Żyj jak dziki. Czego możemy nauczyć się od prymitywnych plemion.

Badania nad społecznościami pierwotnymi plemion łowców-zbieraczy, prowadzone na Filipinach i Afryce wykazały, że ludzie ci, pracują ok. 15-20 godzin tygodniowo. To 1/3 czasu spędzonego na etacie przez przeciętnego Amerykanina, który poświęca na zajęcia zawodowe 50 godzin. Czy dzisiaj da się żyć jak tzw. dzicy?

Plemiona nazwane prymitywnymi lub pierwotnymi mają jeden cel – napełnić brzuch. Z uwagi na ciągłe przemieszczanie się, unikają gromadzenia przedmiotów, które stanowią przeszkodę w szybkim poruszaniu się. To je różni od współczesnego obywatela państw rozwiniętych, w tym Polaka.  My posiadamy mnóstwo przedmiotów (minimaliści, często bezskutecznie dążą do 100) i obrośliśmy w różne „dobra”. Jednak celem tego wpisu nie jest dyskusja o minimalizmie, ale odwołanie się do doświadczeń antropologów.

Wróćmy jeszcze raz do początków – 15-20 godzin pracy tygodniowo. Pół etatu. Oznacza to konieczność utrzymania rodziny za jedną pensję, często niewielką (nawet minimalną). Czy to w ogóle możliwe? Jak daleko odchodzimy od korzeni?

Zasada 1. Dach nad głową. W tym punkcie nie zbliżymy się do Filipińczyków, czy Tanzańczyków, dzieli nas klimat. Ale łowcy-zbieracze żyli także w Azji Środkowej albo Ameryce Płn., w klimacie podobnym do naszego. Patrząc na świat jak oni, potrzebujemy schronienia, nie pałacu. Pisałem już o tym, że mieszkanie lub mały dom, w niektórych częściach Polski można kupić  za 120.000 zł. Taką kwotę da się odłożyć pracując 2-3 lata na „saksach”.  Potem ponosimy tylko koszty ogrzania, mediów, podatków. Dla 2-3 osób to 700 zł.

Zasada 2. Najlepszym środkiem transportu są własne nogi. Pamiętacie sukcesy etiopskich biegaczy? Ich źródło bije w wielokilometrowych codziennych biegach od kilkunastu pokoleń. Pierwotni Tanzańczycy są tak sprawni, że potrafią zamęczyć zwierzęta sawanny (antylopy, gazele), zdolne do krótkotrwałego wysiłku,  ścigając je aż do wyczerpania i pragnienia silniejszego niż wszystkie inne. Polują bez broni, na koniec po prostu duszą swój przyszły obiad przy wodopoju. Ty tak nie potrafisz? Ja też nie.  Wyobrażam sobie opowieść w towarzystwie, jak morduję w ten sposób sarny (bo na antylopę nie mam szans) i miny moich kumpli.

Przyzwyczailiśmy się do auta. Żyjąc w małym miasteczku lub dużej wsi, często samochód nam niepotrzebny, a jeśli już (zwłaszcza rodziny z dziećmi) go kupimy, to korzystajmy jak najmniej. Wystarczy 15-letni Fiat Panda, czy stary Golf, aby dojechać do lekarza, po zakupy raz w tygodniu, gdzieś do rodziny. Koszt takiego „złomka”, przy średnim rocznym przebiegu 3000 km to, 300  zł/miesiąc.

Zasada 3. Nie gromadź rzeczy. Nie kupuj wszystkiego. Najpotrzebniejsze rzeczy możesz zdobyć za grosze lub nawet za darmo. Trochę mebli, ubrań, komputer dla dziecka (w wielu gminach rozdawano je na początku pracy zdalnej). Niech to będzie 200 zł/miesiąc.

Zasada 4. Skromne jedzenie.  Widzieliście mój projekt „życie za 500 zł”, a potem jego modyfikacje wraz z inflacją? Na jedzenie wydałem bardzo mało, bo zajmowałem się produkcją. W rzeczywistości, rezygnując z mięsa, lub posiadając zwierzęta, da się wydawać na jedzenie nawet mniej niż 200 zł/osobę/miesiąc.

Wydatki razem. W sumie wydamy 1800 zł/3 osoby/m-c. Dodając edukację, ubranie, ubezpieczenie itp.,  oznacza to, że taka rodzina jest w stanie utrzymać się aż nadto z 800+, świadczeń rodzinnych oraz drobnego rzemiosła. Gdyby dwie osoby pracowały po 2 godziny dziennie zarobią ok. 3000 zł, co ze świadczeniami państwowymi da 4500 zł. W tym stanie, nie żyjemy wprawdzie jak dzicy (oni całe jedzenie produkowali sami), ale za to  żyjemy w cywilizacji.

10 komentarzy do “Żyj jak dziki. Czego możemy nauczyć się od prymitywnych plemion.”

  1. Może nie 20 ale 30/40 godzin pracy miesięcznie to bardzo dobra koncepcja.
    Kwestia ustawienia sobie samemu stawki godzinowej na zadawalającym nas poziomie. ( albo dzięki umiejętnościom i wysokim kompetencjom ” zmuszenie” pracodawcy/usługodawcy do płacenia nam wysokiej stawki).
    Zdecydowanie nie musimy brać przykładów z ” dzikich” ludów, ale możliwość poświęcania reszty czasu na to co sprawia nam i bliskim przyjemność ( no chyba, że dla kogoś praca= 100% przyjemność) jest bezcenne.
    Do bycia szczęśliwym nie potrzebujemy otaczać się nowymi przedmiotami i życiem ” na pokaz”a nie dla siebie.

    1. Może niejasno napisałem – zbieracze/łowcy pracowali 20h, ale tygodniowo. I do tego trzeba dążyć. Mój główny etat wynosi realnie (z uwzględnieniem urlopu, możliwością zwolnień, dni ustawowych) 16h tygodniowo. Z dojazdem ze wsi (3h w dwa dni) wyjdzie właśnie coś koło tego.
      Co do stawki godzinowej. No cóż, nie każdy ma takie możliwości (kompetencje), żeby ją podnosić, i na tym właśnie polega nieszczęście. Mnóstwo ludzi (coraz więcej) poświęca 40h tygodniowo (50 z dojazdami), żeby zarobić pensję minimalną. I wpadli w pułapkę.
      Natomiast inwestowanie kapitału odrywa w ogóle zarobek od pracy i właśnie tym kierunku staram się zmierzać. Tylko znowu – ten kapitał trzeba jakoś zdobyć i nauczyć się go pomnażać.
      A przedmioty? Powyżej pewnego poziomu przestają już cieszyć. Relacje, przeżycia nabierają większego znaczenia.

  2. Moja częściowa pomyłka, faktycznie na początku artykułu napisałeś, że tygodniowo.

    A ja się zasugerowałem tym fragmentem jakoś :
    „Wróćmy jeszcze raz do początków – 15-20 godzin pracy miesięcznie”.

    Co do zasady- zdobycie kapitału, który pozwala w miarę bezstresowo z niego żyć nie jest łatwe. Ale po zdobyciu, jego bezpieczne i zdywersyfikowane inwestowanie jest równie trudne w dłuższym terminie, nie uniknie się złych decyzji, strat. Ważne, żeby portfel był właśnie dość zdywersyfikowany, wtedy strata np. 30% ale na 15% wycinku portfela ” kosztuje ” nas 4,5% na całości. 4,5% jest do przełknięcia a 30% to już pewnie boli.

    1. Dzięki. Już poprawiłem. Bo faktycznie jedno zdanie przeczyło drugiemu.
      Z kapitałem, znowu – masz rację. Zdobycie go wcale nie jest łatwe. Nie każdy dużo zarabia, niewiele osób umie przezwyciężać pokusy. Natomiast pewne kwoty są jednak w zasięgu średniaków. I tu wchodzi ubrany na biało „oszczędny tryb życia”. Gdy mi ktoś mówi „niedasię” odwołuje się do opowiadanej już na blogu historii, która mnie osobiście zainspirowała – o skromnych księgowych, które kupowały mieszkania swoim dzieciom, robiąc zrzutkę. A było to w czasach oprocentowania hipotek +15-20% i ich generalnej niedostępności. Trzeba kombinować. Dzisiaj, jeden z moich klientów, skromny wykonawca remontów, obcokrajowiec z dwójką dzieci, właśnie kupił sobie dach nad głową w mieście, gdzie cena m2 wynosi 10.000 zł. Jak? To temat na oddzielny wpis. Ale w tym samym czasie grupa pracowników korporacji co tydzień piła w barze narzekając, że ceny mieszkań wpychają ich w wynajem, a na zakup to sobie nie pozwolą. Tylko oni chcieli nowe od dewelopera, minimum 60m2 na kredyt (co z wykończeniem, oznacza cenę 720 tys. zł, konieczność posiadania 180 tys. zł na początek, potem ratę 4,5k, i rzeczywisty koszt 1,7 mln), a on szukał okazji. No i cały remont zrobi sam.
      Wracając do inwestycji i strat. Jeden ze zwolenników bezpieczeństwa zaproponował takie rozwiązanie: lokujesz 90% w banku (obecnie na 7%, czasami na 1%, ale przy deflacji), a pozostałe 10% przeznaczasz na opcję na indeks, która zamyka się, gdy bilans wynosi 0. Nic nie stracisz, ale ile zarobisz? Tu właśnie pies pogrzebany. Jeśli giełda pójdzie w górę o 20%, ledwie ok. 2% więcej niż lokata. Czy to jest interes? Dzisiaj może i byłby, w dobie niskich stóp – już nie. A teraz wyobraź sobie inny scenariusz. Ot z wczorajszej rozmowy telefonicznej, bo zadzwoniono do mnie z prośbą o radę. Kupujesz mieszkanie w dużym mieście, płacisz 9,7 tys. zł za m2, a cena rynkowa wynosi 11,7 tys. zł. Mieszkanie wynajmiesz za 5% ceny zakupu – niezależnie inflacja czy deflacja. Ktoś może nie zapłacić (dlatego wynajmujesz rodzicom studentów – minimalizując ryzyko). Oczywiście, cena może spaść. Ale dzięki okazji, nie tracisz 30% (w mojej ocenie o tyle mogą spadać ceny mieszkań) ale ok. 10%. Ktoś powie – niemożliwe. A jednak, kupujący to są przeciętni ludzie, żadni fliperzy, spekulanci itp. Po prostu długo czekali na okazję. I znowu, nie z chciwości, a nawet chęci zarobku – prozaicznie, tylko ta cena mieściła się w granicach ich możliwości.
      Dlatego uważam, że nadmierne dążenie do bezpieczeństwa inwestycji, w inny sposób niż kupienie poniżej wartości, zawsze jest pewnym hazardem i niesie za sobą i tak spore ryzyko: albo niskich zysków, albo ekspozycji na straty. Na tym opiera się cała idea inwestycyjna Buffeta – kupuje tylko na silnych spadkach, albo świetne, niedoceniane spółki. Podstawa – kupuj tanio, sprzedaj drożej. I trzymając się tej głównej zasady, wielu przeciętniaków doszło do miejsca, w którym są. Ba, ona i nieprzeciętnym (jak Buffet) pozwala nie ponosić strat, albo minimalizować je do wartości, o których piszesz.

  3. Lubię zasadniczo nieruchomości, ale istotne jest to co napisałem wyżej. Kwestia dywersyfikacji. Każdy ma swoje określone poziomy maksymalnego zaangażowania w daną klasę aktywów. Więc również w nieruchomości.
    Pełna zgoda kupić aktywa poniżej rynku, pytanie czy brać pod uwagę tylko zakup – ….. % niżej od cen rynkowych czy też położenie danej nieruchomości. Nie mam na myśli tylko kwestii czy jest to dobra lokalizacja w danym rejonie tylko również położenie na terenie kraju.
    Mimo dobrych cen raczej nie kupowałbym nieruchomości położonej np. nad Bugiem czy w okolicach Giżycka.

    1. Oczywiście – lokalizacja kwestia podstawowa. W przypadku rady, akurat chodzi o niezłą dzielnicę dużego miasta i zakup na własne potrzeby, a trafił się sprzedający, który szybko potrzebuje kasy.
      Domu nad Bugiem i w tzw. przesmyku Suwalskim też nie kupiłbym z 2 powodów: raz – zagrożenie wojną, dwa – często fatalny stan techniczny i sporo trzeba dołożyć.
      Podział między klasy aktywów – ważna, często lekceważona kwestia. Aczkolwiek są osoby, które akceptują wysokie ryzyko, więc gdy np. na giełdzie ceny spadają o 70%, wchodzą po całości, żeby zarobić w krótkim czasie 100% na odbiciu.

  4. Nawet jeżeli zagrożenie pełnoskalową wojną na terenie Polski jest znikome to właśnie z poczucia strachu, że może się to wydarzyć- ceny tam ( regiony przygraniczne na ścianie wschodniej) będą niskie.
    Możliwość przypadkowych rakiet, wojny hybrydowej, operacji dywersyjnych, etc. Dużo większe poczucie zagrożenia jest i będzie na wschodzie kraju niż zachodzie.
    Jeżeli ceny interesujących mnie spółek na giełdzie spadłyby o 40% ( nie o 70%) to też zdecydowanie przeważyłbym portfel akcji. Mam czas, poczekam…

    1. I masz rację. Rynkami rządzą nie tylko rzeczywiste zagrożenia, ale i strach.
      A spadków na giełdzie o 40% doczekasz pewnie w ciągu kilku lat.

  5. Oj z tą lokalizacją i cenami nieruchomości różnie bywa. Do granicy z obwodem kaliningradzkim mam w linii prostej jakieś 60-70km. A ceny mieszkań w moim miasteczku dorównują tym w metropoliach. Ostatnio nowy blok powstaje niedaleko mojego osiedla. Sorry teraz to się mówi apartamentowiec. Od 12000zł za M2. W stanie deweloperskim oczywiście. Na Mazurach lokalsów przestało być stać na mieszkania, ceny podbijają mieszkańcy wielkich miast kupując mieszkania jako lokum wakacyjne, inwestycje albo pod wynajem. A wracając do tematu, bardzo mi się podoba system stosowany od lat 90tych na okolicznych wsiach. 3-4 miesiące harówki za granicą reszta w Polsce z rodziną. Aczkolwiek widzę że teraz to się zmienia i staje się to harówką całoroczna, raz bo inflacja dwa zmiana spojrzenia na życie. Zdecydowanie bardziej mieć niż być.

    1. Ten tryb pracy 3/9m nie pojawił się na wsiach znikąd. Przyczyna – bezrobocie na miejscu. Teraz warunki trochę się zmieniły, ale nadal sezonowo w Niemczech, Holandii czy Norwegii da się zarobić więcej niż w Polsce.
      Co do cen. Wszelkie okolice turystyczne mają inne prawa. Mazury (dodałbym ortodoksyjnie i Warmia) są takim właśnie przykładem. Chociaż, też występują różnice np. Mikołajki, Kętrzyn. Bartoszyce czy Górowo Iławeckie a Giżycko. Wieś i miasto. Tak samo dzieje się w górach. Porównaj Zakopane/Krynicę a Gorlice,Jasło, Rabkę. Nawet Nowy Targ wychodzi sporo taniej mimo, że to tradycyjna stolica Podhala. A Szczawnica jest sporo droższa niż sąsiednie Krościenko czy Tylmanowa.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *