Milioner za średnią krajową. Czyli sposób jak zostać milionerem do 40-ski, chociaż być może w to nie wierzycie. Matematyka jest piękna.

Jeden z czytelników bloga – Luko napisał w komentarzu takie zdanie „Sam zarabiam w okolicach średniej krajowej i logiczne że wolność finansowa dla mnie w wieku 40lat jest nieosiągalna. ” Zaprzeczyłem i potraktowałem jako wyzwanie.

Otóż jestem żywym przykładem, jak przy przeciętnym dochodzie rodziny (nieco ponad 200% średniej na dwie osoby) zostać milionerem po 30-tce (a dokładnie majątek netto 1 mln zł, osiągnąłem w wieku 32 latach, zarabiając z żoną 250% średniej krajowej). Do tego miałem wtedy dwójkę dzieci. Czy da się. Ten wpis stanowi streszczenie mojej powstającej książki, więc potraktujcie go jako spoiler.

Teza 1. Trójkąt zamożności.

Głównym założeniem jest wykorzystanie czegoś co nazywam „trójkątem zamożności” czyli wzoru, wyglądającego tak:

zamożność = (zarabianie+oszczędzanie) x inwestycje.

Jak widzicie każda z trzech zmiennych równania (dochody, wydatki, inwestycje) ma pewną wagę, oraz swoją rolę do spełnienia. Jeśli nie masz problemu z zarabianiem, reszta idzie łatwo, ale jeśli zarabiasz średnią krajową musisz iść w kierunku maksymalizacji oszczędności i naukę inwestowania. Tu nie ma innej drogi, nie oszukujmy się. Nie zamierzam Wam ściemniać ani dawać rady „bądź bogaty” czy „oszczędzaj 70% dochodu”. Siądźcie i pomyślcie, w której części trójkąta jesteście najlepsi i zacznijcie ją cyzelować, a jednocześnie poprawiać swoje słabe strony.

Tu pewna dygresja osobista. Otóż, przed 30-tką zdałem pewien egzamin zawodowy, składający się z trzech części. Pierwsza – humanistyczna, druga – matematyczna, trzecia – test z przepisów prawa. Żeby osiągnąć sukces trzeba było zdać wszystkie. A zdać to dostać minimum 60%. Coś jak certyfikat językowy – nie zdamy go, jeśli nie umiemy mówić, czytać, albo nie znamy gramatyki. Razem ze mną podchodzili wybitni humaniści (tzn. może nie Erazm z Rotterdamu lecz raczej ktoś w stylu Wiesława Myśliwskiego), audytorzy, radcowie prawni, księgowi. I 2/3 oblewało. Dlaczego? Ponieważ zapomnieli o równowadze. Skupiali się na tym, co umieli najlepiej. A najgorsze zostawiali na boku. Zrozumcie, nie da się zostać zamożnym nie umiejąc inwestować (choćby we własną firmę), albo kompletnie nie oszczędzając (dochód 1 mln – wydatki 1 mln = 0 zł na oszczędności). Jednocześnie inwestowanie (jako mnożna) ma największe znaczenie. Ale nie jedyne, ponieważ 0 x 1.000.000 = 0. Znowu – matematyka. Nie wystarczy tylko inwestować.

Teza 2. Pracujemy nad zarobkami (pierwszy element trójkąta). Średnia krajowa to nie tak mało, ale … warto ją zwiększyć. Średnia krajowa to dzisiaj 7000 zł. Sporo kasy. A gdyby, jak radził Piotr, dodać do niej jeszcze trochę, dodatkowymi zarobkami. Może uda się 20%. I z 7000 zł zrobi się 8400 zł.

I tu pojawia się pytanie „Jak”. Staram się konkretnie: załatw sobie podwyżkę, weź nadgodziny, kawałek drugiego etatu, załóż firmę na boku, zajmij się rękodziełem, sprzedawaj owoce ze swojej działki, wyprowadzaj ludziom psy, zatrudnij się na budowie. Rusz głową i rusz d… . Nie daj sobie wmówić, że się nie da. Mam kumpla, który żeby kupić mieszkanie zatrudnił się w dowozie jedzenia, on specjalista od funduszy europejskich. Nie chciał iść w kierunku nadgodzin umysłowych, poszedł w pracę fizyczną. Codziennie przez kilka lat zamieniał garnitur na dżinsy i wieczorem woził żarcie, za minimalną stawkę godzinową. To każdy potrafi. Na pół etatu zarobisz 1800 zł …. czyli nawet więcej niż te 20%. W książce rozwinę ten temat do całego rozdziału z konkretnymi przykładami.

Teza 2. Pracujemy nad oszczędzaniem. Jaki procent oszczędności mieści się w granicach rozsądku?

Ponownie, nie zamierzam snuć Wam teorii, jak oszczędzać 2/3 pensji. Tzn. da się, ale nie o to chodzi. Nie planuję zrobić z Was mnichów, wyrzekających się wszelkich przyjemności. Doskonale wiem, co jest realne, a co nie. Otóż wydawanie 33% z średniej krajowej ani nawet 120% średniej krajowej czyli życie za 2800 zł jest możliwe lecz niezmiernie ciężkie dla każdego, kto wyszedł z okresu studenckiego. A zwłaszcza dla posiadaczy rodziny (oraz drugiej połówki). Dlatego skupiam się na tym co realne. Oszczędzamy 20% średniej krajowej (1400 zł) plus dodatkowe dochody (20% czyli 1400 zł). Teraz już widzisz, jak ważna jest dodatkowy dochód z pracy. Jak to wpłynęło na naszą zdolność do oszczędzania? Kolosalnie. Podwoiliśmy kasę na oszczędności. Z 1400 zł/m-c zrobiło się 2800 zł/m-c. Dużo? Dużo. Ale warto szukać inspiracji, jak żyć za 5600 zł mając 8400 zł dochodu. Między innymi na moim blogu.

Da się podwoić tę kwotę? Jasne. Trzeba tylko znaleźć równie pracowitą i oszczędną drugą połówkę (2 x 2800 =5600 zł). Proponuję jednak zejść na ziemię. Doświadczenie uczy, że ludzie łączą się w pary na zasadzie przeciwieństw. Jak Ty jesteś typem oszczędnego kombinatora, Twoja druga połówka będzie radosnym wydawaczem. Ty dorabiasz, on siedzi w domu i ogląda seriale. Widziałem setki takich przykładów w obu płciach. Do pewnego etapu – trzeba robić swoje. Czyli jednak liczymy 2800 zł/m-c.

Teza 3. Inwestowanie. Jak z 2800 zł/m-c oszczędności zrobić 1 mln majątku?

I tu przechodzimy do najnudniejszej części dla wielu osób. Obliczeń. Ale wiem, że niektórzy właśnie na nią czekają.

Najpierw, jak w porządnym zadaniu z treścią. Pytanie: Jak w 16 lat z 2800 zł miesięcznie zrobić 1 mln? Jaką stopę zwrotu trzeba osiągnąć?

Już bierzemy się do pracy, tylko wyjaśnię pewien problem. Większość kończy studia ok. 24 r.ż. Do 40-tki ma więc 16 lat. Liczymy.

16 lat x 12 miesięcy x 2800 zł = 537.600 zł.

