconej pracy, mój syn jeszcze spał. Czyli dwa razy w tygodniu nie widział mnie z rana. Z żoną mijaliśmy się w drzwiach łazienki. Teraz wygląda to inaczej. Jeśli planuję zakupy, odwożę ją do pracy. Młodemu dam radę zrobić śniadanie, albo wyjść po niego do szkoły z psem. Z teściem na spokojnie wypiję kawę i pogadamy. Brata wyciągnę na rower. Zadzwonię do siostry. Odwiedzę synów na drugim końcu Polski, nie tylko na mecz czy krótkie 2 dni, ale na tydzień (przy okazji jednak zrobię jakiś remont).Wreszcie jest na to czas.

No i na koniec.

7. Bilans czasowo-finansowy wychodzi dodatni.

Jak już pisałem – straciłem ok. 54 tys. zł/rok. Na wydatkach związanych z pracą zaoszczędziłem 3600 zł. Do tego zarobię w firmie dodatkowe 24 tys. zł/rok. Zaoszczędzę na życiu – 12 tys.zł/rok. Wykonam prac za 15 tys. zł/rok (w pierwszym – nawet 4 razy tyle). Dzięki inwestycjom zarobię dodatkowo 8500 zł, a na spełnianiu marzeń – drugie tyle. W sumie wyjdzie mi 72.600 zł na plusie, przy stracie 54 tys. zł. A zyskałem dodatkowo czas dla rodziny.

O negatywnych skutkach braku wiedzy matematycznej.

Matematyka jest królową nauk. Tę prawdę powtarzano mi od dzieciństwa. W końcu babcia przez lata uczyła tego przedmiotu, a mama przez chwilę go studiowała. Natomiast matematyka nie zrobiły ze mnie nigdy, W podstawówce byłem ledwie średni, a w liceum odpaliłem się… pośród humanistów i skończyło się szóstką. Potem w dorosłym życiu zdałem ważny egzamin zawodowy, ponieważ tzw. test na inteligencję (badanie zdolności intelektualnych) oznaczał w znacznej części sprawdzian z geometrii.

Stąd zawsze mnie dziwił brak elementarnej wiedzy matematycznej, takiej jak: nieumiejętność policzenia procentów, nieznajomość tabliczki mnożenia, ułamków ignorowanie podstawowych praw (np. mnożenie jest przemienne, a dzielenie już nie). Krótko mówiąc zejście na poziom słabego ucznia czwartej klasy podstawówki.

Nie budzi chyba wątpliwości, że taka niewiedza rodzi skutki w życiu prywatnym. Ktoś bierze drogi kredyt. Inny, inwestuje w okazję, która ma zwrócić się w 2 lata. Nie rozumie, jak działa podatek. Albo głosi mądrości, jak ta „W 2022 r w Japonii urodziło się 770 tys. dzieci. Jeśli rocznie 150 tys. jest porwanych to oznacza że co piąte, 20 % ! W życiu nie uwierzę w te dane.” narażając się na ripostę „bo oczywiście porywane są tylko te dzieci, co się w danym roku urodziły.”

Dlatego polecam matmę każdemu. Nie mówię o poziomie akademickim lub rozszerzonym (całki, pochodne, grafy, macierze) lecz zwyczajne podstawy: cztery działania, procenty, tabliczka mnożenia, początkowe działy geometrii (pola powierzchni, objętości), ułamki, proporcje itp. Dzięki nim łatwiej nam będzie w życiu i każdym korpo, ponieważ w lot zrozumiemy formuły Excela. Nie popełnimy błędów w inwestowaniu. Odczytamy sprawozdania finansowe. Zostając na poziomie niezbyt bystrego 10-latka, zwyczajnie utrudnimy sobie życie.

Opowieść o człowieku, który bał się ryzyka.

Dzisiaj czas na smutną historię. Po prawdzie, podobnych życiorysów widziałem wiele. Opowiem Wam o człowieku, który panicznie bał się ryzyka, a jeśli w końcu je podejmował, robił to źle, ryzykując w obszarach nad którymi nie posiadał żadnej kontroli. Startujemy.

Wybór kobiety. Nasz bohater jako dwudziestolatek poznał na domówce pewną dziewczynę. Nie była specjalnie ładna (no dobrze – wręcz uderzająco brzydka), ale zainteresowała się nim. Wprawdzie już przed ślubem zdradzała objawy lekkiej paranoi, właściwe dla chorobliwie zazdrosnej kobiety, ale miała też zalety: perspektywiczny zawód. No i kochała na zabój. Nic nie ryzykując, wzięli ślub.

Koszmar zaczął się już parę lat później. Jakikolwiek kontakt zawodowy z inną kobietą, nawet nie młodą i piękną, wywoływał sceny. Wszystko w domu musiałoby być tak jak żona chciała, wybierała wszystko od koloru krawata (obrzydliwe!) do przeznaczenia pieniędzy. Zamieszkali z jej rodzicami , w starym domu na wsi, i zamiast pójść na swoje ładowali pieniądze w cudzy budynek, jedynie za obietnicę przepisania.

I teraz uwaga doświadczonego człowieka. Planując małżeństwo nie można patrzeć wyłącznie rozumem. Trzeba dobrać sobie partnerkę/partnera o co najmniej miłej powierzchowności, a przede wszystkim charakterze. Związek z sekutnicą/tyranem nie może okazać się szczęśliwy, ponieważ, gdy jedna strona traktuje drugą jak własność, budzą się demony. Dlatego akurat życie osobiste stanowi ten obszar, w którym wręcz należy podjąć ryzyko. Nie mówię o związaniu się z pustakiem, ale myślenie „ładna, to same kłopoty, wolę zostać z brzydką” prowadzi do nieszczęścia. Jak w tej historii.

Praca. Tutaj akurat podjęto niekontrolowane ryzyko. Obejmując w strukturze korpo stanowisko dość eksponowane i zależne od łaski zarządu, można, jak mawiał Pawlak „z większym hukiem zlecieć”. Co więcej, zanim ta decyzja została wdrożona w życie, padła propozycja – sfinansowanie szkolenia eksperckiego, po którym pensja wyniesie nieco tylko mniej niż dyrektorska, a będzie praktycznie pewna. Wybrano (żona z pkt 1 wybrała) prestiż i nowe drzwi do domu teściów.

Na efekty czekano 15 lat. Zmienił się główny akcjonariusz, wymieniono zarząd i naszemu nie-ryzykantowi podziękowano. Wrócił na posadę za średnią krajową, na podjęcie nauki było już za późno – 10 lat do emerytury, kursy podrożały, a i głowa nie ta. Jako ekspert zarabiałby spokojnie 250% przeciętnego wynagrodzenia.

Auto. Także w tym obszarze, nasz bohater wykazuje się daleko idącą awersją do ryzyka. Po co jakieś piękności, skoro można wybrać klasykę? Nigdy nie spróbował kabrioleta, 4×4, wozu sportowego. Ba, nawet kombi czy SUV wydawały się zbyt ekstrawaganckie. Wybierał do bólu przewidywalnie: Opel Astra, Volkswagen Golf, Toyota Corolla.

Podatki. Ważny element układanki. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Praca etatowa – najwyżej opodatkowana, wydaje się najgłupszym wyborem. Zero ulg – bo jeszcze każą zwracać. A efekt – dochód opodatkowany na poziomie 50%.

Inwestycje. Wreszcie, w końcu to blog o pieniądzach. Dylematy inwestycyjne bohater opowieści rozstrzygał podobnie jak większość. Typowo, standardowo. Nigdy nie wziął kredytu na zakup choćby mieszkania, wolał przy teściach, co spowodowało potem konieczność spłaty w rodzinie (żona nie była jedynaczką). Nie ryzykował w akcjach ani funduszach. Lokaty, obligacje, nawet gdy przynosiły ten zawrotny 1% minus podatek Belki. W ten sposób zgromadził niewiele.

Finał: Skutek? Notoryczne życie bez radości (i z wredną żoną), ze skromnymi oszczędnościami i stresie, popsuło zdrowie i wyhodowało drugiego Golluma. Podsycana przez małżonkę zawiść, dawała znać w postaci braku przyjaciół, lecz tylko kolegów z korpo. Kiedy spadł ze świecznika, na którym wielu bezinteresownie dokuczył, mało kto podawał mu rękę. Powszechnie go nienawidzono. Na emeryturę przejdzie z finansami znacznie poniżej możliwości. Stary dom po teściach, kilkuletnie auto i dzisiejsze 100 tys. zł na lokacie, ot przeciętny zjadacz chleba.

Dlaczego tak smutno? Ponieważ znałem tego faceta jako pełnego życia dwudziestolatka. Z przerażeniem patrzyłem jak się zmienia. Jak osobiste nieszczęście (małżeństwo) zmienia go, zarówno psychicznie (zgorzknienie, cynizm, zazdrość, brak marzeń) jak i fizycznie (fizjonomia urzędnika z nowelek Prusa, tanie szare garnitury). Co zawiniło? Strach przed ryzykiem, przekonanie, że lepiej niewiele zyskać niż podnieść prawdopodobieństwo istotnej straty. Czasami odwiedzam go w małym, ciemnym pokoiku, schowanym w biurowcu na 1200 osób. Pijemy kawę i wspominamy stare czasy. Wychodzę chory, bo on już nawet nie potrafi wspominać bez cienia goryczy.

Tajny raport ZUS o emeryturach przedsiębiorców. Kolejna nieprawdziwa narracja.

„Dobrowolne ubóstwo. O konsekwencjach dobrowolnego ZUS dla samozatrudnionych” taki tytuł nosi podobno raport wykonany na zlecenie poprzednich władz ZUS przez Polską Sieć Ekonomii. Sam raport pierwotnie utajniono, a potem jednak przedstawiono opinii publicznej – https://www.zus.pl/documents/10182/24154/Raport+-+Dobrowolne+ub%C3%B3stwo.pdf/7456a747-c715-44ef-9431-d5c082e974cd?t=1737752803323 Czy jest się czego bać?

Zupełnie nie i już wyjaśniam – dlaczego. Generalnie, główny prezentowany wniosek sprowadza się do konkluzji – emerytury przedsiębiorców będą tak niskie, że „nawet po 30 latach” prowadzenia dg państwo dopłaci do minimalnego świadczenia – tragedia, więc trzeba zwiększyć składki, zlikwidować ulgi itp. I z nim trzeba się rozprawić.

Raport firmują Janina Petelczyc i Tomasz Lasocki. Po sprawdzeniu w wyszukiwarce CEIDG z uwzględnieniem wykreślonych „niespodzianka” – żadna tych osób (pierwsza ma rzadkie nazwisko, a w drugim przypadku pojawiają się usługi samochodowe i optyczne – nieadekwatne do przedmiotu zainteresowania) działalności gospodarczej nigdy nie prowadziła. Do tego Janina Petelczyc (politolog) publikowała regularnie w „Krytyce Politycznej”, a Tomasz Lasocki (z wykształcenia prawnik) rozbawia mnie do łez analizami https://www.gazetaprawna.pl/wiadomosci/kraj/artykuly/9555108,minister-pelczynska-nalecz-zszokowala-stwierdzeniem-ze-zus-jest-piram.html – w wielkim skrócie, błędnie rozkładając na czynniki pierwsze, działalność ZUS, pod kątem definicji piramidy finansowej (będzie o tym wpis).

Teza 1. Przedsiębiorcy płacą najmniej, jak to możliwe. Otóż – badacze Polskiej Sieci Ekonomii, która składa się z nie-ekonomistów, Ameryki nie odkryli. Średnia składka przedsiębiorcy jest niższa niż od minimalnego wynagrodzenia. Nie dlatego, że przedsiębiorcy oszukują, lecz z powodu różnych ulg („małych ZUSów”). Przeważająca większość płaci „najmniej jak się da”. Dlaczego? Ponieważ to się kalkuluje. Wrzucanie kasy w czeluść ZUS kompletnie nie ma sensu. Liczyłem wielokrotnie. Znacznie lepiej wychodzi ktoś, kto inwestuje w PPK czy IKZE, a jeśli potrafi – samodzielnie. Weźmy kogoś, kto „odkłada” w ZUS te 60% prognozowanego średniego wynagrodzenia, co daje 1015 zł m-c przez 40 lat. Na koniec dostaje 1800 zł (emerytura minimalna) przez niecałe 9 lat (mężczyźni). Przecież to kompletnie nie ma sensu. Gdyby odkładał „na boku” z zyskiem 5% po 40 latach zbierze 1,5 mln zł, co daje 75 tys. zł emerytury rocznie i 7000 zł/m-c. No i pozostały kapitał dziedziczy się. W gorszej sytuacji znajdą się kobiety, ale i one wyjdą na plus (1.150 tys. zł da im 4000 zł emerytury). I takiego właśnie wyliczenia zabrakło mi w raporcie. Dlaczego go nie ma? Proste – za badanie płacił ZUS.

Teza 2. Osoby, które prowadzą działalność nie mają w wieku emerytalnym środków wystarczających do obliczenia emerytury minimalnej. Państwo będzie musiało więc dopłacić do ich emerytur minimalnych. Zaraz, zaraz . Tyle to ja wiem i bez 70-stronnicowego raportu. Ktoś, kto odprowadza małe składki, musi zebrać niewiele.

Właściciel małej firmy odprowadza składkę jak ktoś z pensją 5203,80 zł. Powiedzmy sobie szczerze – tak zarabia w Polsce całkiem sporo osób – ich ten problem także dotyczy. Nie opisujemy jakieś nadzwyczajnej sytuacji. Państwo dopłaca nie po 10% (jak w tym przypadku), ale po 90% rolnikom, księżom i zakonnikom, 100% sędziom, prokuratorom, całej mundurówce. Jan dodałby – jeszcze całej budżetówce. Stąd dlaczego państwo nie może dopłacić 150 zł przedsiębiorcy, a może nawet więcej, pracownikowi na minimalnej lub 90% rolnikowi? Co ich różni? Nic. Natomiast twórcy raportu – uważają inaczej. No cóż, droga wolna, państwo naukowcy, proponuję skorzystać z ptasiego mleka we własnej firmie. Nie chcecie? Może jednak pisanie analiz dla ZUS i granty z Krytyki Politycznej (strzelam: na zasadzie umowy o dzieło – czyli bez składek) wychodzi lepiej.

Teza 3. Ubóstwem emerytalnym są zagrożone w szczególności samozatrudnione kobiety.  Kolejny raz – a co w tym dziwnego? Ktoś pracuje krócej, mało uzbierał. Kogoś (poza krytycznie-politycznymi naukowcami) jeszcze to dziwi? . Ale tak samo zagrożone ubóstwem będą pracownice na pensji minimalnej (dzisiaj dostaje ją prawie 30% zatrudnionych). Dlaczego czepiać się przedsiębiorczyń, które dodatkowo niszczy ZUS, gdy tylko podniosą podstawę (hasło: matki przeciwko ZUS). Zresztą nawet wg danych wyjściowych raportu tzw. próba 2400, widać, że kobiety zarabiają mniej – ok. 60% dochodów mężczyzn z dg. Dodatkowo mają przerwy – zatem ubóstwem emerytalnym zagrożone są i gdyby wprowadzić inne składki. Drugi aspekt – nieefektywność „lokat ZUS” w przypadku składki od dochodu ich problemy jeszcze pogłębiłby.

Teza 4. Wprowadzenie tzw. dobrowolnego ZUS-u dla przedsiębiorców, o którym mówią niektórzy politycy, byłoby tragedią dla samozatrudnionych przechodzących na emeryturę. Halo, halo, tu ziemia. Nie byłoby tragedią z kilku powodów.

Po pierwsze – przedsiębiorcy odkładają na boku. Nie liczą wyłącznie na państwową emeryturę. M.in. dlatego, że płacą takie składki. Gdyby zrobić inaczej – znajdą się w gorszej sytuacji, bo nie będą mogli odkładać z wyższą stopą zwrotu.

Po drugie – podjęto kroki zachęcające, by oszczędzali jeszcze więcej. Limit IKZE dla przedsiębiorcy wynosi 150% limitu pracownika.

Po trzecie – wszyscy emeryci przeżyją szok. Wszyscy dzisiaj w okolicach 40-tki. Nawet w przypadku, dość dobrze zarabiającego specjalisty (od 10 lat – ok. 250% średniej), emerytura wyniesie 30% ostatniej pensji, a więc 6000 zł (wg obecnych kwot i siły nabywczej). 5000 zł netto, dla kogoś, kto zarabiał dotychczas prawie 14.000 zł netto. Nie będzie eldorado, jak dzisiejsi emeryci, dostający świadczenia 70 a nawet czasami 100% ostatniego wynagrodzenia netto. Przy spadającej dzietności nie da się tego utrzymać. Sam widziałem prognozy, w którym WSZYSTKIE kobiety urodzone po 1977 r. dostaną minimalne świadczenie, niezależnie od tego, ile składek płaciły.

Teza 5. Statystyczny samozatrudniony osiąga przeciętnie znacznie większy dochód niż wynosi zarobek pracownika, a jednocześnie samozatrudnieni płacą bardzo niskie składki na ubezpieczenia społeczne, niższe od osób pracujących na etat. Półprawda oparta o statystykę, dodatkowo kulawą. Widać to po stworzonej na potrzeby badania tzw. próbie 2400. Poza informacją o płci (1200 kobiet, 1200 mężczyzn) nic nie wiemy o jej statystycznej istotności (odzwierciedleniu populacji, branż). Po prostu naukowcy takie dane dostali i takie wzięli. Spory błąd. Chętnie zobaczyłbym tabele źródłowe . Ma ona odzwierciedlać rozkład dochodów w grupie 2400 przedsiębiorców. I mamy wykres 7 na str. 33 raportu. Co tam widzimy?Podzielono płatników na 3 grupy: dochód niski, średni, wysoki w określonych przedziałach do 2500 zł, 2501-7000 zł, 7001 zł i więcej. Dlaczego 3 grupy, dlaczego takie wielkości? Zero uzasadnienia. Ale najlepsze przed wami. Próba 2400 powinna zawierać …. 2400 osób, prawda? A tutaj mamy ok. 900 osób (suma we wszystkich grupach). Co się stało z 1500 przedsiębiorców? Wyparowali? Nie podali dochodów? Zaliczają stratę? Nie wiadomo. Jak na takiej podstawie można cokolwiek wyliczyć? Dlaczego dochód 7001 zł/m-c nazwiemy „wysokim”, skoro kształtuje się na poziomie nieco powyżej przeciętnego wynagrodzenia? Przecież to jakieś żarty, a nie poważne badanie, za które płacimy z …. naszych podatków.

I jeszcze jedne kwestia – „przeciętny przedsiębiorca”. Podobno w „próbie 2400” średni dochód wyniósł 155.309 zł (prawie 200 tys. zł mężczyźni i 110 tys. zł kobiety). I na tej podstawie prowadzone są wyliczenia o „zaniżonych składkach”. Super, tylko średnia arytmetyczna to złe narzędzie (prawnik z politologiem mogą o tym nie wiedzieć) do analiz statystycznych. Jeżeli samozatrudniony w IT płaci minimalną składkę od dochodu 300 tys. zł/rok i taką samą właścicielka kiosku z dochodem 10 tys. zł na rok, ich średnia wychodzi ….155 tys. zł/rok. Stąd takie wyniki. Worek pn. samozatrudnieni zawiera mnóstwo elementów. Niektórzy płacą składki relatywnie wysokie, inni faktycznie niskie (fikcyjne jednoosobowe firmy, pracujące dla jednego klienta np. jako zarządzający), ponieważ dg stało się sposobem optymalizacji składkowo-podatkowej dla lepiej zarabiających. I zwalczajmy patologię, a nie wszystkich przedsiębiorców. Ponieważ ten ostatni ma jeszcze jedną cechę – rzadko korzysta z państwa: leczy się prywatnie, dzieci posyła do prywatnej szkoły, nie bierze kasy z MOPS-u, zasiłku dla bezrobotnych itp.

Pracownik na emeryturę odprowadza niecałe 10% pensji. A przedsiębiorca? Nie znam danych dotyczących średniego dochodu przedsiębiorcy(w tajemniczej i prawdopodobnie błędnej próbie 2400 jest to 155 tys. zł) ani mediany w jdg (ZUS go zna), ale popatrzmy, że składka emerytalna równa się 19,76%. Gdyby przyjąć takie 13 tys. zł podstawy miesięcznie, oznaczałoby to 2,6 tys. zł. Może i taka wychodzi średnia z dziwnej próby 2400, ale ile małych firm (nie fikcyjnych samozatrudnionych) tak zarabia? I ilu pracowników, rolników, księży zarabiających faktycznie 13k miesięcznie nie płaci składek wcale lub śmiesznie małe (odwołajmy się do listy uprzywilejowanych)?

Teza 6. Przedsiębiorcy więcej zasysają z chorobowego niż wpłacają składek. Tutaj kłania się podstawowy błąd merytoryczny. Otóż wykres na stronie 39 nie uwzględnia jednego faktu – ubezpieczenie chorobowe przedsiębiorcy jest nieobowiązkowe. A to znaczy, że płacą go tylko zainteresowani – tacy, którzy wiedzą, że zaraz zaczną korzystać. Wyciąganie wniosków dotyczących całości grupy okazuje się błędem. W moim miejscu pracy średnia długość zasiłków chorobowych rocznie wynosi 25 dni (wobec średniej krajowej 33 dni – dane ZUS). Średnią w firmie znacznie zawyżają:

  • etatowi chorujący i matki małych dzieci (średnia 90 dni) – niewielka grupa beneficjentów systemu (5-10%),
  • kobiety w ciąży (średnia 180 dni).

I właśnie analogiczne grupy przedsiębiorców (dodatkowo nadreprezentowane w próbie 2400) opłacają sobie dobrowolne ubezpieczenie chorobowe jak przedsiębiorcy. W przypadku pracowników – równoważą ich osoby nie korzystające z L4.

Teza 7. Przedsiębiorca powinien płacić ZUS od dochodu – wtedy uzyska godną emeryturę. Oczywiście lek na wszystkie bolączki – podnieść składki do wysokości blisko 20% dochodu. Tylko tak przedsiębiorca dostanie wysoką emeryturę. Oczywiście, dla każdego, kto zna opisywaną przeze mnie na blogu sytuację ZUS (uznaniowość, demografia), taka obietnica wywoła pusty śmiech. Możesz płacić wysokie składki, a dostaniesz … guzik, bo nagle sejmowa większość przegłosuje „świadczenie obywatelskie”. W rzeczywistości ZUS-owi chodzi o bieżące zasypanie dziury (wysokie składki) a o reszcie dopiero pomyślą. Nie stanowią wyjątku – tak działał już Bismarck.

Nie mam wątpliwości, że przedsiębiorcy sobie z tym poradzą, nagle cudownie spadnie im dochód, ubezpieczą się chorobowo i pół roku przesiedzą na zwolnieniu itp. Tego naukowcy nie przewidzą, bo jako się rzekło, działalności gospodarczej nigdy nie prowadzili.

A biedni (z niskim dochodem)? Dla nich nie ma żadnej recepty, chodzi o to by łupić najwięcej zarabiających.

Teza 8. Wadami dobrowolnego ubezpieczenia są: zagrożenie powszechności systemu, ” dobrowolność przytłaczająco rozszerzy pole do instrumentalizacji uczestnictwa w systemie zabezpieczenia społecznego” – musiałem zacytować, zwiększą się wypłaty z innych systemów.

Każde z tych twierdzeń da się sfalsyfikować. Otóż tzw. powszechność systemu jest konstrukcją teoretyczną. Z ZUS wyłączono ogromne grupy uprzywilejowane (KRUS, mundurówka, sędziowie, prokuratorzy), a niektórym (duchowni, górnicy) dopłaca się krocie. Utrwalanie takiej praktyki nie ma żadnej wartości, a tym bardziej nie istnieje powód, dla którego mieliby go utrzymywać przedsiębiorcy.

Tzw. pole do instrumentalizacji oznacza – komu się opłaca – przystępuje, kto widzi lepsze lokaty – nie przystępuje. W praktyce – do ZUS zapisze się dobrowolnie może 10% przedsiębiorców i to tylko na 20-25 lat, aby uzyskać świadczenie minimalne (jak pracownicy). I nie widzę w tym nic złego. Dokładnie to samo robią pracownicy. Idą na renty, pracują na czarno po zaliczeniu minimalnego stażu do emerytury. A negatywne skutki? Widać po artystach. Ta grupa przez lata nie miała obowiązkowych składek. Czy gryzą piach? Nie, albo pracują do śmierci, albo odłożyli wystarczająco dużo i śmieją się z ZUS-u oraz jego „zawrotnych” świadczeń.

Zwiększenie wypłat z innych systemów wymaga większej uwagi. Czy faktycznie przedsiębiorcy rzucą się masowo do pomocy społecznej? Chyba nie. A powód jest prosty. Żeby pójść do MOPS-u nie można mieć istotnego majątku, a przedsiębiorcy zapobiegliwie go gromadzą, ponieważ na ZUS nie liczą. A jak nie ma majątku, są dzieci. Nie bójcie się MOPS dobrze sprawdza, czy ma kto płacić alimenty. Jeśli znajdzie taką osobę, odmówi zasiłku. Dlatego, problem pomocy społecznej jest pomijalny. Naukowcy rozdmuchując go, bazują na porównaniu z Niemcami. Nie znam tego systemu, ale być może rozwiązany jest inaczej (nie szukają dzieci, nie grzebią w majątku – tam zresztą większość na wynajmie). A nawet gdyby przedsiębiorcy wybrali tę drogę? No cóż, po to całe życie płacili podatki. Zabierzmy dopłaty dla nierentownych kopalń, krewnych i znajomych królika oraz kleru tzw. willa plus, a oddajmy tym, którzy całe życie wspomagali system. Takiej refleksji mi zabrakło. Przedsiębiorca jest dla autorów raportu wyłącznie dojną krową i tak zestawiają dane, by więcej mleka wyssać mu ze strzyków.

Błędy merytoryczne, które udało mi się wyłapać.

  1. Sławetna próba 2400, której reprezentatywność łatwo zakwestionować (str. 39 – „Ponadto w próbie znajdują się wyłącznie roczniki 1975-1985”), a okazała się próbą 900 (wykres na stronie 33) i która stanowi podstawę większości wniosków (w tym tezy 6).
  2. Przypis str. 33 – „Większość ubezpieczonych ustala składki od przychodu tj. pełnej otrzymanej kwoty. W przypadku samozatrudnionych powinien być to dochód, który jest różnicą między przychodem, a kosztami jego uzyskania.” Bzdura. Pracownik też odlicza koszty uzyskania przychodu, tyle że robi to ryczałtowo. Proszę spojrzeć w swój PIT-11 od pracodawcy, państwo doktorzy, chyba że optymalizujecie się podatkowo na umowie zlecenie czy o dzieło.
  3. Prowadzenie badań dotyczących ubezpieczenia chorobowego (i dochodów) wyłącznie na grupie osób z roczników 1975-1985 czyli z nadpreprezentacją kobiet w wieku rozrodczym i posiadających małe dzieci. To normalne, że zachodzą one w ciążę, biorą zwolnienia na chorego malucha itp., a ich rówieśnicy – mężczyźni znajdują się na szczycie możliwości zarobkowych. Wnioski raportu są błędne, ponieważ dane wyjściowe nie odpowiadają populacji.
  4. Wyciąganie wniosków dotyczących przedsiębiorców na podstawie grupy opłacającej ubezpieczenie chorobowe, które jest nieobowiązkowe, i spora część z niego rezygnuje (a w zasadzie płacą je zamierzający korzystać ze świadczeń).
  5. Analizowanie emerytury przedsiębiorców, wyłącznie na podstawie danych osób które pobierały w 2021 r. emeryturę jednocześnie prowadząc dg (str. 43). Takie dane w oczywisty sposób są zniekształcone – dorabiają dg głównie ci, otrzymujący niskie świadczenia.
  6. Dokonywanie obliczeń przyszłych emerytur (warianty V i kolejne) na podstawie osób pracujących mało tj. ok. 34 lata w przypadku mężczyzn i ok. 30 lat (kobiety). Przecież przeciętny pracujący, nawet po studiach, ma przed sobą 41 lat pracy (mężczyzna) i 36 lat pracy (kobieta). I o dziwo mężczyzna-przedsiębiorca z takim stażem, jeśli płaci składki dzisiejsze (ulga przez pierwsze 2 lata), nawet wg wyliczeń raportu, jednak zarobi nimi na swoją emeryturę.
  7. Przykład przedsiębiorcy z Białej Podlaskiej (str. 61) jako dowód na wady systemu dobrowolnego ubezpieczenia. Otóż drodzy naukowcy, ten człowiek popadł w długi ponieważ musiał płacić składki nieproporcjonalne do dochodu. Gdyby ich nie było, nie powstałby dług, a przedsiębiorca albo pracowałby do śmieci, albo odkładał „na boku” część składek i dostał świadczenie jak obecnie. A wy opowiadacie jakieś bajki o świetnych dochodach (tj. pow. 7000 zł brutto) w próbie 2400, składającej się z osób w wieku najwyższych możliwości zarobkowych (37-47 lat).

Na koniec – otóż składki przedsiębiorców zawsze były niskie w relacji do średniej pensji, podobnie jak emerytury (w relacji do przeciętnego świadczenia). I właściciele firm nauczyli się sobie z tym radzić. Bowiem w rzeczywistości nie chodzi o pochylenie się nad dolą samozatrudnionych, ale o uzasadnienie ich wydojenia jeszcze mocniej. Stąd pomysł pobierania składek od dochodu. Do czego doprowadzi (gdyby został wdrożony)? Do masowej likwidacji firm i rozrostu szarej strefy oraz …. katastrofy ZUS. Jak mawiają mądrzy ludzie „Lepiej jeść małą łyżeczką”. I warto by prezes Uścińska i prezes Derdziuk o tym pamiętali. Zarżniecie krowę, pojecie mięso przez miesiąc, a potem przez 20 lat zabraknie wam mleka.

Bykowe – czy Marek Jakubiak ma rację?

Jak pewnie zauważyliście, zazwyczaj jadę po autorach różnych wypowiedzi do prasy, a szczególnie po tzw. konserwatystach. Tym razem będzie podobnie. Pomysł z „bykowym” – „podatkiem od braku dzieci” zasługuje na oddzielny wpis.

Zacznijmy od definicji tzw. konserwatysty. Otóż najczęściej jest to osoba, który głosi wartości uznawane za tradycyjne i chciałby, aby wszyscy je wyznawali, a sam żyje zupełnie inaczej. Przykłady można mnożyć: Marta Kaczyńska, Dominika Chorosińska, Jarosław Gowin, prof. Marcin Matczak i właśnie cały zestaw postaci z Konfederacji oraz Kukiz’15, PSL-u, a nawet prawego skrzydła PO. Marek Jakubiak to jeden z nich.

Gość, prezentujący się jako antykomunista, wolnościowiec, przedsiębiorca domaga się … podniesienia podatków. Oczywiście, nie tylko to pozwala zaklasyfikować go jako tzw. konserwatystę. Bohater dzisiejszego wpisu, grzmiący o upadku wartości opartych o katolicyzm,, ma bowiem dwie żony (rozwodnik), a do wojska poszedł… na początku lat 80-tych XXw.

Ale wróćmy do bykowego. Oznacza dodatkowy podatek od nieposiadania dzieci, naliczany w pewnym wieku, singlom, parom, a nawet małżonkom.

Pierwszy temat – pomysł na bykowe pojawił się już za rządów Gomułki, funkcjonował przez pewien czas i został wycofany. Dlaczego? Ponieważ skłaniał do kombinowania, a nie do posiadania dzieci. I tu główny zarzut – bykowe nie spowoduje wzrostu urodzin. Dlaczego? Ponieważ bodziec okaże się zbyt słaby. Wychowanie dziecka pochłania średnio ok. 20 tys. zł rocznie w wersji minimum (publiczna szkoła, bezpłatne studia o opieka medyczna, nie liczymy kosztów większego mieszkania, opiekunek, korepetycji, a tylko jedzenie, ubranie, naukę), w rzeczywistości w klasie średniej 2-3 razy więcej (40-60 tys. zł rocznie), a doliczając wysłanie w świat (wesele, wkład na mieszkanie, płatne studia) – nawet 100 tys. zł/rok. Żeby zrównoważyć wydatki na dziecko, podatek dochodowy musiałby zostać określony na bardzo wysokim poziomie (40% zamiast 12%, lub 60% zamiast 32%), co nie ma sensu i nikt tak nie zrobi.

Drugi – nieposiadanie dziecka w dzisiejszych czasach, nie zawsze oznacza świadomą decyzję. Ok. 25% par nie może mieć potomka z przyczyn biologicznych. Zmuszanie ich do adopcji niczego nie zmieni, ponieważ dzietność nie wzrośnie, a dodatkowo jest nieludzkie. Do tego dochodzi pewna liczba singli (10-20%), którzy żyją sami. Dlaczego mieliby być karani za nieznalezienie drugiej połówki?

Trzeci – głównym powodem spadku dzietności (co wyszło już przy 500+) wydaje się być ograniczenie się do jednego dziecka. I w tym wypadku, bykowe nie zadziała. Po co więc wprowadzać takie regulacje?

Czwarty – bykowe jako dodatkowy procent podatku dochodowego od osób fizycznych, dość łatwo obejść. Nie osiągać legalnego dochodu. Zarabiać tam, gdzie zwyżka nie wystąpi (np. za pomocą spółki, fundacji, rolnictwa, najmu), albo opodatkować się ryczałtem lub liniowo. Wreszcie zatrudnić się w innym państwie z umową o unikaniu podwójnego opodatkowania. Pamiętacie „brytyjski ZUS” dla mikroprzedsiębiorców?

Piąty – jak typowy Polak mam alergię na wszelkie próby meblowania życia za pomocą bodźców podatkowych. Pieniądze z bykowego nie pójdą na dzieci (żłobki, leczenie itp.) lecz wpadną do wspólnego wora, jak podatek drogowy zawarty w paliwie. Posłowie, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, dadzą sobie podwyżki i po kasie.

Dlatego jestem przeciw kolejnemu głupiemu pomysłowi tego seryjnego kandydata na prezydenta.

Czy da się mało pracować?

Kończący się rok miał być czasem eksperymentów spod znaku „work-life balance” lub mało eleganckiego „jak mało można robić i …. zarobić”. Rzecz jasna, wielu z Was go nie powtórzy, ale chcę pokazać pewien trend. Wbrew pozorom prowadzący firmę mają łatwiej.

Dane. Rok liczy sobie 260 dni roboczych (52 tygodnie po 5 dni). W robocie byłem tylko …. 156 dni (plus 18 dni zdalnej i 18 dni firmowych). Jak to możliwe? Pokazuję.

  • urlopy – 54 dni (mam specyficzny czas pracy),
  • praca zdalna okazjonalna 18 dni,
  • zwolnienia lekarskie 25 dni,
  • święta – 7 dni.

Wnioski. W sumie 86 dni wolnego (18 na firmę, w 20 pisałem książkę), 18 dni pracy zdalnej, 104 dni weekendów i tylko 156 dni w pracy. Średnio – 3 dni/tydzień w robocie. Rzecz jasna, na zdalnej też pracuję (choć mam luz), w dni wolne współpracownicy i szefowie dzwonią (niestety również na zwolnieniu), a kilkanaście dni urlopu poszło na dg, a w czasie zwolnienia pisałem też książkę. Czyli w określonych warunkach, da się rzeźbić na bez mała pół etatu, jeżeli ktoś nie ma dodatkowych zobowiązań.

A firma? Mój rodzony brat przyjął inną zasadę – podróżuje. Spółka służy mu jako wehikuł – ma zarobić na przyjemności. Wiąże się z tym specyfika biznesu. Generalnie 1 miesiąc na kwartał nie ma go w domu, czyli znowu – pracuje średnio 26 godzin w tygodniu.

Pytania, które pewnie chcecie zadać.

Czy jestem zmęczony?

Ile zarabiam?

Czy wszyscy w moim otoczeniu tak pracują?

Co trzeba umieć, żeby tak żyć?

Odpowiadam po kolei.

Nie samą pracą lecz atmosferą w niej. Żyjąc systemem 3/5 bez firmy w ogóle nie potrzebowałbym wakacji.

Zarabiam ok. 2,5 średnich krajowych bruto z 2 etatów. Pisałem już o tym.

Nie, nie wszyscy w moim otoczeniu tak żyją. Znaczna mniejszość. Dlaczego? To dobre i kolejne pytanie. Ponieważ większość woli nie zaczynać hakowania systemu. Ja spróbowałem i udało się.

Trzeba mieć tzw. konkretny zawód, o którym mówili nasi ojcowie. Przy czym nie zawsze biurowy. System 3/5 może stosować każdy, kto wyciągnie ponadprzeciętną stawkę godzinową. Wiadomo, lekarze, IT, handlowcy, ale i rzemieślnicy. A nawet nauczyciele, ponieważ 80 zł/godzinę korepetycji x 90 h miesięcznie = 7200 zł bez podatku.

Albo mieć układy – miałem taką współpracownicę z HR, przydupas szefa – 3 miesiące w roku na zwolnieniu, do tego 10 dni wolnych ustawowo, 24 dni dni pracy zdalnej okazjonalnej i 26 dni urlopu. Wiesz ile to w pracy? Coś koło moich wartości (dokładnie 126 dni/rok poza biurem plus weekendy, czyli 134 dni w biurze). Trwało to 10 lat, nikt jej nie zwalniał, zarabiała w okolicach średniej krajowej.

A gdy wykazujesz niewielkie potrzeby – robisz za granicą 3 miesiące, 9 odpoczywasz w kraju. Wariantów całkiem sporo.

Tegoroczne plany. Rok 2025 ma skończyć się systemem 2/5 czyli odwróceniem zwykłego sposobu pracy. W biurze będę realnie 2 dni/tydzień (3 dni x 52 – 34 dni urlopu -18 dni zdalnej), bo rzucam drugi etat. Jednocześnie moje dochody spadną do 1,3 średniej krajowej plus to co zarobię z działalności gospodarczej oraz kapitału. Generalnie – tak mogę żyć.