Mój wpis o problemach wynikających z biurowej pracy na etacie cieszył się popularnością odwiedzających. Postanowiłem rozwinąć temat, pokazując jak te 3 tygodnie wpłynęłyby na moje dochody oraz co więcej dałem radę zrobić.
Powtórzmy liczby: W ciągu 3 tygodni (15 potencjalnych dni pracy +6 dni weekendów) przebywałem w biurze 2 dni i 4 godziny. W tym czasie:
- byłem na L4 8 dni (nieco ponad połowę czasu), na urlopie 4 dni, oraz 3 dni w pracy.
- odbyłem 2 spotkania wyjazdowe, 2 zdalne (z domu) i 1 w moim mieście, które zakończyły się uzyskaniem dla moich pracodawców kwoty odpowiadającej mojemu miesięcznemu wynagrodzeniu brutto.
- Krótko mówiąc w 10 godzin właściwej pracy (spotkania i przygotowanie do nich) plus czas dojazdu – kolejne 6 godzin zarobiłem równowartość mojej lepszej miesięcznej pensji, na którą normalnie spędzam 12 dni w biurze.
Ponadto:
- codziennie przesypiałem od 7 do 10 godzin,
- napisałem łącznie 4 wpisy na bloga i 100 stron (prawie 5 dziennie) książki o finansach osobistych (poprzednie 35 strony zajęły mi 3 miesiące porannej pracy),
- prawie wynegocjowałem synowi nowy kontrakt sportowy,
- przeczytałem 7 książek liczących razem ponad 2,5 tys. stron,
- spędziłem z rodziną dodatkowych kilkadziesiąt godzin, praktycznie codziennie (poza okresem intensywnych objawów choroby), zaplanowałem i kupiłem wszystkie prezenty mikołajkowe i gwiazdkowe, omówiłem z żoną przeprowadzkę na wieś,
- ustabilizowałem ciśnienie krwi.
Nie przypominam sobie podobnych 3 tygodni.
Na tym polega paradoks produktywności – robiąc mniej osiągamy lepsze wyniki. Znam to już z przeszłości. Podczas urlopu bezpłatnego, kiedy założyłem dg,w pierwszym roku zarabiałem regularnie 3 razy więcej niż na etacie, pracując 60% czasu. Jaka nauka z tego płynie? Jeśli chcę poprawić rezultaty, muszę rzucić jeden etat. Zaplanowana na początku grudnia droga, wydaje się całkowicie właściwa. Usunięcie pobocznych, właściwych dla etatu eksperta questów (ciągle ktoś przerywa pracę pytaniami), wystrzeliło efekty w kosmos. Mechaniczne czynności: odbieranie maili, odpowiedzi na nie, rozmowy telefoniczne, proste zadania, trwające 10 minut niweczyły pracę zaplanowaną na godziny. Co więcej, zauważyłem, że siedząc w domu lub na wyjeździe mam większą łatwość zabrania się do pracy i mniejszą skłonność do odkładnia. Lenistwo jako lek na prokrastynację – brzmi ciekawie.
Stąd decyzja o dramatycznym ograniczeniu zadań.. Tak jak pisałem w odpowiedzi Piotrowi dla mnie etat stracił sens. Muszę siedzieć na tyłku 15 dni w miesiącu (i tak mało), w sytuacji, w której w 2 dni jestem w stanie zarobić równowartość 12 dniówek etatu. Logiki w tym zero. Drugi pracodawca płaci jeszcze gorzej – częściowo w efekcie polityki podatkowej państwa (składki 29% i podatek 32%) netto dostaję o połowę mniej niż brutto. Ten pójdzie na pierwszy ogień.
Natomiast wróćmy do tematu wpisu – korzyści z rzucenia większości pracy etatowej:
- odzyskane 10 dni w miesiącu, które mogę przeznaczyć na rodzinę, wieś, bloga, firmę, naukę nowego zawodu, remonty – na co tylko zechcę,
- zwiększona motywacja do czynności przynoszących wymierne efekty,
- znacznie lepszy sen i ciśnienie krwi,
- brak uczucia zagonienia, kiedy dzień rozpoczyna się o 5.30, a kończy o 21 (czasami do 12 miałem już napisane 4 strony książki), zamiast zaczynać o 17.30 po zjedzeniu obiadu i drzemce i kończyć o 21,
- więcej odhaczonych ważnych zadań, przy lepszej jakości pracy (mniej błędów do poprawy).
Wszystko to za cenę zmniejszenia dochodów z etatu o 43% brutto i ledwie 33% netto (podatki!).
Dla Ciebie jest to dobra opcja, starasz się to uzasadniać ( co logiczne, skoro podjąłeś taką decyzję).
Pamiętaj jednak, że są ludzie, którzy nie mogą mieć pracy zdalnej, nie mają ochoty mieszkać w małej miejscowości.
Są też ludzie, którzy nie będą myśleli jak ograniczać wydatki tylko jak zwiększać dochody.
Jaki np. ma sens relokacja i ograniczenie godzin pracy dla lekarza, który ma pacjentów od 15 lat w swoim mieście i żyje z tego bardzo dostatnio? Dlaczego ma ograniczać się do np. 80 h pracy, skoro konsultacje są w większości szablonowe, tak jak i problemy 90% pacjentów? Jeżeli lubi swoją pracę to ma przyjemne z pożytecznym: pomaga ludziom, te 10% przypadków nieszablonowych to okazja do poszerzenia wiedzy i przy okazji… każda godzina to ok. 300-400 zł . Bez sporego wysiłku, w komfortowych warunkach, przy szacunku personelu niższego i większości pacjentów, może pracować 200 h miesięcznie. To nie jest praca 8 h dziennie przed komputerem (jako pracownik w korpo) albo 8 h na deszczu jako pracownik budowlany albo w korkach i nerwówce jako kurier.
I dlaczego mając taką stabilną i dochodową pracę ma zerkać czy jego samochód spala 6 czy 13 litrów? Albo czy raz w roku lot biznes klasą na wakacje na inny kontynent kosztuje dla 3 osobowej rodziny 30 tys. zł zamiast 12 tys zł. Albo nie odwiedzić restauracji z wyjątkową kuchnią we Florencji za 350 Euro za trzy osoby? To są doznania, których warto spróbować. I nie może to być lista do spełnienia takich fantazji, tylko coś co daje nam dodatkową, spontaniczną radość w życiu, nagrodę za dobrze wykonaną pracę. Co oczywiście, nie wyklucza spędzenia uroczego tygodnia w agroturystyce na Podlesiu za 150 zł za osobę.
I nie ma znaczenia ( w powyższym przykładzie) czy taka osoba zostawi w spadku 3 mln zł. i dom czy 6 mln zł. dom i mieszkanie.
Spadkobierca i tak będzie miał wspaniały start ( albo dodatek na wygodne, dostatnie życie) a przyszły spadkodawca nie będzie prowadził życia z excelem, zastanawiając się jak najtaniej przeżyć.
Także, są różne przypadki i nie generalizowałbym, że koniecznie należy mniej pracować i jest to najlepsza droga w życiu. Warunek jest taki- praca sprawia przyjemność, daje szacunek innych, nie niszczy zdrowia i przy okazji daje nam dobre pieniądze.
Jak zwykle trafiasz w punkt. Przykład z lekarzem – doskonały do dalszych rozważań.
Zacznijmy od tego, że są ludzie, którzy planują zwiększać swoje dochody. Doskonale. Tylko pytanie, jakie jest ich „dlaczego?” Co nimi kieruje? Czy swoją pracę po prostu lubią, daje im satysfakcję, a siedząc w domu, umarliby z nudy? Albo tacy, którym już dzisiaj trudno związać koniec z końcem? Oni zdecydowanie niech trzymają się nawet biura, bo po co psuć coś, co działa i utrzymuje na powierzchni.
Natomiast, przynajmniej w mojej bańce, istnieje spora grupa, która w skrytości marzy o zamknięciu za sobą drzwi, ponieważ mają lepszy plan na życie, a praca 170h/m-c uniemożliwia im coś, co chcieliby robić. Spędzać więcej czasu z żoną/mężem/dziećmi/rodzicami/przyjaciółmi etc. I potrzebują drogowskazu. Zwiększenie dochodu jest poważną opcją i szeroko reklamowaną, ale wymagającą czasu. Bo niby jak kierownik biura sprzedaży proszków do prania miałby z miejsca (co ważne) więcej zarabiać? Zmniejszenie wydatków może się odbyć natychmiast.
Wróćmy do lekarza. Jak napisałem na starcie – świetny przykład. Ponieważ i lekarze są różni. Natomiast jako grupę opanował ich rozdęty do niebotycznych rozmiarów kult posiadania, zarabiania, ogólnie tzw. mamony. Niewielu, w tym mój szkolny kolega (ginekolog, który ograniczył pracę do 2 dni w tygodniu, aby mieć czas dla rodziny), potrafi wyjść z kołowrotka. Większość albo zatraciła się w kolejnych nabytkach, albo, co gorsze, im więcej zarabia, tym więcej pożycza. Nie potrafią, a teraz, nie bardzo mogą przestać. Dostają zawału – nadal szaleńczo pracują. Zostawia ich żona/mąż – lekiem na ból istnienia staje się praca. Inni polubili kasę, ale i pacjentów, fakt, że mogą pomóc. I zakładam – nie wiemy jaki jest Twój doktor. Czy pracuje z przymusu, beznamiętnie rozwiązuje te typowe problemy, czy praca go kręci. I ważne, żeby odpowiedział sobie, co go broni przed ograniczeniem aktywności zawodowej. Czy pasja, czy chęć posiadania?
Nie zgodzę się z Tobą, a mam paru lekarzy w rodzinie, że każdy lekarz może pracować 200h miesięcznie. Po pierwsze, większość poświęca zawodowi znacznie więcej. Po drugie zależy w jakiej specjalności. Okulista, rodzinny w przychodni – jak najbardziej. Ale już chirurg, onkolog, psychiatra musi mieć pewien oddech, bo jego specjalność wykańcza albo psychicznie, albo fizycznie. Stąd zresztą wśród tych szanowanych przez personel i pacjentów nie brakuje zawałowców, alkoholików, narkomanów, ludzi głęboko trwających w pustych małżeństwach, albo zwyczajnie wypalonych. I chorych na serce, skrzywionych, nieszczęśliwych prywatnie jest w tym zawodzie znaczna nadreprezentacja, w stosunku np. do nudnych księgowych czy nauczycieli. Znałem przypadek niespełna czterdziestoletniej lekarki, która wpadła w taki dół, a nie potrafiła szukać pomocy i popełniła samobójstwo we własnym samochodzie, oblewając się benzyną. Do dzisiaj nikt, włącznie z rodziną, nie wie dlaczego. Wielu pada z przemęczenia i nie dożywa 50-tki.
Teraz moje „po co” ponieważ padły konkretne pytania. Trochę odpowiedziałem we wpisie, a nieco rzeczy powtórzę. Przewrotną odpowiedzią na wątpliwość po co ma zerkać czy samochód spala 6 czy 13 litrów, może być szmonces o Icku, który kupował bilet na pociąg, wybrał osobowy zamiast pospiesznego, a zdziwionej konduktorce odrzekł – jedzie się dłużej, a płaci się taniej. Ale już poważnie. Mnie osobiście dopadł „bzik optymalizacji” ale i świadomość ekologiczna oraz celowej wartości pieniądza. Wiem, co może mi dać auto palące 13 litrów, a co 6 litrów (a nawet w większym stopniu jazda tym samym samochodem, tak żeby palił 6 czy 13 litrów). Nic albo niewiele. Po co mam więc ponosić wydatek, którego korzyści nie dostrzegam?
Podobnie oceniam wybór klasy biznes – wydatek nieproporcjonalny do korzyści, o ile nie mam 1,9m, nie ważę 120 kg, albo nie czeka mnie lot przez Atlantyk. Natomiast dla kogoś innego „fantazja”, „spontaniczna radość w życiu” są wartością i proszę bardzo. Tylko ponownie, zwracają na to uwagę filozofowie tacy jak Seneka czy Thoreau – istnieje cienka granica pomiędzy przyjemnością a przesadnym dogadzaniem sobie, konsumpcją. Podobnie jak między byciem oszczędnym i sknerą (na ten temat popełniłem kiedyś wpis). I teraz odwiedzenie restauracji we Florencji, jeśli ktoś lubi wyjątkową kuchnię, popieram (ponieważ w przeciwieństwie do samochodów) istnieje drastyczna różnica między restauracją wysokiej klasy a przeciętną. Natomiast znam ludzi, którzy przyjemności żołądka, całej tej otoczki kompletnie nie cenią, ponieważ zawsze i wszędzie zamawiają wyłącznie wariacje na temat smażonego/grillowanego mięsa + ziemniaki. Wcale nie z biedy, ani nawet oszczędności. Po prostu nie widzą tej różnicy, którą Ty czy ja dostrzegamy.
Podobnie, moją motywacją nie jest zostawić dodatkowe 3 mln zł, ponieważ wtedy nie rzucałbym jednego etatu.
Natomiast, kiedyś już tłumaczyłem ideę tego bloga. Grupą docelową dawanych tu rad, może mniej widoczną w komentarzach, ale statystycznie istotną, nie są obecni milionerzy, ani nawet osoby doskonale zarabiające (bo trzeba osiągać dochody ponad przeciętną, żeby nie widzieć różnicy pomiędzy 12 a 30tys. zł) lecz grupa, którą nazwałem „milionerami za średnią krajową+20%” czyli sam środek klasy średniej. I właśnie Ci ludzie nie mają alternatywy „biznesklasa czy ekonomiczna do USA” tylko chcą (a jeśli zamierzają być zamożni – powinni) wiedzieć w jaki sposób zakup salonowego auta palącego dwa razy więcej niż używany,a niezużyty siedmiolatek, wpłynie na prawdopodobieństwa dotarcia do celu.
I na koniec, dyskusja pomiędzy nami jest dla tych ludzi inspirująca, ponieważ widzą, że ludzie zamożni to nie jest jednolita kasta postaci ze spiżu, lecz całkiem różniąca się postawami i wyborami klasa. Jeden chce pracować intensywnie do emerytury, drugi w jakimś momencie odpuszcza. Jeden ceni sobie fiołki w Neapolu, a drugi swojskie g… w polu.
Jak zwykle odpowiedź kompletna i merytoryczna- niewiele można dodać.
Każdy człowiek ma ( powinien mieć) swoją drogę, swoje przemyślenia, pomysły. Dobrą cechą jest analizować postępowanie innych i wyciągać wnioski czy my tak chcemy. Jeżeli tak, to można kopiować.
Ale..:
Najpiękniejsza jest własna droga na własnych zasadach.
Dodam tylko, że napisałem, że przelot na inny kontynent. Wtedy biznes klasa a klasa ekonomiczna to jest większa różnica niż przejazd Fiatem Pandą a Ferrari i jak kogoś stać ( tak zwyczajnie, bez rezygnowania z czegokolwiek) to warto.. Latanie biznes klasą po Europie zasadniczo nie ma większego sensu.
Co do lekarzy i mamony- z moich bliskich obserwacji w większości przypadków niestety prawda. Btw, jeżeli sprawdzisz zarobki lekarzy w Niemczech, Skandynawii i w ogromnej większości krajów w Europie i zestawisz je z zarobkami lekarzy w Polsce- ale uwaga: netto ( u nas zwykle ryczałt i zus, więc poniżej 20% łącznie) i połączysz to z kosztami życia w danych krajach to się okaże, że polscy lekarze to zarobkowo top Europy ( z wyjątkiem Szwajcarii).
Słuszna idea bloga, żeby wspierać i udzielać porad przyszłym milionerom z sąsiedztwa, a nie zamknąć się w bańce ludzi, którzy zastanawiają się czy warto lecieć biznesem lub kupić mieszkanie w ciepłym kraju.
Pozdrawiam
Dziękuję za cenne uwagi. W przypadku lekarzy przyczyna jest znana – najmniejszy odsetek na 1000 mieszkańców. Dlatego mogą spokojnie brać 500 zł za 20 min. wizytę. Nota bene ten aspekt też ma przełożenie finansowe na nasze życie, w kontekście „pracować mniej czy więcej”. Jeśli pracuję mniej, mniej choruję, a jeżeli już to lżej i mam czas na czekanie w kolejce do neurologa (chory kręgosłup) na NFZ, zamiast płacić 500 zł za wizytę prywatnie i jeszcze pewnie 800 zł za rezonans. Moi przyjaciele, którzy rzucili pracę i żyją z kapitału już blisko 10 lat, w ogóle nie płacą, zawsze na fundusz. I ten paradoks warto też rozważyć.
Mam bardzo podobne doświadczenia. Rzuciłam etat (mój jedyny etat), żeby przejść na freelance (copywriting).
Po pierwszym miesiącu różnice prezentują się następująco (etat vs free):
160 vs 96 godzin pracy w miesiącu
5500 vs 8000 zł na rękę
Odpowiedzialność za budżety klientów i jakość pracy innych osób vs odpowiedzialność wyłącznie za własne błędy
Brak wydatków na dojazdy, biurowe śniadania itd.
Załatwiłam mnóstwo spraw urzędowych, rodzinnych, wiadomo, święta, a praca na tym nie ucierpiała. Miałam czas, a przede wszystkim siły gotować, wyjść gdzieś, zadbać o dom. Dzień jest ciągłością, zginął sztuczny podział na work i life 😉 Wstaję wcześnie, bo chcę, a nie bo muszę. Maks o 14 jestem wolna, często bliżej południa. Żyć, nie umierać.
Dokładnie – tak to działa. Praca biurowa dzięki systemom zarządzania dokumentami generuje niesamowicie dużo „pustych godzin” – zebrań, które do niczego nie prowadzą, odpowiadania na bzdurne pytania i maile, rozsyłania podobnych „do wiadomości”. Kiedyś drukowało się z rozsądkiem, teraz wysyła siecią bezkarnie. Dochodzę jeszcze godziny odsiedziane na pusto.
Do tego praca wiąże się z wieloma uciążliwościami: dojazdem, zbieraniem się, pakowaniem śniadania, szukaniem miejsca parkingowego, przyjeżdżaniem 20 minut wcześniej „żeby mieć gdzie stanąć”, a potem powrotem i słynną dekompresją. Kiedyś liczyłem, że tracimy w ten sposób 2-3 godziny dziennie. 1/4- ponad 1/3 czasu marnowanego bezpowrotnie, którego potem brakuje.
Uchwycony idealnie problem „znika podział na work i life”. W grudniu, z racji zwolnienia nie mogłem uprawiać „work”, żeby mnie nie dopadł ZUS, więc przysiadłem nad książką, którą traktuje jako hobby. I okazało się, że biorąc nawet pod uwagę okres faktycznie ostrej choroby, gdzie przesypiałem po 6-8 godzin w ciągu dnia, pomimo wszystko (Świąt, wyjść, zjazdów rodzinnych, choroby) w poprzednim miesiącu napisałem 133 strony, mój rekord to 13 stron dziennie. I na „life” nadal miałem więcej czasu. Porozmawiać ze starszymi synami przez telefon, z młodym przed wyjściem do szkoły.
Funkcjonuję, jak to napisał jeden z bohaterów książki o wyjeździe na wieś „jak niemowlę”. Chce mi się spać, przysypiam na 10-15-45 minut, a jak trzeba to i na 2 godziny. Dzięki temu nocny sen trwa 4-5 godzin (kiedy indziej i 9) i mam czas np. o 3 rano odpowiadać na komentarze i w chwili, gdy normalnie wychodziłem do pracy, już wykonałem swoją normę – tych 5 napisanych stron. Faktycznie od 12 mógłbym już nic nie robić, ale nadal mam napęd.
Wydatki? Temat rzeka. Właśnie wczoraj skończyłem pisać na ten temat rozdział do książki, licząc ile moi współpracownicy z obu biur i ja sam, wydajemy w związku z pracą. Lista jest niezmiernie długa i zawiera (dane miesięczne): utrzymanie drugiego samochodu w rodzinie i dojazd (od 300 zł do ….6000 zł), śniadania (od 0 bo jem w domu do 400 zł), składki (zwykle kilkadziesiąt złotych) ubranie (0-300 zł), koszty urlopu „relaksującego” od kilkuset do kilku tysięcy złotych, płatne usługi, których nie ma czasu zrobić (nawet kilkaset złotych), lekarze (płatne wizyty i leki, bo nie możesz się dopasować do wolnego terminu). Rekordzista – wydaje ok. 10.000 zł z czego 6000 zł na salonowe auto premium i 3000 zł na wakacje, a minimaliści 1400 zł, w tym 1000 zł na dekompresujący urlop.