Odpowiedź – wystarczy inwestycjami podwoić oszczędności, ponieważ sam kapitał wyniesie ponad 0,5 mln.

Jaką stopę zwrotu mamy osiągnąć?

3% da nam 690 tys. zł. Mało.

5% równa się 825 tys. zł. Nadal mało.

7.1% i mamy 1.003.459,82 zł. Bingo.

Poszukiwana stopa zwrotu wynosi 7,1%. Odpowiedź w zadaniu z treścią: trzeba przez 16 lat oszczędzać 2800 zł i inwestować je na stopę zwrotu netto 7.1%.

Teza 4. Czy to łatwe? Czy to możliwe?

Odpowiem jednym zdaniem. Niełatwe lecz możliwe. I o tym już będzie cała książka. Tutaj rzucę tylko hasła: optymalizacja podatkowa, rozsądny lewar, akcje.

Luko – uszy do góry. Przed Tobą kolejne 16 lat, a biorąc pod uwagę to co już masz, może tylko 5 lat. Warto je poświęcić na rozwijanie każdej z trzech składowych trójkąta zamożności. A Wy jakie macie pytania?

Pięć kroków, które musisz wykonać nim rzucisz etat.

W sierpniu na blogu ukazały się dwa wpisy dotyczące życia bez pracy i powodów pozostawania pracownikiem. Teraz czas na wskazanie, co zrobić, by przemieścić się z jednej grupy do drugiej. Rzucenie etatu może mieć różną postać – wyjazdu w Bieszczady, przejścia na freelance, utrzymywania się z rentierstwa, pomocy społecznej lub założenia własnej firmy. W każdym przypadku trzeba mieć wszystko zaplanowane, żeby nie doznać przykrej niespodzianki i nie błagać szefa o powrót. A oto zasady.

Krok. 1. Ustal, ile pieniędzy potrzebujesz w wersjach: minimum, średniej i niezłej.

Podstawą wypłynięcia na szerokie wody luzu/samozatrudnienia jest uświadomienie sobie, jakiej kasy potrzebujesz na pokrycie wydatków. Bez tego, o ile nie jesteś bogaty, zaczniesz od skoku na główkę do pustego basenu. A zatem, popatrz, ile obecnie wydajesz. Służy temu dokładne przeliczenie kasy potrzebnej miesięcznie w poszczególnych kategoriach. Są nimi:

Życie – czyli jedzenie, chemia, leki, lekarze.

Dach nad głową – koszty utrzymania domu/mieszkania.

Transport – samochód, bilety na komunikację publiczną.

Edukacja – żłobki, przedszkola, zajęcia dodatkowe i związane z nimi obozy, kursy, szkolenia, studia Twoje, małżonka i dzieci.

Wakacje i rozrywki – wszelkie wyjazdy, wyjścia.

Kredyty i zobowiązania – spłaty długów.

Inne wydatki – w moim budżecie nazywam je UUPK od pierwszych liter słów: ubezpieczenia, ubrania, prezenty, kieszonkowe. Tak, każdy nawet dorosły powinien mieć pieniądze na swoje wydatki, z których nie musi rozliczać się przed innymi.

Te kategorie to podstawa. Wielu z nas doda jeszcze sporą liczbę np. sport, hobby, wyodrębnione z rozrywek, kosmetyki z kieszonkowego, albo specyficzne dla danej sytuacji (alimenty). W przypadku rozpoczęciem działalności w odrębnej kategorii wydzielmy wszystko, co wydamy na nią (np. składki ZUS, lokal, sprzęt – za co dotychczas płacił pracodawca).

Jeśli powyższe nazwy nic Ci nie mówią, sięgnij do wpisu o systemie kopertowym lub tworzeniu budżetu.

Teraz czas na ustalenie , jakie wydatki okazują się absolutnie konieczne (minimum). To są takie pozycje, bez których nie możesz przeżyć: proste jedzenie, podstawowa chemia, leki i lekarze, najtańsze auto lub wręcz bilety miesięczne, opłaty za szkołę/przedszkole i jedne zajęcia dodatkowe, ubrania z ciuchlandu oraz minimalne prezenty i kieszonkowe. Oczywiście pamiętamy o zobowiązaniach (alimenty lub raty). W przypadku mojej rodziny zmieściłbym się (dzięki przejściu przez następne kroki) w 4000 zł.

Wersja średnia, zakłada już pewien luz. Niewielki, ale jednak. Kupujemy lepsze jedzenie, ubrania. Jeździmy samochodem (może dwoma). Czasem wychodzimy gdzieś, opłacamy polisy, stać nas na wakacje raz w roku. W przypadku mojej rodziny 7000 zł.

Wersja niezła. Żyjemy jak dotychczas.

Popatrz, ile potrzeba w poszczególnych wariantach. Czy stać Cię, choćby na minimum? Czy chcesz tak funkcjonować, a może potrzebujesz mniejszej dyscypliny finansowej ? Ten etat nie był taki głupi, prawda?

Krok 2. Spłać wszystkie zobowiązania i zlikwiduj zbędne wydatki . Zobacz co możesz zrobić sam.

Im więcej masz stałych zobowiązań, tym gorzej. Wszelkie abonamenty, raty itp.

Na pewno znajdzie się tu życie, ale w wersji zredukowanej, więc nie 1000 zł na jedzenie/osobę, lecz np. połowę tej sumy, chemia (niekoniecznie najlepszych marek, odrzuć ulubiony pachnący papier toaletowy), przyjmowane leki. W wielu wypadkach, jeśli dotychczas nie żyłeś oszczędnie, może zejdziesz z nimi o połowę. Potem mamy dach nad głową i transport, gdzie przeprowadzamy podobny proces. Może wystarczy jedno auto?

Krok 3. Policz swoje aktywa.

Oczywiście jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś i nie robisz regularnie. Bez wiedzy, co posiadasz, nie ma skutecznego planowania finansowego. Bilans aktywów czyli spisanie, nieruchomości, większych przedmiotów, oszczędności, inwestycji, stanu rachunków bankowych oraz ważne – ich wartości, pozwala na analizowanie wariantów awaryjnych i daje spokojną głowę, że sobie poradzisz. W razie przejściowych kłopotów, sięgniesz na konto, sprzedasz kilka akcji, spieniężysz obligacje czy coś wartościowego. Ewentualnie coś wynajmiesz za kasę. Unikniesz konieczności proszenia o pożyczkę czy kredyt, której w trudnym momencie możesz po prostu nie dostać. Im więcej aktywów posiadasz tym łatwiej ci się żyje i podejmuje ryzyko. A te, w życiu bez pracy, zwłaszcza na freelance lub jdg drastycznie powiększa się.

Krok 4. Znajdź sobie nowe źródło dochodów i pesymistycznie je policz .

