Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Inwestowanie – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Zakup drugiego mieszkania na kredyt. Czy taka opcja ma sens?

Kiedy czytam oświadczenia majątkowe przedstawicieli wyższej klasy średniej widzę pewną zależność. Majątek wygląda zwykle tak: dom, mieszkanie, gotówka, jakiś fundusz, auto i kredyt (w przypadku sędziów specjalna pożyczka). Wielu przedstawicieli klasy średniej stara się nadążyć za tym wzorcem. Kupują drugie mieszkanie na kredyt. I teraz o sensie rozwiązania. Przeprowadźmy obliczenia.

Weźmy np. trzypokojowe małe mieszkanie blisko centrum Wrocławia. Cena 500k. Z opłatami 525k. Wkład własny 100k ( z opłatami realnie 125k). Pożyczamy 400k, co daje ratę 2400-2800 zł/m-c. Zysk z najmu 3000 zł. Czyli zyskujemy 200 zł/m-c.

W tym momencie ścierają się dwie drogi. Pierwsza optymistyczna – mam mieszkanie i 200 zł miesięcznej dopłaty – super interes. Druga pesymistyczna – a co jak będzie przestój w najmie, co zrobię, gdy ktoś nie zapłaci na czas? Bank przecież nie poczeka. A remonty, ryzyka, no i brak zysku ze 125k.

Prawda leży pośrodku. Taki zakup ma sens przy spełnieniu dwóch warunków:

  • ceny mieszkań rosną (zawsze mogę sprzedać i zaksięgować zysk),
  • rata 2800 zł nie rozwali mojego budżetu.

Ja dałbym radę – kupować, o ile mówimy o dobrej cenie w Big Five. A Ty?

Ile potrzeba, żeby spać spokojnie?

Dzisiaj trochę inne potraktowanie tematu oszczędności i inwestycji. Nie koncentrujemy się na FIRE (czyli zgromadzeniu kasy niezbędnej do porzucenia pracy), ale na posiadaniu „wystarczająco dużo”, żeby odczuwać spokojny sen. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że dzisiejsza liczba będzie znacznie większa.

Przy klasycznym FIRE stosowano zasadę 4% czyli wypłacaniu 1/25 sumy oszczędności każdego roku. Posiadając wydatki 10k/m-c potrzebowaliśmy 10k x 12 miesięcy x 25 czyli 3 mln zł. Poza miejscem zamieszkania, którego przecież nie sprzedamy.

Teraz myślimy o innych wartościach. Nie FIRE, lecz spokojny sen. Pogrupowałem je w trzyetapowy plan.

Etap 1. Fundusz awaryjny. Proponuję 6-12-krotności miesięcznych wydatków. W naszym przypadku (10k/m-c) potrzebujemy 60-120 k w funduszu awaryjnym. Przy takich środkach możemy sobie pozwolić na naprawę auta, wymianę sprzętów AGD, leczenie zęba itp. Wreszcie – na przeżycie kilku miesięcy bez pracy, co może okazać się potrzebne przy wypowiedzeniu, załamaniu psychicznym czy innej chorobie. Dostając z buta od szefa, nadal śpimy spokojnie.

I większości taka suma całkiem wystarczy. Znajdą pracę po pół roku (3m wypowiedzenia+3m życia z zasiłku+FA) i odbudują zasoby. Nawet jeśli awaria auta/pralki/lodówki i wypowiedzenie przyjdą jednocześnie, dramatu nie doświadczymy. Na tym etapie plan jest prosty – odkładać 20% dochodu, aż do zebrania całej sumy (6-12 miesięcznych wydatków). Czas 30-60 miesięcy, gdybyśmy zaczynali od 0.

Etap 2. Spłacić kredyty. Marzenie wielu współczesnych mieszczan. Sen z powiek spędza im dług. Trzeba więc pozbyć się go jak najszybciej. Spłacić. I tu pojawia się wiele zależności, dlatego uproszczę. Załóżmy, że zobowiązanie wynosi 300k, a rata (świeżo naliczona) 2100 zł. Wpłacając raz w roku, 13-tą ratę (wybierając skrócenie okresu kredytowania) posuniemy się o rok naprzód w harmonogramie (czyli zamiast 29 lat po roku będziemy mieli 28 lat). Jeśli damy radę spłacić dwie (nagroda, dodatkowa praca) na początku pójdziemy do przodu 3 razy szybciej.

Poza moimi pomysłami istnieją „metoda kuli śniegowej” i całe mnóstwo sposobów. Ja działałem tak. Nagroda roczna (dodatkowa pensja) + 500 zł/m-c szły na ratę. Przy takich warunkach (300k, 2100 raty, 30 lat spłaty, 8k dodatkowej pensji i 6k oszczędności) spłacimy kredyt w 12 lat a nie w 30. Łącznie zapłacimy 156k odsetek zamiast 450k. Ale pisze o wariancie, w którym spłacamy prawie 7 dodatkowych rat. W sumie będzie ich 84, czyli z obowiązkowymi 204. Gdybyśmy trzymali się harmonogramu 360.

Znamy liczby, mamy plan, patrzmy na niebiański spokój, gdy pozbędziemy się długu. Brzmi nieźle. Teraz przed nami tylko etap 3.

Etap 3. Zgromadzenie oszczędności (poza funduszem awaryjnym) w wysokości 200k. Skąd wziąłem tę kwotę? Otóż pozwala ona generować dodatkowo 1500 zł dochodu. Podwojenie państwowej minimalnej emerytury. W sam raz suma na starość. A młodszym wieku z 260-320k (etap 1 i 3) mamy ekstra fundusz w wysokości 26-32 miesięcznych wydatków . Możemy nie pracować przez 2-3 lata.

Z kolei dla wszelkich kombinatorów, podobnych duchem do autora tego bloga, wykonanie trzech kroków, spowoduje spory luz wywołujący chęć improwizacji i udoskonalania życia. Posiadanie kasy 260-320k prowadzi do różnych ciekawych wyboru. Stać nas na zmianę ścieżki kariery, podjęcie gorzej płatnej, ale bardziej interesującej pracy, rozkręcenie jakiegoś interesu, spełnienie marzenia, wreszcie komfort mówienia szefowi prawdy. Spora sprawa.

Dochodząc do końca, program 3 kroków wydaje się realny dla ludzi blisko średniej krajowej. Poradzą sobie z nimi w kilkanaście lat. A to oznacza, że w okolicach czterdziestki zbiorą owoce swoich starań i wyrzeczeń. Sam przez to przeszedłem i polecam.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Dobra metoda, czy ruch hazardzisty? O trochę innej metodzie uśredniania ceny nabycia.

Jeden z moich kuzynów, hazardzista, tłumaczył kiedyś swojemu siostrzeńcowi, jak należy obstawiać u buka: Kiedy nie wyszło, podwajasz stawkę. Nie tylko się odegrasz, ale wygrasz. Młody przyszedł do mnie z rozpaloną twarzą, bo znalazł Świętego Graala zarabiania. Wtedy pokazałem mu wyliczenia.

Problem z podwajaniem stawki/uśrednianiem ceny nabycia polega bowiem na matematyce. Jeden, dwa błędy, nie wyrządzą szkody rachunkowi, ale zła seria zmiata z planszy i czyści rachunek. A zła seria na giełdzie oraz u buka niestety jest dość prawdopodobna.

Zacznijmy od hazardu: stawka 100 zł.

1-szy zakład – 100 zł,

2-gi zakład – 200 zł,

3-ci zakład – 400 zł,

4-ty zakład – 800 zł,

5- ty zakład – 1600 zł,

6-ty zakład 3200 zł. No i właśnie straciłeś 6300 zł. Teraz żeby się odegrać, potrzebujesz postawić 6400 zł, a potem 12.800 zł, następnie 25.600 zł i 51.200 zl. W 10 -ciu ruchach tracisz ponad 100 tys. zł. Jeśli masz szczęście – zaczynasz od 0.

Czy w giełdzie będzie to wyglądać podobnie? Czasem jeszcze gorzej. Dlaczego? Ponieważ nie zaczynamy od 100 zł (w obliczeniach pominąłem też różnice kursowe-spready oraz TER przy ETF, bo nie chce komplikować).

Popatrzmy co dzieje się w przypadku typowego „inwestora”, który wchodzi do gry, gdy jest już późna faza cyklu wzrostowego…. czyli np. w listopadzie 2024 r. S&P500 zbliża się do 6 tys. pkt. Idzie w górę, trend is your friend, więc za większą kwotę np. 24k kupujemy ETF-a. Mamy „4 indeksy”. Potem w grudniu dorzucamy 6k z premii, w styczniu 2025 r. 3k, w lutym 3k. I dochodzimy do alokacji 36k „kupionych” średnio po 6k. Cieszymy się, bo idzie w górę – 6100pkt. Zarobiliśmy 600 zł. I wtedy wchodzi Trump ubrany na biało. W marcu 5600. Zostało nam cosik gotówki – dorzucamy 17.200. Mamy już 9 indeksów. Uśredniliśmy cenę nabycia (53.200/9 = ca. 5911). Spada dalej – początek kwietnia 5400. I co? Nagle robi się najpierw 5200 pkt a za chwilę 4900 pkt. Mamy już stratę 1011 pkt x 9 indeksów = 10.000 zł straty i ostry pik w dół po lewej stronie wykresu. Prawie przekroczono linię wsparcia sprzed roku. Następna będzie na poziomie 4200 pkt. My do niej nie dojdziemy. Kolejne 700 pkt x 9 indeksów= 16.300 zł straty na inwestycji 53.200 zł (-30%) . Mieliśmy swoich 53.200 zł a możemy mieć 36.900 zł.

Co robimy? Nasz genialny Mr Doradca, albo Mr Guru-Inwestor nagle zamilkł. Przecież wszystko wykonaliśmy prawidłowo, trzymaliśmy się ETF-ów, trendu, korzystaliśmy z korekty, dokupowaliśmy, uśrednialiśmy cenę nabycia. Szliśmy po swoje.

Teraz powiem brutalnie. Każę zamilknąć trzydziestolatkom i oddam głos 70-latkowi. Właśnie w tym momencie popełniamy najgłupsze decyzje. A w zasadzie nie decyzje, kierujemy się emocjami. Bo mamy dwa wyjścia:

  1. Przełknąć porażkę, sprzedać i stracić na razie 10k, ale odzyskać spokojny sen.
  2. Zacisnąć zęby, wytrzymać i albo się odkuć, albo stracić wszystko (lub jeszcze więcej i zostać z długami). W końcu sprzedamy, jak przewidywał Piotr Kuczyński, nawet 70% od szczytu.

Żadne wyjście nie jest dobre. Dlaczego? Ponieważ wszystko od początku zrobiliśmy źle. Kupowaliśmy sobie radośnie te nasze ETF-y, nie posiadając żadnego zabezpieczenia i planu. Nieważne, co się stanie po prawej stronie wykresu (a indeks odbił się i w listopadzie 2025 r. wynosił 6900 pkt), bo nie o to chodzi.

Gdybyśmy sprzedali na 4900 pkt – tracimy 10k.

Nie sprzedajemy i wytrzymujemy do 6900 pkt, utrwalamy przekonanie o sobie, jako genialnym inwestorze. Zarobiliśmy bowiem 989 x 9=8901 zł (17%), w krótkim czasie.

Ale stracimy te 10k x 3 wcześniej lub później. Niczego bowiem nie chcieliśmy się nauczyć.

A można było po ludzku:

  1. Mamy te potencjalne 53.200 zł. Czytamy wywiad z Piotrem Kuczyńskim w Forbesie. Słuchamy tego pana i ponieważ mamy 35 lat inwestujemy: 25% w obligacje SP, 10 % w fizyczne złoto i 65 % niech już będzie – w indeks. Czyli w akcje ok. 36k, a nie 53k.
  2. Ustalamy ile inwestujemy i w jakich okolicznościach. Załóżmy, że trafiamy na te 6k. Czyli kupiliśmy 6 indeksów (nie tracimy od razu z 9 tylko z 6). Mamy też 13k w obligacjach (odsetki 5.5% netto dadzą nam rocznie 715 zł). No i złoto za 5320 zł.
  3. Kupujemy z ustaloną ceną nabycia i od razu ustawiamy stop loss na określonym poziomie. Załóżmy, że możemy stracić na całym portfelu 20% (tyle zniesiemy). I ten stop loss leży sobie na 30% od szczytu (jest ruchomy, a 30%, bo w akcjach mamy tylko 2/3 całej kasy). Czyli wytrzymamy spadek ETF-a do 4000 pkt, spokojnie do kolejnego wsparcia (4200 pkt). Jeśli zostanie przekroczone – sprzedamy.
  4. Mamy wszystko pod kontrolą. Indeks w lutym spada do 4900 pkt. Jesteśmy daleko od naszego stop lossu. Nie gryziemy nerwowo palców. Nie czytamy prognoz Mr Guru. Czekamy.
  5. Ale też patrzymy, co się dzieje. Na ETF-ie straciliśmy już 1100 x 6 czyli 6600 zł. Ale jednocześnie zarobiliśmy: na obligacjach 357 zł i na złocie ok. 1000 zł. Nie mamy więc straty 10k (jak hazardzista) lecz nieco ponad 5000 zł, czyli połowę mniej, bo nasz stop loss wynosi prawie 11k (20% z 53200zł ). I czekamy, śpiąc spokojnie.
  6. Wtedy kurs odbija. Idzie jak burza. Mamy listopad 2025 r. Z ETFów zrobiło się 4800 zł zysku (800 pkt x 6 szt). Na obligacjach zarobiliśmy 715 zł, a na złocie 2500 zł (pół uncji). Jesteśmy do przodu 8015 zł w rok. Inwestując 53200 zł. +15% na portfelu. Bez podatku (na razie), bez złości, bez nerwów, śpiąc spokojnie. Przypominam hazardzista miał (w zależności co wybrał), albo 10k straty albo 9k zysku.

Lubicie taki rollercoaster? Nie? A wiecie kto lubi? Hazardziście. Nie inwestorzy, ale hazardziści. Niektórzy jeszcze dopożyczą.

Ja wolę te 15% i tzw. sen sprawiedliwego. Dlatego do rady „kupuj ETF-y” polecam gorąco dodać przynajmniej naukę Piotra Kuczyńskiego – dywersyfikację, obliczanie pozycji i stop lossy. Ale to już temat na książkę.

Trend jest twoim przyjacielem. Czy na pewno? O inwestowaniu w różnych sytuacjach. I pułapkach uśredniania ceny nabycia.

Najpopularniejszy sposób inwestowania, do których dzisiejszych 30-latków zachęcają Wielcy Guru, polega na:

  • wpłacaniu stałej kwoty zaraz po wypłacie na rachunek inwestycyjny,
  • zakupowaniu za tę sumę (np. 500 zł) jednostek ETF-ów.

Podobno najlepszy sposób, bo bezkosztowy i efektywny. Co powiedzą na ten temat ludzie z nieco większym doświadczeniem? Nie tak szybko. Dlaczego?

Problem 1. Fazy rynku. Jak mawiał pewien doświadczony inwestor „Nic nie rośnie w nieskończoność”. I miał rację. Tymczasem znajdujemy się w fazie, gdy: drożeje złoto (historyczny rekord), drożeją akcje (historyczny rekord S&P500), drożeje Bitcoin (ten to już w ogóle wyskoczył z torów).

Powtórzmy jeszcze raz. Taki stan nie może trwać wiecznie. Zaczną się spadki. Albo trend boczny, trwający wiele lat. Popatrzcie na wykres S&P500 na przestrzeni stu lat, wchodząc sobie na portal Stooq.pl:https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=100y&t=l&a=lg&b=0

Co widzicie? Pięknie rośnie, prawda? No ładnie, ale podzielcie sobie graficznie na małe okresy (5-10 lat) i już tak różowo nie będzie, bo:

  1. Poziom z 1929 r. osiągnięto dopiero po 25 latach. Tak działa kryzys i wojna.
  2. Od końca lat 60-tych do początku 80-tych widzimy praktycznie jedną linię.
  3. Szczyt z roku 2000, na trwale przebito w 2013/2014.
  4. Pojedyncze spadki wynosiły po 70-90%.

Ale to nie wszystko. Przejdźcie do wykresu z prawie 250 lat: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=mx&t=l&a=lg&b=0

Mamy tu dna bessy z lat 40-tych, a nawet 60-tych XIXw. niższe od szczytów z 1920 r. 40 lat zanim odrobimy straty. Pięknie to wygląda. A pomiędzy nimi trend boczny. Potem wchodzimy w nowy wiek (rok 1900) i na spektakularne zyski czekamy do zakończenia II WŚ (1945).

Drastyczny wzrost zaczyna się 1950 r., ale i wtedy nie brak załamań. Co robić?

Przestać wierzyć opowieściom „o nieograniczonym wzroście”. Bo spadki, dołki i górki były zawsze. I to są najlepsze momenty na kupowanie.

Problem 2. Kupowanie w stałych momentach daje wyniki zależne od trendu.

Teraz popatrzcie na ten wykres. S&P500 (popularny wśród ETF-owców) na przestrzeni 1 roku. https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0.

Od początku do końca – pięknie. Stopa zwrotu 20%. Ale podzielmy na kawałki. Najpierw kurs rósł (listopad -luty) z 5700 do 6100. Potem spadał aż do kwietnia na poziom 4900 pkt, by osiągnąć w październiku maksimum 6920 i znowu spaść o 80pkt.

My jednak kupujemy zawsze na początku miesiąca za stałą kwotę:
Data Inwestycja Cena nabycia Ilość
lis.25 500 5700 0,088
gru.25 500 6050 0,083
sty.26 500 5900 0,085
lut.26 500 6000 0,083
mar.26 500 5800 0,086
kwi.26 500 5600 0,089
maj.26 500 5600 0,089
cze.26 500 5950 0,084
lip.26 500 6200 0,081
sie.26 500 6300 0,079
wrz.26 500 6400 0,078
paź.26 500 6700 0,075

Rocznie 6000 6017 1,0000

Zaniedbuję kurs, bo nie chcę komplikować. Przez rok kupiliśmy dokładnie 1 indeks (drobna różnica wynika z zaokrąglenia) za średnią cenę 6000 zł.

Mamy 1.11.2025 r. i kurs wynosi 6840. Świetnie. Zarobiliśmy 840 zł i 14%. Super. No nie super i zaraz zobaczycie dlaczego.

  1. Pomimo trendu wzrostowego z 5700 pkt do 6840 pkt nie zarobiliśmy 20% lecz 14%.
  2. Całkowicie ominął nas kwietniowy dołek (4900), gdzie dało się kupić najtaniej. Wyjaśnienie wydaje się proste – nastąpił w środku miesiąca, a my robimy zakupy zawsze pierwszego.
  3. Ten rok da się wyraźnie podzielić na 3 okresy: trend boczny listopad-marzec (4m), załamanie: marzec-kwiecien, silny wzrost: (kwiecień-październik).
  4. Gdybyśmy wzięli je pod uwagę, to:
  • zakupy w podtrendzie bocznym dały nam odrobinę zarobić,
  • na spadkach traciliśmy ogromnie (dwa zakupy po 5800 i 5600 w kwietniu, a potem spadek ok. 10-go tego miesiąca do 4900 pkt). Krótko – na tych zakupach traciliśmy po 15-20% w ciągu 10-40 dni!!!,
  • przy wzroście indeksu – ponownie ogromnie zyskiwaliśmy (średnia cena nabycia ok. 6100 pkt). Krótko mówiąc – gros wzrostu zaliczyliśmy w fazie …. wzrostu.
  • a gros spadku ….. w fazie załamania.
  • w czasie bocznego trendu prawie nie zarabialiśmy.

Problem 3. Nagłe spadki, z którymi sobie musimy poradzić.

Opisałem dokładnie powyżej. Marzec-kwiecień był jak kolejka górska. Najpierw nurkowanie kursu (z 5800 do do 4900 w 40 dni), a potem szybkie odbicie (z 4900 do 5950 w 50 dni). I nie każdy, a zwłaszcza posiadający dużo akcji, znosi je dobrze. Większość, jak powiedział w wywiadzie Piotr Kuczyński – w którymś momencie sprzeda. I straci.

Stąd …

Jeżeli spadek przyjdzie w chwili, gdy jesteśmy w końcu fazy inwestycyjnej zniszczy nasz rachunek. Przekonali się o tym boleśnie bohaterowie Nomadland-u. W ciągu roku wyparowały ich emerytury. Niektórym z miliona dolarów po 30 latach oszczędzania, zrobiło się 100k. I musieli pogodzić się z niskim państwowym świadczeniem.

Tymczasem guru rysują zawsze wykres do czasu ostatnich szczytów. To gruby błąd. Czy macie czas aby czekać na emeryturę 13 lat? Co zrobicie, gdy spadek przyjdzie rok, po zakończeniu pracy? Ano właśnie. Strategie „uśredniania ceny nabycia” nie są na niego odporne.

Przy -50% większości pęknie gumka w majtkach.

