Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Inwestowanie – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Milioner w roboczym ubraniu i milioner w garniturze. Podobieństwa i różnice.

Kiedy pierwszy raz czytałem opracowania naukowe dotyczące sposobu formułowania ogłoszeń skierowanych do różnych grup pracowników: robotników, korposzczurów i ich szefów, przecierałem oczy ze zdziwienia. Pewnie dlatego, że nigdy nie głębiej się nad tym nie zastanawiałem.

A wnioski okazały się następujące. Do robotników przemawia się językiem, w których powtarza się słowa: grupa, paczka, drużyna. W przypadku typowych zawodów klasy średniej pojawia się szansa rozwoju, dynamiczny zespół, benefity. A do menedżerów kieruje przekaz o satysfakcji, wynikach itp. Oczywiście, chodzi o odwołanie się do wartości wspólnych klasie ludowej, biurowej i wyższej. Robotnicy szukają wspólnoty (ponieważ praca przy taśmie wymaga współpracy, podobnie jak w „murarskiej trójce”), biuro wzmaga współzawodnictwo (zwycięzca otrzymuje awans, lepszy gabinet, wyższą pensję i… więcej roboty), a szefowie dążą zapewniania zysków akcjonariuszom (cisną dwie poprzednie klasy, aby pracowały wydajniej, kosztem własnego zdrowia). I kiedy tak myślałem o tym podziale, nagle doznałem olśnienia. Przecież te same prawa i wartości stoją za sukcesem milionerów z różnych grup. Tak, ponieważ obecnie, nawet robotnik ma szansę zostać człowiekiem zamożnym. W jaki sposób?

Milioner-robotnik. Z oczywistych względów brakuje mu wiedzy akademickiej, pozwalającej odróżnić dobrą inwestycję od złej. Musi zatem kierować się tzw. ludową mądrością. Dla milionera-robotnika podejrzane są wszystkie giełdowe szacher-macher, obligacje korporacyjne, akcje itp. Wierzy we własną ciężką pracę i kooperację (swój zespół). Lubi skupiać się na nieruchomościach. Z trójkąta zamożności wybiera oszczędność i dążenie do podnoszenia zarobków. Jak widzicie, pomimo garnituru na grzbiecie (oraz zdolności do podnoszenia stóp zwrotu), jestem do niego dość podobny.

A teraz popatrzcie na typowy przykład. Budowlaniec – zarabia 15 tys. zł miesięcznie, a żyje za 5 tys. zł. Za nadwyżkę kupuje (gotówką) zaniedbane nieruchomości, remontuje je i sprzedaje z zyskiem. Nigdy nie rezygnuje z pracy, bo nie potrafi siedzieć bezczynnie. Zadowoli się ROI 5% rocznie, albo jak sam powie „darmowym mieszkaniem po 20 latach”.

Milioner z klasy średniej. Rozumie złożone procesy i potrafi nimi zarządzać. Zarabia nieźle, często 2-krotność średniej krajowej, a więc …. tylko 20% mniej od wyżej opisanego robotnika. Wyciska jednak lepsze stopy zwrotu. W jaki sposób? Korzystając z kredytu, którego robotnik unika (lewarując), łącząc w strategii akcyjnej wzrost wartości z dywidendą, akceptując wyższe ryzyko. Jeśli może, zakłada własną firmę, optymalizując podatkowo. Mam coś z niego.

Ponownie, wracamy do przykładu. Specjalista w korporacji. Kupił 3 mieszkania na kredyt, bo miał zdolność. Po 10 latach ich cena wzrosła o 100%, spłacił kredyty i został milionerem. Alternatywnie – kupił akcje CD Projektu, gdy ten wchodził na giełdę.

Milioner z klasy wyższej. Skupia się na zdobywaniu po znajomości niedostępnych publicznie informacji. Gra wspólnie z innymi szefami. Wykorzystuje „czas innych ludzi, pieniądze innych ludzi”. Czyli robi to samo, co na etacie. Znam kilku przedstawicieli tego gatunku. Dopóki są na górze (bo upadek bolesny), nie muszą oszczędzać, konsumują agresywnie, a i tak nikt nie odmówi im kredytu. Ich stopy zwrotu szybują w kosmos.

Przykład? Mateusz Morawiecki i Janusz Palikot. Pierwszy – typ korposzczura, drugi – typowy przedsiębiorca-kombinator. Obaj grali na granicy polityki i biznesu. Jeden za nadwyżki ogromnej pensji skupował za ułamek wartości działki, bo znał kogo trzeba. Drugi wchodził w produkcję, za pieniądze teścia i nie płacąc pracownikom. A na koniec wyrolował kumpla i całą grupę obcych ludzi. Nawet jednak wtedy, jego krąg towarzyski wyciągał go za uszy z bagna. Jak to możliwe? Ponieważ spektakularny upadek groził całej klasie. Tam wielu ma swoje grzeszki i po co państwo ma się nimi interesować. Zadziałała, popularna w klasie wyższej solidarność grupowa.

Tyle różnic. Teraz podobieństwa.

Self made man. Najbardziej widoczna wśród robotników-milionerów. Oni zaczynają od zera, po szkole branżowej. W przypadku klasy średniej, ogromna praca, samozaparcie, pozwala zgromadzić większy majątek niż przeciętny w otoczeniu. Klasa wyższa zaczyna z najwyższego poziomu i staje się bajecznie bogata. Celowo w przykładach pominąłem „dziedziców”, nie jest sztuką ze 100 mln zrobić „aż” 150 mln.

Życie poniżej możliwości. Tu nie chodzi o niebotyczne zarobki (a takie potrafią być w klasie wyższej), ale o wydawanie mniej niż się zarabia. Milioner-szef ma łatwiej. Co to za sztuka żyć za 50% dochodu, przy zarobkach 150k miesięcznie? Żadna. Ale robotnik czy przedstawiciel middle class już powinien się skupić na oszczędzaniu.

Rozumienie wartości pieniądza. Masz szansę spojrzeć na to oczami milionera – pieniądze są jak siewne ziarno. W pewnym momencie zaczną pracować na Ciebie, a gdy mądrze to rozegrasz, również na Twoją rodzinę (następne pokolenia). Z drugiej strony, grosz zmarnowany straciłeś bezpowrotnie. Dlatego lepsze regularne 6% niż raz 9%, a kiedy indziej -9%. Wynik takiej inwestycji okaże się ujemny (109*0,91 =99,19). Proste.

Dywersyfikacja ponad wszystko.

Cofnijmy się na chwilę do 1 stycznia 2001 r., amerykański S&P 500 już chwilę się zsuwa. Typowy amerykański sześćdziesięcioletni inwestor włożył 100% milionowego rachunku emerytalnego w miejscowe akcje, w proporcjach odpowiadających dzisiejszemu ETF-owi na indeks.

Wiecie, ile ma w październiku 2022 r. (dno bessy)? A po 5 latach (31.12.2005 r.)?

Odpowiem. Po niecałych 2 latach dysponuje 59% (590.000 USD), a po 5 nadal jest na minusie ok. 54 tys. USD (5.45%).