Wiesz jaka cecha charakteryzuje ludzi bogatych? Posiadanie wielu strumieni dochodów. Kiedy jeden wysycha, zawsze zostają inne. Kiedy jednak tracisz główny przypływ gotówki (bo zakładam, że praca tak właśnie wygląda), zostają jeszcze inne, może węższe strumyczki, ale razem połączone w niezłą rzeczkę. Jeśli tak nie jest, pilnie potrzebujesz nowego źródła dochodu. Stąd wielu porzucających etat planuje już z czego się utrzyma. Znasz może najczęstsze pytanie zadawane przez nowicjuszy na wiejskich forach? Nie, to Ci powiem. Brzmi ono: „Z czego na tej wsi utrzymujecie się?” I odpowiedzi padają różne, jak różne są ludzkie życia i zawody. Część idzie w agroturystykę (przy obecnym kryzysie – odradzam), inni w rzemiosło, w rękodzieło, w warsztaty, albo nadal pracują w dawnej firmie, tylko zdalnie. Sporo osób poprzechodziło na renty, emerytury. Ktoś zredukował godziny pracy, trafiają się rentierzy, którzy w ogóle nie muszą uprawiać zawodu. A jakie będzie Twoje nowe źródło?

Teraz kwestia wyliczenia. Piszę, żeby zrobić ten krok patrząc na czarny scenariusz, pesymistycznie. Pokażę na prostym przykładzie – wykorzystania własnego majątku, wcale nie na wsi. Załóżmy, że tak jak ja, mieszkacie we własnym domu w sporym mieście i stanowi on Wasze główne aktywa. Jak z niego zrobić strumień dochodów? Możecie podzielić piętro/parter i połowę sprzedać (na moim niewielkim osiedlu, blisko uczelni, parę osób tak właśnie zrobiło). Zostaniecie wtedy z mniejszą powierzchnią, ale z gotówką. Możecie tę połowę stale wynajmować i dostawać jakąś kasę. Możecie wrzucić na booking.pl czy airbnb.pl poszczególne pokoje. Ile z tego dostaniecie? I tu właśnie wchodzi pesymizm. Przy sprzedaży, zakładajcie niską cenę (piętro w domku jest zawsze sporo tańsze od mieszkania w bloku) – w moim przypadku byłoby to 350 tys. zł (7 tys. zł/m2). Zyski z tego trochę ponad 5% netto czyli 17.500 zł/rok, a więc ok. 1500 zł/m-c. Przy wynajmie może nawet trochę mniej -1300 zł (ale zachowujecie własność). Jeśli dacie radę wykręcić z inwestycji 8% zyskacie 28 tys. zł czyli ok. 2300 zł/m-c. Wygląda lepiej, ale nie zakładajcie tego w żadnym razie jako pewnika w budżecie. Podobnie policzcie dochody z warsztatów, rolnictwa czy rękodzieła.

Teraz dodaj wszystkie obecne i planowane. Podziel je na pewne, prawdopodobne i niepewne. Pewne to takie, które na 100% dostaniesz (np. odsetki od lokaty, obligacji SP), prawdopodobne – otrzymasz je na 60-90% (odsetki od obligacji korporacyjnych, czynsz za mieszkanie, dywidendy, kasa z warsztatów). Niepewne – tutaj na dwoje babka wróżyła (zyski ze wzrostu wartości akcji). Pewnych + 50% prawdopodobnych musisz mieć tyle, by wystarczyło na życie w wersji minimum. Proste i skomplikowane zarazem.

Krok 5.Miej plan B. Stwórz fundusz awaryjny, który pokryje niedobory.

A jeśli coś pójdzie nie tak? Ludzi nie zainteresują Twoje warsztaty? Państwo zacznie wypłacać niższe odsetki? Najemca mieszkania nie zapłaci czynszu? No cóż, najpierw popatrz w poprzedni krok. Wbudowany w niego jest pewien bezpiecznik. Dochody pewne + 50% prawdopodobnych muszą wystarczać na minimum wydatków. Jeśli plan A zawiedzie, zawsze masz szansę obciąć wydatki i przeżyć. To jest Twój plan B. Jasne, możesz wymyślać i inny – pójdziesz do pracy (stałej lub dorywczej), coś sprzedasz (jeśli masz aktywa).

Czemu służy zatem fundusz awaryjny? Utrzymaniu płynności. Zanim pozbędziesz się drugiego auta, powinieneś zapłacić np. ubezpieczenie lub zrobić przegląd. Potrzeba na to kasy. A Ty masz dostęp do 6-miesięcznych wydatków. Kolejny spadochron, przydatny, gdy skaczesz w przepaść.

Na koniec wrócimy do przykładu „typowej” rodziny, która postanowiła uciec z korporacji i wyjechać na wieś. Mają jedno dziecko (2+1), dotychczas mieszkali we własnym mieszkaniu (50% LTV) i mają jeszcze chatę „po dziadkach” na wsi.

Krok 1. Do tej pory pory zarabiali w sumie 10 tys. zł netto i dostawali 800+, a więc razem 10.800 zł. Płacili ratę 2500 zł i inne koszty mieszkaniowe 1000 zł. Do tego utrzymywali auto (700 zł), wydawali na życie (2500 zł), UUPK – 1000 zł, na edukację (przedszkole+zajęcia dodatkowe) – 700 zł, na rozrywki (wakacje + wyjścia) – 1000 zł. Zostawało im 1400 zł przeciętnie w miesiącu.

Przenosząc się na wieś i rzucając pracę, koszty minimalne zredukują do 2400 zł , w tym:

  • dach nad głową – 600 zł,
  • auto – 200 zł,
  • życie – 1000 zł,
  • UUPK – 500 zł,
  • edukacja – 0 zł,
  • rozrywki – 100 zł.

Koszty średnie powiększą się o 200 zł na rachunki, 300 zł na paliwo, 300 zł na życie, 300 zł na UUPK oraz 300 zł na edukację oraz 400 zł na rozrywki. Z 2400 zł zrobi się 4200 zł.

Jeśli chcieliby żyć, na takim poziomie jak dotychczas, nie wydadzą tylko na ratę czyli potrzebują aż 6900 zł.

Krok 2. Jedyne zobowiązanie – kredyt hipoteczny zostanie spłacony przy sprzedaży mieszkania. W ten sposób wydatki spadną o 2500 zł. Na wsi sporo rzeczy da się zrobić samodzielnie – od opieki nad dzieckiem przez jedzenie. Mniej kasy pójdzie na auto (stoi pod domem, płacimy tylko koszty stałe, wyjeżdżamy do sklepu, do miasteczka, znacznie rzadziej). Wielu ludzi samodzielnie przygotuje opał, którym jest drewno – dziadkowie mieli pewnie kawałek lasu. Nawet jednak kupując drewno, płacąc dzisiaj po 200 zł za kubik czyli metr przestrzenny, potrzebujemy go w domku może za 2000 zł/rok (1 mp = 2000 KWh). Do tego śmieci – 90 zł, woda i ścieki (oczyszczalnia) – 100 zł , prąd – FV czyli 40 zł/m-c, internet 90 zł, komórki 60 zł i 20 zł podatku. W ten sposób dochodzimy do 600 zł. Głównie dlatego, że prąd produkujemy sami, ścieki załatwia nam oczyszczalnia, a ciepło także uzyskujemy własną pracą (porąb, ułóż, wysusz, spal). Stąd koszty minimum wychodzą nierealnie niskie -2400 zł/3os.

Krok 3. Aktywa to kwota pozostała po spłacie kredytu – 200 tys. zł z wartości mieszkania oraz 200 tys. zł w domu na wsi. Do tego auto za 30 tys. zł.

Krok 4. W tym miejscu dochodzimy do sedna. Stałe i pewne źródło dochodów stanowi 800+. Zapewnia pokrycie wydatków w 1/3. Co jeszcze można zrobić? Wykorzystać te 200 tys. zł kupując obligacje – załóżmy, że zarobimy w ten sposób kolejne 800 zł. Potrzebujemy na minimum jeszcze 800 zł, na przeciętne życie 2600 zł, a dotychczasowe – 5300 zł. Przez pewien czas dostaniemy zasiłek dla bezrobotnych – średnio 1300 zł/osobę, a więc przez rok, na przeciętne życie wystarczy. Potem możemy pójść do opieki społecznej i pewnie, z uwagi na dziecko wyrwiemy jakoś te 800 zł (zasiłek rodzinny, może wychowawczy, jeśli dziecko małe, do tego dodatek mieszkaniowy, dopłata do energii). Pomocy społecznej nam nie dadzą, z uwagi na oszczędności. Teoretycznie więc, na minimum dostaniemy od państwa+uzyskamy z odsetek. Są to dochody pewne.

Nikt rozsądny nie chce jednak tak żyć. Praca „parobka” czyli robotnika rolnego wyceniana jest na wsi na 200 zł/dniówka z ręki do ręki, bez żadnego ubezpieczenia. Stąd, skoro mamy: 800 +, 800 zł odsetek, 800 zł od państwa, brakuje nam jeszcze do średniego poziomu życia tych 1800 zł, a do dotychczasowego 4500 zł. W pierwszym wariancie ojciec idzie „na parobka” przez 8 dni, w drugim na cały miesiąc, a w zimie coś kombinuje. Opcja druga – praca sezonowa za granicą. Jak już pisałem – dziennie do zarobienia 100E czyli 430 zł. Pracując kwartał (1 osoba) – mamy 30 tys. zł. Dzieląc to przez 12 miesięcy – 2500 zł. Można zająć się freelancem w dotychczasowym zawodzie (w moim przypadku na miejscu, w gminie 2400 zł przy pracy 10h/tydz.), lub zdalnie (wtedy stawki są wyższe). A urastająca do rangi symbolu agroturystyka? No cóż, tu nic nie wygląda pięknie. Obecnie mamy spory kryzys w turystyce. Tak duży, że nawet długo działające pensjonaty w atrakcyjnych miejscach notują obłożenie 50% (w sezonie). My, licząc realistycznie, możemy się spodziewać 30% i to wyłącznie biorąc pod uwagę okres wakacji, na wiosnę i na jesieni może 15% (4 dni w miesiącu). Same przychody z pokoju dwuosobowego (założenie 60 zł/os. nocleg i 60 zł wyżywienie) to 8400 zł. Z tego 1/3 pożrą nam koszty, więc zostanie ok. 5600 zł/pokój/rok. Mając 3 (to dużo, bo albo sami musimy mieć większy dom i ściskać się na sezon), albo zaadaptować budynek gospodarczy, zostanie nam 16.800 zł, czyli ok. 1400 zł/m-c. Żyć z tego nie sposób. Zostają jeszcze zwierzęta, ale i w tym przypadku trzeba mieć rynek zbytu. Dlatego większość mieszkańców miast jednak w nich zostaje. Na wsi , mieszczuchowi da się żyć wyłącznie wtedy, gdy przynajmniej jedna osoba pracuje zdalnie, freelansuje, pracuje dorywczo za wysokie stawki lub ma zyskowną dg, albo rodzina ma oszczędności/przychody. Znacznie bowiem lepiej (30 tys. zł/rok) wyjechać na kwartał za granicę, niż przez cały sezon (od wiosny do jesieni) czekać na turystów (16,8 tys. zł/rok przy 3 pokojach). Praca na miejscu jest często w granicach pensji minimalnej, a dojazdy do miasta wymagają czasu i jawnie kłócą się z ideą slow life (chyba że 2-3 dni w tygodniu).

Spadek na Bitcoinie. Czy wchodzić do gry?

BTC po pięknym rajdzie na 125k USD, zalicza spadki w okolice 85k. Sam, napędzający koniunkturę (akcje złe, BTC- świetny) Robert Kiyosaki sprzedał na spadkach. Czy to powód do kupienia? Czy to ten czas?

No cóż, znacie moje zdanie. Crypto uważam za hazard i bańkę zmierzającą do golenia owiec. Nie potrafię wyliczyć jego wartości, bo nie powiązano jej z żadnym państwem. Czysta spekulacja. A ja nie spekuluję.

Gdybym miał jednak wyrazić swoje zdanie, musiałbym opierać się na kryteriach technicznych. Te nie działają na korzyść BTC. Przełamano wsparcie na 105k. Dążymy do 80k, a kolejne poziomy to 70k i 60k. Na rynku panuje panika (nie bardzo są kupujący), stąd ja spadającego noża nie łapałbym w żadnym wypadku.

Z drugiej strony po historii sankcji Donalda Trumpa na sędziów MTK (ściganie B. Netanjahu za zbrodnie w Gazie – poświęcę temu oddzielny wpis), dostrzegam zalety krypto walut – ich niepowiązanie z żadnym rządem oraz bezpaństwowość giełd.

Wynik: obecna przecena nie wygląda mi na zwykłą korektę, a lubię kupować tanio. Przy 60k USD zacznę się zastanawiać. Przy 30k dla czystej spekulacji wejdę, o ile dojdzie do takich poziomów. Rynek krypto działa histerycznie.

Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Maciejem Samcikiem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,190550,30707855,jak-oszczedzac-na-emeryture-samcik-jest-inwestycja-na.html . Czytając go miałem mieszane uczucia. Z jednej strony ten dziennikarz zrobił więcej dla idei oszczędzania w Polsce niż wszyscy blogerzy finansowi razem wzięci, z drugiej – padają tezy, z którymi nie sposób się zgodzić. W tym podstawowa podana w tytule wpisu (cytuję fragment w całości): „ZUS świetnie waloryzuje pieniądze. Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji. Waloryzacja w ZUS-ie jest znacznie wyższa niż inflacja. Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim. To jest jeden argument, żeby być w ZUS-ie.”

I tu dochodzimy do sedna, czyli rozkładamy myśl na czynniki pierwsze.

Pierwsza pomyłka. „ZUŚ świetnie waloryzuje pieniądze.” Otóż nie. ZUS nie waloryzuje żadnych pieniędzy, bo ich nie ma, gdyż wpłacane składki wydaje na bieżąco, domagając się dopłat z budżetu (już teraz składek nie starcza na emerytury). Tym różni się od firm ubezpieczeniowych, banków itp. ZUS nie gromadzi pieniędzy. Jedyny majątek, to jego aktywa trwałe (budynki, działki, wyposażenie), ale nie jest on przeznaczony na wypłatę emerytur. Waloryzacja=obietnica. Wprawdzie od 1999 r. wychodzi nam prawie x 7,33 (czyli 750 zł zwaloryzowali na 4700), ale w porównaniu z wieloma nieruchomościami – bez rewelacji.

Pomyłka druga. „Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji.” Ta pomyłka zawiera dwa błędy: logiczny – przyjęcie jako założenie sytuacji oczywiście niemożliwej (a jak wiemy z fałszywego założenia nie może wynikać prawdziwy wniosek) i metodologiczny – uznanie składek emerytalnych za inwestycję. Po kolei. Wartość logiczna tezy pozostaje w równym sensie prawdziwa co takie zdanie „Przy założeniu, że słoń jest rybą, okazuje się jedyną rybą posiadającą długą trąbę”. Wszyscy wiemy, że słoń rybą nie jest. Wszyscy wiemy, że katastrofa nadejdzie, a nawet już jej doświadczamy. Otóż, wspomniana przez p. Samcika w wywiadzie „katastrofa demograficzna” wydarza się dziś. Modele pokazują – ten system nie ma szansy się utrzymać, chyba że zdarzy się cud i stopa zastąpienia z obecnych ok. 1.1 skoczy do 2.1. Przy takich warunkach jakie guru oszczędzania podaje (za 20-25 lat na jednego emeryta półtora pracującego), wartość nabywcza emerytur będzie groszowa. Waloryzacja nie utrzyma realnej wartości wpłat, a co mówić o ich wyjątkowo korzystnej waloryzacji. Sam ZUS to przyznaje. Po cichu (w prognozach emerytalnych, a nie artykułach), ale zawsze. Otóż zapowiedział mi emeryturę ok. 82% średniej pensji przez kilkanaście lat (bo tyle średnio żyje mężczyzna) po 42 latach odkładania 32 % dzisiejszej średniej pensji. Tłumacząc na logikę: włożę 162 średnie pensje, wyjmę 118. Świetny wynik, prawda? Wyjmę realnie, mniej niż włożyłem. Krótko mówiąc, otrzymam prognozowane 10k zł (ja) tylko będą one wartości dzisiejszych 5 tys. zł. Ale to nie wszystko.

A jest jeszcze błąd merytoryczny – nazywanie ZUS-u inwestycją. Otóż, nie. To nawet nie jest lokata kapitału. Decyduje o tym kilka cech:

  • przymusowość czyli niedobrowolność,
  • niewycofywalność,
  • zależność wyniku od decyzji państwa, a nie zdarzeń losowych,
  • słaby wynik (o czym powyżej – wkładając 162 wyjmuje 118 średnich pensji).

Jak wiecie, inwestycja nie może być przymusowa. A składki ZUS – są. Odprowadza je pracodawca (albo my sami). Niezależnie od naszej oceny skuteczności w pomnażaniu kasy, nie możemy jej wycofać. Tu nie chodzi o brak płynności, brak ofert nabycia aktywów, spadających cen, bankructwa – po prostu nie da się i koniec. Znacie drugą taką inwestycję? Poza piramidą finansową i innym oszustwem.

Wysokość wypłaty z inwestycji określa rynek. Może się mylić. Możemy stracić. A w ZUS emeryturę oblicza nam państwo na podstawie własnych, zmienianych zasad. Policzy inny algorytm i zamiast 82% wynagrodzenia średniego, dostanę 41%. I nic nie będę mógł z tym zrobić.

Wreszcie, inwestycją określana jest taka aktywność, która zakłada wzrost realnej wartości w czasie. ZUS tego nie zakłada, niezależnie do zapłaconych raportów i myślenia życzeniowego. Podaje mi wprost – ze składki 32% średniej pensji przez 42 lata, dostanę 82% średniej pensji przez statystyczne 12 lat. Wynik podałem wyżej 162 z włożonych 118.

Teraz zastanówmy się – dlaczego red. Samcik opowiada nam takie niestworzone historie. Szczerze? Nie wiem. Może chce pomóc rządowi, który popiera. Albo prezentuje przywołane wyżej myślenie życzeniowe. Sam zbliża się do emerytury i chce wierzyć w system (z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Niemiec w Hitlera jesienią 1944). Przy czym, jeżeli pan Maciej robił to (najprawdopodobniej tak było), do czego namawiał, powinien mieć sporą pulę oszczędności (jest starszy ode mnie, więc dłużej oszczędzał, no i zarabiał lepiej). Nie powinien zatem żyć złudzeniami. Osobiście ich nie mam. Wypłatę z ZUS-u traktuję jako „starczą rentę” czyli środki, które nie pozwolą mi zginąć z głodu. Nic więcej. Takie dzisiejsze 2,5 tys. zł netto. Oby.

I ostatnia omyłka „Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim.” Nie i jeszcze raz nie. Otóż, sięgnąłem do archiwów systemu. W 2000 r. odprowadziłem składek emerytalnych ZUS w sumie od ok. 120% średniej krajowej. Czyli ca. 20% z 23 tys. zł. 4600 zł. W następnym roku kupiłem działkę budowlaną wartą 19k. Środków ze składek starczyłoby na 1/4 udziału. Potem wielokrotnie obracałem tymi pieniędzmi. Dzisiaj są warte 130 tys. zł (gdybym zachował działkę – ok. 100 tys. zł). I sprawdźmy skumulowaną waloryzację ZUS w tym okresie. Wychodzi mi wartość 29.200 zł. 1/5 wartości moich wyników. Ba gdybym trzymał działkę miałbym 100 tys. zł a nie 29.200 zł. I zapłaciłem zero podatku i składki zdrowotnej. Dalej chcemy opowiadać o dobru systemu?

Co więcej, odkryłem jeszcze jedną prawidłowość. Ta waloryzacja miała się nijak do wyników rynkowych i gros przypadało w okresie po 2020 r. Np. w 2024 r. waloryzacja wyniosła ponad 14%, a inflacja ok. 5%. Wcześniej było inaczej. W 2002 r. waloryzacja 1,9% przy dokładnie takiej samej inflacji. Wniosek – im gorzej system się zadłuża, tym bardziej pompowana jest bańka. Klasyczna piramida finansowa. Nie wolno tak mówić? Niech ZUS mnie pozywa.

Dwie 90-latki i giełda. Nieprawdopodobna historia.

Kiedy kumpel opowiedział mi o wizycie swojej ciotki, początkowo nie chciałem wierzyć. Blisko 90-letnia pani ze swoją jeszcze starszą koleżanką codziennie grają na giełdzie i utrzymują się z tego. Jak to możliwe?

Zasada 1. 90-latka miała czas na zbieranie kapitału. Tutaj wszystko okazywało się proste, bogaty mąż, który zazwyczaj (i tak było), żyje krócej. Spora renta rodzinna plus spadek, brak dzieci i dało się zebrać ponad 1 mln zł kapitału. Zadziałał też procent składany plus czas.

Osiągając stopę zwrotu 8% uzyskamy 1 mln zł z:

  • 20 lat – 1700 zł/m-c,
  • 30 lat – 700 zł/m-c,
  • 40 lat – 350 zł/m-c.

W roku 1995 (30 lat temu), 700 zł dawało średnią krajową.

Kto planuje żyć długo, może nawet zacząć późno.

Zasada 2. Ćwiczyć ciało i głowę. Ważna sprawa – po co nam żyć 90 lat, skoro spędzimy je w łóżku, patrząc na świat oczami dziecka? Bez sensu. I tutaj sytuacja tych pań pokazała, że dbały o siebie. Codzienne ćwiczenia, sanatoria, biblioteka, czytanie. Żeby aktywnie grac na giełdzie – trzeba mieć umysł jak brzytwa.

Zasada 3. Nie zmęczyć się pracą. O, to podstawa. Obie panie pracowały krótko. W domu, nie mając dzieci, ale kogoś do pomocy – także. O wszystko dbał mąż. Na to może liczyć wąska grupa.

Zasada 4. Inwestować. Obie panie wiele lat temu odkryły giełdę. Przekonały się, że mają do tego smykałkę, a potem zaczęły trenować. Dzisiaj dzielą czas (i pieniądze) pomiędzy inwestycje długoterminowe, w spółki płacące dywidendę oraz codzienną spekulację. Dzięki temu, poza sutymi emeryturami, zarabiają te swoje 80 tys. zł rocznie (każda dysponuje kapitałem po 1 mln zł).

Wnioski. Nigdy nie jesteś za stary, aby uczyć się inwestycji. Nie warto tego odkładać na później, bo mistrzostwo wymaga ćwiczenia. Niezależnie od tęgo, jak nieprawdopodobna wydaje się ta historia.

Barista FIRE czy plumber FIRE?

Czym jest FIRE pewnie wiecie – wczesną emeryturą, wypłacaną z oszczędności/inwestycji. W skrócie – mówimy o stylu życia, który kiedyś nazywano rentierem.

Barista FIRE, odmiana tej pierwszej, polega na podejmowaniu prostej pracy dorywczej, pozwalającej nam na kontakt z ludźmi i zarabianie pewnej kwoty pieniędzy. Wtedy wystarczą mniejsze oszczędności (kapitał). Popatrzmy jako wygląda w praktyce.

Załóżmy – potrzebujesz na życie 2-osobowej rodziny ok. 3000 zł (bez hipoteki, kawałek ogrodu). Ponieważ dysponujesz oszczędnościami/inwestycjami 400 tys. zł, miesięcznie wypłacasz 1333 zł (400 tys. zł x 4%/12 miesięcy). Brakuje Ci 1667 zł. W modelu Barista FIRE nie idziesz pracować do biura, ale podejmujesz pracę baristy, kelnera, barmana, z założenia niezbyt skomplikowaną i nieangażującą, możliwą do wykonywania na godziny. Jeśli dostaniesz minimalną stawkę godzinową (w gastronomii – standard) – zarobisz 30,50 zł/godzinę brutto, co po odjęciu ZUS, NFZ da Ci 24 zł netto (unikniesz podatku, przy tak małych zarobkach). 1667 zł/24 zł to ok. 70 godzin/m-c. Dzieląc na dwie osoby – 35 godzin/m-c i ok. 8 godzin/tydzień. Nieźle.

Ale można lepiej. I tak wymyśliłem plumber FIRE, czyli zamiast modnego, nowoczesnego zawodu – hydraulik. W moim województwie średnia cena z punkt (https://kb.pl/remont-i-wykonczenie/instalacje-hydrauliczne/cennik-uslug-hydraulicznych/) wynosi ok. 240 zł montaż i 180 zł demontaż. Średnio doświadczony hydraulik (jak ja) potrzebuje ok. godziny na pkt (na demontaż mniej). Na działalności nierejestrowanej (czyli bezskładkowo) w takiej skali (1700 zł/m-c) nie płacimy nawet podatku, a więc netto=brutto. Tym sposobem 210 zł/godzinę (średnia) daje nam 8 godzin…, ale w miesiącu. I na tym polega wyższość plumber FIRE nad barista FIRE. A problem? Łatwiej zrobić kawę, niż zamontować rurę.

Czy listy zastawne PKO BP SA to taka okazja?

W październiku, „po raz pierwszy od 100 lat” PKO Bank Polski SA zaoferował zwykłym ludziom listy zastawne. Warto przeanalizować ten produkt. Przeczytałem ofertę banku i mam już swoje zdanie.

Listy zastawne to papiery dłużne, których zabezpieczenie stanowią wierzytelności hipoteczne z udzielonych kredytów. Teoretycznie papier jest dość bezpieczny, ale czy sensowny?

Bezpieczeństwo stoi na wysokim poziomie, ale nie mamy 100% gwarancji kapitału jak przy lokatach czy 99% jak przy obligacjach skarbowych. Gdyby masowo przestano spłacać kredyty hipoteczne, system się wywróci. Nieprawdopodobne? Popatrzcie na Grecję, Cypr czy kryzys subprime. Nie ma wątpliwości, że jednak całość wypada lepiej niż np. obligacje korporacyjne.

Zyskowność. Tutaj warto spojrzeć na ofertę. 0procentowanie 0,25 pp. powyżej stopy referencyjnej NBP i będzie się zmieniać co pół roku. Pierwszy okres – 5%. Powiem szczerze – śmiesznie mało. Obligacje EDO indeksowane inflacją płaca 6%. Trafiamy lokaty na 7%. Kiepski interes.

Czy klasyczne FIRE jest realne dla przeciętnego zjadacza chleba?

Jestem właśnie po lekturze kilku książek amerykańskiego ruchu wczesnych emerytów (FIRE). Niektórzy, jak Joe Dominguez, rzucili pracę zaraz po 30-tce, utrzymując się z inwestycji kapitałowych. W USA, wiadomo, ale w Polsce?

No cóż zauważam kilka prawidłowości.

Większość FIRE to single lub DINKS (czyli para bez dzieci). Taka sytuacja sporo zmienia. Wyobrażam sobie życie za 1500 zł, w domu na wsi, z własnym ogrodem, bez auta. We dwoje – potrzebuję 2500 zł. We trójkę (1 dziecko) – już 5000 zł i auta.

Różnica pomiędzy 1500 zł, a 5000 zł, przy założeniu 4% wypłat (fundament FIRE) wynosi: 450.000 zł oszczędności lub 1.500.000 zł (słownie: półtora miliona). Potrzebujemy 3 razy więcej pieniędzy.

Młodzi FIRE zarabiają znacznie powyżej przeciętnej. W warunkach USA powyżej 200 tys. USD jako 30-latkowie. Przypomnę, w kraju, w którym pensja minimalna to niecałe 8 USD/h (przeliczając na nasz czas pracy – niespełna 15 tys. USD). Zazwyczaj takie możliwości mają: przedstawiciele sektora IT, bankowości (głównie inwestycyjnej) itp. Garstka.

A teraz przenieśmy to do Polski. Załóżmy młodą rodzinę, która właśnie skończyła studia (24 lata). Oboje pracują i żyją za 3000 zł, mieszkając z rodzicami, lub w darowanej nieruchomości. Żeby zostać emerytami w ciągu 6 lat (i żyć we trójkę za 5000 zł), musieliby odkładać 240.000 zł/rok. Wybaczcie, ale mało realne. Wymagałoby to zarobków na poziomie 23.000 zł netto za dwójkę. Ilu absolwentów potrafi zarobić taką kwotę? Niewielu.

Nawet, gdyby planowali „emeryturę po 40-tce” (czyli oszczędzali 16 lat), potrzebowaliby oszczędzić ok. 7000 zł/m-c, czyli żyć za 30% dochodu.

Ale wróćmy do przeciętnego zjadacza chleba. Zarabia 5k netto, druga osoba – podobnie (razem 10k), bo są jeszcze młodzi. Rezygnując z dzieci, starcza im 750.000 zł oszczędności. Żyjąc 50/50 (za połowę, połowę oszczędzając) składają 60k/rok, powinni czekać prawie 9 lat, aż zbiorą taką sumę. No i potrzebowaliby stopy zwrotu netto 8%/rok. Przy 5% rok – 10 lat. I ten plan okazuje się realny. Wymaga jednak sporych wyrzeczeń. I życia za 2,5k/m-c czyli co najmniej domu po dziadkach na wsi (kupując siedlisko i remontując go, musieliby dołożyć kilka lat, albo zwiększyć stopę oszczędności).

