Jak uciec z wyścigu szczurów?

Pytanie, które stawiam w tytule, nurtuje większość osób po przekroczeniu trzydziestki. Jesteśmy już wystarczająco zmęczeni ciągłym kieratem, straciliśmy złudzenia co do natury korporacji i pracy w ogólności, a mamy jeszcze siły coś zmienić. Odrzucenie pośpiechu, pracy (z dojazdem) 9 -11 h dziennie wydaje się zachęcającą perspektywą. Jednak z każdego kąta szczerzy zęby rzeczywistość i zmusza do zastanowienia się: Jak to zrobić?

Prosta recepta. Najprostszą odpowiedź daje złota reguła finansów osobistych: Zmniejsz wydatki, zwiększ przychody, zgromadź oszczędności, albo najlepiej …. wszystko razem.

Punkt startowy. Znam to doskonale, codziennie obserwuję. Rodzina 2+zwierzak domowy, może z kredytem hipotecznym w dużym mieście swobodnie wydawać 8-9 tys. zł uważając, że żyje oszczędnie. Przy czwórce (2+2) będzie to 15k. Jasne, oszczędnie to oni żyją, tylko gdy porównają się z całym otoczeniem. Dlaczego? Ano dlatego, że wydają 80-110 % swojej wypłaty, pochłaniając jednocześnie wszystkie ekstra dochody (jakieś nagrody, obrywy). Na tym polega wyścig szczurów. Biegną coraz szybciej, a nic z tego nie wynika. Niby jakieś podwyżki są, ale ledwo nadążają za kosztami.

Plan. Recepta pokazuje tylko jedno – kierunki. Poza nimi konieczny jest plan. Musimy wiedzieć, co konkretnie trzeba zrobić i w jakim terminie. Przejdziemy te etapy po kolei.

Zmniejsz wydatki. Realną stawką, do której da się zejść to 1,5k/osobę. Rekordziści, w większych rodzinach, zmieszczą się i w 1k/osobę. Podobnie samotnicy. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. I tu przechodzimy do planowania. Skoro znamy poziom docelowy, jak działać, żeby do niego dojść?

Radykalnie ciąć w każdym punkcie. 1k na osobę to 450 zł na tzw. dom, 300 zł na jedzenie i 250 zł na wszystko inne. Gdy mówimy o 1,5k, myślimy 450 zł na dom, 450 zł na jedzenie i 600 zł na resztę. Gdzie tu miejsce na kredyt hipoteczny? No, nie ma. Gdzie na dwa auta? Też się nie zmieściły. Czyli co? Ano, przyjdzie Wam opuścić miasto, albo mega kombinować (pamiętacie wpis o nieruchomościach – kup duży dom i wynajmij na mieszkania?, zamieszkaj w na piętrze w domu rodziców), korzystając z obecnej zdolności kredytowej. Żadnych apartamentów (chyba, że za gotówkę lub w darowiźnie). Nie wierzysz, że się da? Poczytaj Frugalwoods albo… tego bloga.

Mój dom w mieście (już bez kredytu) kosztuje mnie z ogrzewaniem gazowym (drogo – 650 zł/miesięcznie) ok. 1,3 tys. zł. Ponieważ mieszkamy we trójkę wychodzi 433 zł/osobę. Gdyby grzać drewnem (piec zgazowujący, kominek z płaszczem), zamontować solary i FV, zejdziemy do 630 zł (gaz 100 zł, 50 zł prąd, 140 zł śmieci, 90 zł internet, 100 zł drewno, 150 zł woda, 40 zł podatek), a to już 210 zł/osobę. Na wsi będzie nawet taniej o wodę (-25 zł/osobę). Ale powiedzmy sobie szczerze, pięciopokojowy dom dla 3-4 osób to zbędny luksus. Spokojnie wystarczyłby 45m2 + antresola (3 sypialnie, salon z aneksem+łazienka). Jego eksploatacja, we współczesnym standardzie okazałoby się jeszcze tańsze. Zwłaszcza na wsi. Więc spokojnie da się zejść poniżej tych 433 zł/osobę za dom.

Temat 300-450 zł/osobę na jedzenie, wałkowałem na blogu wielokrotnie. Nie chodzi o głodowanie, życie na kluskach, lecz produkcję, gotowanie w domu, kupowanie u producentów, więc taniej. Skoro blogerka godnezycie.blogspot.pl może, to i Ty też, bez problemu dasz radę. Nie wymiękaj. Nawet alkohol da się wyprodukować, a co dopiero herbatki, chleb, wędliny, warzywa, owoce czy przetwory.