Co stałoby się, gdyby posłuchał mądrych głów i użył typowych proporcji tzn. 40% akcji-60% obligacji?

Proszę bardzo. Na dnie bessy byłby 11% pod kreską, a ostatniego dnia cieszyłby się 11% zysku. Nawiasem mówiąc, przyniesionego głównie przez obligacje.

A co stałoby się z „rozsądnym inwestorem” tzn. takim, który indeks zastąpił spółkami dywidendowymi z 1-szej ligi (IBM,P&G,CAT, Abbott, J&J)? Otóż, bez żadnej kombinacji z czasem nabycia na spadkach, miałby:

  • +10% w dnie bessy,
  • +33% po 5-ciu latach.

A gdyby już wtedy miał fundusz ETF na S&P 500 (100% portfela) ? No cóż, strata po 5 latach (TER 0,5% rocznie), wyniosłaby -9,8%, a w dnie bessy byłyby to 42%.

A co gdyby zmieniło się jedno – S&P 500 wzrósłby o 5,4% zamiast spaść o taką wartość (a akcje wzrosły proporcjonalnie czyli o 44% zamiast 33%, a dywidendy nie uległyby zmianom)?

Na koniec okresu milionowy portfel byłby wart:

  • same akcje odpowiadające indeksowi – 1.054.000 zł,
  • ETF na indeks – 1.029.000 zł (w przybliżeniu TER 0,5%/rok),
  • 40% akcji odpowiadających indeksowi + 60% obligacji -1.205.700 zł,
  • 40% ETF na S&P 500 + 60% obligacji – 1.195.700 zł,
  • 40% akcje dywidendowe +60% obligacji – 1.374.311 zł.

Teraz popatrzmy na optymistyczny scenariusz. S&P 500 rośnie „książkowo” o 10% rocznie, czyli o 61% (ach ten procent składany), a akcje dywidendowe +100% (w identycznych proporcjach jak wcześniej, dywidendy bez zmian) . Podwojenie po 5 latach oznacza 14,4% zysku.

Na koniec okresu ten sam rachunek (1 mln) byłby wart:

  • same akcje odpowiadające indeksowi – 1.610.000 zł,
  • ETF na indeks – 1.560.000 zł (w przybliżeniu TER 0,5%/rok, ale mamy średnią wartość 1,2-1,3 mln),
  • 40% akcji odpowiadających indeksowi + 60% obligacji -1.395.200 zł,
  • 40% ETF na S&P 500 + 60% obligacji – 1.365.200 zł,
  • 40% akcje dywidendowe +60% obligacji – 1.611.200 zł.

Potęga dywersyfikacji jest wielka. W trudnych okresach, ludziom przed końcem horyzontu oszczędzania, wypłaszcza perspektywy. Nie zarobią tak wiele, ale i nie stracą (indeks kontra indeks+obligacje). Z punktu widzenia „przeciętnego inwestora” ważne jest coś jeszcze, o czym już wielokrotnie pisałem – dobierając akcje da się osiągnąć zysk równy indeksowi, przy zdecydowanie mniejszym ryzyku (co widać, porównując wyniku portfeli po 2 latach spadków).

Zakup drugiego mieszkania na kredyt. Czy taka opcja ma sens?

Kiedy czytam oświadczenia majątkowe przedstawicieli wyższej klasy średniej widzę pewną zależność. Majątek wygląda zwykle tak: dom, mieszkanie, gotówka, jakiś fundusz, auto i kredyt (w przypadku sędziów specjalna pożyczka). Wielu przedstawicieli klasy średniej stara się nadążyć za tym wzorcem. Kupują drugie mieszkanie na kredyt. I teraz o sensie rozwiązania. Przeprowadźmy obliczenia.

Weźmy np. trzypokojowe małe mieszkanie blisko centrum Wrocławia. Cena 500k. Z opłatami 525k. Wkład własny 100k ( z opłatami realnie 125k). Pożyczamy 400k, co daje ratę 2400-2800 zł/m-c. Zysk z najmu 3000 zł. Czyli zyskujemy 200 zł/m-c.

W tym momencie ścierają się dwie drogi. Pierwsza optymistyczna – mam mieszkanie i 200 zł miesięcznej dopłaty – super interes. Druga pesymistyczna – a co jak będzie przestój w najmie, co zrobię, gdy ktoś nie zapłaci na czas? Bank przecież nie poczeka. A remonty, ryzyka, no i brak zysku ze 125k.

Prawda leży pośrodku. Taki zakup ma sens przy spełnieniu dwóch warunków:

  • ceny mieszkań rosną (zawsze mogę sprzedać i zaksięgować zysk),
  • rata 2800 zł nie rozwali mojego budżetu.

Ja dałbym radę – kupować, o ile mówimy o dobrej cenie w Big Five. A Ty?

Ile potrzeba, żeby spać spokojnie?

Dzisiaj trochę inne potraktowanie tematu oszczędności i inwestycji. Nie koncentrujemy się na FIRE (czyli zgromadzeniu kasy niezbędnej do porzucenia pracy), ale na posiadaniu „wystarczająco dużo”, żeby odczuwać spokojny sen. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że dzisiejsza liczba będzie znacznie większa.

Przy klasycznym FIRE stosowano zasadę 4% czyli wypłacaniu 1/25 sumy oszczędności każdego roku. Posiadając wydatki 10k/m-c potrzebowaliśmy 10k x 12 miesięcy x 25 czyli 3 mln zł. Poza miejscem zamieszkania, którego przecież nie sprzedamy.

Teraz myślimy o innych wartościach. Nie FIRE, lecz spokojny sen. Pogrupowałem je w trzyetapowy plan.

Etap 1. Fundusz awaryjny. Proponuję 6-12-krotności miesięcznych wydatków. W naszym przypadku (10k/m-c) potrzebujemy 60-120 k w funduszu awaryjnym. Przy takich środkach możemy sobie pozwolić na naprawę auta, wymianę sprzętów AGD, leczenie zęba itp. Wreszcie – na przeżycie kilku miesięcy bez pracy, co może okazać się potrzebne przy wypowiedzeniu, załamaniu psychicznym czy innej chorobie. Dostając z buta od szefa, nadal śpimy spokojnie.

I większości taka suma całkiem wystarczy. Znajdą pracę po pół roku (3m wypowiedzenia+3m życia z zasiłku+FA) i odbudują zasoby. Nawet jeśli awaria auta/pralki/lodówki i wypowiedzenie przyjdą jednocześnie, dramatu nie doświadczymy. Na tym etapie plan jest prosty – odkładać 20% dochodu, aż do zebrania całej sumy (6-12 miesięcznych wydatków). Czas 30-60 miesięcy, gdybyśmy zaczynali od 0.

Etap 2. Spłacić kredyty. Marzenie wielu współczesnych mieszczan. Sen z powiek spędza im dług. Trzeba więc pozbyć się go jak najszybciej. Spłacić. I tu pojawia się wiele zależności, dlatego uproszczę. Załóżmy, że zobowiązanie wynosi 300k, a rata (świeżo naliczona) 2100 zł. Wpłacając raz w roku, 13-tą ratę (wybierając skrócenie okresu kredytowania) posuniemy się o rok naprzód w harmonogramie (czyli zamiast 29 lat po roku będziemy mieli 28 lat). Jeśli damy radę spłacić dwie (nagroda, dodatkowa praca) na początku pójdziemy do przodu 3 razy szybciej.

Poza moimi pomysłami istnieją „metoda kuli śniegowej” i całe mnóstwo sposobów. Ja działałem tak. Nagroda roczna (dodatkowa pensja) + 500 zł/m-c szły na ratę. Przy takich warunkach (300k, 2100 raty, 30 lat spłaty, 8k dodatkowej pensji i 6k oszczędności) spłacimy kredyt w 12 lat a nie w 30. Łącznie zapłacimy 156k odsetek zamiast 450k. Ale pisze o wariancie, w którym spłacamy prawie 7 dodatkowych rat. W sumie będzie ich 84, czyli z obowiązkowymi 204. Gdybyśmy trzymali się harmonogramu 360.

Znamy liczby, mamy plan, patrzmy na niebiański spokój, gdy pozbędziemy się długu. Brzmi nieźle. Teraz przed nami tylko etap 3.

Etap 3. Zgromadzenie oszczędności (poza funduszem awaryjnym) w wysokości 200k. Skąd wziąłem tę kwotę? Otóż pozwala ona generować dodatkowo 1500 zł dochodu. Podwojenie państwowej minimalnej emerytury. W sam raz suma na starość. A młodszym wieku z 260-320k (etap 1 i 3) mamy ekstra fundusz w wysokości 26-32 miesięcznych wydatków . Możemy nie pracować przez 2-3 lata.

Z kolei dla wszelkich kombinatorów, podobnych duchem do autora tego bloga, wykonanie trzech kroków, spowoduje spory luz wywołujący chęć improwizacji i udoskonalania życia. Posiadanie kasy 260-320k prowadzi do różnych ciekawych wyboru. Stać nas na zmianę ścieżki kariery, podjęcie gorzej płatnej, ale bardziej interesującej pracy, rozkręcenie jakiegoś interesu, spełnienie marzenia, wreszcie komfort mówienia szefowi prawdy. Spora sprawa.

Dochodząc do końca, program 3 kroków wydaje się realny dla ludzi blisko średniej krajowej. Poradzą sobie z nimi w kilkanaście lat. A to oznacza, że w okolicach czterdziestki zbiorą owoce swoich starań i wyrzeczeń. Sam przez to przeszedłem i polecam.

Trzy dostępne dla klasy średniej sposoby na dostatnią emeryturę lub mieszkanie dla dziecka.

Dzisiaj opiszę Wam fenomen różnicy pomiędzy dwoma kolegami – pracującymi razem, za podobną pensję – środek przedziału klasy średniej (czyli ca. 250% średniej krajowej ze współmałżonkiem w proporcji 2,5:1). Różnice między nimi były niewielkie, a dokładnie trzy:

  1. Oszczędzanie na podatkach.
  2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania.
  3. Zakup mieszkania dla dziecka (finansowana kredytem).

Pozornie niewiele. Wręcz niezauważalnie. A skutki na przestrzeni życia ogromne.

Obaj odkładali miesięcznie 10% zarobków. Jeden żyje z dnia na dzień z poduszką finansową 100k, drugi ma 1,6 mln oszczędności i mieszkanie dla dziecka. Jak to możliwe? Otóż możliwe i do przewidzenia. Czysta matematyka.

  1. Oszczędzanie na podatkach. Kiedyś to były czasy, dzisiaj nie ma czasów. Mieliśmy: ulgi mieszkaniowe, ulgi na kasy mieszkaniowe, ulgi remontowe i cały szereg innych. Odliczało się składki zdrowotne. No i dało żyć na karcie podatkowej. Ale jesteśmy dzisiaj i popatrzmy. 250% średniej krajowej to ok. 23.5k/m-c brutto (290k/rok). Przy takich poborach – 10% stopy oszczędności da ok. 1.6k/m-c. 19,2k/rok.

Pamiętacie ile wyliczyłem oszczędności podatkowych tylko trzema działaniami dla statystycznej rodziny? I co? Zaraz, zaraz – prawie podwajamy oszczędności.

2. Inwestowanie w akcje oraz PPK zamiast tylko oszczędzania. Przyjmuję optymistycznie dla ciułacza – oszczędzający ma 4%/rok netto, a inwestor 8% (i podobnie będzie w PPK, jeśli uwzględnimy dopłaty). Co się dzieje? Oszczędzający ma realnie zachowaną wartość. Inwestor zarabia 4% ponad inflację.

1600 zł/m-c po 30 latach pracy daje 576 tys. zł (dzisiejszych).

3140 zł/m-c na 4% po 30 latach pracy daje 2,186 mln zł (dzisiejszych).

Drodzy czytelnicy – mówimy o prawie 4 razy większej kwocie. Ale to nie wszystko. Ten oszczędzający, w rzeczywistości pieniądze te praktycznie wyda. Zmieni auto, zrobi dziecku wesele, wyremontuje mieszkanie. I zostanie ze 100 tys. zł oszczędności na „czarną godzinę”. Dobre i to, ale inwestującemu zostanie 1,5 mln więcej czyli 1.6 mln przy dokładnie takich samych wydatkach.

3. Zakup mieszkania dla dziecka.

Nasz oszczędzający boi się kredytu, bo tak go nauczono. 100k z 10 rocznych premii wsadził w skarpetę lub na konto. Inwestor zaryzykował, miał kasę na start i wziął kredyt na małe mieszkanie w dużym mieście (300k). Przeanalizujmy, co działo się przez 30 lat (biorę warunki dzisiejsze, a prognozy zmiany cen, odpowiadające krajom nieco bogatszym).

Pierwsze 10 lat. Mieszkanie rośnie na wartości o stopę inflacji, podobnie jak oszczędności. Dziecko ma 10 lat. Rata wynosi 2100 zł czyli do czynszu netto (dane wziąłem od człowieka, który wynajmuje kawalerki we Wrocławiu) dokładamy 300 zł/m-c. Przez 10 lat spłaciliśmy 40k. Mało ale to prawie dokładnie równowartość dołożonej kasy (300 zł x 12=3600, 3600 zł x 10 lat = 36k). Różnica niewielka.

Pierwsze 20 lat. Analogiczne wzrosty. Niewielkie. Dziecko ma 20 lat. Rata to dalej dzisiejsze 2100 zł. Po 20 latach spłaciliśmy 124k. Mamy mieszkanie warte (realnie) 400k, a kredyt 176k. Dysponujemy majątkiem netto 224k. A co z naszym oszczędzającym? On nadal ma 100k.

Upływa 30 lat. Nadal lokaty rosną na poziomie inflacji (czyli nie zyskują realnie, a nominalnie). Podobnie czynsze i ceny mieszkań. Mieszkanie jest spłacone, można je przekazać dziecku, warte realne (dzisiejsze) 400k. Oszczędzający ma tylko (realnie) 100k, daje dziecku na pierwszą wpłatę.

Pełna różnica. Wykonując tylko te 3 ruchy: oszczędzając na podatkach, inwestując zamiast oszczędzać i kupując mieszkanie na kredyt, w miejscu gdzie nie potanieje – dochodzimy do różnicy. Mamy 1,5 mln więcej kapitału niż oszczędzający, a nasze dziecko – mieszkanie. I co Wy na to? Oszczędzający darowuje dziecku 100k na pierwszą wpłatę, a my cały lokal. Oszczędzający posiada 100k zaskórniaków (lepiej tyle niż nic), a my 1.6 mln. Realnie, wg ich dzisiejszej wartości.

Teoria a życie. Fragment dla malkontentów, którzy powiedzą „teoretycznie tak, ale faktycznie nie”. No cóż, gwarancji nie dam. Niemniej jednak patrzę wstecz na 26 lat pracy zawodowej i moich kolegów/koleżanki. Kto zrobił, jak opisuję, kupił mieszkania, akcje. Kto tylko oszczędza – ma dzisiaj faktycznie kasę na pierwszą wpłatę i 50-100k na koncie. Dobre i to. Bo nieoszczędzający kumpel, z którym ostatnio rozmawiałem (w dodatku 5 lat starszy) ostatnio opowiadał mi o wielkim szaleństwie na 50-tkę żony: 25 róż i obiad w restauracji na 3 osoby. Zamilkłem, bo ci inwestujący (w tym ja) bez problemu sięgnęliśmy z takiej okazji do kieszeni kilkadziesiąt razy głębiej i nasze budżety nawet tego nie odczuły.

Dobra metoda, czy ruch hazardzisty? O trochę innej metodzie uśredniania ceny nabycia.

Jeden z moich kuzynów, hazardzista, tłumaczył kiedyś swojemu siostrzeńcowi, jak należy obstawiać u buka: Kiedy nie wyszło, podwajasz stawkę. Nie tylko się odegrasz, ale wygrasz. Młody przyszedł do mnie z rozpaloną twarzą, bo znalazł Świętego Graala zarabiania. Wtedy pokazałem mu wyliczenia.

Problem z podwajaniem stawki/uśrednianiem ceny nabycia polega bowiem na matematyce. Jeden, dwa błędy, nie wyrządzą szkody rachunkowi, ale zła seria zmiata z planszy i czyści rachunek. A zła seria na giełdzie oraz u buka niestety jest dość prawdopodobna.

Zacznijmy od hazardu: stawka 100 zł.

1-szy zakład – 100 zł,

2-gi zakład – 200 zł,

3-ci zakład – 400 zł,

4-ty zakład – 800 zł,

5- ty zakład – 1600 zł,

6-ty zakład 3200 zł. No i właśnie straciłeś 6300 zł. Teraz żeby się odegrać, potrzebujesz postawić 6400 zł, a potem 12.800 zł, następnie 25.600 zł i 51.200 zl. W 10 -ciu ruchach tracisz ponad 100 tys. zł. Jeśli masz szczęście – zaczynasz od 0.

Czy w giełdzie będzie to wyglądać podobnie? Czasem jeszcze gorzej. Dlaczego? Ponieważ nie zaczynamy od 100 zł (w obliczeniach pominąłem też różnice kursowe-spready oraz TER przy ETF, bo nie chce komplikować).

Popatrzmy co dzieje się w przypadku typowego „inwestora”, który wchodzi do gry, gdy jest już późna faza cyklu wzrostowego…. czyli np. w listopadzie 2024 r. S&P500 zbliża się do 6 tys. pkt. Idzie w górę, trend is your friend, więc za większą kwotę np. 24k kupujemy ETF-a. Mamy „4 indeksy”. Potem w grudniu dorzucamy 6k z premii, w styczniu 2025 r. 3k, w lutym 3k. I dochodzimy do alokacji 36k „kupionych” średnio po 6k. Cieszymy się, bo idzie w górę – 6100pkt. Zarobiliśmy 600 zł. I wtedy wchodzi Trump ubrany na biało. W marcu 5600. Zostało nam cosik gotówki – dorzucamy 17.200. Mamy już 9 indeksów. Uśredniliśmy cenę nabycia (53.200/9 = ca. 5911). Spada dalej – początek kwietnia 5400. I co? Nagle robi się najpierw 5200 pkt a za chwilę 4900 pkt. Mamy już stratę 1011 pkt x 9 indeksów = 10.000 zł straty i ostry pik w dół po lewej stronie wykresu. Prawie przekroczono linię wsparcia sprzed roku. Następna będzie na poziomie 4200 pkt. My do niej nie dojdziemy. Kolejne 700 pkt x 9 indeksów= 16.300 zł straty na inwestycji 53.200 zł (-30%) . Mieliśmy swoich 53.200 zł a możemy mieć 36.900 zł.

Co robimy? Nasz genialny Mr Doradca, albo Mr Guru-Inwestor nagle zamilkł. Przecież wszystko wykonaliśmy prawidłowo, trzymaliśmy się ETF-ów, trendu, korzystaliśmy z korekty, dokupowaliśmy, uśrednialiśmy cenę nabycia. Szliśmy po swoje.

Teraz powiem brutalnie. Każę zamilknąć trzydziestolatkom i oddam głos 70-latkowi. Właśnie w tym momencie popełniamy najgłupsze decyzje. A w zasadzie nie decyzje, kierujemy się emocjami. Bo mamy dwa wyjścia:

  1. Przełknąć porażkę, sprzedać i stracić na razie 10k, ale odzyskać spokojny sen.
  2. Zacisnąć zęby, wytrzymać i albo się odkuć, albo stracić wszystko (lub jeszcze więcej i zostać z długami). W końcu sprzedamy, jak przewidywał Piotr Kuczyński, nawet 70% od szczytu.

Żadne wyjście nie jest dobre. Dlaczego? Ponieważ wszystko od początku zrobiliśmy źle. Kupowaliśmy sobie radośnie te nasze ETF-y, nie posiadając żadnego zabezpieczenia i planu. Nieważne, co się stanie po prawej stronie wykresu (a indeks odbił się i w listopadzie 2025 r. wynosił 6900 pkt), bo nie o to chodzi.

Gdybyśmy sprzedali na 4900 pkt – tracimy 10k.

Nie sprzedajemy i wytrzymujemy do 6900 pkt, utrwalamy przekonanie o sobie, jako genialnym inwestorze. Zarobiliśmy bowiem 989 x 9=8901 zł (17%), w krótkim czasie.

Ale stracimy te 10k x 3 wcześniej lub później. Niczego bowiem nie chcieliśmy się nauczyć.

A można było po ludzku:

  1. Mamy te potencjalne 53.200 zł. Czytamy wywiad z Piotrem Kuczyńskim w Forbesie. Słuchamy tego pana i ponieważ mamy 35 lat inwestujemy: 25% w obligacje SP, 10 % w fizyczne złoto i 65 % niech już będzie – w indeks. Czyli w akcje ok. 36k, a nie 53k.
  2. Ustalamy ile inwestujemy i w jakich okolicznościach. Załóżmy, że trafiamy na te 6k. Czyli kupiliśmy 6 indeksów (nie tracimy od razu z 9 tylko z 6). Mamy też 13k w obligacjach (odsetki 5.5% netto dadzą nam rocznie 715 zł). No i złoto za 5320 zł.
  3. Kupujemy z ustaloną ceną nabycia i od razu ustawiamy stop loss na określonym poziomie. Załóżmy, że możemy stracić na całym portfelu 20% (tyle zniesiemy). I ten stop loss leży sobie na 30% od szczytu (jest ruchomy, a 30%, bo w akcjach mamy tylko 2/3 całej kasy). Czyli wytrzymamy spadek ETF-a do 4000 pkt, spokojnie do kolejnego wsparcia (4200 pkt). Jeśli zostanie przekroczone – sprzedamy.
  4. Mamy wszystko pod kontrolą. Indeks w lutym spada do 4900 pkt. Jesteśmy daleko od naszego stop lossu. Nie gryziemy nerwowo palców. Nie czytamy prognoz Mr Guru. Czekamy.
  5. Ale też patrzymy, co się dzieje. Na ETF-ie straciliśmy już 1100 x 6 czyli 6600 zł. Ale jednocześnie zarobiliśmy: na obligacjach 357 zł i na złocie ok. 1000 zł. Nie mamy więc straty 10k (jak hazardzista) lecz nieco ponad 5000 zł, czyli połowę mniej, bo nasz stop loss wynosi prawie 11k (20% z 53200zł ). I czekamy, śpiąc spokojnie.
  6. Wtedy kurs odbija. Idzie jak burza. Mamy listopad 2025 r. Z ETFów zrobiło się 4800 zł zysku (800 pkt x 6 szt). Na obligacjach zarobiliśmy 715 zł, a na złocie 2500 zł (pół uncji). Jesteśmy do przodu 8015 zł w rok. Inwestując 53200 zł. +15% na portfelu. Bez podatku (na razie), bez złości, bez nerwów, śpiąc spokojnie. Przypominam hazardzista miał (w zależności co wybrał), albo 10k straty albo 9k zysku.

Lubicie taki rollercoaster? Nie? A wiecie kto lubi? Hazardziście. Nie inwestorzy, ale hazardziści. Niektórzy jeszcze dopożyczą.

Ja wolę te 15% i tzw. sen sprawiedliwego. Dlatego do rady „kupuj ETF-y” polecam gorąco dodać przynajmniej naukę Piotra Kuczyńskiego – dywersyfikację, obliczanie pozycji i stop lossy. Ale to już temat na książkę.

Trend jest twoim przyjacielem. Czy na pewno? O inwestowaniu w różnych sytuacjach. I pułapkach uśredniania ceny nabycia.

Najpopularniejszy sposób inwestowania, do których dzisiejszych 30-latków zachęcają Wielcy Guru, polega na:

  • wpłacaniu stałej kwoty zaraz po wypłacie na rachunek inwestycyjny,
  • zakupowaniu za tę sumę (np. 500 zł) jednostek ETF-ów.

Podobno najlepszy sposób, bo bezkosztowy i efektywny. Co powiedzą na ten temat ludzie z nieco większym doświadczeniem? Nie tak szybko. Dlaczego?

Problem 1. Fazy rynku. Jak mawiał pewien doświadczony inwestor „Nic nie rośnie w nieskończoność”. I miał rację. Tymczasem znajdujemy się w fazie, gdy: drożeje złoto (historyczny rekord), drożeją akcje (historyczny rekord S&P500), drożeje Bitcoin (ten to już w ogóle wyskoczył z torów).

Powtórzmy jeszcze raz. Taki stan nie może trwać wiecznie. Zaczną się spadki. Albo trend boczny, trwający wiele lat. Popatrzcie na wykres S&P500 na przestrzeni stu lat, wchodząc sobie na portal Stooq.pl:https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=100y&t=l&a=lg&b=0

Co widzicie? Pięknie rośnie, prawda? No ładnie, ale podzielcie sobie graficznie na małe okresy (5-10 lat) i już tak różowo nie będzie, bo:

  1. Poziom z 1929 r. osiągnięto dopiero po 25 latach. Tak działa kryzys i wojna.
  2. Od końca lat 60-tych do początku 80-tych widzimy praktycznie jedną linię.
  3. Szczyt z roku 2000, na trwale przebito w 2013/2014.
  4. Pojedyncze spadki wynosiły po 70-90%.

Ale to nie wszystko. Przejdźcie do wykresu z prawie 250 lat: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=mx&t=l&a=lg&b=0

Mamy tu dna bessy z lat 40-tych, a nawet 60-tych XIXw. niższe od szczytów z 1920 r. 40 lat zanim odrobimy straty. Pięknie to wygląda. A pomiędzy nimi trend boczny. Potem wchodzimy w nowy wiek (rok 1900) i na spektakularne zyski czekamy do zakończenia II WŚ (1945).

Drastyczny wzrost zaczyna się 1950 r., ale i wtedy nie brak załamań. Co robić?

Przestać wierzyć opowieściom „o nieograniczonym wzroście”. Bo spadki, dołki i górki były zawsze. I to są najlepsze momenty na kupowanie.

Problem 2. Kupowanie w stałych momentach daje wyniki zależne od trendu.

Teraz popatrzcie na ten wykres. S&P500 (popularny wśród ETF-owców) na przestrzeni 1 roku. https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0.

Od początku do końca – pięknie. Stopa zwrotu 20%. Ale podzielmy na kawałki. Najpierw kurs rósł (listopad -luty) z 5700 do 6100. Potem spadał aż do kwietnia na poziom 4900 pkt, by osiągnąć w październiku maksimum 6920 i znowu spaść o 80pkt.

My jednak kupujemy zawsze na początku miesiąca za stałą kwotę:
Data Inwestycja Cena nabycia Ilość
lis.25 500 5700 0,088
gru.25 500 6050 0,083
sty.26 500 5900 0,085
lut.26 500 6000 0,083
mar.26 500 5800 0,086
kwi.26 500 5600 0,089
maj.26 500 5600 0,089
cze.26 500 5950 0,084
lip.26 500 6200 0,081
sie.26 500 6300 0,079
wrz.26 500 6400 0,078
paź.26 500 6700 0,075

Rocznie 6000 6017 1,0000

Zaniedbuję kurs, bo nie chcę komplikować. Przez rok kupiliśmy dokładnie 1 indeks (drobna różnica wynika z zaokrąglenia) za średnią cenę 6000 zł.

Mamy 1.11.2025 r. i kurs wynosi 6840. Świetnie. Zarobiliśmy 840 zł i 14%. Super. No nie super i zaraz zobaczycie dlaczego.

  1. Pomimo trendu wzrostowego z 5700 pkt do 6840 pkt nie zarobiliśmy 20% lecz 14%.
  2. Całkowicie ominął nas kwietniowy dołek (4900), gdzie dało się kupić najtaniej. Wyjaśnienie wydaje się proste – nastąpił w środku miesiąca, a my robimy zakupy zawsze pierwszego.
  3. Ten rok da się wyraźnie podzielić na 3 okresy: trend boczny listopad-marzec (4m), załamanie: marzec-kwiecien, silny wzrost: (kwiecień-październik).
  4. Gdybyśmy wzięli je pod uwagę, to:
  • zakupy w podtrendzie bocznym dały nam odrobinę zarobić,
  • na spadkach traciliśmy ogromnie (dwa zakupy po 5800 i 5600 w kwietniu, a potem spadek ok. 10-go tego miesiąca do 4900 pkt). Krótko – na tych zakupach traciliśmy po 15-20% w ciągu 10-40 dni!!!,
  • przy wzroście indeksu – ponownie ogromnie zyskiwaliśmy (średnia cena nabycia ok. 6100 pkt). Krótko mówiąc – gros wzrostu zaliczyliśmy w fazie …. wzrostu.
  • a gros spadku ….. w fazie załamania.
  • w czasie bocznego trendu prawie nie zarabialiśmy.

Problem 3. Nagłe spadki, z którymi sobie musimy poradzić.

Opisałem dokładnie powyżej. Marzec-kwiecień był jak kolejka górska. Najpierw nurkowanie kursu (z 5800 do do 4900 w 40 dni), a potem szybkie odbicie (z 4900 do 5950 w 50 dni). I nie każdy, a zwłaszcza posiadający dużo akcji, znosi je dobrze. Większość, jak powiedział w wywiadzie Piotr Kuczyński – w którymś momencie sprzeda. I straci.

Stąd …

Jeżeli spadek przyjdzie w chwili, gdy jesteśmy w końcu fazy inwestycyjnej zniszczy nasz rachunek. Przekonali się o tym boleśnie bohaterowie Nomadland-u. W ciągu roku wyparowały ich emerytury. Niektórym z miliona dolarów po 30 latach oszczędzania, zrobiło się 100k. I musieli pogodzić się z niskim państwowym świadczeniem.

Tymczasem guru rysują zawsze wykres do czasu ostatnich szczytów. To gruby błąd. Czy macie czas aby czekać na emeryturę 13 lat? Co zrobicie, gdy spadek przyjdzie rok, po zakończeniu pracy? Ano właśnie. Strategie „uśredniania ceny nabycia” nie są na niego odporne.

Przy -50% większości pęknie gumka w majtkach.

Piszę nieco mniej elegancko niż p. Piotr Kuczyński. Opieranie strategii na uśrednianiu ceny nabycia powoduje, że w końcu mamy te 300k, o których pisał Luko. I nagle robi się 250k, 200k, 150k. Nie odrobimy tego pensją (6k), ani inwestycjami, więc w którymś momencie sprzedajemy. A wystarczyło założyć sobie moment wyjścia i trzymać się go. Ale to historia na inną opowieść.

O ETF-ach trzy słowa jeszcze + trochę inwestycyjnej psychologii.

Przy wpisie o ETF-ach pojawiła się obszerna dyskusja, którą postanowiłem podsumować wpisem. Pokazuję on moją filozofię inwestowania, oraz pewne dane historyczne.

Większość funduszy ETF przegrywa.

Przyczyna przegranej wbudowana jest w ich naturę, reklamowaną przez zwolenników tego narzędzia. Są nimi:

  1. Konieczność stałego angażowania kapitału na rynku niezależnie od pogody.
  2. Duże obsunięcia kapitału, o wysokim prawdopodobieństwie wystąpienia.
  3. Psychika „inwestora”, opisanego przez Luko: 6k dochodu, 300k w akcjach, zaczął po 2008 r.

Opłaty za zarządzanie są tu najmniejszym problemem.

Pojawia się też pytanie z kim ETF przegrywa?

Z doświadczonym inwestorem (nie trzeba być Buffetem), z nieruchomościami, akcjami dywidendowymi, a czasem nawet z obligacjami. „Idziemy prawie równo z rynkiem” nie oznacza niczego dobrego, gdy rynek spada o 25%. Przypomina mi to wyśmiewany przez ETF-owców „Benchmark” w funduszach inwestycyjnych.

A teraz garść obiecanych liczb.

Na przestrzeni ostatnich 5 lat S&P500 osiągnął imponujący wzrost 87%. W tym samym czasie zaliczył dwie spore straty: 25% i 17%.

Licząc od początku wieku (26 lat) jest jeszcze lepiej:

  • wracał do szczytu z 2000 r. aż do 2013 r.,
  • maksymalny spadek zbliżył się do 50% (od 2000 do 2009 r.),
  • szczyt z grudnia 2021 r. odrobił w styczniu 2024 r.,
  • jednocześnie zyskał 380%.

I teraz połączcie sobie te liczby z psychiką „inwestora”. Pytanie: Ilu z nich wytrzyma 13-letnie obsunięcie kapitału, albo 50% straty? wydaje się raczej retoryczne.

Co jeszcze ważniejsze – czasem potrzebujemy kasy wcześniej. Nawet TFI zapowiadające horyzont 5-letni wymiękają, gdy odrobienie straty zajmuje 13 lat.

Jak duża może być strata?

Luko prezentując określony profil „inwestora” pokazuje wszystkie jego słabości. Mnie nie trzeba przekonywać o wielkości możliwej straty. Przy inwestycji w indeks może ona wynieść 87% (strata z czasów Wielkiego Kryzysu), a okres odrabiania 25 lat. I to tyle, jeżeli mówimy o horyzontach inwestycyjnych. Ktoś, kto nie bierze tego pod uwagę, jest szaleńcem. I tak, czekam na te -87%. Wciąż czekam i może się doczekam.

Nie ma wzoru na zakup 30% poniżej wartości.

Ależ jest. Swój podawał Benjamin Graham oraz wielu innych. Ja zaproponuję swój.

Ale zacznę od podstaw. Cena = kurs z danego dnia. Wartość = zdolność firmy do osiągania zysku. Kiedy już tyle wiemy, możemy liczyć.

Zakładam sensowny wskaźnik Cena/zysk na poziomie 17 (średnia wieloletnia w USA). Oznacza on, że spółka zwróci swoją cenę zakupu zyskiem w 17 lat.

30% taniej to c/z na poziomie 11.9. Mało? Dzisiaj mamy pow. 20, ale nadal istnieją niezłe spółki z wynikiem poniżej 11.9 (dane za stooq.pl):Pfizer 9,61, DuPont 11,28, PayPal 11,48. Są i znane nazwy z jeszcze niższymi wskaźnikami: GM 6,12.

Nasz PEKAO ma dzisiaj niespełna 8. PKO BP ok. 10, Alior 6,36, Dom Developement ok. 10.

Ale nawet Apple (dzisiaj 36,6) jeśli potanieje o 2/3 będzie świetnym wyborem.

Wyższa szkoła jazdy – szacowanie zysków 5 lat naprzód i liczenie własnych wskaźników c/z na tej podstawie. I tutaj ważna uwaga, rynek myli się przez większość czasu.

Czas potrzebny na analizy i „rynek może zdecydować inaczej”.

Z całym szacunkiem dla miłośników ETF, ale głupotę (kupowanie na maksimach) można zrobić błyskawicznie. Analizy wymagają czasu. Aczkolwiek przy obecnym poziomie automatyzacji – nie przesadzajmy.

Teraz kwestia rynku. Naczelna maksyma „Kupuj tanio, sprzedaj drogo” oznacza dokładnie coś przeciwnego niż twierdzisz – trzeba iść przeciw rynkowi, a nie uśredniać ceny.

I kupuje ” 30% poniżej wartości 🤭”. I wtedy bach mamy następne -30% , rozumiesz?

Świetnie rozumiem. Ale uważałem też na matematyce (bez przesady). Otóż, tak jak napisałem – w ostatnim ćwierćwieczu był na S&P500 jeden spadek -50%. W stuleciu – moje wymarzone -87%. Jeden jedyny raz. No i chyba potrafisz policzyć prawdopodobieństwo kolejnego spadku o 51% (bo tyle oznacza -30% z 70% od szczytu)?

Znasz też odpowiedź na pytanie: Kto wyjdzie lepiej, ten kto kupował za 100% i stracił 51%, a nawet 87%, czy ten który kupił za 70%, potem 50%, potem (niech będzie jak w Wielkim Kryzysie) 13% i doczekał odbicia?

A Twoje uśrednianie? Lepiej kupić za 80 -100% szczytu czy za 13-70%?

Może kupować partiami jak akcje potanieją.

I wracamy do psychologii. Może 1% takich, którzy stracą 30% ciężko zarobionych 300k, będą kupować partiami, gdy akcje potanieją -50%. Po prostu nastąpi zjawisko przedstawiane przez p. Piotra Kuczyńskiego. Zawsze następuje. Ci wszyscy guru „bo idzie w górę” zaklinają rzeczywistość. Strach i chciwość – podstawowe emocje i podstawy inwestowania.

Dlaczego dzielisz portfel 50/50 ?
Proste? Ponieważ trzymam się reguł. Mam 50 lat. Więc 100-50=50% w akcjach. Tu nie ma magii, ale niezbyt skomplikowana (żeby nie powiedzieć: prosta jak konstrukcja cepa) strategia.

I właśnie do tego dążę , posiadasz w akcjach ułamek swojego majątku i dlatego masz agresywne podejście.

Kiedy czytam takie słowa, widzę jak potrzebna jest ta książka. Dają mi napęd. Dziękuję. Wczoraj siedziałem nad nią od 23 do 2.

Wszystko co piszę, te strategie 50/50, kupowanie tanio, dowodzi, że mam mega konserwatywne podejście. Posiadanie obecnie ok. 30% płynnego kapitału w akcjach – jeszcze bardziej.

Wyliczenia o zainwestowanych 10-20k, dopłacaniu po 10k rocznie pokazują też pewne nieporozumienia, ale i ich źródła. Otóż widzę zasadniczy błąd atrybucji tj. przypisywanie moim działaniom cechy, które sam komentujący uznaje za słuszne, mimo że im wprost zaprzeczyłem.

Nie, nie dopłacam po 10k rocznie. Nie, nie inwestuje stale. Tak, oczywiście wielokrotnie sprzedawałem, lokując w innych dobrach (głównie na wkład własny do nieruchomości, kupione poniżej spodziewanej wartości), kupowałem auta itd. Nie ukrywam, że i traciłem (zarobek średni 16%, nie oznacza przecież 16% co roku). Nie zawsze reinwestowałem dywidendy. Płaciłem też podatki.

To są podstawy. Ludzie są ludźmi, ja nim jestem, nie kreuje rzeczywistości, lecz ją opisuję. Mam gorsze dni, straty, wreszcie potrzeby.

Jak liczysz stopę zwrotu?

„Podam kolejny przykład :
Kapitał 100
Inwestycja w X spółkę 10k przy stopie zwrotu 80% po roku
Reszta gotówka bo czekamy na korektę
Stopa zwrotu na całym portfelu to niestety 8% a nie 80% jak niektórzy influencerzy lubiący zakłamywać rzeczywistość.”

Ponownie wracamy do podstaw. Czuję się jakbym miał znowu 30 lat. Miłe uczucie. Miałem farta, że trafiłem wtedy na kilka pozycji o zarządzaniu ryzykiem, plus zawierających dane historyczne.

Zacznijmy od tego, że patrzenie: kapitał=portfel prowadzi donikąd. A konkretnie do ogromnego ryzyka. Ja mam majątek skromne kilka milionów. Jestem oszczędnym milionerem, a nie hazardzistą. Nie bogaczem, deka milionerem, ultraprzedsiębiorcą. Nie posiadam portfela, ale inwestycje, oszczędności i majątek. Część sobie pracuje lepiej, część gorzej, na części w danym roku zaliczam stratę, albo okolice 0. Moim celem nie jest wzbogacić się szybko. Nigdy nim nie było. To, że zarobiłem milion w wieku 32 lat (a nie w okolicach 50tki), stanowi mieszankę spokoju, szczęścia i przypadku. Moim celem była zawsze zamożność i spokój jaki daje. Jestem w tym miejscu i czuję spełnienie.

Drugi błąd jaki znajduje w podanym przykładzie, to patrzenie współczesne, social mediowe, skrótowe, wręcz na krótki dystans. Porównywanie się z…. No właśnie, z czym, z kim? I czy warto? Ktoś sobie pisze „Zarabiam 80% rocznie”? Inny „Moja pensja to 300k miesięcznie”. Co ja wtedy myślę (T.Harv Eker się kłania) – świetnie chłopie, byle tak dalej. Nie patrzę, że ja mam tylko 16%, kurcze słabo, marnie, trzeba coś podrasować. Nie czerpię satysfakcji, że komuś się nie udało, że się sprzedał, upadł, wczoraj był bogaty, a dzisiaj, patrzcie, siedzi w pace, żona go opuściła albo mieszka u przyjaciół. Mało tego filozoficzno-psychologicznego contentu tu na blogu, ale czasem piszę, że mnóstwo siedzi w głowie, mental ma znaczenie. Wiem też oczywiście, że „jedna robótka, przez miesiąc wódka” czyli „łatwo przyszło, łatwo poszło”. Dlatego +80% w jednym roku nie robi na mnie wrażenia. Wracam jeszcze do „zwrotu z portfela”. Nie wiem, dlaczego w przykładzie założono niepracującą gotówkę. Ależ ona sobie zarabia. W dzisiejszej sytuacji, całkiem nawet niekiepsko (5-8% netto w obecnej chwili). Nieruchy też coś tam przynoszą, albo wzrost wartości, albo niewydaną kasę, albo czynsze. Nie jest tak, że pracuje 10%, a 90% leży i pachnie. Dostrzegam tutaj właśnie to giełdowe skażenie, ten niepokój opisywany przez Alexandra Eldera czy Jessego Livermore’a aby ciągle być w grze. Taką giełdową gorączkę. Od wielu lat (od kiedy usłyszałem o Buffecie) jestem od niej wolny. Śpię spokojnie.

No i na koniec. Czy wiecie jak zmieniał się majątek Billa Gatesa na przestrzeni ostatnich 26 lat? W 1999 r. miał 100 mld USD. W 2007 r. „ledwie” 58 mld. W 2019 r. 110 mld. W 2024 r. – 128 mld. Według kryteriów podanych w przykładzie „Miał marny wzrost na portfelu”. 28% w 26 lat oznacza sporo mniej niż 1%/rok. Podwojenie w 12 lat – 6%. +16% w 5 lat kolejne niecałe 3%/rok. Czy myślicie, że codziennie budzi się z myślą „ile zyskał na portfelu”? Czy liczy sobie „John Smith zrobił +300% w 18 lat, a ja niecałe +100%, chyba czas strzelić samobója”. Nie sądzę (a tak właśnie pewnego dnia uczynił Jesse Livermore). Warto iść w dobrym kierunku, zamiast nakręcać się Instagramem.

Dlaczego skoro ETF-y są tak wątpliwe, to mają taką popularność?

Tym razem odpowiem w trzech punktach, a potem je rozwinę:

  1. Niewiedza (wielu z Was nie miało świadomości).
  2. Dezinformacja (ogromny przemysł oparty na nich, i nachalna reklama w książkach i na blogach).
  3. TFI są jeszcze gorsze.

Niewiedza. Dość prosto wyjaśnić – porównanie rocznego wykresu S&P500 w wersji oryginalnej i ETF-u wycenianego w złotych pewnie większości z Czytelników, w ogóle nie przyszła do głowy. A otwiera oczy. Tylko trzeba czytać nieco więcej niż opinie sprzedawców tych ostatnich (lub fanbojów).

Dezinformacja. Tu już gruba sprawa i nie chcę stawiać zarzutów bez pokrycia. Większość blogerów finansowych fanów ETF-ów ma 30-40 lat i wielu rzeczy po prostu nie wie. Brak im doświadczenia. Zrozumiałe. Natomiast cały przemysł funduszy ETF to inna para kaloszy. Siedzą tam ludzie mający dostęp do ogromnej ilości informacji. Oni wiedzą, ale dla zysku, zamydlą oczy inwestorom z całego świata. Stara bajka giełdy „owce idą na rzeź”.

TFI są jeszcze gorsze. Wiecie na czym polega fenomen ETF-ów. Są ryzykowne, ale posiadają zasadniczą zaletę. Pomimo wszystkich minusów – wypadają 10 razy lepiej niż klasyczne fundusze inwestycyjne oferowane przez TFI. Jeżeli propagatorzy ETF-ów to sprzedawcy marzeń, wiele tzw. klasycznych FI ociera się wręcz o oszustwo.

FI są drogie. W zakupie (prowizja 5% za wejście), w trzymaniu (1% aktywów rocznie). Opłaty zjadają cały niewielki zysk. Bogaci się zarządzający a nie inwestor.

FI są nietransparentne. W ETF-ie wiesz co masz. W FI dowiesz się na koniec kwartału, gdy dane będą już nieaktualne.

TFI kłamią, sprzedając siebie jako fachowców. Wyniki (a zwłaszcza ich rozrzut), prowadzą do uprawnionego wniosku, że wybór inwestycji polega na rzucie lotką w tarczę z nazwami spółek przez pijaną osobę z chorobliwym drżeniem rąk. Jak inaczej wytłumaczyć, trzymanie w portfelach Agory, której kurs:

  • wynosi 1/4 tego z 2000 r.
  • od 17 lat znajduje się w trendzie bocznym?

Nie do obrony. A proszę bardzo. Takie PKO TFI miało je w portfelu: https://www.pkotfi.pl/media_files/b49e3f23-d09f-480f-b5db-a5600987f254.pdf

albo osiąganie wyników takich jak Pekao Akcji Amerykańskich, który w ciągu roku (takie same dane jak poprzednie wykresy S&P), gdy indeks zarabia 20%, zyskuje całe …. 2,86%. Przecież to faktycznie trzeba być zdolnym. Ci artyści znajdują się 5% pod szczytem z listopada 2024 r. (rynek 20% nad). ETF- Lynxa to przy nich złota inwestycja. A biorą grube pieniądze, za swoje „genialne” wyniki.

Inwestowanie w ETF-y. Różnice kursowe i wnioski.

Pamiętacie ostatni wykres indeksu S&P500 za rok od 1 listopada 2024 do 31 października 2025?

Przypominam: https://stooq.pl/q/?s=^spx&c=1y&t=l&a=lg&b=0

To teraz patrzcie na wykres samego ETFa – Multi Units Luxembourg Lyxor ETF S&P 500 (ETFSP500.PL) https://stooq.pl/q/?s=etfsp500.pl&c=1y&t=l&a=lg&b=0

Troszkę inaczej? Mega inaczej, bo nie jesteśmy w USA.

  1. Wzrost wyniósł niecałe 10% (zamiast prawie 20%) z 240 do 262 pkt.
  2. Maksymalny spadek wyniósł 20% (z 250 pkt do 200 pkt).
  3. Indeks wrócił na maksima z listopada 2024 r. dopiero w październiku 2025 r. a nie na lutowe w lipcu 2025 r.
  4. Krótko mówiąc przez większość okresu traciliśmy.

I to porównanie powinno nas wyleczyć z przekonania, że „ETF-y to jedyne bezpieczne i zyskowne inwestycje”, jak przekonuje wielu guru. Nigdy, ale to przenigdy nie zapomnijcie o zabezpieczeniach. A jak porównacie z wynikami spółek, wręcz zapłaczecie. Dlaczego? Ponieważ:

  1. Indeks uśrednia spółki.
  2. Indeks wygrywa ze słabymi spółkami (tzn. złe spółki ciągną w dół indeks i obniżają jego wyniki).
  3. Dobre spółki pokonują indeks.
  4. Kurs walutowy to często ryzyko (a nie zawsze stabilizacja).
  5. Fundusz indeksowy z ryzykiem kursowym może osiągać kiepskie wyniki nawet przy maksimach giełdowych.
  6. Ważne są akcje i moment wejścia/wyjścia.
  7. Uśrednianie kursu często nic nie daje, bo i tak możemy nie kupić na spadkach (w S&P500 USD już to opisałem, ale w ETF-ie też to widać: początek marca 222, początek kwietnia 220, minimum 200).
  8. Gdy kupujemy 1-go, 10-go, 20-go możemy osiągnąć zupełnie różne wyniki na portfelu, pomimo że wykres mamy ten sam (co jest oczywiste, ale i takie prawdy warto przypominać).

I co, nadal wierzycie w moc ETFów na rosnący rynek amerykański, że da zamożność prawie bez ryzyka?