Piszę nieco mniej elegancko niż p. Piotr Kuczyński. Opieranie strategii na uśrednianiu ceny nabycia powoduje, że w końcu mamy te 300k, o których pisał Luko. I nagle robi się 250k, 200k, 150k. Nie odrobimy tego pensją (6k), ani inwestycjami, więc w którymś momencie sprzedajemy. A wystarczyło założyć sobie moment wyjścia i trzymać się go. Ale to historia na inną opowieść.

O ETF-ach trzy słowa jeszcze + trochę inwestycyjnej psychologii.

Przy wpisie o ETF-ach pojawiła się obszerna dyskusja, którą postanowiłem podsumować wpisem. Pokazuję on moją filozofię inwestowania, oraz pewne dane historyczne.

Większość funduszy ETF przegrywa.

Przyczyna przegranej wbudowana jest w ich naturę, reklamowaną przez zwolenników tego narzędzia. Są nimi:

  1. Konieczność stałego angażowania kapitału na rynku niezależnie od pogody.
  2. Duże obsunięcia kapitału, o wysokim prawdopodobieństwie wystąpienia.
  3. Psychika „inwestora”, opisanego przez Luko: 6k dochodu, 300k w akcjach, zaczął po 2008 r.

Opłaty za zarządzanie są tu najmniejszym problemem.

Pojawia się też pytanie z kim ETF przegrywa?

Z doświadczonym inwestorem (nie trzeba być Buffetem), z nieruchomościami, akcjami dywidendowymi, a czasem nawet z obligacjami. „Idziemy prawie równo z rynkiem” nie oznacza niczego dobrego, gdy rynek spada o 25%. Przypomina mi to wyśmiewany przez ETF-owców „Benchmark” w funduszach inwestycyjnych.

A teraz garść obiecanych liczb.

Na przestrzeni ostatnich 5 lat S&P500 osiągnął imponujący wzrost 87%. W tym samym czasie zaliczył dwie spore straty: 25% i 17%.

Licząc od początku wieku (26 lat) jest jeszcze lepiej:

  • wracał do szczytu z 2000 r. aż do 2013 r.,
  • maksymalny spadek zbliżył się do 50% (od 2000 do 2009 r.),
  • szczyt z grudnia 2021 r. odrobił w styczniu 2024 r.,
  • jednocześnie zyskał 380%.

I teraz połączcie sobie te liczby z psychiką „inwestora”. Pytanie: Ilu z nich wytrzyma 13-letnie obsunięcie kapitału, albo 50% straty? wydaje się raczej retoryczne.

Co jeszcze ważniejsze – czasem potrzebujemy kasy wcześniej. Nawet TFI zapowiadające horyzont 5-letni wymiękają, gdy odrobienie straty zajmuje 13 lat.

Jak duża może być strata?

Luko prezentując określony profil „inwestora” pokazuje wszystkie jego słabości. Mnie nie trzeba przekonywać o wielkości możliwej straty. Przy inwestycji w indeks może ona wynieść 87% (strata z czasów Wielkiego Kryzysu), a okres odrabiania 25 lat. I to tyle, jeżeli mówimy o horyzontach inwestycyjnych. Ktoś, kto nie bierze tego pod uwagę, jest szaleńcem. I tak, czekam na te -87%. Wciąż czekam i może się doczekam.

Nie ma wzoru na zakup 30% poniżej wartości.

Ależ jest. Swój podawał Benjamin Graham oraz wielu innych. Ja zaproponuję swój.

Ale zacznę od podstaw. Cena = kurs z danego dnia. Wartość = zdolność firmy do osiągania zysku. Kiedy już tyle wiemy, możemy liczyć.

Zakładam sensowny wskaźnik Cena/zysk na poziomie 17 (średnia wieloletnia w USA). Oznacza on, że spółka zwróci swoją cenę zakupu zyskiem w 17 lat.

30% taniej to c/z na poziomie 11.9. Mało? Dzisiaj mamy pow. 20, ale nadal istnieją niezłe spółki z wynikiem poniżej 11.9 (dane za stooq.pl):Pfizer 9,61, DuPont 11,28, PayPal 11,48. Są i znane nazwy z jeszcze niższymi wskaźnikami: GM 6,12.

Nasz PEKAO ma dzisiaj niespełna 8. PKO BP ok. 10, Alior 6,36, Dom Developement ok. 10.

Ale nawet Apple (dzisiaj 36,6) jeśli potanieje o 2/3 będzie świetnym wyborem.

Wyższa szkoła jazdy – szacowanie zysków 5 lat naprzód i liczenie własnych wskaźników c/z na tej podstawie. I tutaj ważna uwaga, rynek myli się przez większość czasu.

Czas potrzebny na analizy i „rynek może zdecydować inaczej”.

Z całym szacunkiem dla miłośników ETF, ale głupotę (kupowanie na maksimach) można zrobić błyskawicznie. Analizy wymagają czasu. Aczkolwiek przy obecnym poziomie automatyzacji – nie przesadzajmy.

Teraz kwestia rynku. Naczelna maksyma „Kupuj tanio, sprzedaj drogo” oznacza dokładnie coś przeciwnego niż twierdzisz – trzeba iść przeciw rynkowi, a nie uśredniać ceny.

I kupuje ” 30% poniżej wartości 🤭”. I wtedy bach mamy następne -30% , rozumiesz?

Świetnie rozumiem. Ale uważałem też na matematyce (bez przesady). Otóż, tak jak napisałem – w ostatnim ćwierćwieczu był na S&P500 jeden spadek -50%. W stuleciu – moje wymarzone -87%. Jeden jedyny raz. No i chyba potrafisz policzyć prawdopodobieństwo kolejnego spadku o 51% (bo tyle oznacza -30% z 70% od szczytu)?

Znasz też odpowiedź na pytanie: Kto wyjdzie lepiej, ten kto kupował za 100% i stracił 51%, a nawet 87%, czy ten który kupił za 70%, potem 50%, potem (niech będzie jak w Wielkim Kryzysie) 13% i doczekał odbicia?

A Twoje uśrednianie? Lepiej kupić za 80 -100% szczytu czy za 13-70%?

Może kupować partiami jak akcje potanieją.

I wracamy do psychologii. Może 1% takich, którzy stracą 30% ciężko zarobionych 300k, będą kupować partiami, gdy akcje potanieją -50%. Po prostu nastąpi zjawisko przedstawiane przez p. Piotra Kuczyńskiego. Zawsze następuje. Ci wszyscy guru „bo idzie w górę” zaklinają rzeczywistość. Strach i chciwość – podstawowe emocje i podstawy inwestowania.

Dlaczego dzielisz portfel 50/50 ?
Proste? Ponieważ trzymam się reguł. Mam 50 lat. Więc 100-50=50% w akcjach. Tu nie ma magii, ale niezbyt skomplikowana (żeby nie powiedzieć: prosta jak konstrukcja cepa) strategia.

I właśnie do tego dążę , posiadasz w akcjach ułamek swojego majątku i dlatego masz agresywne podejście.

Kiedy czytam takie słowa, widzę jak potrzebna jest ta książka. Dają mi napęd. Dziękuję. Wczoraj siedziałem nad nią od 23 do 2.

Wszystko co piszę, te strategie 50/50, kupowanie tanio, dowodzi, że mam mega konserwatywne podejście. Posiadanie obecnie ok. 30% płynnego kapitału w akcjach – jeszcze bardziej.

Wyliczenia o zainwestowanych 10-20k, dopłacaniu po 10k rocznie pokazują też pewne nieporozumienia, ale i ich źródła. Otóż widzę zasadniczy błąd atrybucji tj. przypisywanie moim działaniom cechy, które sam komentujący uznaje za słuszne, mimo że im wprost zaprzeczyłem.

Nie, nie dopłacam po 10k rocznie. Nie, nie inwestuje stale. Tak, oczywiście wielokrotnie sprzedawałem, lokując w innych dobrach (głównie na wkład własny do nieruchomości, kupione poniżej spodziewanej wartości), kupowałem auta itd. Nie ukrywam, że i traciłem (zarobek średni 16%, nie oznacza przecież 16% co roku). Nie zawsze reinwestowałem dywidendy. Płaciłem też podatki.

To są podstawy. Ludzie są ludźmi, ja nim jestem, nie kreuje rzeczywistości, lecz ją opisuję. Mam gorsze dni, straty, wreszcie potrzeby.

Jak liczysz stopę zwrotu?

„Podam kolejny przykład :
Kapitał 100
Inwestycja w X spółkę 10k przy stopie zwrotu 80% po roku
Reszta gotówka bo czekamy na korektę
Stopa zwrotu na całym portfelu to niestety 8% a nie 80% jak niektórzy influencerzy lubiący zakłamywać rzeczywistość.”

Ponownie wracamy do podstaw. Czuję się jakbym miał znowu 30 lat. Miłe uczucie. Miałem farta, że trafiłem wtedy na kilka pozycji o zarządzaniu ryzykiem, plus zawierających dane historyczne.

Zacznijmy od tego, że patrzenie: kapitał=portfel prowadzi donikąd. A konkretnie do ogromnego ryzyka. Ja mam majątek skromne kilka milionów. Jestem oszczędnym milionerem, a nie hazardzistą. Nie bogaczem, deka milionerem, ultraprzedsiębiorcą. Nie posiadam portfela, ale inwestycje, oszczędności i majątek. Część sobie pracuje lepiej, część gorzej, na części w danym roku zaliczam stratę, albo okolice 0. Moim celem nie jest wzbogacić się szybko. Nigdy nim nie było. To, że zarobiłem milion w wieku 32 lat (a nie w okolicach 50tki), stanowi mieszankę spokoju, szczęścia i przypadku. Moim celem była zawsze zamożność i spokój jaki daje. Jestem w tym miejscu i czuję spełnienie.

Drugi błąd jaki znajduje w podanym przykładzie, to patrzenie współczesne, social mediowe, skrótowe, wręcz na krótki dystans. Porównywanie się z…. No właśnie, z czym, z kim? I czy warto? Ktoś sobie pisze „Zarabiam 80% rocznie”? Inny „Moja pensja to 300k miesięcznie”. Co ja wtedy myślę (T.Harv Eker się kłania) – świetnie chłopie, byle tak dalej. Nie patrzę, że ja mam tylko 16%, kurcze słabo, marnie, trzeba coś podrasować. Nie czerpię satysfakcji, że komuś się nie udało, że się sprzedał, upadł, wczoraj był bogaty, a dzisiaj, patrzcie, siedzi w pace, żona go opuściła albo mieszka u przyjaciół. Mało tego filozoficzno-psychologicznego contentu tu na blogu, ale czasem piszę, że mnóstwo siedzi w głowie, mental ma znaczenie. Wiem też oczywiście, że „jedna robótka, przez miesiąc wódka” czyli „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Dlatego +80% w jednym roku nie robi na mnie wrażenia. Wracam jeszcze do „zwrotu z portfela”. Nie wiem, dlaczego w przykładzie założono niepracującą gotówkę. Ależ ona sobie zarabia. W dzisiejszej sytuacji, całkiem nawet niekiepsko (5-8% netto w obecnej chwili). Nieruchy też coś tam przynoszą, albo wzrost wartości, albo niewydaną kasę, albo czynsze. Nie jest tak, że pracuje 10%, a 90% leży i pachnie. Dostrzegam tutaj właśnie to giełdowe skażenie, ten niepokój opisywany przez Alexandra Eldera czy Jessego Livermore’a aby ciągle być w grze. Taką giełdową gorączkę. Od wielu lat (od kiedy usłyszałem o Buffecie) jestem od niej wolny. Śpię spokojnie.

No i na koniec. Czy wiecie jak zmieniał się majątek Billa Gatesa na przestrzeni ostatnich 26 lat? W 1999 r. miał 100 mld USD. W 2007 r. „ledwie” 58 mld. W 2019 r. 110 mld. W 2024 r. – 128 mld. Według kryteriów podanych w przykładzie „Miał marny wzrost na portfelu”. 28% w 26 lat oznacza sporo mniej niż 1%/rok. Podwojenie w 12 lat – 6%. +16% w 5 lat kolejne niecałe 3%/rok. Czy myślicie, że codziennie budzi się z myślą „ile zyskał na portfelu”? Czy liczy sobie „John Smith zrobił +300% w 18 lat, a ja niecałe +100%, chyba czas strzelić samobója”. Nie sądzę (a tak właśnie pewnego dnia uczynił Jesse Livermore). Warto iść w dobrym kierunku, zamiast nakręcać się Instagramem.

Dlaczego skoro ETF-y są tak wątpliwe, to mają taką popularność?

Tym razem odpowiem w trzech punktach, a potem je rozwinę:

  1. Niewiedza (wielu z Was nie miało świadomości).
  2. Dezinformacja (ogromny przemysł oparty na nich, i nachalna reklama w książkach i na blogach).
  3. TFI są jeszcze gorsze.

Niewiedza. Dość prosto wyjaśnić – porównanie rocznego wykresu S&P500 w wersji oryginalnej i ETF-u wycenianego w złotych pewnie większości z Czytelników, w ogóle nie przyszła do głowy. A otwiera oczy. Tylko trzeba czytać nieco więcej niż opinie sprzedawców tych ostatnich (lub fanbojów).

Dezinformacja. Tu już gruba sprawa i nie chcę stawiać zarzutów bez pokrycia. Większość blogerów finansowych fanów ETF-ów ma 30-40 lat i wielu rzeczy po prostu nie wie. Brak im doświadczenia. Zrozumiałe. Natomiast cały przemysł funduszy ETF to inna para kaloszy. Siedzą tam ludzie mający dostęp do ogromnej ilości informacji. Oni wiedzą, ale dla zysku, zamydlą oczy inwestorom z całego świata. Stara bajka giełdy „owce idą na rzeź”.

TFI są jeszcze gorsze. Wiecie na czym polega fenomen ETF-ów. Są ryzykowne, ale posiadają zasadniczą zaletę. Pomimo wszystkich minusów – wypadają 10 razy lepiej niż klasyczne fundusze inwestycyjne oferowane przez TFI. Jeżeli propagatorzy ETF-ów to sprzedawcy marzeń, wiele tzw. klasycznych FI ociera się wręcz o oszustwo.

FI są drogie. W zakupie (prowizja 5% za wejście), w trzymaniu (1% aktywów rocznie). Opłaty zjadają cały niewielki zysk. Bogaci się zarządzający a nie inwestor.

FI są nietransparentne. W ETF-ie wiesz co masz. W FI dowiesz się na koniec kwartału, gdy dane będą już nieaktualne.

TFI kłamią, sprzedając siebie jako fachowców. Wyniki (a zwłaszcza ich rozrzut), prowadzą do uprawnionego wniosku, że wybór inwestycji polega na rzucie lotką w tarczę z nazwami spółek przez pijaną osobę z chorobliwym drżeniem rąk. Jak inaczej wytłumaczyć, trzymanie w portfelach Agory, której kurs:

  • wynosi 1/4 tego z 2000 r.
  • od 17 lat znajduje się w trendzie bocznym?

Nie do obrony. A proszę bardzo. Takie PKO TFI miało je w portfelu: https://www.pkotfi.pl/media_files/b49e3f23-d09f-480f-b5db-a5600987f254.pdf

albo osiąganie wyników takich jak Pekao Akcji Amerykańskich, który w ciągu roku (takie same dane jak poprzednie wykresy S&P), gdy indeks zarabia 20%, zyskuje całe …. 2,86%. Przecież to faktycznie trzeba być zdolnym. Ci artyści znajdują się 5% pod szczytem z listopada 2024 r. (rynek 20% nad). ETF- Lynxa to przy nich złota inwestycja. A biorą grube pieniądze, za swoje „genialne” wyniki.

Inwestowanie w ETF-y. Różnice kursowe i wnioski.

Pamiętacie ostatni wykres indeksu S&P500 za rok od 1 listopada 2024 do 31 października 2025?

Przypominam: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0

To teraz patrzcie na wykres samego ETFa – Multi Units Luxembourg Lyxor ETF S&P 500 (ETFSP500.PL) https://stooq.pl/q/?s=etfsp500.pl&c=1y&t=l&a=lg&b=0

Troszkę inaczej? Mega inaczej, bo nie jesteśmy w USA.

  1. Wzrost wyniósł niecałe 10% (zamiast prawie 20%) z 240 do 262 pkt.
  2. Maksymalny spadek wyniósł 20% (z 250 pkt do 200 pkt).
  3. Indeks wrócił na maksima z listopada 2024 r. dopiero w październiku 2025 r. a nie na lutowe w lipcu 2025 r.
  4. Krótko mówiąc przez większość okresu traciliśmy.

I to porównanie powinno nas wyleczyć z przekonania, że „ETF-y to jedyne bezpieczne i zyskowne inwestycje”, jak przekonuje wielu guru. Nigdy, ale to przenigdy nie zapomnijcie o zabezpieczeniach. A jak porównacie z wynikami spółek, wręcz zapłaczecie. Dlaczego? Ponieważ:

  1. Indeks uśrednia spółki.
  2. Indeks wygrywa ze słabymi spółkami (tzn. złe spółki ciągną w dół indeks i obniżają jego wyniki).
  3. Dobre spółki pokonują indeks.
  4. Kurs walutowy to często ryzyko (a nie zawsze stabilizacja).
  5. Fundusz indeksowy z ryzykiem kursowym może osiągać kiepskie wyniki nawet przy maksimach giełdowych.
  6. Ważne są akcje i moment wejścia/wyjścia.
  7. Uśrednianie kursu często nic nie daje, bo i tak możemy nie kupić na spadkach (w S&P500 USD już to opisałem, ale w ETF-ie też to widać: początek marca 222, początek kwietnia 220, minimum 200).
  8. Gdy kupujemy 1-go, 10-go, 20-go możemy osiągnąć zupełnie różne wyniki na portfelu, pomimo że wykres mamy ten sam (co jest oczywiste, ale i takie prawdy warto przypominać).

I co, nadal wierzycie w moc ETFów na rosnący rynek amerykański, że da zamożność prawie bez ryzyka?

Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?

Pięć kroków, które musisz wykonać nim rzucisz etat.

W sierpniu na blogu ukazały się dwa wpisy dotyczące życia bez pracy i powodów pozostawania pracownikiem. Teraz czas na wskazanie, co zrobić, by przemieścić się z jednej grupy do drugiej. Rzucenie etatu może mieć różną postać – wyjazdu w Bieszczady, przejścia na freelance, utrzymywania się z rentierstwa, pomocy społecznej lub założenia własnej firmy. W każdym przypadku trzeba mieć wszystko zaplanowane, żeby nie doznać przykrej niespodzianki i nie błagać szefa o powrót. A oto zasady.

Krok. 1. Ustal, ile pieniędzy potrzebujesz w wersjach: minimum, średniej i niezłej.

Podstawą wypłynięcia na szerokie wody luzu/samozatrudnienia jest uświadomienie sobie, jakiej kasy potrzebujesz na pokrycie wydatków. Bez tego, o ile nie jesteś bogaty, zaczniesz od skoku na główkę do pustego basenu. A zatem, popatrz, ile obecnie wydajesz. Służy temu dokładne przeliczenie kasy potrzebnej miesięcznie w poszczególnych kategoriach. Są nimi:

Życie – czyli jedzenie, chemia, leki, lekarze.

Dach nad głową – koszty utrzymania domu/mieszkania.

Transport – samochód, bilety na komunikację publiczną.

Edukacja – żłobki, przedszkola, zajęcia dodatkowe i związane z nimi obozy, kursy, szkolenia, studia Twoje, małżonka i dzieci.

Wakacje i rozrywki – wszelkie wyjazdy, wyjścia.

Kredyty i zobowiązania – spłaty długów.

Inne wydatki – w moim budżecie nazywam je UUPK od pierwszych liter słów: ubezpieczenia, ubrania, prezenty, kieszonkowe. Tak, każdy nawet dorosły powinien mieć pieniądze na swoje wydatki, z których nie musi rozliczać się przed innymi.

Te kategorie to podstawa. Wielu z nas doda jeszcze sporą liczbę np. sport, hobby, wyodrębnione z rozrywek, kosmetyki z kieszonkowego, albo specyficzne dla danej sytuacji (alimenty). W przypadku rozpoczęciem działalności w odrębnej kategorii wydzielmy wszystko, co wydamy na nią (np. składki ZUS, lokal, sprzęt – za co dotychczas płacił pracodawca).

Jeśli powyższe nazwy nic Ci nie mówią, sięgnij do wpisu o systemie kopertowym lub tworzeniu budżetu.

Teraz czas na ustalenie , jakie wydatki okazują się absolutnie konieczne (minimum). To są takie pozycje, bez których nie możesz przeżyć: proste jedzenie, podstawowa chemia, leki i lekarze, najtańsze auto lub wręcz bilety miesięczne, opłaty za szkołę/przedszkole i jedne zajęcia dodatkowe, ubrania z ciuchlandu oraz minimalne prezenty i kieszonkowe. Oczywiście pamiętamy o zobowiązaniach (alimenty lub raty). W przypadku mojej rodziny zmieściłbym się (dzięki przejściu przez następne kroki) w 4000 zł.

Wersja średnia, zakłada już pewien luz. Niewielki, ale jednak. Kupujemy lepsze jedzenie, ubrania. Jeździmy samochodem (może dwoma). Czasem wychodzimy gdzieś, opłacamy polisy, stać nas na wakacje raz w roku. W przypadku mojej rodziny 7000 zł.

Wersja niezła. Żyjemy jak dotychczas.

Popatrz, ile potrzeba w poszczególnych wariantach. Czy stać Cię, choćby na minimum? Czy chcesz tak funkcjonować, a może potrzebujesz mniejszej dyscypliny finansowej ? Ten etat nie był taki głupi, prawda?

Krok 2. Spłać wszystkie zobowiązania i zlikwiduj zbędne wydatki . Zobacz co możesz zrobić sam.

Im więcej masz stałych zobowiązań, tym gorzej. Wszelkie abonamenty, raty itp.

Na pewno znajdzie się tu życie, ale w wersji zredukowanej, więc nie 1000 zł na jedzenie/osobę, lecz np. połowę tej sumy, chemia (niekoniecznie najlepszych marek, odrzuć ulubiony pachnący papier toaletowy), przyjmowane leki. W wielu wypadkach, jeśli dotychczas nie żyłeś oszczędnie, może zejdziesz z nimi o połowę. Potem mamy dach nad głową i transport, gdzie przeprowadzamy podobny proces. Może wystarczy jedno auto?

Krok 3. Policz swoje aktywa.

Oczywiście jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś i nie robisz regularnie. Bez wiedzy, co posiadasz, nie ma skutecznego planowania finansowego. Bilans aktywów czyli spisanie, nieruchomości, większych przedmiotów, oszczędności, inwestycji, stanu rachunków bankowych oraz ważne – ich wartości, pozwala na analizowanie wariantów awaryjnych i daje spokojną głowę, że sobie poradzisz. W razie przejściowych kłopotów, sięgniesz na konto, sprzedasz kilka akcji, spieniężysz obligacje czy coś wartościowego. Ewentualnie coś wynajmiesz za kasę. Unikniesz konieczności proszenia o pożyczkę czy kredyt, której w trudnym momencie możesz po prostu nie dostać. Im więcej aktywów posiadasz tym łatwiej ci się żyje i podejmuje ryzyko. A te, w życiu bez pracy, zwłaszcza na freelance lub jdg drastycznie powiększa się.

Krok 4. Znajdź sobie nowe źródło dochodów i pesymistycznie je policz .

Wiesz jaka cecha charakteryzuje ludzi bogatych? Posiadanie wielu strumieni dochodów. Kiedy jeden wysycha, zawsze zostają inne. Kiedy jednak tracisz główny przypływ gotówki (bo zakładam, że praca tak właśnie wygląda), zostają jeszcze inne, może węższe strumyczki, ale razem połączone w niezłą rzeczkę. Jeśli tak nie jest, pilnie potrzebujesz nowego źródła dochodu. Stąd wielu porzucających etat planuje już z czego się utrzyma. Znasz może najczęstsze pytanie zadawane przez nowicjuszy na wiejskich forach? Nie, to Ci powiem. Brzmi ono: „Z czego na tej wsi utrzymujecie się?” I odpowiedzi padają różne, jak różne są ludzkie życia i zawody. Część idzie w agroturystykę (przy obecnym kryzysie – odradzam), inni w rzemiosło, w rękodzieło, w warsztaty, albo nadal pracują w dawnej firmie, tylko zdalnie. Sporo osób poprzechodziło na renty, emerytury. Ktoś zredukował godziny pracy, trafiają się rentierzy, którzy w ogóle nie muszą uprawiać zawodu. A jakie będzie Twoje nowe źródło?

Teraz kwestia wyliczenia. Piszę, żeby zrobić ten krok patrząc na czarny scenariusz, pesymistycznie. Pokażę na prostym przykładzie – wykorzystania własnego majątku, wcale nie na wsi. Załóżmy, że tak jak ja, mieszkacie we własnym domu w sporym mieście i stanowi on Wasze główne aktywa. Jak z niego zrobić strumień dochodów? Możecie podzielić piętro/parter i połowę sprzedać (na moim niewielkim osiedlu, blisko uczelni, parę osób tak właśnie zrobiło). Zostaniecie wtedy z mniejszą powierzchnią, ale z gotówką. Możecie tę połowę stale wynajmować i dostawać jakąś kasę. Możecie wrzucić na booking.pl czy airbnb.pl poszczególne pokoje. Ile z tego dostaniecie? I tu właśnie wchodzi pesymizm. Przy sprzedaży, zakładajcie niską cenę (piętro w domku jest zawsze sporo tańsze od mieszkania w bloku) – w moim przypadku byłoby to 350 tys. zł (7 tys. zł/m2). Zyski z tego trochę ponad 5% netto czyli 17.500 zł/rok, a więc ok. 1500 zł/m-c. Przy wynajmie może nawet trochę mniej -1300 zł (ale zachowujecie własność). Jeśli dacie radę wykręcić z inwestycji 8% zyskacie 28 tys. zł czyli ok. 2300 zł/m-c. Wygląda lepiej, ale nie zakładajcie tego w żadnym razie jako pewnika w budżecie. Podobnie policzcie dochody z warsztatów, rolnictwa czy rękodzieła.

Teraz dodaj wszystkie obecne i planowane. Podziel je na pewne, prawdopodobne i niepewne. Pewne to takie, które na 100% dostaniesz (np. odsetki od lokaty, obligacji SP), prawdopodobne – otrzymasz je na 60-90% (odsetki od obligacji korporacyjnych, czynsz za mieszkanie, dywidendy, kasa z warsztatów). Niepewne – tutaj na dwoje babka wróżyła (zyski ze wzrostu wartości akcji). Pewnych + 50% prawdopodobnych musisz mieć tyle, by wystarczyło na życie w wersji minimum. Proste i skomplikowane zarazem.

Krok 5.Miej plan B. Stwórz fundusz awaryjny, który pokryje niedobory.

A jeśli coś pójdzie nie tak? Ludzi nie zainteresują Twoje warsztaty? Państwo zacznie wypłacać niższe odsetki? Najemca mieszkania nie zapłaci czynszu? No cóż, najpierw popatrz w poprzedni krok. Wbudowany w niego jest pewien bezpiecznik. Dochody pewne + 50% prawdopodobnych muszą wystarczać na minimum wydatków. Jeśli plan A zawiedzie, zawsze masz szansę obciąć wydatki i przeżyć. To jest Twój plan B. Jasne, możesz wymyślać i inny – pójdziesz do pracy (stałej lub dorywczej), coś sprzedasz (jeśli masz aktywa).

Czemu służy zatem fundusz awaryjny? Utrzymaniu płynności. Zanim pozbędziesz się drugiego auta, powinieneś zapłacić np. ubezpieczenie lub zrobić przegląd. Potrzeba na to kasy. A Ty masz dostęp do 6-miesięcznych wydatków. Kolejny spadochron, przydatny, gdy skaczesz w przepaść.

Na koniec wrócimy do przykładu „typowej” rodziny, która postanowiła uciec z korporacji i wyjechać na wieś. Mają jedno dziecko (2+1), dotychczas mieszkali we własnym mieszkaniu (50% LTV) i mają jeszcze chatę „po dziadkach” na wsi.

Krok 1. Do tej pory pory zarabiali w sumie 10 tys. zł netto i dostawali 800+, a więc razem 10.800 zł. Płacili ratę 2500 zł i inne koszty mieszkaniowe 1000 zł. Do tego utrzymywali auto (700 zł), wydawali na życie (2500 zł), UUPK – 1000 zł, na edukację (przedszkole+zajęcia dodatkowe) – 700 zł, na rozrywki (wakacje + wyjścia) – 1000 zł. Zostawało im 1400 zł przeciętnie w miesiącu.

Przenosząc się na wieś i rzucając pracę, koszty minimalne zredukują do 2400 zł , w tym:

  • dach nad głową – 600 zł,
  • auto – 200 zł,
  • życie – 1000 zł,
  • UUPK – 500 zł,
  • edukacja – 0 zł,
  • rozrywki – 100 zł.

Koszty średnie powiększą się o 200 zł na rachunki, 300 zł na paliwo, 300 zł na życie, 300 zł na UUPK oraz 300 zł na edukację oraz 400 zł na rozrywki. Z 2400 zł zrobi się 4200 zł.

Jeśli chcieliby żyć, na takim poziomie jak dotychczas, nie wydadzą tylko na ratę czyli potrzebują aż 6900 zł.

Krok 2. Jedyne zobowiązanie – kredyt hipoteczny zostanie spłacony przy sprzedaży mieszkania. W ten sposób wydatki spadną o 2500 zł. Na wsi sporo rzeczy da się zrobić samodzielnie – od opieki nad dzieckiem przez jedzenie. Mniej kasy pójdzie na auto (stoi pod domem, płacimy tylko koszty stałe, wyjeżdżamy do sklepu, do miasteczka, znacznie rzadziej). Wielu ludzi samodzielnie przygotuje opał, którym jest drewno – dziadkowie mieli pewnie kawałek lasu. Nawet jednak kupując drewno, płacąc dzisiaj po 200 zł za kubik czyli metr przestrzenny, potrzebujemy go w domku może za 2000 zł/rok (1 mp = 2000 KWh). Do tego śmieci – 90 zł, woda i ścieki (oczyszczalnia) – 100 zł , prąd – FV czyli 40 zł/m-c, internet 90 zł, komórki 60 zł i 20 zł podatku. W ten sposób dochodzimy do 600 zł. Głównie dlatego, że prąd produkujemy sami, ścieki załatwia nam oczyszczalnia, a ciepło także uzyskujemy własną pracą (porąb, ułóż, wysusz, spal). Stąd koszty minimum wychodzą nierealnie niskie -2400 zł/3os.

Krok 3. Aktywa to kwota pozostała po spłacie kredytu – 200 tys. zł z wartości mieszkania oraz 200 tys. zł w domu na wsi. Do tego auto za 30 tys. zł.

Krok 4. W tym miejscu dochodzimy do sedna. Stałe i pewne źródło dochodów stanowi 800+. Zapewnia pokrycie wydatków w 1/3. Co jeszcze można zrobić? Wykorzystać te 200 tys. zł kupując obligacje – załóżmy, że zarobimy w ten sposób kolejne 800 zł. Potrzebujemy na minimum jeszcze 800 zł, na przeciętne życie 2600 zł, a dotychczasowe – 5300 zł. Przez pewien czas dostaniemy zasiłek dla bezrobotnych – średnio 1300 zł/osobę, a więc przez rok, na przeciętne życie wystarczy. Potem możemy pójść do opieki społecznej i pewnie, z uwagi na dziecko wyrwiemy jakoś te 800 zł (zasiłek rodzinny, może wychowawczy, jeśli dziecko małe, do tego dodatek mieszkaniowy, dopłata do energii). Pomocy społecznej nam nie dadzą, z uwagi na oszczędności. Teoretycznie więc, na minimum dostaniemy od państwa+uzyskamy z odsetek. Są to dochody pewne.

Nikt rozsądny nie chce jednak tak żyć. Praca „parobka” czyli robotnika rolnego wyceniana jest na wsi na 200 zł/dniówka z ręki do ręki, bez żadnego ubezpieczenia. Stąd, skoro mamy: 800 +, 800 zł odsetek, 800 zł od państwa, brakuje nam jeszcze do średniego poziomu życia tych 1800 zł, a do dotychczasowego 4500 zł. W pierwszym wariancie ojciec idzie „na parobka” przez 8 dni, w drugim na cały miesiąc, a w zimie coś kombinuje. Opcja druga – praca sezonowa za granicą. Jak już pisałem – dziennie do zarobienia 100E czyli 430 zł. Pracując kwartał (1 osoba) – mamy 30 tys. zł. Dzieląc to przez 12 miesięcy – 2500 zł. Można zająć się freelancem w dotychczasowym zawodzie (w moim przypadku na miejscu, w gminie 2400 zł przy pracy 10h/tydz.), lub zdalnie (wtedy stawki są wyższe). A urastająca do rangi symbolu agroturystyka? No cóż, tu nic nie wygląda pięknie. Obecnie mamy spory kryzys w turystyce. Tak duży, że nawet długo działające pensjonaty w atrakcyjnych miejscach notują obłożenie 50% (w sezonie). My, licząc realistycznie, możemy się spodziewać 30% i to wyłącznie biorąc pod uwagę okres wakacji, na wiosnę i na jesieni może 15% (4 dni w miesiącu). Same przychody z pokoju dwuosobowego (założenie 60 zł/os. nocleg i 60 zł wyżywienie) to 8400 zł. Z tego 1/3 pożrą nam koszty, więc zostanie ok. 5600 zł/pokój/rok. Mając 3 (to dużo, bo albo sami musimy mieć większy dom i ściskać się na sezon), albo zaadaptować budynek gospodarczy, zostanie nam 16.800 zł, czyli ok. 1400 zł/m-c. Żyć z tego nie sposób. Zostają jeszcze zwierzęta, ale i w tym przypadku trzeba mieć rynek zbytu. Dlatego większość mieszkańców miast jednak w nich zostaje. Na wsi , mieszczuchowi da się żyć wyłącznie wtedy, gdy przynajmniej jedna osoba pracuje zdalnie, freelansuje, pracuje dorywczo za wysokie stawki lub ma zyskowną dg, albo rodzina ma oszczędności/przychody. Znacznie bowiem lepiej (30 tys. zł/rok) wyjechać na kwartał za granicę, niż przez cały sezon (od wiosny do jesieni) czekać na turystów (16,8 tys. zł/rok przy 3 pokojach). Praca na miejscu jest często w granicach pensji minimalnej, a dojazdy do miasta wymagają czasu i jawnie kłócą się z ideą slow life (chyba że 2-3 dni w tygodniu).