Odpowiedź na tytułowe pytanie – realne, chociaż bardzo trudne.

Kogo stać na życie w wielkim mieście?

Jeden z ostatnich wpisów, Bartek skomentował trafnymi konkluzjami. Uznałem, że pociągnę temat i dodam 3 grosze od siebie. No i z komentarza zrobił się cały post.

Najpierw cytat ze słów Bartka: „Mieszka się fajnie w dużym mieście jak się odziedziczyło mieszkanie lub dobrze zarabia ( ja uważam, że min. 2x średniej ).
Albo zarabia się jeszcze relatywnie mało ale jest ogromny potencjał na duży wzrost dochodów w najbliższych miesiącach. W innym przypadku- tak jak napisałeś- zdecydowanie lepszym wyborem jest mniejsza miejscowość z dworcem kolejowym, szkołami, szpitalem, ofertą gastronomiczną i kulturalną.”

Istotnie w dużym mieście mieszka się fajnie, zwłaszcza w pobliżu ścisłego centrum. No tak, każdy chciałby być młody i bogaty. Natomiast zwracam uwagę, na dwa istotne fakty:

  1. nie wszyscy mieszkający w dużych miastach odziedziczyli (lub mają bez kredytu) sensowne lokale.
  2. nawet posiadając „czystą hipotekę” mamy wybór, a nawet – dopiero wtedy mamy. Przy czym nie jest to dylemat „kupić czy wynająć” lecz raczej obliczenie: Skoro trzypokojowe mieszkanie w Warszawie = 1.5 mln, to mieszkanie w Płocku+1 mln zł=mieszkanie w Warszawie, lub mieszkanie w Opolu+0,8 mln zł = mieszkanie w centrum Wrocławia.

Te założenia wydają się mieć ręce i nogi. I znowu, rozłóżmy je na czynniki pierwsze.

Fajnie się mieszka w dużym mieście (sensowność lokalu).

Wiemy doskonale (ja z autopsji), że mieszkanie w centrum, lub blisko centrum dużego miasta miewa też swoje wady, zwłaszcza dla 35-latków z dziećmi. Gentryfikacja, korki, najbliższe otoczenie, niefunkcjonalności potrafią uprzykrzyć życie codzienne. A filharmonię, teatry, knajpki – mamy od święta. Generalnie, nie bez przyczyny, centrum zdominowali bardzo młodzi, firmy, wynajem krótkoterminowy. Prowadzi to do zamykania szkół (czyli trzeba dowozić`), zaniku przestrzeni wspólnych (bo drogo i wszystko trzeba wykorzystać), miejsc parkingowych (coraz mniej ogólnodostępnych i płatne).

Doskonale pamiętam 14 lat w kamienicy, a teraz jest jeszcze gorzej. Kiedy synowie mieli po 10 lat, w zasadzie jedyną zaletą była bliskość pracy (do firmy schodziłem w kapciach, do biura szedłem 10 minut). Poza tym – głównie wady. Przenosząc się do domku na starym osiedlu – odetchnąłem. Bo takie rozwiązanie łączy zalety przedmieścia z centrum. Tyle, że jest drogie. Za wyremontowany dom w mojej okolicy krzyczą po 1,6 mln. Dokładnie tyle, że starczyłoby na ładny budynek w mieście powiatowym, oddalonym o 45 km (30 minut trasą szybkiego ruchu) i… zostałby 1000 tys. zł (milion). Niewątpliwie posiadanie takiego domu, daje możliwość wyboru.

Fajnie się mieszka w dużym mieście, gdy się dobrze zarabia.

Bo w ogóle lepiej mieć pieniądze, niż ich nie mieć. Dysponując kasą mamy szanse na sporo atrakcji. Przy czym, żeby w takiej Warszawie w pełni z nich korzystać, dobre zarobki nie wystarczą. Tłukę temat na blogu od dekady. W tej grze chodzi przede wszystkim o budowanie majątku i przychodu pasywnego (bez pracy etatowej), a nie zwiększanie pensji. Tymczasem stolica, jaka jest każdy widzi. Dominują w niej grupy pracowników, może i o ponadprzeciętnych pensjach (niech będzie i te 12k/m-c netto), ale o majątku znacznie niższym niż przeciętny gospodarz w mojej wsi. Jak to możliwe? Nie tylko możliwe, ale i prawdopodobne. Mówi o tym moje równanie zamożności. A w nim liczy się także poziom wydatków, a przede wszystkim – umiejętność uzyskiwania maksymalnie wysokiej stopy zwrotu.

I popatrzcie. Korposzczur ma 12k pensji, jego żona 10k. Razem dysponują 22k. Nieźle. Niby tak. Ale ich wydatki zwiększa 7k długu hipotecznego i 4k leasingów. I mają do dyspozycji 11k. Czyli tyle, ile para z Opola, zarabiająca 6+5 (czyli połowę), ale z mieszkaniem kupionym za gotówkę. No i „gotówkowy” mają majątek w postaci 2 aut, funduszu inwestycyjnego i mieszkania za 400k. A korposzczury 1 mln kredytu, 200k wkładu własnego. Na koniec znacznie większe wydatki, bo w stolicy wszystko jest droższe.

Rzecz jasna, Bartek zna prawdopodobnie w swojej bańce ludzi, dla których pensja 12k netto wywołuje pusty śmiech. W Warszawie sporo przypadków pracowników etatowych z 60k brutto miesięcznie (co przy obecnych podatkach oznacza 35k do ręki), a nawet 120k (czyli jakieś 70k netto). I chyba o nich mówi. Tylko, że nadal stanowią oni może 10-20% wszystkich.

Ba, mój brat, mający liczne przyjaciółki w świecie „warszawki” czyli „lewicy kawiorowej”, dostrzega też inną prawidłowość. Istnienie sporej grupy żyjących z tego co „sami odziedziczyli” (klasyczny przypadek na prawicy Janusz Korwin Mikke). Taka scenografka alternatywnego teatru, z pensją 5k do ręki na śmieciówce, jeździ po świecie, realizuje swoje pasje, ponieważ dodatkowe 10k wpada jej – singielce z wynajmu 3 mieszkań po dziadkach czy ciotkach, a 5k dokładają rodzice, wzięci lekarze. I z 5k robi się 20k. Na jedną osobę i z własnym mieszkaniem. Miło jest dobrze zarabiać, niekoniecznie własną pracą. I wtedy duże miasto faktycznie pozostaje fajne. Rano spać do 10, potem śniadanko w knajpce na rogu, 2 godziny twórczej pracy, obiadek z przyjaciółkami, wyjście na miasto: spektakl, opera, koncert. A w weekend melanż. Zero trosk, mnóstwo opcji.

Duże miasto z perspektywą na wysokie zarobki.

Przypomina mi się przedwojenny szmonces. Ojciec dziewczyny pyta starającego się o jej rękę o zajęcie. Młody nie pracuje, ale odpowiada „Mam widoki”. Na co doświadczony kupiec zaorał go słowami „To panu potrzebna jest lornetka, a nie moja córka”.

Perspektywy na wysoki dochód stanowią bowiem miraż, ściągający do wielkich miast całe pokolenia żądnych zmiany swojej sytuacji finansowej. Tak powstała Łódź, tak rosła Gdynia. Setki tysięcy młodszych i starszych z biednych regionów przyjeżdżało za pracą. Dobrze płatną pracą. Nagle okazywało się, że dobra pensja nie wystarczy, bo w rodzinnej chacie (dzisiaj domku) mieszkało się za darmo, a tu trzeba płacić. Do tego za niańkę, dojazdy, adekwatny do miejsca pracy strój, auto itp. I miasto wypluwa potem rozbitków. Ponownie klasyka „Ziemia obiecana”, ale i „Pokolenie IKEA” czyli melanże, długi i życie na pokaz. A zaczęło się od pracy z dobrą pensją. Dlatego ponownie przestrzegam. Policzcie to sobie dobrze. Nowym zawsze jest trudniej. Zwłaszcza, gdy zaczynają od zera (znam bowiem „nowych krakusów”, którym rodzice spod Radzynia, czy Limanowej kupili nowe mieszkanie w Łagiewnikach. Ale takich nie bierzemy pod uwagę, albowiem rozmawiamy o „widokach na dobrą pensję w najbliższym czasie”. Czasem pomysł z lornetką nie wydaje się taki głupi.

Wnioski.

Brutalnie szczere, albo nas stać, albo do końca życia zostaniemy dłużnikami banku. Albo rodzice kupią mieszkanie, albo nawet niezła (średnia x 2) pensja nie pomoże. Żeby zachować fason, pozostanie przywozić słoiki i prosić mamę, żeby wzięła wnuki na lato, bo opiekunka droga.

Czy tzw. przeciętny inwestor jest w stanie osiągać stopę zwrotu 10% w okresie 40 lat?

Ten wpis stanowi obiecaną reakcję na komentarz Bartka do wpisu o koncie spełnionych marzeń.

Problem 1. Kim jest przeciętny inwestor?

Pojęcie „przeciętny inwestor” definiuję tak: przedstawiciel klasy średniej, prowadzący działalność gospodarczą lub pracujący, z wykształceniem średnim lub wyższym, oraz dochodami w rodzinie na poziomie 15-50 tys. zł.

Co to oznacza? Eliminujemy z rozważań absolwentów szkół branżowych (dawne zawodówki), jak i doktorów/profesorów. Nie wymagamy wiedzy ekonomicznej na poziomie akademickim. Odpadają także single (z przyczyn praktycznych – im łatwiej oszczędzać, jak i podejmować ryzykowne decyzje, bo nie muszą ich konsultować z małżonkiem/partnerem).

Zakładamy pewien poziom dochodów zarówno z dolną, jak i górną granicą (średnia krajowa +20% na członka rodziny do 3,5 krotności tej kwoty). Przeciętny inwestor odpowiada zatem lansowanemu przeze mnie na blogu „milionerowi za średnią krajową+20%”. Nie jest ani zbyt mądry, ani zbyt głupi, no właśnie … przeciętny.

Problem 2. W co inwestuje przeciętny inwestor?

Tutaj mamy już dość szerokie spektrum, obejmujące:

  1. Własną firmę,
  2. Akcje,
  3. Fundusze inwestycyjne,
  4. Obligacje,
  5. Nieruchomości,
  6. Złoto, srebro,
  7. Obowiązkowe i dobrowolne plany emerytalne.
  8. Ubezpieczenia.
  9. Waluty.
  10. Opcje i kontrakty terminowe.

Część pieniędzy idzie na rynki zagraniczne. I tutaj pierwsza niezgodność z wizją Bartka. Nie miałem powodu, aby uznać za właściwą myśl o braku dywersyfikacji zagranicznej. Dzisiaj to znacznie łatwiejsze niż 20 lat temu.

Dopuszczam też „krótką sprzedaż”.

Problem 3. Czy mamy szansę na 40 lat „stabilnego inwestowania” i co z tego wynika?

Kolejne zastrzeżenie postawione przez Bartka. Udziela odpowiedzi negatywnej, zauważając (i słusznie), że w historii Polski nie było okresu 40 lat prosperity.

Zgadzam się, lecz nie falsyfikuję tym tezy o możliwości zarobienia 10% rocznie.

Otóż we francuskiej literaturze ekonomicznej pojawia się pojęcie „wspaniałej 30-tki” czyli nadzwyczajnego okresu prosperity ekonomicznej trwającej … 30 lat. Śledząc historię nie tylko Polski, ale i Francji, a nawet USA widać, że 40 lat bez kryzysu i wojny nie istniało, a pomimo tego ludzie zwiększali swój majątek. Jak to możliwe?

Otóż nawet „przeciętny inwestor” musi nauczyć się korzystać z narzędzi takich jak: krótka sprzedaż, równoważenie portfela i inne środki zarządzania ryzykiem. Wtedy wojna stanie się … źródłem dodatkowego zarobku. Podobnie jak kryzys.

Problem 4. Jak osiągnąć stopę zwrotu 10% w długim okresie?

Stopa zwrotu 10% oznacza, że inwestycja podwaja swoją wartość co 7,2 roku. Szybko.

Pełną odpowiedź na pytanie dam w przygotowywanej książce. Teraz skoncentruję się na bardzo ogólnych założeniach.

Stosować zlecenia „stop straty” – nie dopuszczać do gigantycznych obsunięć kapitału. Ogólnie – możemy sobie pozwolić na -20% w najgorszych latach, o ile w najlepszych zyskamy +30% i więcej.

Dywersyfikować. Tu zgadzam się w 100% z Bartkiem. Potrzebna jest dywersyfikacja klas aktywów, branżowa i geograficzna.

Maksymalizować zyski i minimalizować straty.

Zaprzęgać do pracy cały kapitał.

Unikać opłat i podatków.

Proste zasady, a umożliwiają poprawę wyników inwestycyjnych.

Minimalizować obciążenia podatkowe (poza dywersyfikacją – klucz do sukcesu).

Stworzyć system pozwalający rozpoznać trudne czasy lecz nie reagujący nadmiarowo. Uważać na „czarne łabędzie”.

Reinwestować zyski.

Nie bać się grania na zniżkę, ale wtedy, gdy tę zniżkę już mamy.

Problem 5. Testowanie na modelach historycznych.

Większość popularnych strategii da się testować na warunkach z przeszłości. Zawsze coś. Natomiast przyszłość może wyglądać inaczej. Dlatego trzeba dobierać różne okresy.

I tak, weźmy na tapet nieruchomości. Kto kupił w 2005 r., a sprzedał w 2025 r. osiągnął nie tylko zysk w czasie 20 lat, wystarczający, aby kolejne 20 lat trzymać się strategii bezpiecznych i wyjść na te 10%, ale i ma stały przychód pasywny.

Przykład 1. W 2005 r. dwupokojowe mieszkanie w moim mieście kosztowało 2000 zł/m2, obecnie 10.000 zł. Tu już mamy 400% zysku. A doliczmy jeszcze czynsze i ich reinwestowanie (dajmy na to w akcje dywidendowe).

A jeszcze agresywniejsza polityka. Zakup nieruchomości na kredyt. Wystarczyło mieć 10% wartości.