Najprostsza odpowiedź na tytułowe pytanie: Ponieważ zazwyczaj wraz ze wzrostem ryzyka, poprawiamy rezultaty. A teraz czas na szczegóły.
Popatrzmy na różne aspekty naszego życia, poruszane przeze mnie już przy wpisach dotyczących kieratu: życie osobiste, zawodowe i finanse. W każdym z nich unikanie ryzyka kończy się problemami. Jakimi?
Osobiste (związki). Trwanie przy pierwszej osobie, która się trafi, stanowi prosty przepis na nieszczęście. Tkwienie w układzie niesatysfakcjonującym, z jednej przyczyny – strachu przed ryzykiem zmiany, również. Widzę w swoim otoczeniu, ludzi, którzy związali się z harpią/macho i cierpią, a nie odejdą. Mam też dwa proste przykłady czterdziestolatków, decydujących się na pogonienie żon organiczających swoje życie do kanapy, instagrama, nic nie pomagających (tzn. zero zainteresowania dziećmi, sprzątaniem, gotowaniem – wszystko na głowie faceta), pracujących na śmiesznym stanowisku za groszę i jeszcze mającym wymagania. Oba przykłady oznaczały spore ryzyko – ciężki rozwód, alimenty, ale obaj bohaterowie opowieści zaryzykowali i obecnie mają znacznie lepsze warunki życia pod każdym względem. Rzecz jasna, że w wielu przypadkach rozwodnicy, zwłaszcza pochopnie lecący za świeżą miłością, pogarszają sprawy, ale nie mówimy dzisiaj na temat – jak rozpoznać wredną żonę/wrednego męża, ani „kiedy jestem roszczeniowy, czepiam się, a kiedy słusznie stawiam wymagania”. A zatem i w sprawach serca, akceptowanie nudy, bylejakości, a nawet przemocy, w imię spokoju (którego finalnie i tak nie dostajemy) stanowi problem. Warto zaryzykować i dokonać zmiany. Zapewniam Was – różnica pomiędzy dobraną parą a współzawodniczącymi, zwalczającymi się partnerami będzie ogromna.
Zawód. Tutaj sam na pozór jestem konserwatystą. Nadal pracuję w pierwszym miejscu zatrudnienia już 26 lat. Czy to źle? Częściowo tak. I czas pewnie coś zmienić. Daję sobie na to dwa lata. Dlaczego? Prosto wytłumaczył mi tę kwestię mój Tata, wychowany przecież w PRL-u. Powiedział takie zdanie „Za każdym razem, gdy zmieniałem miejsce pracy (a robił to 5-krotnie) dostawałem sporą podwyżkę. Gdybym trzymał się jednego miejsca, nie byłoby ich. Najlepiej jednak zarabiałem na swoim”. Święta racja. Natomiast ja, leń i optymalizator, patrzę na pracę nieco inaczej – szukam idealnego współczynnika: pensja/ilość pracy/komfort. No i coraz bardziej widzę, że ten współczynnik dołuje. Podam prosty przykład. Zarabiam ok. 150% średniej krajowej (z nagrodami, ekstrasami – 170%) za oficjalne 100 godzin w biurze, minus 8 tygodni urlopu. W praktyce ok. 110 zł/godzinę netto. Kiedy dodam dojście, dekompresję, przygotowania (2,5h dziennie), a odejmę wydatki – wychodzi mi 8500/110 czyli jakieś 80 zł/h netto. W firmie mam stawkę 2-3 razy większą, co nawet odjąwszy konieczność dopłacenia 1700 zł ZUS-u wychodzi na duży plus. Alternatywa – znalezienie pracy zdalnej w Warszawie lub klientów firmy płacących warszawskie stawki. I w tym kierunku zamierzam iść. Bo wolę intensywnie pracować 50h (tu nie ma obijania, nie liczę kawy, pogawędki itp.) niż przebimbać 84h za niższą stawkę. Taki ze mnie obibok.
I zawsze powtarzam – rozwój zawodowy, nieakceptowanie stagnacji (sam zmieniłem zawód, podnosząc kwalifikacje, 2 razy brałem urlop bezpłatny – w sumie 4 lata), chorych układów (zarówno podwyżek dla swoich, jak i nękania) stanowią wyraz zdrowego podejścia. To stanie w miejscu jest chore. I nota bene dosyć często stanowi właśnie ryzyko. Trywialne powiedzenie „Kto stoi w miejscu, ten się cofa” często ma okazję sprawdzić się w realu.
Iga wspomniała w jednym z komentarzy o problemie z założeniem dg. Otóż, P.T. Czytelnicy, czy ma sens (poza mentalem) podejmowanie pracy opodatkowanej/oskładkowanej na 65% (z kosztami pracodawcy)? Czy może lepiej pójść w kierunku: CIT +KRUS (ew. od części płacić podatek od dywidendy.) Nawet CIT+KRUS+VAT przy kontrahentach – vatowcach, da nam znaczne zyski. Czy lepiej płacić 65% podatko-składki czy 10%? Co jest bardziej ryzykowne – posiadanie jednego kontrahenta (pracodawcy), czy 100 (klienci)? Niejeden pracownik na własnej skórze poznał odpowiedź.
Finanse. Tutaj wynik jest oczywisty. Żeby żyć z kapitału (dochód pasywny) za 100k/rok, trzeba mieć:
- przy stopie zwrotu 3% (lokaty) – 3 mln zł,
- przy stopie zwrotu 5% (papiery dłużne) – 2 mln zł,
- przy stopie zwrotu 10% (akcje) – 1 mln zł.
Wiadomo, te 10% nie jest pewne, można część kapitału stracić (ja akceptuję -20-30%), ale w długim okresie, akcje przy wyższym ryzyku lepiej plonują.
A Wy co myślicie o ryzyku?
Też pracuje w jednym miejscu od początku. Czy to źle? Teoretycznie zmieniając prace wcześniej mógłbym liczyć na podwyżki. Jednak zostając tu gdzie jestem wiem, że osiągnąłem pułap zarobków nieosiągalny w innych firmach na tym stanowisku. Czyli chyba było warto zostać. Nie mialem odwagi na zmiany bo strefa komfortu zakotwiczyła mocno. Mam jeszcze możliwość awansu aczkolwiek to już trochę kwestia szczęścia czy to nastąpi.
Co do związków to zgodzę się z Tobą ale to ma podstawie obserwacji kolegów. Zmiany im pomogły, chociaż są i tacy którzy mentalnie tkwią w poprzednich miłościach i to ich dusi.
Samo niezmienianie pracy, w której mamy dobre warunki, nie jest złe. Gorzej, gdy ktoś trzyma się miejsca z konfliktami, bez podwyżek, albo na granicy upadłości. Pracowałem kiedyś z wariatami i nie warto, żadne pieniądze nie zrekompensują przełożonej, dzwoniącej z pierdołą o 22, bo ona zasypia po północy.
Związki, wbrew pozorom wyglądają podobnie. Łatwo natknąć się na wariatkę, egoistkę, a nawet na zaawansowaną alkoholiczkę. Ryzykowanie stabilności dla motyli w brzuchu nie ma sensu. Inaczej sprawa się ma, gdy już jesteśmy w związku z borderką, albo laską, której system namieszał w głowie. Trzeba ciąć straty, jak przy inwestycjach, ponieważ zostając z nią, tracimy czas. Tylko to, o czym piszesz, faceci mają znacznie większą skłonność do tkwienia w przeszłości, dopóki tego nie załatwią we własnej głowie, zostają w starych koleinach. Na szczęście, nie wszyscy. Moi kumple rozwodnicy, w 80% przypadków, zyskali nq odrzuceniu problematycznych lasek, których jedyną zaletą była uroda. Analogicznie kobiety, lepiej żyć jej samodzielnie, niż jeszcze holować alkoholika.