Teraz pole – „pozostałe”. Tutaj zalecam umiar. Kupujemy chemię i kosmetyki. Ktoś bierze stałe leki (jak ja), potrzebujemy ubrań (niekoniecznie markowych i nowych), a dzieci edukacji (tylko formalnie bezpłatnej). Dorosły paradoksalnie kosztuje taniej, bo już nie rośnie, a zajęcia dodatkowe znajdzie bezpłatnie. Auto? Da się je objechać tanio – Fiat Panda z gazem, samoobsługą i przebiegiem 500 km/miesiąc kosztuje nas 250 zł. Przy trzyosobowej rodzinie – 83 zł/osobę, tyle co bilet miesięczny. Do 600 zł/osobę zostaje nam jeszcze sporo, więc upchniemy jakieś tanie wakacje (mój syn – dwa obozy sportowe rocznie – razem 2000 zł, plus wyjazd nad jezioro ze znajomymi na dwa tygodnie), minimalne zajęcia dodatkowe (godzina języka, sport, obiady w szkole), ciuchy, kosmetyki i chemię. Trzeba się nakombinować, nie powiem. Bezdzietna para zrobi to taniej. Bo przecież za 800 zł opłacą pole namiotowe na tydzień, drugie tyle przeznaczą na jedzenie, coś tam na dojazd i mają wakacje za 1800 zł, czyli 75 zł/osobę/miesięcznie. Nie we Władysławowie lecz nad jeziorem, ale czy koniecznie musi być morze?

Razem wydatki, jako się rzekło 1,5 kzł/osobę, co oznacza:

  • 1,5 tys. zł – singiel,
  • 3 tys. zł – para,
  • 4,5 tys. zł -rodzina trzyosobowa,
  • 6 tys. zł – rodzina z dwójką dzieci.

Zwiększ dochody. Trudno mieszkać na wsi i zarabiać w korpo 20 k/2 os. Pomijam konfederacki ideał – zdalna w IT. Ale czy musi być korporacja? No nie. Ogarnięty człowiek, pracą fizyczną zarobi te 50 zł/h netto. Nie trzeba rąbać za minimalną w sklepie czy budżetówce. Przyznał to nawet prezydent Andrzej Duda. Więc niech 11h zmieni się w … właśnie w ile? Dwie osoby pracujące po 20 h tygodniowo (lub jedna 8h), wyrobią 170h/miesiąc, czyli 8500 zł. Na parę – aż nadto. Na trójkę, czy czwórkę – z 800+, także.

A minimalna (22 zł/h)? Niech będzie, w końcu to wieś. 3700 zł/170h. Na dwójkę starcza. Trójka ma 1500 zł zapasu (ze świadczeniami od państwa). Czwórka – tu już będzie brakowało 700 zł (6000-5300).

A może wcale nie warto zawracać sobie głowy etatem? 3700 zł na 2 osoby to 20 dób pracy dniówkowej. Jedna łazienka zrobiona w mieście przez głowę rodziny, raz na kwartał (2-3 tygodnie pracy).

Jeszcze inaczej zdarzy się, gdy dysponujemy przychodem pasywnym. 18 k rocznie (1 osoba) to 5% od 360 tys. zł. 36 k (dwójka) od 720 tys. zł. 54k (trójka) od 880 tys. zł (+… 800+), 72 k od 1.050 tys. zł. Sporo. Większość jednak będzie zmuszona pójść do pracy.

No, ale miało być o zwiększeniu dochodów, a ja już o zmniejszeniu. Wracamy na ziemię. Może żeby zdobyć pewne oszczędności, trzeba będzie pojechać na saksy, może wziąć popołudniową pracę, może zmienić robotę. Na jakiś czas – 3-5 lat. A potem rozkoszować się wynikiem – zwiększonymi oszczędnościami. I ucieczką z wyścigu szczurów.

15 komentarzy do “Jak uciec z wyścigu szczurów?”

