Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Inwestowanie – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Żyć bez państwowej emerytury.

Ponownie, zainspirował mnie Bartek komentarzem o „umieraniu z głodu”, jeśli zlikwiduje się ZUS.

Stąd pytam: Czy faktycznie przed systemem emerytalnym ludzie umierali z głodu i czy właśnie dlatego?

Wracamy do podstaw ekonomii, ale i filozofii czyli starego dobrego Seneki. Otóż, człowiekowi na stare lata potrzebne są:

  1. dach nad głową,
  2. ubranie,
  3. jedzenie,
  4. opieka zdrowotna.

Tę ostatnią (moim zdaniem mega ważną) pomijamy, bo ZUS jej nie gwarantuje. Od tego mamy NFZ.

I docieramy do sedna – ile kosztują te dobra? Otóż, w mojej ocenie, obserwując „wiejskich emerytów z domem” – niewiele – może 1000 zł/os. W mieście sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo nie wyprodukujemy jedzenia, a dach nad głową będzie droższy. Natomiast nikt przecież nie zabrania dokonać racjonalnej decyzji – sprzedania drogiego mieszkania w dużym mieście i urządzenia się na wsi.

Odchodzę jednak od dyskusji o słuszności systemu do nagiej konstatacji – życie bez systemu emerytalnego jest możliwe. Niełatwe, lecz z głodu umieraliby nieliczni.

1000 zł zaspokoi nasze potrzeby podstawowe (nie umrzemy z głodu, ani nie będziemy żyć na ulicy). I te 1000 zł można mieć z kapitału 300.000 zł (4% z tej sumy daje odsetki 1000 zł/m-c).

Istnieje też drugi system, stary jak świat – dzieci. Kiedy będziesz już stary, dzieciaki (a masz ich trójkę) zrzucą się po 666 zł (w końcu mają też matkę) i z głodu i zimna nie umierasz. Te 666 zł okazuje się znacznie mniejsze niż składki ZUS, a przede wszystkim krótsze. W wielu krajach „niecywilizowanych” ludzie nie umierają na ulicy, albowiem system międzypokoleniowej solidarności nadal działa. Nie masz dzieci? Możesz jak w Rzymie z czasów Nerona adoptować nawet dorosłego, a dzisiaj podobno często zdarza się to w Japonii. Na naszej wsi istnieli tzw. wychowańcy.

Kolejną metodę na emeryturę wymyślili zapobiegliwi Francuzi, ale i polscy chłopi. Nazywa się dożywocie. Przepisuję nieruchomość na kuzyna, dalszego członka rodziny lub obcego, dalej sobie mieszkam, a on wypłaca mi ustalone świadczenie do śmierci. Kapitalizm zastąpił państwo i więzi rodzinne, a nawet je wyprzedził.

Inny pomysł – dożywotnia renta kapitałowa. Znowu – pisał o niej już Balzac. Całe życie prowadziłem firmę, przekazuję ja następcy, a on zobowiązuje się spłacać mi ją w dożywotnich ratach. Udostępniam oszczędności lichwiarzowi (lub szacownemu obywatelowi, bankowi, firmie ubezpieczeniowej) i on mi płaci „od sta” czyli odsetki, a na koniec zgarnia kapitał – również da się zrobić. Są warianty i bez zgarniania kapitału.

No dobrze, a co z tymi, którzy kapitału i dzieci się nie dorobili? Dobre pytanie. I na nie znalazł odpowiedź człowiek sprzed 200 lat. Czeka ich nie dostatnia starość, ale:

  1. dożywotnia praca,
  2. a jak nie pracują – przytułek.

W przytułku, mają pracować przymusowo, za jedzenie i dach nad głową lub dostają za darmo nocleg i żarcie niskiej jakości (co nie znaczy, że chodzą głodni). Liczba chętnych do trafienia tam – okazywała się drastycznie niska (5-10%). I jeszcze raz powiedzmy sobie szczerze – w świecie, gdzie jedzenie pochłaniało 50-70% dochodu rodziny. Dzisiaj, gdy żywność jest względnie tania, albo dla obywatela nawet darmowa (jak posiłek w Caritasie), dofinansowanie tych max. 10% starców, kosztować musi w podatkach znacznie taniej niż system emerytalny. Do samego KRUS dopłacamy 30 mld, a do ZUS 90 mld. Emerytów mamy 9 mln. 10% z tej liczby to 900 tys. zł. Podarowanie każdemu po 1000 zł x 12 miesięcy stworzy wydatek ok. 11 mld zł, a więc 1/11 dopłaty budżetowej. Oszczędność – 109 mld/rok z wyasygnowanych dzisiaj 120 mld i to w sytuacji zerowej dobroczynności.

I na koniec, warto uświadomić sobie pewne fakty – pomimo tzw. powszechnego systemu emerytalnego istnieje w Polsce spora grupa:

  • nie otrzymująca żadnych emerytur,
  • dostająca emerytury poniżej minimalnej nazwane „groszowymi”.

Dzisiaj szacuje się liczbę „groszowców” na pół miliona z mocną tendencją wzrostową. Część z nich wybrała świadomie „życie poza systemem”, część stała się ofiarą drapieżnego kapitalizmu (przypominam, przy opowieściach o tzw. „umowie społecznej” i „powszechnej emeryturze”), bo jakiś zakład nie odprowadzał składek, zniszczył dokumenty, a ZUS ich nie archiwizował lub po prostu miał bajzel.

Na deser zostawiłem sobie USA. Tam ludzie dostają minimalne świadczenie w wysokości 180 USD czyli równowartość …. dwóch dni pracy za minimalną. Przy większych kosztach niż w Polsce, mamy równowartość 600 zł/m-c. Bohaterowie Nomadlandu powszechnie opisywali czeki na 500 USD (co nie wystarcza nawet na mieszkanie, stąd komuny starców, miasteczka przyczep lub praca do śmierci), a średnie świadczenie wynosi 1800 USD (przypominam – koszt wynajęcia jednopokojowego mieszkania na obrzeżach Miami – 1300 USD). Nie zbierałeś, nie dostajesz (plus lekarz kosztuje). W Europie i tzw. państwie opiekuńczym – nie do pomyślenia.

Kończąc wpis, trzy słowa jak żyć bez ZUS. Wystarczy zapytać wielu ludzi FIRE. Oni przeszli na emeryturę w wieku 30-40-50 lat. To co napisałem na wstępie. Jeżeli przez lata pracy dorobiłeś się 300k (mniej niż statystyczny majątek Polaka), z takiego kapitału dostaniesz 1000 zł. Jeżeli nie chcesz na stare lata spieniężać domu, oszczędzasz dodatkowo. Zwłaszcza, że znaczna większość pracujących będzie miała z czego, jeśli przestanie płacić haracz ZUS-owi. Od pensji minimalnej (ok. 4800 zł) składka emerytalna wynosi 900 zł, od własnej firmy 1150 zł (plus reszta składek drugie tyle). Żeby oszczędzić 300k z 900 zł, wystarczy przez 30 lat zarabiać z kapitału 4% (średnia inflacja). System kapitałowy (zwrot 7-8%) z 500 zł składki przez 40 lat zgromadzi nam kapitał 1 mln zł, co wystarczy na emeryturę ponad 2 -razy większą niż państwowa z ZUS. Ze składki od połowy pensji minimalnej.

O inwestowaniu. IPO i debiut SpaceX. Świetne studium przypadku.

Miałem zacząć pisać o inwestowaniu od lipca, ale zacząłem w czerwcu, bo pojawiła się gratka. Kiedy Elon Musk zapowiedział ustąpienie części akcji SpaceX rynek finansowy oszalał. Pomimo, że na rynek weszło poniżej 5% walorów, ludzie i firmy ruszyli do podmiotów prowadzących emisję. Sprzedano akcje za 135 USD. Debiut giełdowy następił z kursem ok. 150 USD. Ludzie i firmy zarobili szybko kilkanaście procent, wprowadzono duże redukcje, Musk stał się zdecydowanie najbogatszym człowiekiem świata. Nie wszedłem w to, co więcej osobiście odradzam zakup, a nawet uważam go za świetny przykład jak nie należy inwestować. Zaczynamy.

Pytanie nr 1. Czy rozumiem biznes?

SpaceX zajmuje się trzema segmentami: połączeniami satelitarnymi (słynny Starlink), AI+Twittera, oraz technologiami kosmicznymi (satelity, plany kolonizacji Marsa, rakiety). Idę o zakład, że z tych trzech większość z „inwestorów” rozumie model Starlinka i może Twittera. Ocena powodzenia konkretnej AI, jak i podbój kosmosu, kompletnie nam nie wyjdzie.

W efekcie, odpowiedź negatywna.

Pytanie 2. Jak wyglądają współczynniki finansowe?

Szczerze mówiąc, fatalnie. Zarabia jedynie Starlink (4.4 mld USD zysku operacyjnego przy przychodach 11 mld USD przychodów). Jest to biznes mega rentowny, a liczba subskrybentów wzrosła o 400% na przestrzeni nieco ponad 2 lat. Nadal nie oszałamia (10 mln).

Segment AI+Twitter, generuje straty 3.2mld USD, przy przychodach 6.4 mld.

Segment kosmiczny wygląda niewiele lepiej. 4.1 mld USD przychodów przy 650 mln straty.

W tej sytuacji wskaźnik cena/zysk pozostaje ujemny, a przy przychodach 18.3 mld USD i kapitalizacji ok. 1.7 mld z IPO mamy cena/przychód na poziomie ok. 92 (w trakcie debiutu giełdowego przebito 100). Microsoft ma te wskaźniki na poziomie zysk: ok. 120 mld/rok przychody 330 mld/rok, C/Z 23, cena przychody 63.

Czy to w ogóle ma sens? Moim zdaniem kompletnie nie. Wyceny spółki pozostają absurdalnie wysokie w relacji do wyników. Nawet, gdyby pominąć brak zysku, wycena poszybowała w kosmos. Jedyny rentowny biznes to Starlink i gdyby brać pod uwagę tylko jego wyniki byłby gorszy od Microsoftu. C/Z wyniosłaby 386, a cena/przychody 965. Pozostałe segmenty to wielka niewiadoma. AI wydaje się bardzo konkurencyjna, a segment kosmiczny niepewny (jeśli na rynek wejdą państwa, inwestycja roczna 3 mld USD, potężna dla firmy, wyda się śmieszna).

Znowu – odpowiedź negatywna.

Pytanie 3. Czy akcje są tanie?

Nie, w stosunku do rynku i wszystkich wyliczeń spółka jest zadłużona, osiąga fatalne wyniki finansowe (z wyjątkiem Starlinka), a wyceny szybują nomen omen w kosmosie. Dość powiedzieć, że przy przychodach 1/16 Microsoftu akcje wycenia się wielokrotnie wyżej. Akcje są horrendalnie drogie. Nawet patrząc na możliwą dynamikę zysków, żeby C/Z osiągnęły relacje jak Microsoft, spółka musiałaby mieć 90 mld zysku rocznego. Wymagałoby to dynamiki niespotykanej w historii.

Odpowiedź negatywna.

Pytanie nr 4. Czy założyciel ma akcje i czy jest zdeterminowany oraz stabilny?

Elon Musk budzi moje mieszane uczucia. Z jednej strony ma wyjątkową rękę do zakładania biznesów i sam w nich uczestniczy (zachował kontrolę). Z drugiej….to niestabilny świr, który jednym wpisem na X potrafi wywołać panikę na akcjach. Jeśli popatrzmy na jego główne firmy, no cóż, bardzo nierówno.

Tesla po wielu latach nie podbiła rynku w stopniu, który zapowiadała (zdominowanie wszystkich innych firm samochodowych). Sprzedała w 2025 r. ok. 1.640 mln samochodów, podczas gdy lider rynku 11 mln, a 10-ty na liście (3,3 mln). Daje jej to 17-te miejsce z perspektywą wypadnięcia do trzeciej dziesiątki (za nią czai się chińska koalicja). Nawet na rynku elektryków jest obecnie druga (pierwsze BYD). Cena/zysk po wielu latach prowadzenia biznesu (dzisiaj nazwałbym go „ugruntowanym”) dalej budzi śmiech wynosząc prawie 400. Cena przychody to ok.7, przy średniej w branży 1-2.

Starlinka – omówiłem. Podobnie jak Twittera/Groka oraz biznes kosmiczny.

Mówiąc krótko, więcej obiecuje niż daje akcjonariuszom. Wynik pół na pół.

Pytanie 5. Czy spółka ma konkurencyjną przewagę?

Buffet nazywał ja fosą. W Starlinku – tak, w pozostałych częściach – nie. Grok i Twitter mocno konkurują z innymi firmami ze swoich dziedzin (media społecznościowe, AI) i wcale nie zwyciężają. Technologie kosmiczne SpaceX wyglądają imponująco, ale przy potencjale państw, nakręcającym wyścig zbrojeń, trudno mówić o fosie.

Wnioski.

Już te 5 pytań, klasyka inwestorów fundamentalnych przesądzają, mamy do czynienia z wykorzystaniem momentu – bańką. SpaceX może i zarobi w przyszłości pieniądze, ale posiada mocne zadłużenie, generuje ogromne straty i w zasadzie ma szanse na bycie „silnym przeciętniakiem”. W dodatku sytuacja globalna wymusza wniosek o chińskiej dominacji w sektorze technologii oraz silnych tendencjach ograniczenia wolnego handlu. W takim świecie SpaceX może i zawalczy na rynku amerykańskim (pewnie i europejskim), natomiast tzw. kraje rozwijające się zwiążą się z kapitałem chińskim (znacznie niższe koszty).

Skoro jest tak słabo, dlaczego ludzie rzucili się na akcje? Miraż zysku, chciwość, czy jak to tam nazwiecie. IPO zwykle się udają. Tutaj przy funkcjonujących w obrocie 560 mln akcji, pierwszego dnia handlowano …. 580 mln (część zmieniło właściciela wielokrotnie stąd wynik ponad 100%). Czysta spekulacja.

Kto więc zarobił? Najpierw sam Musk. Potem pracownicy spółki (dostawali tanie akcje, ale nie mogą ich jeszcze sprzedać), banki, firmy inwestycyjne.

Oczywiście, kurs może dalej rosnąć, ponieważ nic go nie ogranicza (odzwierciedla nastroje rynkowe). Natomiast do ocenienia SpaceX jako firmę wartą zauważenia przy „inwestycji w wartość” jeszcze droga daleka.

Różnica między tym, który oszczędza i inwestuje, a tym, który nie oszczędza.

Dzisiaj wynik rozmowy z pewną panią, która ma wgląd w nasze majątki. Bez znaczenia czy pracuje w służbach, skarbówce czy banku. Przegląda je już od 20 lat i nadal nie rozumiała skąd się biorą różnice. Dopiero ja uświadomiłem ją, prezentując „trójkąt zamożności” kasa = (zarobki+oszczędności)x inwestycje. Ona patrzyła wyłącznie na pensje.

Ma być prosto, więc skrót. Istnieją na tym świecie ludzie, którzy przy zarobkach 600 tys zł/rok posiadają 18k oszczędności (nie liczę domu). To wcale nie jest szwindel. Po prostu wydają wszystko, co zarabiają. Nie oszczędzając, nie korzystają z mnożnika inwestycji. Na drugim biegunie leżą zarabiający nieco powyżej dwie średnie krajowe na rodzinę (obecnie ok. 220k czyli ponad połowę mniej) i dysponujący sporym majątkiem.

Skrót wyjaśnia wszystko. Teraz czas na obliczenia. Załóżmy, że Twoja rodzina zarabia 600k zł/rok. Nie oszczędzasz nic, albo minimalnie (dajmy na to 50 zł/m-c). Dodatkowo trzymasz kasę na nieoprocentowanym koncie. Ile masz po 30 latach. 600 x 30 =18 000 zł. To jest optymistyczne.

Znam bowiem ludzi, którzy stosują „odwrócony lewar”. Krótko mówiąc zwiększone dochody służą im wyłącznie do zadłużania się. Konsumpcja. Dostanie 20% podwyżki, więc można o 20% podnieść limit na karcie, wybrać 20% droższe wakacje, podobnie dom i samochód. Wszystko na kredyt. W efekcie zamiast tych 18k oszczędności jest 300k długu.

Ale weźmy tych „nieoszczędzających”. Mój „trójkąt zamożności” równanie, wskazujące na elementy budowania majątku, pokazuje jednoznacznie. Nie wystarczy dobrze zarabiać. Trzeba jeszcze inwestować i oszczędzać. Inwestycje to mnożnik. Mnożąc dowolną liczbę przez 0, zawsze otrzymamy 0. Zarobki to tylko jeden składnik. Jeśli wszystko wydajemy – nie pomoże nam umiejętność inwestowania.

A ludzie zamożni? No cóż. Jak wytłumaczyłem zszokowanej „pani z okienka”, stosują szereg trików, o których zaraz powiem.

Trik 1. Niskie podatki i składki. Para ludzi zarabiająca 600k z pracy, zapłaci od nadwyżki ponad 300k ok. 130 tys. zł składko-podatku (9% emerytalnej, 9% zdrowotnej, 32 % dochodowego).

Inny zarabiając 300k ze wzrostu wartości nieruchomości – 0 zł.

Trzeci, 300k z wynajmu nieruchomości – 25,5k.

Trzeba maksymalizować zyski nieopodatkowane i nisko opodatkowane.

Trik 2. Należy maksymalizować stopę oszczędności.

Znowu – 600 zł z 600k daje nam stopę oszczędności na poziomie 0,1%. Wielu ludzi oszczędnych, odkłada od 10 do 30%. Jak radził George Clason już 100 lat temu („Najbogatszy człowiek w Babilonie”) – 10% na spłatę długów, 10% dla siebie. Ja dorzucam jeszcze 10% oszczędności. 600 zł z 600k przeciwstawiamy wtedy 30k z 100k (dzisiejsza wartość pieniądza).

Trik 3. Maksymalizacja stopy zwrotu i czasu.

Korzystamy z procentu składanego. 600 zł x 30 lat x 0% oszczędności = 18.000 zł. Przy takich wartościach nawet dodatkowe 20 lat pracy niewiele zmienią.

30.000 zł x 30 lat x 8% zwrotu z oszczędności= 2.8 mln zł. I to nawet z podatkiem Belki.

Po 40 latach to już 5.7 mln.

Jak widzicie, nie wystarczy dużo zarabiać. „Pani z okienka” uświadomiłem to w okolicach jej i moich 50-tych urodzin.

Kryptowaluty i spektakularna klęska. Jak zadziałał znany mechanizm „chciwość kontra strach”?

Na początku maja zadzwonił do mnie bardzo dobry kumpel. Zadał mi jedno pytanie: Czy sądzę, iż kasę z Zondacrypto uda się odzyskać? Szczerze powiedziałem, co myślę, że to gruby, od dawna zaplanowany wałek, mówiąc wprost – oszustwo. Wtedy padły trzy słowa: „Ale na YouTube różnie mówią.” Już wiedziałem. Wszedł w to, powierzył im swoją ciężko zarobioną kasę.

Sylwetka „inwestora”. Do tej pory miał najwyżej lokatę i to w tym „najbezpieczniejszym banku”. Do tego nieruchomość na wynajem. Trzymał się z dala od gięłdy „bo ryzykowna”. Dochód czerpał z ciężkiej, obciążającej psychikę pracy po 10 godzin dziennie z niepłatnymi nadgodzinami w biurze-Januszexie. Zainwestował w krypto około 20k, efekt 4 miesięcy spędzonych nad papierami, a w zasadzie, odejmując wydatki (z czegoś przecież musiał żyć) – 8 miesięcy. Jak spotkał się z krypto?

Przyczyny inwestycji. Namówił go młodszy kolega z biura. Nie widziałem tej sceny, ale znając mechanizm jestem w stanie dość precyzyjnie ją odtworzyć. Słyszałem o nim wielokrotnie: w 1993 r., 2001 r., 2008 r., słyszę i teraz. Otóż jest sobie konserwatywny starszy pracownik, obok niego siedzi „młody”, ubrany w dobry garnitur. Z rozmowy wynika, że „młody” inwestuje w super zyskowne akcje, które idą do góry, albo, jak w tym przypadku w krypto. Pojawiają się opowieści o zyskach: 3-4 razy większych niż możliwe do osiągnięcia z lokat. I włącza się schemat chciwości. Po długich namowach „stary” całkowicie ignoruje (bo nigdy o nich nie słyszał) typowe zabezpieczenia: dywersyfikacja, wybór sensownego brokera, koszty transakcji, wreszcie coś, co powtarzam jak mantrę „kupuj, gdy jest tanio”, zakłada rachunek, którego działania nie rozumie (a w zasadzie zakłada mu go „młody”) i składa pierwsze zlecenie.

Przebieg inwestycji. Stary trochę zarobi i łapie haczyk. Już jest kupiony. Przecież od tych 20k zyskał 4-5k, a więc kwotę, na którą lokatami pracowałby przez kilka lat. Wtedy pojawiają się problemy. Spadek. Pogłoski o trudnościach z wycofaniem pieniędzy (jak w historii kumpla z Zondacrypto). „Młody” tłumaczy: Nie słuchaj panikarzy i zawistników. Ale złych informacji przybywa. „Stary” wreszcie włącza schemat „strach” i sprzedaje. Co z tego, skoro nie może wycofać pieniędzy, dodatkowo traci na spadkach.

Szukanie dowodów, że coś da się uratować. Klasyka. Ile razy słyszałem: „Nie jest tak źle”, „Jeszcze się odbije”, „Na YouTube różnie mówią” etc. Tymczasem pieniądze istnieją na papierze, bo firma/giełda jest wydmuszką. Właściciel siedzi sobie daleko z pieniędzmi klientów. Do końca zapewniał o „przejściowych trudnościach”. Teraz razem z wyznawcami pompuje teorię o spisku. Prawda brzmi brutalnie – nic nie uda się uratować, wszystko przepadło. Oczywiście, mega szkoda mi kumpla, gdyby przyszedł do mnie wcześniej (a zadziałał kolejny mechanizm „Przyznam się dopiero wtedy, gdy dużo zarobię, żeby przekonać ludzi, że ja też potrafię,”), wyjaśniłbym mu o co chodzi i może zdążyłby wyjść w odpowiednim momencie. Albowiem przez lata uniknąłem wtopy z takimi „złotymi interesami” dzięki stosowaniu kilku zasad.

Zasada 1. Nie inwestuj w coś, czego nie rozumiesz. Nie kupuje kontraktów na zboże, akcji kopalni złota w Australii, spółek biotechnologicznych, ponieważ tych rynków nie rozumiem. Mój kumpel kryptowalut nie rozumiał, nie wiedział jak działa jakakolwiek giełda, nigdy nie inwestował.

Zasada 2. Omijaj podejrzane inwestycje. Inwestycje ulokowane w obcych krajach, tworzących sprawozdania w nieznanych językach. Estoński, dość podobny do węgierskiego, zna niewielka liczba osób, do tego raczej nie łączą oni tej umiejętności z czytaniem sprawozdań finansowych. Dlatego tak długo opinia publiczna nie wiedziała, że giełda Zondacrypto łamie podstawową zasadę bezpiecznej inwestycji – wykorzystuje rachunki swoich klientów (a w zasadzie ich aktywa) do spekulacji, nie oddziela środków spółki od powierzonych. W razie odwrócenia trendu, traci wszystko. Mój kumpel w teorii nie był mocno „do tyłu”, ale w praktyce pieniądze były tylko zapisami na wydruku. Jego kryptowaluty najprawdopodobniej pożyczono niewypłacalnym inwestorom z całego świata. Zniknęły. Podejrzane były też powiązania: właściciel nr 1 zginął bez wieści z kluczami do portfela, właściciel nr 2 siedział sobie w raju podatkowym, sponsoring polityków itp. I na koniec – zero nadzoru finansowego, pełna wolna amerykanka. Brzmi jak przepis na katastrofę. Tak upadał Enron, wywracał się Janusz Palikot, no i Zondacrypto.

Zasada nr 3. Nie kupuj na górce. Oczywista oczywistość. Krypto miało sens, gdy BTC kosztował 0,2 zł, no dobrze do 10k. Potem pojawiła się czysta spekulacja. Za tymi wirtualnymi walutami nie stoi żadna ekonomia, stąd trudności w wycenie i silne wahania kursu. Kupowanie jakiś ułamków jednostki, przy cenie po 300k zł/BTC zakrawa na szaleństwo. Wybieranie jakiś innych …coinów przypomina mi zabawę zapalniczką na stacji benzynowej. Albo zdobędziemy sławę nieustraszonego wśród kolegów, albo wylecimy w powietrze.

Zignorowanie tych trzech, dość prostych zasad, kosztowało mojego kumpla 20k. Kiedy usłyszał ode mnie „dobrze, że tylko 20k” prawie się obraził. Wtedy wytłumaczyłem mu te mechanizmy i opowiedziałem historię, o adwokacie, który w 1992 r., żeby inwestować na GPW stracił dom (sprzedał i stracił 2/3 kapitału), o nauczycielce, pragnącej udowodnić wszystkim swój inwestycyjny geniusz, gdy w 2007 r. kupiła fundusze inwestycyjne za pożyczone na hipotekę mieszkania 70k „bo młodemu, tak dobrze żarło”, o pewnym zamożnym, uczciwym biznesmenie, który próbował mnie przekonać „Palikot jeszcze się odbije, tam nie ma żadnego wałka”. Ponieważ szczegóły bywają różne, ale schemat podobny – złamanie powyższych trzech zasad, które kończy się finansową katastrofą.

Finansowe perpetuum mobile – PPK + IKZE.

Sponsorem tego wpisu jest jeden z moich byłych szefów. „Pan Zastępca wymyślił” sobie, że przeniesie środki z dość przyzwoitego i dużego PKO PPK do jakiegoś małego PPK. Do mojego pokoju wpadła główna księgowa – wołając „Ratuj”. I po raz kolejny musiałem siąść, porównać, policzyć. Wnioski jak zwykle wychodzą ciekawe.

Teza 1. Nie wszystkie PPK są takie same.

Niby oczywiste, a jednak. Różnice potrafią być ogromne. Ten PPK pobierał np. 2-krotnie większą opłatę za zarządzanie niż PKO PPK. Co to oznacza? W długim okresie – znacznie mniejsze zyski, lub w skrajnych przypadkach straty. Poszczególne PPK można sobie porównać na mojeppk.pl. Tam publikują solidne zestawienia.

Wyniki inwestycyjne też potrafią się różnić.

Teza 2. Zarządzający PPK potrafią znacząco się mylić.

No cóż. Ten nowy PPK posiadał w portfelu np. obligacje o stałym oprocentowaniu poniżej…2% jeszcze w 2025 r. I takich kwiatków bywa więcej.

Wniosek prosty – obligacje dobiorę sobie sam. Akcje też.

Teza 3. „Pan Zastępca”, albo postradał rozum, albo chce zrobić komuś przysługę kosztem pracowników.

Główny argument przenosin – bo informują o spadkach na rynku. Oczywiście – po fakcie, czyli gdy mleko już się rozlało. Szczerze mówiąc, zakładam wersję kolegi Pana Zastępcy w dystrybucji PPK. To malutkie PPK, (ma takie aktywa, jakie PKO PPK zbiera w ciągu miesiąca), z ogromnymi opłatami i częściowo wręcz toksycznym portfelem.

Teza 4. Nie zmieniamy PPK.

Nasza rozmowa była krótka – po przedstawieniu argumentów „Pan Zastępca” zamilkł i mocno zdziwił się, gdy usłyszał o stopach zwrotu z moich inwestycji kapitałowych.
Ale najważniejsze – 1/3 załogi (bo tyle zapisało się do PPK) chciało zostać w PKO. I zostali.

Na tej kanwie oraz na podstawie obowiązujących regulacji, wymyśliłem tezę 5.

Teza 5. PPK + IKZE to podatkowo-inwestycyjne perpetuum mobile.

Wyniki PPK nie porażają. W ciągu 3,5 roku z wpłat łącznych ok. 30 tys. zł, zyskałem 6 tys. zł, czyli 20%. Mniej niż inflacja w tym okresie, a w porównaniu z moim portfelem – słabo.

Natomiast jeśli odniosę do wpłat własnych (czyli potrąceń z mojej pensji) wychodzi już 17 tys. zł (wpłaty) i 36 tys. zł (stan rachunku) czyli ….+100%. Super.

A ile zyskałem od podobnej kwoty, na podobnym dystansie w IKZE?

Wpłacając na IKZE 17 tys. zł, dostaję premię podatkową 32% czyli dodatkowe 5.4 tys. zł (ulga podatkowa, do reinwestowania). Już mam 22.4 tys. zł. I teraz załóżmy, że 1/3 kwoty zainwestowałem w obligacje średnio 6%/rok = +1500 zł przez 4 lata. Tym samym nie zrównałem się z PPK (24 tys. zł), ale zostaje jeszcze zysk z części kapitałowej. Moje wyniki to za ten czas to +55% czyli +9 tys. zł. Razem miałbym 33 tys. zł. Przypominam, po 3,5 roku, wpłacając 17 tys. zł na starcie (w PPK wpłacałem stopniowo). I dlatego mogę mówić o perpetuum mobile.

Oczywiście, w przyszłych latach zyski mogą być inne. Widać jednak przewagę PPK (dopłaty pracodawcy i państwa). Słaby punkt? No cóż, i tak wykorzystuję limit IKZE oraz dopłaty w długim okresie zaczną mieć mniejszy wpływ na wynik. O wynikach osoby z niżej niż przeciętnym portfelem napisze za jakiś czas.

Bezpieczeństwo ponad wszystko. Czy taka inwestycja istnieje?

Czy wiecie, że jest na rynku produkt, który daje gwarancję zysku? Nie zachowania kapitału (braku straty), ale zysku. Niezależnie, czy jesteście młodzi czy starzy, doświadczeni czy początkujący. Znacie matmę, czy dostaliście z niej dwójkę na maturze. Do tego dostępny na wyciągnięcie ręki. Inwestowanie w niego zajmie Wam 5 minut miesięcznie. Dzisiaj płacą 6.5% (minus podatki, albo i bez nich, jeżeli masz IKZE lub IKE) przy inflacji na poziomie niespełna 3%. Zero prowizji. Zgadliście już?

Czy życie może być prostsze? Kupujemy w jednym opakowaniu: bezpieczeństwo, prostotę i kapkę chciwości.

A argument społeczny? Dostępny dla każdego. Nietrudno go zrozumieć. I wielu go zna.

Teraz odrobina matematyki. Czy wiesz, że zyskując realnie 2% nad inflację (powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze będzie tak dobrze, jak dziś) nie tylko zachowujemy kasę, ale i zarabiamy. Nigdy nie stracimy, czyli nie doświadczymy obsunięć kapitału. Idealnie.

Po 10 latach, dzięki procentowi składanemu, z inwestycji 1000 zł miesięcznie, przy ochronie (tarczy podatkowej) osiągniemy realnie (czyli z uwzględnieniem zachowania wartości pieniądza) – prawie 133 tys. zł. Nominalnie (zakładając nieco gorsze warunki czyli średnio 5%/rok) – prawie 156 tys. zł.

A po 40 latach? Tyle wynosi okres oszczędzania na emeryturę. 1.53 mln zł przy 5% i 735 tys. zł realnie (dzisiejsza wartość pieniądza). No właśnie, ile tej prywatnej emerytury dostaniemy?

Znowu, łatwo policzyć. 1.53 mln x 5% = 76,5tys. zł/rok i 6370 zł/m-c.

Realnie – 735.000 x 4% (nie przejmujemy się utratą wartości lecz stosujemy tzw. rachunek FIRE) – 29.400 zł/rok i prawie 2500 zł co miesiąc.

W tym miejscu, żebyście mieli czas chwilę odetchnąć, pokażę Wam wyliczenia ZUS. Trzydziestoletni przedsiębiorca, odprowadzający składkę 19,76% od 60% średniej pensji musi teraz zapłacić 2000 zł/m-c. Obiecują mu emeryturę minimalną, czyli 1800 zł. Wy, płacąc o połowę mniej, dostaniecie 40% więcej i to jeszcze z zachowaniem dziedziczenia.

Król prostoty i bezpieczeństwa został wybrany. Jak się nazywa?

Bezpiecznie i prosto. O ETF i inwestycjach dla absolutnie początkujących.

Dzisiaj rano spotkałem Dobrego Marketingowego Ducha, który wytłumaczył mi fenomen ETF tzn. pozwolił spojrzeć na produkt oczami nie zaprawionego w bojach inwestora, ale właśnie marketingowca. Otóż w rzeczywistości firmy inwestycyjne oraz blogerzy finansowi nie rekomendują inwestycji (dziwne, wiem, dla kogoś kto całe życie zajmował się liczbami), ale obietnicę. I ETF jest właśnie taką obietnicą. Co obiecuje? Dwa punkty:

  • zyski dla giełdowych totalnych żółtodziobów (zaspokaja chciwość i bezpieczeństwo),
  • prostotę (zaspokaja lenistwo).

Tu Cię mam bratku-sprzedawco. Właśnie dowiedziałem się czegoś, co zawsze podejrzewałem. Obiecują ciepłe gniazdko, a wciskają wybuchającą na spadkach minę. Sprytne.

Ale Dobry Marketingowy Duch, po 1.5 – godzinnej dyskusji dał mi jeszcze jedno zadanie. Mam znaleźć (stworzyć) produkt, niszę, system inwestycyjny w 3 krokach, który faktycznie da nam bezpieczeństwo i prostotę, a i kapkę chciwości. Słyszeliście o czymś takim? Siadam do pracy. Zero komplikacji, zero liczb, zero… dotychczasowego Oszczędnego Milionera, lubującego się w piętrowych dygresjach. Już mi się podoba.

Na koniec smutna wiadomość. Blogerka Godnezycie złamała pióro i złożyła deklarację, że już nic więcej nie napisze. Ja postaram się nadal opowiadać o tym samym, tylko inaczej. Ocenicie, czy wyszło lepiej czy gorzej.

Magia procentu składanego po raz 3.

Dzisiaj skupię się na wyliczeniach magii procentu składanego. Pokażę go na dwóch przykładach.

Przykład 1. Zakup nieruchomości na kredyt. Wyobraźmy sobie taki scenariusz – ktoś oferuje nam małe trzypokojowe mieszkanie we Wrocławiu za 400k. Niby nic wielkiego, ale dla studenta idealne. I teraz tzw. montaż finansowy:

  • wkład własny i na remont 110 tys.
  • koszty transakcyjne 12 tys. zł.
  • potrzebna gotówka 122 tys. zł.
  • kredyt 320k, rata 1900 zł.
  • możliwy do uzyskania czynsz 2600 zł netto (uśredniony, zakłada 10% pustostanu).

Kiedy popatrzymy na te wartości, możemy sobie uświadomić, że:

  1. aby zebrać 122 tys. zł gotówki potrzebujemy przez 3 lata odkładać po ok. 40 tys. zł/rok. Może już mamy te środki.
  2. co miesiąc przez 30 lat (o ile nie zmienią się stopy procentowe) nie dołożymy nic poza sumą początkową.

Gdzie jest błąd? Otóż rata najprawdopodobniej (o ile nie dojdzie do wojny, katastrofy ekonomicznej) utrzyma się na podobnym poziomie. Czynsz najmu zaś wzrośnie (podobnie jak wartość nieruchomości w długim czasie). Co to oznacza? Że czynsz i rata kształtują się korzystnie.

Co się zdarzy za 10 lat? Mieszkanie generować będzie nadwyżki na poziomie kilkuset złotych, pozwalające składać na remont. Za 15 lat nasze mieszkanie będzie warte więcej niż dziś (dajmy na to 600k), a spłacimy (o ile nie będziemy nadpłacać) ok. 140 tys. kredytu (zostanie 140k). Wartość netto: 460k, zainwestowana kwota 122k. Zysk 338k plus nadwyżka z rosnącego czynszu. Po 30 latach mamy czystą wartość – wolne od obciążeń mieszkanie.

Przykład 2. Zakup nieruchomości za gotówkę. Ponownie posługujemy się kwotą 442k (400k cena plus 42k koszty). Dochód z najmu 2600 zł netto/m-c czyli 31.200 zł netto/rok. Wzrost wartości – 200k. Zysk 668k z 442 k. Stopa zwrotu „marne” 151% netto. Licząc „po góralsku” za 15 lat kupimy drugie mieszkanie „za darmo”.

Problemy? No cóż, kilka ich znajdę. Najpierw gotówka. Nikt, kto żyje z dnia na dzień nie posiada oszczędności 122-442k. I tu widać przewagę oszczędzających i inwestujących. Kwestia druga – koszty i ryzyka (remonty, pustostany), nie wzięliśmy ich pod uwagę, ale zakładam, że pokryjemy je ze wzrostu czynszów (te zabezpieczy inflacja).

A potem, gdy śniegowa kula już się rozpędzi, kupujemy kolejną nieruchomość.

Ile można oszczędzić w rok, dodatkowo pracując?

Wyobraźcie sobie taki scenariusz: Pracujecie na etacie w biurze przez 40 godzin w tygodniu. Weekendy pozostają wolne. Zarabiacie średnią krajową (ok. 6200 zł netto). Ktoś składa Wam ofertę – w weekendy zarobicie dodatkowo 3200 zł netto (ok. 700 zł dniówki), pracując po 10 godzin. Bierzecie?

Dorobienie sobie, wydaje się najprostszym sposobem na poniesienie poziomu oszczędności. Do tej pory odkładaliście 10% pensji tj. 620 zł. Teraz, przyjmując propozycję wychodzicie na: 620+3200 zł =3820,00 zł. Nieźle. Wasze oszczędności rosną o 500%. Rocznie z ok. 7500 zł robi się nieco ponad 45.000 zł. Ogromna różnica.

Dokładanie tyle można oszczędzić, poświęcając np. sobotę na dorobienie. A na przestrzeni 10 lat z 75 tys. zł zrobi się 450 tys. zł. Świetnie. Najprostsze rozwiązania są najlepsze.

Obiekcje? Kto poświęci sobotę? No cóż, ja żyłem tak przez lata. Od 24 r.ż. do 49 urodzin pracowałem regularnie po 50-60 godzin w tygodniu (akurat niekoniecznie w sobotę). Kupiona za jednoroczną nadwyżkę roku 2003 nieruchomości została sprzedana, by kupić dzisiejsze mieszkanie mojego syna. Dobrze słyszycie – nie 10 lat a jeden rok. Spora zmiana.

Oczywiście. nie mogę Wam obiecać, że osiągnięcie takie stopy zwrotu, ale lepiej spróbować i zarobić nawet połowę mniej, niż nie spróbować i zostać z drobnym ułamkiem tego, co można było uzyskać.

Psychologia rynku giełdowego w stylu”Jaszczura”.

Ten blog, w zakresie inwestycji, tłumaczy pewne zjawiska cierpliwie. Zupełnie inaczej postępuje znany patostreamer – „Jaszczur”. Dzisiejszy wpis ma, imitując częściowo styl „Jaszczura”, pokazać pewną prawdę o giełdzie. Zaczynamy.

Wyobraź sobie, synku, grę giełdową.Przez dwa lata uśredniałeś ceny nabycia, masz pewność swoich racji i dostajesz propozycję zagrania, przy następujących zasadach:

  • siadasz przed torbą, w której znajdują się bryłki złota i g…no,
  • gdy przez następny rok, giełda zyska wyciągasz złotą monetę, a przy zysku +15% – sztabkę,
  • jednak gdy spada, wyciągasz g..no, gdy spadek przekroczy 10%, g..no wybucha Ci w twarz.

No i jest rok 2001. Masz swoją minimalną (na poziomie dawnej szkoły podstawowej) wiedzę o prawdopodobieństwie. I widzisz, że w ostatnim ćwierćwieczu (od 1976 r.) – 20 lat wyciągałbyś złoto (z tego połowę stanowiły sztabki), a g..no tylko pięć razy. Do tego g..no nie chodziło seriami, jak wypadło raz, kolejne pojawiało się po kilku latach. Ostatnie w 2000 r. Przystępujesz więc do gry, przekonany o swoich szansach.

  • 2001 r. – wyciągasz g..no. Niesmak, brudne ręce i potworny zapach. Jednak znowu siadasz do gry – pewny wygranej. Takiej serii jeszcze nie było.
  • 2002 r. – wybuchające g…no. Obryzguje Ci twarz, ubranie, ludzie siedzący wokół śmieją się i pokazują palcami, żona odwraca się z niesmakiem, przyjaciele stroją sobie niestosowne żarty. W tym momencie kilkadziesiąt procent ludzi uzna grę za niewartą zachodu. Nikt nie chce zostać obryzgany g…nem. Nikt nie chce stracić 1/4 rachunku. „Synku, tkwisz po szyję w g… nie. I wiesz co, do twarzy ci w tym.”
  • 2003 r. – wielu jednak zostało. I wypada sztabka złota. Świetnie. Ale tych 20-30% już nie ma w grze. Płaczą. Warto było umyć się z g…na.
  • 2004 r. – złota moneta.
  • 2005 r. – i jeszcze raz złoto.
  • 2006 r. – ponownie złota moneta.
  • 2007 r. – to niewiarygodne. Trend powrócił – mamy złoto. Do stołu gry wracają przegrani, którzy wylizali rany. Przepracowali upokorzenie. Winią siebie za wstanie od stołu, przy którym, gdyby wytrwali, uzyskaliby 4 złote monety i sztabkę. W następnym roku zagrają.
  • 2008 r. – przy stole z Tobą siedzi tłum. Wszyscy czekają na złoto. A tu… wybuchające g…no. Znowu wraca znany obraz, brud, smród, śmiechy, żarty. Nie chcesz przeżyć tego kolejny raz. Podobnie jak 38% rocznej straty. Wstajesz i nie wracasz. Jak 50% składu.

Co było potem? W ciągu 5 lat? 2 razy złota sztabka, 2 razy złota moneta i … brak losowania (0%). Ale w 2015, 2018 kolejne g…no. W 2022 r. nawet wybuchło. Dla Ciebie bez znaczenia, nie chcesz siedzieć przy stole.

Dodajmy nieco realizmu. Przy drugim stoliku też trwa gra. Tam obstawiają obligacje ….i każdy co roku wygrywa. Obserwujesz kątem oka. Stawką jest nie złoto, a srebro. I dochodzisz do wniosku, że wolisz srebrną monetę niż wybuchające g….no.

Dokładnie tak, działa mechanizm giełdowy, chciwości i strachu (a także rozsądku). Giełda nie jest przewidywalna, wymyka się statystykom i logice. Raz masz złoto (+23%), a w innym roku wybuchające g…no (-38%). Praktycznie bez powodu. Świat nie zmienił się na minus o prawie 40%. Zadziałał strach. Ktoś, kto doświadcza go pierwszy raz – głupieje. Ktoś, kto działa rozsądnie – obstawia, gdy wybuchło g..no. No i drugą ręką stawia przy „srebrnym stoliku”. W razie czego, obryzgany może powiedzieć triumfalnie – zobaczcie, może i jestem cały w g…nie, ale dostałem srebrny pieniążek, którego Wy nie macie.