  1. Bardzo dobry wpis szczególnie, że oboje z partnerką zmierzamy w tym kierunku i coś czuję że niedługo może nam się udać. Jeszcze nie wiem na jakim poziomie będą nam się kształtowały polskie wydatki na wsi ale chętnie mogę się podzielić moimi niemieckimi w średniej wielkości mieście tak żeby można było porównać conieco. Zaznaczam, że jestem minimalistą i szczęścia szukam raczej w przeżyciach niżeli w rzeczach materialnych więc nie kupuje co rok nowego telefonu, laptopa czy też samochodu. Po prostu dążąc do swoich założeń uświadomiłem sobie, że te rzeczy są mi zbędne i niepotrzebnie przedłużają czas spędzony w korporacji, który mógłby być spożytkowany gdzie indziej i bez stresów.

    A więc dzielę sobie zawsze moje wydatki na 4 kategorie i co miesiąc spisuje wszystkie wydatki, tzn wpisuję sobie paragony do notatnika bo tak jest najszybciej i najprościej. Zestawienie roczne robi mi już dokładniej chat gpt.

    Tak to się rozkłada w DE w średniej wielkości mieście:
    -Podróże 3575
    -Miesieczne wydatki osobiste 2695
    -Miete i rachunki + opłaty za dwa auta 4500
    -Jedzenie 1833

    Razem 12603

    Jest to kwota w Euro i liczona na jedną osobę. Tak więc do życia we dwójkę jest nam potrzebna ta kwota liczona x2. Ale to też mniej więcej bo każdy tutaj odpowiada za siebie jeśli chodzi o pieniądze. Taki po prostu oboje mamy punkt widzenia.

    Także jak wyżej średnia roczna za 2024 to 12600 Euro. Wychodzi około 54000 złotych. Dużo/mało? Sam nie wiem ale podkreślam że chodzi o Niemcy i podkreślę też że w podróż wyjeżdżamy minimum 3-4 razy rocznie. Czasem stołujemy się w knajpkach ale większość jedzenia przygotowujemy w domu (mogę śmiało powiedzieć że 95%). Dodatkowo jeśli muszę kupić jakiś ciuch to biorę ze sklepu online nowy ale rzadko się to zdarza. Elektroniki kupuję mało co bo wszystko co potrzebne już mam. Auta mamy dwa i są tanie w utrzymaniu jeśli chodzi o niemieckie standardy. Rachunki też małe bo mieszkanie 50m2. Największą część bo 200 Euro na osobę idzie do właściciela mieszkania. Niestety tego nie przeskoczę bo muszę wynajmować.

    Za jakiś czas przeprowadzamy się do polski I wstępnie z moich wyliczeń wynika, że za 4500 złotych (patrz wyliczenia wyżej) śmiało mógłbym żyć na tym samym poziomie co w Niemczech. Z tym, że w PL odpadnie mi tzw Miete dla właściciela mieszkania, jedzenie jest nieco tańsze, ubezpieczenia aut i rachunki także. Myślę, że śmiało można będzie odciąć jakieś 20-30% od tego 4500 co daje około 3200-3600 złotych miesięcznie na osobę. I tutaj jestem pozytywnie nastawiony bo jesteśmy nawet na minimalnej w stanie zarobić oboje takie pieniądze.

    Jeśli do tego wszystkiego dołożymy jakieś oszczędności ulokowane w akcje i obligacje i może trochę bardziej ryzykownie np w BTC to jesteśmy ogólnie zabezpieczeni. Byłoby to tzw Coast FIRE co oznacza, że dalej pracujemy ale nie musimy się nadwyrężać i jeśli praca nie pasuje to po prostu ja zmieniamy a nasze inwestycje pracują same i ich nie dotykamy. Z czasem gdy uzbiera się większą suma (zakladam 8% zwrot rocznie) to będziemy mogli odcinać kupony. Myślę że ma to sens.

    Dodam też, że to tylko bardzo ogólne wyliczenia a życie zweryfikuje nas po powrocie.

    Sam piszesz ze jest szansa na życie za 1500 złotych miesięcznie posiadając własny dom. Uważam, że jest to możliwe aczkolwiek trzeba by było patrzeć z dużą ostrożnością na swoje wydatki i mieć też ten bufor w postaci oszczędności. Kiedyś interesowałem się skrajnym minimalizmem ale zdecydowanie to nie dla mnie i wolę coś pomiędzy. Myślę jednak że dla takich skrajnych minimalistów jest to do osiągnięcia. Przecież nikt nie zmusza nas do kupowania drogich aut, wystarczy panda z gazie tak jak mówiłeś. Nie musimy też kupowac drogich ciuchów a wystarczy przejść się na second hand lub kupić na vinted. Telefon używany dobrej klasy zamiast nowego, komputer także. Ogólnie po 10 latach za granicą i zwiedzeniu wielu innych krajów uważam się wszystko jest do zrobienia.

    1. Dziękuję za pochwałę i przedstawienie rynku niemieckiego. Niektórzy mogą chcieć wykonać ruch w drugą stronę, więc liczby, ze szczegółowym opisem, mocno im się przydadzą.
      Teraz uwagi co do realności Twojego planu. Jak najbardziej wykonalny. Własny, niedrogi w utrzymaniu dom, zdejmie z Was sporo kosztów. Trochę (lub więcej – jeśli chcecie) jedzenia da się wyprodukować, lub kupić tanio lokalnie. Ew. za tę samą cenę, lecz lepszej jakości. W dobie konserwantów, przemysłowych farm – nie do pogardzenia. Auta, jeśli w miarę bezawaryjne i oszczędne, da się utrzymać tanio. Mnie Fiat 500c, przez blisko dwa lata, poza pakietem startowym (serwis z kompletem rozrządu, opony) kosztował 2200 zł (90 zł/m-c) plus koszty paliwa, a przejechałem nim 14 tys. km.
      Nie polecam pracy etatowej za minimalną, zwłaszcza na wsi, bo to nie ma najmniejszego sensu, co tłumaczę regularnie mojej żonie. Łatwiej dorobić, pójść w jakieś akcje, zrywy, niż uwiązać się do pracodawcy. Może jestem wyjątkiem, ale widząc stawki tzw. majstrów czyli za wymagające pomyślunku prace fizyczne, uważam je za rozsądne. Temu przyciąć krzewy, tamtemu założyć trawnik, zrobić łazienkę, przetkać rury itp. pozwalają pracować średnio tygodniowo 1,5 dnia i tę minimalną netto wyciągnąć. Nie wchodzisz w VAT, masz tzw. działalność nierejestrowaną (zero składek), więc brutto=netto i pełen luz.
      Inwestycje dadzą jeszcze większy spokój, jeśli nie przesadzimy z chytrością. Dzisiaj te 8% wygląda na realne i w dłuższym okresie takie zostanie (o ile nie nadjedzie kataklizm). 1500 zł na osobę – takie ekstremalne doświadczenie dla rodziny z dziećmi, ale dla bezdzietnej pary, o ile zmienicie tryb życia – też spoko. Duża produkcja żywności, tani w utrzymaniu dom i samochód (właśnie Panda czy 500-tka dla dwóch osób całkiem ok).
      Problem stanowią podróże, zwłaszcza, że pojęcie dość pojemne. W Niemczech paradoksalnie może wyjść taniej, zwłaszcza loty w ciepłe kraje. Natomiast jeśli ktoś lubi Polskę, trzeba liczyć 150-160 zł za nocleg w pokoju, 400 zł w apartamencie. Ale mieszkałem też w hotelu w Szczecinie, przy samych Wałach Chrobrego, za 250 zł/2-os ze śniadaniem, którym najesz się do obiadu. Ten obiad też nie problem – możesz pójść do baru albo restauracji i rozpiętość cen masz od 40 zł/os. do 200-300 zł. Moja żona lubi ciepłe morze, które w sezonie może okazać się tańsze od Bałtyku. Tylko do Gdańska dojadę i wrócę pociągiem za 100 zł/os., jeżeli nie wybiorę Pendolino, znajdę coś na PRL-owskim osiedlu (Zaspa, Przymorze) za 300 zł/nocleg i obiad ugotujemy domowy.
      Elektronika – temat rzeka, chociaż nawet markowa nie poraża. Ja mam od 9 lat Macbooka i czas go zmienić. Natomiast roczny koszt wyszedł mi niższy niż budżetowej Toshiby, która po 2 latach nadawała się do śmietnika. Takie telefoniki middle-end czyli 1500-2000 zł posłużą dwa lata, low-end (do 1000 zł) sypią się wcześniej, a mój Galaxy Note20, wprawdzie kosztował 4k, ale jest ze mną już 4-ty rok i pozostanie na dłużej. Dalej dostaję aktualizacje, antywirusy, etui pomogło uniknąć strat (dobre i mocne szyby). Jak kupisz używkę, nie od handlarza lecz od freaka – też rozsądnie.
      Oszczędności, jak zwykle, podstawa. Raz, że śpisz spokojnie, bo poduszka. Dwa, dokładasz sobie na bieżąco z zysków, ile Wam trzeba, byle nie zarżnąć kury.
      Moi przyjaciele tak żyją. On coś dorabia nieregularnie, ona też (przeszła z ZUS-u na jego KRUS), sprzedali mieszkanie, przenieśli się do dużego domu rodziców i wszystkim pasuje. Dziadkowie mają wnuki, wnuki dziadków, a rodzice spokój. Wiadomo przyjdzie czas opieki, ale to i tak nieuniknione. Odsetki lecą, jest kasa na podróże, ostatnio polecieli do Chin.
      Generalnie nasze (współczesnych obywateli I-go świata) życie zabija konsumpcja, na którą trzeba zarobić. Tracimy na pracę mnóstwo czasu, który nigdy nie wróci, a wielu kręci się w kółko, jak ten chomik czy szczur. Nie posuwają się do przodu, bo raz lepsze auto, dwa wysoki kredyt hipoteczny i to, i tamto. Teraz jestem akurat w trakcie zwolnienia 2 tygodnie, a to co zaobserwowałem opiszę. W skrócie – rzucenie stałej pracy, to najlepszy ruch, jeśli mamy taką możliwość.
      Ja sam mam już obgadaną wstępnie z żoną przeprowadzkę na wieś, ale to temat na oddzielny wpis.

      1. Dziękuję za odpowiedź. W przypadku nierejestrowanej działalności gospodarczej lub życia z dywidend/inwestycji pozostaje jedynie kwestia ubezpieczenia. KRUS jest spoko ale nie każdy może go płacić bo jest wymagane posiadanie szkoły (mniejszy problem) oraz posiadanie hektara (większy problem). Nie wiem czy mozna tę kwestię rozwiązać w jakiś inny sposób. Dlatego chyba pozostaje iść chociażby na 1/8 etatu (o ile coś takiego da się znaleźć) po to żeby mieć ubezpieczenie. Oczywiście można płacić samemu zwykły ZUS ale to chyba nieoplacalne/drogie? Nie wiem nie znam się aż tak bo już jestem od 10 lat w DE i moja wiedza może jest nieaktualna.

        Oczywiście najlepsze rozwiązanie to Nierejestrowana działalność gospodarcza i kaska z inwestycji. Wtedy nikt nade mną nie stoi i nie wymaga to ode mnie stresu i czułbym się dobrze psychicznie. Myślę bardziej o drugiej połówce żeby to jakoś dobrze rozegrać i każdy był zadowolony. W końcu coś w życiu robić trzeba.

        Można też mieć inwestycje podzielone tak zeby procentowo z nich opłacać rachunki, wyjazdy a jakiś procent reinwestować tak zeby ta kula śnieżna się rozpędzała.

        Ogólnie widzę mnóstwo możliwości ale tak jak to zazwyczaj jest: czas i sytuacja nas zweryfikuje.

        1. Szkoła to roczny zdalny kurs. Nie stanowi większego problemu. Pomysł z 1/8 etatu, (albo i 1/40, czemu nie), też nie stanowi problemu. Można się zgłosić jako bezrobotny i udawać, że szukasz pracy.
          Płacony samodzielnie ZUS – nie widzę większego sensu, bo to po prostu nieopłacalne, chociaż możliwe.
          Z ubezpieczeń potrzebne Ci zdrowotne (tu starczy status bezrobotnego). Wtedy nierejestrowana dg + kasa z inwestycji, zwłaszcza, że masz spore minimum wolne od podatku, a powstały właśnie w rządzie plany zmiany (na korzystniejsze) zasad naliczania podatku Belki. Ceną za niepracowanie okaże się brak emerytury.
          Ja nie jestem zwolennikiem etatu jako takiego, natomiast mam świadomość (szykuję wpis) jak on nas ogranicza, gdy mówimy o systemie 8 g x 5 dni. Inne układy są u nas mniej popularne. Jechałem Blablacarem z gościem, który w Norwegii za ich stawki (znacznie wyższe niż u nas) pracuje systemem, dwa tygodnie w pracy (6 dni x 10 h), dwa tygodnie wolnego. Wyobrażam też sobie 3m pracy, 3 wolnego, 6m pracy, 6 wolnego czyli sezonowo. Natomiast nie za naszą minimalną, ale raczej za granicą.
          Chociaż generalnie, ta działalność nierejestrowana, powinna dać, o ile jesteś niezły, a usługa potrzebna, ok. 100 zł/h. Czyli do limitu miesięcznego (nie możesz go przekroczyć) masz 35 godzin pracy w miesiącu. I za te 35 godzin, a nie 170 miesięcznie dostaniesz równowartość pensji minimalnej.
          Masz rację, możliwości przed Tobą mnóstwo. Natomiast przy obecnym sposobie opodatkowania, ciężka praca etatowa okazuje się po prostu nieopłacalna. Przekonałem się o tym na własnej skórze i rozliczając PIT za zeszły rok. W tym, z uwagi na inflację (i inflacyjną podwyżkę) moją oraz żony, będzie jeszcze gorzej.

          1. Pytanie czy w Polsce pieniądze zarobione z inwestycji ( np ETFy) wliczają się do tej kwoty ktora może być wolna od podatku. Mam na myśli że po czasie sprzedaje swoje jednostki i jestem załóżmy 50% na plusie. To czy od tego będę musiał płacić podatek jeśli przekroczyłem kwotę wolna od podatku? Jest wiele takich kwestii, w których nie jestem jeszcze biegły ale będę musiał się nimi zainteresować.

            Dziś też czytałem że jeśli KRUS to brak możliwości normalnej umowy i jedynie umowa o dzieło czy tak zwana śmieciówka. Jeśli to prawda to nie wiem czy znajdują się pracodawcy którzy takie umowy dają. Oczywiście to by było w kwestiii zabezpieczenia siebie jeśli faktycznie bym chciał iść do pracy.

            Natomiast jeśli chodzi o dołączenie do KRUSU to na stronie oficjalnie widnieje tylko info, że potrzeba mieć 1ha ziemii. Nie ma tu mowy o żadnej szkole choć przyznam że słyszałem już od paru osób taka wersję że trzeba mieć papiery.

            Wiele kwestii jest tutaj nie wyjaśnionych.

            Tak samo ta czy można być w ogóle bezrobotnym jeśli przykładowo ma się spore oszczędności (np milion lub dwa) I żyje się z odsetek, dywidend lub obligacji. Co jeśli urząd się dowie o posiadaniu takich kwot? Jestem wtedy automatycznie skreślany z listy bezrobotnych i z ubezpieczenia bo jestem w stanie opłacić sobie to sam?

            No jest po prostu wiele niewiadomych…

          2. To jest dopiero zapowiedź projektu, więc szczegółów nie ma. Ponieważ mówi się o oszczędnościach raczej kwota wolna (działająca jak w PIT – powyżej 30k płacisz podatek wg skali, do 30k nic, więc jeśli zarobisz 45k – masz 15k do opodatkowania) będzie w przypadku obligacji, czy lokat, ale jak pisze, nic pewnego.
            Co do KRUS. Tak możesz zarobić na zleceniu – wystarczająco, a nawet dg, o ile nie przekroczysz kwoty granicznej podatku, oraz, w przypadku dg, zapłacisz tzw. podwójny KRUS, oraz nie dasz rady od razu.
            Pracodawcy zatrudniają w ten sposób- bez obaw. Przy dziele nie ma ograniczeń, ale są kontrole ZUS i dodatkowo mają to uszczelnić. Więc tu znaleźć pracodawcę, znaleźć dziedzinę na której się znasz, oj trudno.
            Żeby być w KRUS musisz być rolnikiem, a rolnik ma wykształcenie rolnicze lub doświadczenie. Nie jest powiedziane wprost. Natomiast kurs żaden problem.
            Bezrobotnym z ubezpieczeniem jest poszukujący pracy. Jeśli masz zawód niszowy, albo kiepskie wykształcenie, osiądziesz w biednym powiecie, urząd nawet nie zaproponuje pracy, bo jej dla Ciebie nie ma. Natomiast w innych przypadkach – nie, nie zaglądają w kieszeń. Mam kumpla – od 10 lat żyje z oszczędności i nieruchomości i oboje z żoną porejestrowani. Przy czym ona nie ma nawet matury, więc się jej nie czepiają, a on wprawdzie mechanik samochodowy, ale od 30 lat robi co innego, nawet praktyki nie złapał 1 dzień i każdy pracodawca go odrzuca. I tak się kręci od lat. Ubezpieczenie zdrowotne jest, a na emeryturę z ZUS nie muszą liczyć.

    1. Śmiało, wrzucaj. Ciekawe, już mi polecono ten wpis. Z ideą szkodliwości pracy (zwłaszcza biurowej) zgadzam się w 100%.
      Natomiast mam jedno zastrzeżenie. Program, który proponują autor tamtego bloga, podobnie jak Michał Szafrański, posługując się swoim przykładem, pomija jedną, dość istotną zmienną tj. osobiste właściwości autora.
      Obaj panowie w dość młodym wieku zarobili niedostępne dla większości pieniądze, lokując się w branży IT. W pierwszej pracy, jeszcze na studiach, wyciągali średnią krajową. I pytanie – Ilu znasz takich ludzi? Ilu znasz facetów, którzy oszczędzają 90% dochodu,nadal żyjąc przyzwoicie? Ja jednego, i to nie osobiście, legendarnego Joe Domingueza – autora „Your money or your life”. On akurat w bankowości inwestycyjnej. Obaj mieli znacznie ponadprzeciętną wiedzę o liczbach i tzw. wyższej matematyce.
      Ja gram w innej (bardziej dostępnej) lidze. Zacząłem zarabiać po studiach, pierwsza pensja wynosiła ok. 50% ówczesnej średniej, tyle co dzisiaj najniższa krajowa. Bliżej mi do Andrew Hallama, który swoją książkę nazwał „Millionaire Teacher”. Jak wiemy nauczyciele zazwyczaj zarabiają mało lub przeciętnie. A skoro tak, Ty, ja, miliony innych mogą powtórzyć tę drogę. Drogi autora Inwestomatu, raczej nie. Stąd oszczędny milioner jest opowieścią o stopniowym bogaceniu się z poziomu średniaka, a nie korzystaniu z przewagi gigantycznych zarobków.

  2. Jesteśmy w podobnym wieku- z tego co wnoszę.
    Za naszych czasów młodości i pierwszej pracy (koniec lat 90-tych) było ogromne bezrobocie i zwyczajnie bieda.
    Jako kraj, ale też jako poszczególne osoby wykonaliśmy gigantyczny skok do przodu. Dlatego ja stoję na stanowisku, że czas konsumować część tych owoców-oczywiście każdy na miarę możliwości ( i potrzeb-cytując klasyka;-) )
    Jak chcesz się ” pobawić” i zobaczyć jaki ten postęp jest to polecam:

    https://www.imf.org/external/datamapper/PPPPC@WEO/OEMDC/ADVEC/WEOWORLD

    Genialnie proste w obsłudze a tyle radości:-). I do tego jest prognoza do 2029. Zobacz jakie były różnice między nami a krajami zachodnimi ( a nawet Grecją, Portugalią, Hiszpanią, Italią) od roku 1990 a jakie są ( a raczej nie ma) dziś.
    Przyjemniej ” zabawy”
    ( GDP per capita PPP)

    1. Tak, chyba jesteśmy mniej-więcej rówieśnikami. Podzielam całkowicie pogląd, że Polska wykonała gigantyczny skok na ekonomicznej mapie świata. Zgadzam się także, że „czas konsumować część tych owoców”. Różnimy się tylko nieco w definicji rozmiarów tej części. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję w odmienności filozofii życiowej i prawdopodobnie również dochodów.
      Moja edukacja oszczędnościowo-inwestycyjna zaczęła się od takich pozycji jak „Sekrety amerykańskich milionerów”, „Jak pomnożyć źródła swoich dochodów”, „Millionaire teacher”, „Fat, forty and fired” a ostatnio szereg książek i blogów z gatunku FIRE. Stąd nauczyłem się grać w obronie, wierząc (co się sprawdziło), że wcale nie potrzeba sporego dochodu, aby dojść do punktu zwanego „zamożność”. Wystarczy dobrze oszczędzać i nieźle inwestować.
      Tobie prawdopodobnie znacznie łatwiej przychodzi zarabianie, stąd stawiasz na atak, a obronę traktujesz drugorzędnie. Szanuję, bo wiem, jak trudno zarabiać ponadprzeciętnie.
      Wracając jednak do „części owoców”, które czas konsumować. Dla mnie konsumpcja owoców polega na odciążeniu głowy, cieszeniu się życiem, a do tego, być może dobrze, może źle, potrzeba mi niewiele. Markowe ciuchy, gadżety kompletnie nie działają, nawet jako chwilowy poprawiacz nastroju. Wiem, co rzeczy mogą mi dać. Nie potrzebuję zbyt wiele tzw. przeżyć. Dlatego, kiedy mam wybór, wolę kontynuować mocną grę w obronie, bo w ten sposób mogę zyskać sporo wolnego. A czas cenniejszy niż pieniądze.

      1. Co do konsumpcji mamy jednak podobne podejście. Lubię zwiedzać, delektować się widokami, kuchnią, winem. Lubię sport, historię. Owszem, jestem w stanie wydać sporo za wrażenia dla siebie i najbliższych ale cieszy mnie również kawa na rynku np. w małym dolnośląskim miasteczku.
        Nie jest mi do tego potrzebna koszulka za 500 zł, czy kurtka za 3000 zł. Nie otaczam się gadżetami, bo to zwykle są wydane pieniądze na rzeczy, których nie potrzebujemy dla siebie, tylko żeby pochwalić się przed innymi ludźmi.
        Oczywiście jak każdy mam swoje słabości, np. mój drugi, mały samochód cabrio.( uprzedzając, kupiony używany w cenie kilkunastu przeciętnych pensji krajowych i raczej nie będzie tracił na wartości). Czyli gadżet ale sprawiający ogromną frajdę i na którym nie tracę- z wyjątkiem Twojego „konika” czyli kosztów eksploatacji:-).
        Obecnie też w finansach (osobistych) przyjmuję raczej pozycję ” obronną”, gdyż na własne życzenie już relatywnie bardzo mało pracuję i korzystam z dochodów tzw. pasywnych.
        I oczywiście nie wydaję 20% swoich dochodów na życie i przyjemności jak wskazany wyżej bloger, tylko w granicach 50%.
        Co uważam w moim wieku za zdrowy balans pomiędzy konsumowaniem owoców a rozsądkiem.

        1. Masz rację. Kawa na ryneczku w spokojny, słoneczny dzień potrafi zdziałać cuda, stanowiąc wręcz dopalacz nastroju. Natomiast dochody nadal masz ponad przeciętną, tylko może zmieniło się ich źródło (z zawodu na kapitał). Stąd te 50%, znajdujące się nawet w szerokim spektrum rozsądku.
          Co do zwiedzania, to patrząc na współczynnik wrażenia/ceny miasteczka Dolnego Śląska, stanowiące dla mnie w lecie namiastkę Południa, biją na głowę wszelkie inne miejsca. Nie trzeba tak daleko jechać (ode mnie 5h do Wrocławia, potem 2 h do Kłodzka, w sumie trochę ponad 600 km, w znacznej części po dwupasmówce), ceny umiarkowane (za 300 zł/dobę dostaniemy trzyosobowy pokój w willi z basenem), widoki podobne do Toskanii, a w sezonie nie tak gorąco.

          1. Dla mnie wschód Polski jest równie magiczny, nie znam go tak dobrze jakbym chciał.
            Kiedy wszyscy w wakacje uciekają nad absurdalnie drogie i zakorkowane morze, lubię w środku tygodnia wyskoczyć do Sandomierza, Baranowa, Opatowa albo dalej, na Roztocze. Dla mnie to magiczny region. Szkoda, że na tej liście nie ma Lwowa, dzięki Stalinowi.

          2. Masz ewentualnie „mały Lwów” czyli Przemyśl. Mnie osobiście urzekło też Krosno zwane w przewodnikach i sporo na wyrost „małym Krakowem”. Polskie morze ma sens głównie w wersji „kamperem na dziko”, chociaż coraz trudniej znaleźć niezadeptane miejscówki (kiedyś było to np. Grzybowo).
            Jeśli lubisz niewielkie, klimatyczne miasteczka gorąco polecam: Szczebrzeszyn+Zamość, Hrubieszów, Muszynę (przy okazji góry oraz baseny), Drohiczyn. W centralnej Polsce, dawne znaczne miasta I RP – Łęczyca, Pułtusk, Łowicz. Jeszcze bardziej zapoznane: Szydłów, Zawichost i Kock.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *