Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Inwestowanie – Strona 5 – Oszczędny Milioner

Czy 10% średniej rocznej stopy zwrotu jest realne. Uważam, że tak. Ale jak tego dokonać?

Zarówno Bartek jak i Tomsi, podali w wątpliwość moją koncepcję 10% stopy zwrotu z inwestycji, osiągalną dla „przeciętnego zjadacza chleba”, który nie jest geniuszem. Argumentów za realnością twierdzenia mam kilka.

  1. Argument „z autorytetu”. Wielu autorów książek o inwestycjach podaje te 10% jako standard. Są nimi: Van Tharp, David Bach, Robert Allen, Tony Robbins (i cytowani przez niego guru światowych finansów). Nie mam powodu, żeby im nie wierzyć, albo uznawać, że wszyscy starają mi się sprzedać nierealną bajkę. Buffet zyskuje 20%.
  2. Argument „z historii”. Średnia stopa zwrotu rynku akcji wynosi w USA ok. 10%. W Polsce – 1150% przez 30 lat (34 lata od istnienia GPW – 10.000%, dlatego początkowy okres wyłączyłem). Znając zasady procentu składanego – 1150% przez 30 lat, podstawiamy do wzoru uzyskujemy 9,55%. Oczywiście, w ostatnich 10 latach było to 6,45%, ale już ostatnie 5 kryzysowych lat dawało zarobić ponad 15%.
  3. Argument „z doświadczenia”. Sam wielokrotnie osiągałem stopy zwrotu znacznie wyższe. Zarówno w akcjach, jak i nieruchomościach. Kupiona w 2017 r. działka jest dziś warta o 250% więcej. Stopa zwrotu – 17%. Bez podatku. Działka warta w 2001 r. za 20k, a sprzedana w 2005 r. za 85k, dała mi 33,5%. Ogółem, najgorszy wynik na nieruchomościach to mój dom 100% w 12 lat czyli 6,16%. Gdybym jednak dodał cenę najmu (przez siebie – jako alternatywę, lub przez innego – jako dochód, zrobiłbym wynik w okolicach 10%, nawet w tym przypadku.

Teraz akcje. Kupione jako „ostatni rzut” 141% w 3 lata plus dywidenda = ok. 32%. Wcześniejszy wynik był gorszy ok. 26% średnio przez 9 lat – nie liczę.

Nie jestem geniuszem, ale jak widzicie 10% pozostaje realne.

4. Argument „z handlu”. Zapytaj człowieka żyjącego z handlu czy 10% rocznie to dużo. Podam prosty przykład. Kupuję samochód 5000 zł poniżej ceny rynkowej za 50.000 zł. Sprzedaję po 2 miesiącach za cenę rynkową. Wynik:

5000*6/50.000 zł = 60% – podatek (32%)= 40%.

Tak działa handlarz, w ciągu roku jest w stanie zarobić 40% kapitału. Rozmawiałem z jednym – w dobrych latach 1,8 mln zysku, z kapitału ok. 3 mln zł. Minus podatek, oczywiście.

Jeśli kogoś nie przekonały te cztery argumenty, podam i obalę cztery malkontenckie kontrargumenty.

  1. Kontrargument „zawsze przytrafią się straty”. Oczywiście. W 30 ostatnich latach było 5 spadków po minimum 30%. A pomimo tego wynik wyszedł na poziomie 9,55% (gdyby uwzględnić dywidendy – przebilibyśmy 10%). Historyczne straty w USA wynosiły nawet 90% i powrót do punktu wyjścia po … 20 latach. Ale wzrosty równoważą do średniej.
  2. Kontrargument „kiedyś to były czasy”. Nie cofniesz się w czasie i… dobrze. Naprawdę chciałbyś znaleźć się w 1935 r., walczyć w Normandii, po to żeby w latach pięćdziesiątych wyjść na 1000% zysku? Powtarzam – nadzwyczajne okazje trafiają się co kilka lat, łap je. A w pozostałym okresie staraj się nie tracić.
  3. Kontrargument „inni mogą, nie ja”. Kolejna bzdura. Nie mam wykształcenia matematycznego. Nic nie wiedziałem o nieruchomościach. Znam ludzi z wykształceniem podstawowym (bez matury), którzy odnosili sukces w tej grze. Dlaczego Ty miałbyś być gorszy?
  4. Kontrargument „to ryzykowne, nie lubię hazardu”. Zawsze kładzie mnie na łopatki. Też nie lubię hazardu. Ale lubię zarabiać. Cóż miałem zrobić? Musiałem poznać reguły. Oto one.

Ważny jest moment wejścia. Nie kręci mnie marne 10% korekty. Wchodzę do gry 1/2 kapitału, gdy rynek spadnie o 35%. Dosypuję 1/3, gdy jest poniżej o 60%. Ile razy straciłbym? W Polsce w okresie 5 lat- nigdy. W USA – wyłącznie w czasie Wielkiego Kryzysu.

Ważny jest moment wyjścia. Nie trać. Hoduj zyski. Póki rośnie niech leży. A jeżeli spada? Stosuj ruchome zlecenia stop loss (cięcie strat). Spadło o -15% sprzedajesz. Nie czekasz aż się odbije – sprzedajesz.

Patrz na jakość spółki. Nie kupuj, jak leci, nie wariuj. Wybieraj dobre spółki – zdecydowanie warto postawić na jakość. O doborze – w książce.

Skupiaj się na dywidendzie. To miły dodatek w postaci corocznych przelewów. W dobrej spółce 4-5% brutto. Jeżeli dodamy wzrost wartości (a „orły dywidendy” rosną szybciej niż rynek i wolniej spadają) – 10 % pozostaje spokojnie w zasięgu.

Nie inwestuj pieniędzy, których nie możesz stracić. Widziałem ludzi sprzedających domy, zastawiających swoje firmy, bo poniosła ich fala. A potem spływających wraz z nią. Nie rób tego błędu, inwestuj rozsądnie.

Dywersyfikuj. Ważna uwaga. Nigdy 100% jajek w jednym koszyku. Dotyczy to także klas aktywów. Ja w tej chwili mam, poza wartością domu 50 % w nieruchomościach (i to nie tylko różnych), 35% w obligacjach, 15% w giełdzie.

Nie lewaruj. Zakup nieruchomości na kredyt w czasie niskich stóp – jeden rozsądny lewar. Pozostałe – zabronione. Lewarując szybko zyskujesz, ale gdy karta się odwróci szybko tracisz.

Nie traktuj siebie jak boga giełdy/nieruchomości. Okazuj pokorę. Rynek lubi się zmieniać. Zawsze. Pojawiają się czarne łabędzie, wojny, klęski, kryzysy, powracają do władzy populiści. Zawsze możesz się mylić – po to są zlecenia stop loss.

Minimalizuj podatki i prowizje. Firmy finansowe i fiskus obedrą Cię ze skóry. Wystarczy 20% podatku i prowizja 20% od zysku + stałe 1% wartości rachunku za obsługę i z 10% zrobi się 5%, a może nawet mniej. W książce opiszę strategie podatkowe.

I na tym koniec. Zapraszam do dyskusji.

Co faktycznie znaczy „inwestowanie”? Polemika z prezesem XTB.

Pod tym adresem:https://next.gazeta.pl/next/7,151003,32026057,oszczedny-jak-polak-a-skad-moze-i-chcemy-moze-czasem-to.html ukazał się niedawno artykuł – wywiad z prezesem Omar Arnaout, prezes XTB.

Moim zdaniem wywiad ma charakter typowo reklamowy. Pan prezes narzeka, że Polacy nie oszczędzają, bo…. nie kupują akcji, a tylko idą do banków. Zapowiada wielką kampanię edukacyjną (czyt. promocyjną). I od razu popełnia błędy w nazewnictwie.

Oszczędzanie = Inwestowanie

Oto pierwszy cytat: „My może i chcemy inwestować, może to nawet czasem robimy, ale na pewno nie robimy tego skutecznie. Metody, które wybieramy, często nie są w stanie pokryć nawet inflacji. To nie jest tak naprawdę oszczędzanie.”

Dla prezesa XTB – oszczędzanie jest inwestowaniem i to takim, które daje rezultaty na poziomie inflacji. Całkowita bzdura. Oszczędzanie jest oszczędzaniem (niewydawaniem części dochodów i zostawienie ich „na później”), a inwestowanie ma inne znaczenie. Do tego inwestowanie dalej nim pozostaje, jeśli przynosi wyniki poniżej inflacji lub nawet straty. Pozostaje tylko zwyczajnie nieskuteczne.

Przy ETF ryzyko straty jest niższe niż przy akcjach.

Kolejny cytat „O ile akcje mogą tracić na wartości, to w przypadku obligacji czy ETFów to ryzyko jest znacząco niższe.”
 Po raz kolejny, gromkie NIE. Otóż ETF też mogą tracić na wartości, i to w tempie podobnym do akcji, a nawet większym, albowiem oparte są zazwyczaj na jakimś zbiorze odpowiadającym indeksowi (cyt.”ETF zawiera zbiór różnych aktywów, takich jak akcje, obligacje czy surowce, a ich celem jest naśladowanie wyników określonego indeksu).

A skoro w inwestowaniu ważne są: data wejścia, data wyjścia, walor (akcja, indeks, towar, obligacja) to dlaczego np. ETF na WIG20 miałby być zawsze bezpieczniejszy niż akcja z tego indeksu? Dobrze dobrana akcja, kupiona w odpowiednim momencie, może spokojnie pobić indeks. A ETF na indeks obligacji? Wyobraźmy sobie scenariusz inflacyjny. A w ETF-ie są również obligacje na stałą stopę i pogarszają wyniki.

Oczywiście, nie znaczy to, że jestem przeciwnikiem ETF. O nie, to świetne narzędzie, ale jego zaletą pozostaje nie bezpieczeństwo (niższe potencjalne straty) lecz niskie koszty. Co w praktyce potrafi przeciętnemu inwestorowi znacząco podnieść wynik. Zwłaszcza w porównaniu z tradycyjnymi funduszami: otwartymi lub zamkniętymi, które pobierają sobie ogromne wynagrodzenie. Również w okresie spadków.

Natomiast nigdy nie czerpię wiedzy z wypowiedzi prezesa firmy, która żyje z prowizji. I to samo radzę Wam.

Dom – sprzedać czy wynająć? Dylemat rozwiązany liczbami.

W wielu wcześniejszych wpisach zasygnalizowałem decyzję – postanowiliśmy z żoną, – przeprowadzamy się na wieś. Z czym to zjeść?

Problem nr 1 (mniejszy) czyli doprowadzenie starego murowanego domu do standardu całorocznego, oznacza konieczność remontu, w tym z udziałem fachowców. Trzeba ocieplić ściany (ja), poddasze (też ja), zmodernizować elektrykę, hydraulikę, wykonać kominek z płaszczem i sieć grzejników c.o. (majstrowie). Do tego dojdzie na pewno – renowacja okien (ja), nowe podłogi (ja) wymiana drzwi (ekipa) wreszcie trochę obróbek dekarskich (ekipa). Mówimy tu o mniejszym kłopocie.

Większy (nr 2), który uczyniłem tematem tego bloga, sprowadzał się do udzielenia odpowiedzi na tytułowe pytanie. Co zrobić z domem, który zostanie w mieście, sprzedać czy wynająć? Aspektów zagadnienia widziałem całkiem sporo: koszty remontu, cena sprzedaży, wynajem, inwestycja uzyskanej ze sprzedaży gotówki. Dzielę się sposobem myślenia i wnioskami.

Sprzedaż tak jak jest. Działanie dosyć proste. Wydaje się, że cena 1 mln zł wygląda realnie. Dość podobny, lecz gruntownie wyremontowany, na naszej ulicy poszedł za 1,5 mln, więc nabywca zrobi wszystko po swojemu i uzyska wystarczające dyskonto. Realia pozwalają na następujące wykorzystanie: dom jednorodzinny, dom + mały warsztat (piwnica+ garaż), dom + biuro (małe na parterze), 2 mieszkania, 5 pokoi dla studentów, 5 mikrokawalerek (z naruszeniem prawa i dość istotnymi przeróbkami). Ale o to niech martwi się kupujący – ja zainkasuję 1 mln zł, o to mi chodzi w tym wariancie.

Sprzedaż po remoncie. Wyższa szkoła jazdy. Bo co jeśli nabywcy nie spodobają się podłogi, płytki, układ pomieszczeń? A włożyć trzeba całkiem sporo – myślę, że 200-250 tys. zł zł plus pół roku własnej codziennej pracy. Spore ryzyko. Da się też doprowadzić do stanu deweloperskiego (bez wykończenia), co jednak też wymaga nakładów środków i sił (ocieplenie piwnicy, zerwanie podłóg, szlichty, chudy beton) skuwania płytek, prucia ścian, robienia instalacji, wymiany okien. Generalnie koszt ok. 150 tys. zł i cena sprzedaży znacznie niższa.

Wynajem. W tym punkcie – wrzucam w dom pewną ilość zł i próbuję wynająć. Teraz przydają mi się analizy z punktu widzenia potrzeb, kwot i możliwości. Mogę pójść w studentów – 4 pokoje plus biuro dla mnie. Kolejny pomysł – 2 mieszkania (parter i piętro po 2 pokoje). Wreszcie opcja trzecia – tzw. samodzielne lokale zwane mikro- lub pato- kawalerkami. Tym sposobem na parterze zmieszczę dwie (jedna – 22 m2, druga 17 m2) i na piętrze dwie kolejne (17 m2 i 22 m2). Do tego piątą w garażu i jeszcze jeden pokój – jako biuro dla mnie. Spróbujmy oszacować nakłady i zyski.

  • 5 pokoi – 150 tys. zł (nowa grzejniki c.o., cyklinowane podłogi, wymiana/regulacja niektórych okien, nowe drzwi, łazienka, przyłącze kanalizacyjne, wyposażenie, ocieplenie piwnicy). Dochód ok. 5000 zł.
  • 2 mieszkania – 230 tys. zł (dochodzi druga kuchnia, łazienka, instalacje do nich, schody, wyposażenie). Dochód ok. 4000 zł.
  • 5 patokawalerek – 280 tys. zł (pięć aneksów kuchennych i łazienek, wszystkie podłogi, zmiana systemu ogrzewania – licznik dla każdego, całe wyposażenie, nowe okna parapety). Dochód ok. 6000 zł.

Dochodzimy do najważniejszego punktu. Stajemy przed wyborem – co jest lepsze: 1 mln na inwestycje czy 4-6000 zł z najmu. Ile uzyskam z inwestycji?

Obligacje. Ponosząc ryzyko mogę dociągnąć do 7 tys. zł/m-c. Idąc w państwowe – 4500 zł/m-c. W obu przypadkach – wydaje się to lepsze niż wynajem.

Akcje. Znacznie bardziej ryzykowne, ale i nagroda większa. Wzrost wartości, plus 4% dywidendy netto (3500 zł/m-c wygląda kusząco).

Własny fundusz mieszany. Nie wierzę w fundusze inwestycyjne. Za dużo w nich opłat. Postaram się stworzyć sobie prywatny fundusz z następującymi założeniami. Obligacje 100% przez większość czasu. W sytuacji okazji rynkowej (duże spadki na giełdzie) kupuję za 70% akcje, a 30% zostaje w obligacjach. Skutek – w okresie 10 lat 5,5% z obligacji i drugie tyle z akcji. Wynik 11% rocznie. Lepiej od obligacji korporacyjnych. I z wynikiem 9000 zł/m-c (chociaż nieregularnie), znacznie wyżej niż najem.

Inne aktywa. Gotówka ma to do siebie, że w zwykłych warunkach da się ją zamienić na aktywa. Waluty, złoto, dobra trwałe, handlowe. To także przewaga nad domem położonym 120 km w linii prostej od granicy ze wschodnim sąsiadem.

Jest i coś jeszcze. Wielu z Was zapyta – Halo, halo oszczędny milionerze, a nie zapomniałeś o czymś? Liczysz wzrost wartości akcji, a zapominasz, że nieruchomości też w okresie 10 lat podrożeją? Pytanie w punkt, chociaż i na nie mam odpowiedź. Pamiętacie początkowe nakłady na remont domu pod wynajem (150-280 tys. zł), wtedy je zaniedbałem. To jest właśnie ten bufor na wzrost wartości. Potem także, w okresach 10-letnich potrzebne będą kolejne inwestycje (dach, instalacje, łazienki, podłogi, meble). Patrzę na dane historyczne. Kupiłem ten dom za 525 tys. zł w 2013 r. Po włożeniu 60 tys. zł w remont startowy i ocieplenie – 585 tys. zł. Minęło 12 lat, intensywnych wzrostów na rynku, a dom stoi po 1 mln. Czy stare domy blisko centrum wymierającego miasta podrożeją więcej niż te 15-30%? Możliwe, chociaż mało prawdopodobne. Życie zweryfikuje, na tym polega ryzyko. 30% rocznie przez kolejne 12 lat, da dodatkowe 2000 zł/m-c, ale ani na pewno, ani bez nakładów.

Wnioski. Po zobaczeniu liczb i argumentów, na pewno czujecie już wynik starcia: Sprzedaż czy wynajem? Sprzedaż i zainwestowanie tej sumy. W każdym jednym przypadku, powinno wyjść lepiej na przestrzeni 10 lat. Gdybym zmarł, żonie i dzieciom łatwiej podzielić kasę niż dom. Nie muszą w nią inwestować. Powinni tylko zdobyć jedną umiejętność – inwestowania. I temu poświęcę odzyskany czas.

Dlaczego nie kupuję złota?

Jednym ze sposobów dywersyfikacji finansowej jest zakup złota. Ja tego nie robię i nie zamierzam. Dlaczego?

Powód 1. Podwójne ryzyko.

Złoto wyceniane jest w USD. Z tego powodu wystawia na podwójne ryzyko:

  1. kursowe (USD/PLN),
  2. towarowe (zmiana ceny złota wyrażonej w USD).

W praktyce, zgodnie z podejrzeniami dotyczącymi pomysłów Donalda Trumpa (zdewaluować dolara, aby uczynić Amerykę konkurencyjną na świecie), spadek wartości dolara może zaszkodzić wartości inwestycji.

Powód 2. Jest historycznie drogie.

Nie uważam za rozsądne kupowanie na górce. Wolę przeceny. Nic więcej nie trzeba tłumaczyć.

Powód 3. Do złota na rachunku nie mam dostępu, fizyczne łatwo ukraść, albo trzeba ponosić koszty przechowywania.

Istnieją dwa sposoby korzystania na wzroście cen złota – zakup certyfikatów lub złota fizycznego (monety, sztabki). To pierwsze nie przyda się nam w razie wojny (nie można nim np. zapłacić łapówki oficerowi wrogiej armii jak w czasie II WŚ), to drugie można stracić, także w czasie pokoju (kradzieże). Wynajmowanie skrytek bankowych z kolei kosztuje, więc inwestycja musi być poważna.

Powód 4. Istnieją lepsze lokaty na trudne czasy.

Złoto uchodzi za inwestycję na trudne czasy, ma bronić przed inflacją. A ja widzę, że zainwestowanie w spółki zbrojeniowe, informatyczne przyniesie mi większe zyski. Potrzeba tylko dywersyfikacji terytorialnej. Łatwiej mi założyć rachunek z CHF za granicą (też drożeje w czasie wojny, a wymienię na całym świecie) niż przewozić złoto zaszyte w ubraniu (na lotnisku – nie przejdzie się przez bramki).

Złoto nie płaci dywidendy, nie daje odsetek itp. Może tylko rosnąć na wartości, z naciskiem na „może”.

Powód 5. Nie potrzebuję go zbyt wiele.

W Ukrainie stawka za ludzkie życie (zwolnienie z wojska) wynosi podobno 2-5 tys. USD. Dzisiaj to równowartość 2/3 – dwóch uncji złota. Pojedyncza moneta, albo dwie. Wystarczy mieć kilka sztuk. Z większej ilości i tak mogą nas okraść.

Złoto nie jest też potrzebne do życia, doskonale sobie bez niego poradzimy (wolę mieć swoją wodę).

A wyroby? No cóż, kobiety lubią biżuterię, ale powiedzmy sobie ich zakup opłacalny nie będzie. Bransoletka o wadze 8g i próbie 585 (czyli niecałe 60% czystego złota) kosztuje 5000 zł tj. 1000 zł za 1g. „Świnka” 5 rubli ma przelicznik prawie trzy razy lepszy (1700 zł = 3,87g).

Powód 6. Historycznie złoto zachowuje sporą zmienność. I wcale nie było najlepszą inwestycją.

Pisałem o tym parę lat temu. W 2000 r. złoto kosztowało 280 dolarów za uncję, teraz nieco ponad 2900 USD. Wydaje się, że trend jest drastycznie wzrostowy. Natomiast spójrzmy w dłuższym okresie. W 1932 r. było to 31 dolarów. Co to oznacza? Że wzrost x 10 odbył się raz na dystansie 25 lat, a raz 68 lat.

A piszę o dolarach, które też traciły siłę nabywczą.

Przechodząc na powszechne dobra. Świnia za czasów carskich to 3,87 g złota, dzisiaj …. 2,5g. Jednak odnosząc do przeciętnych dochodów – gigantyczna różnica. W 2000 r. kupiłem działkę budowlaną w cenie ówczesnych 4800 USD (17 uncji złota). Dzisiaj, żeby ją odkupić 204.000 zł (równowartość 17 uncji) z pewnością nie wystarczyłaby (potrzebowałbym 3 razy więcej). W międzyczasie złoto taniało o 20%, a ziemia zawsze szła w górę. A mówimy o największych wzrostach w historii.

I niech to stanowi temat do zastanowienia.

Czy warto zainteresować się promocją ORLEN-u – zniżka na paliwo za posiadanie akcji?

Ładnych parę lat temu wyraziłem na tym blogu swój pogląd – nie kupuję akcji spółek Skarbu Państwa. Im dłużej obserwuję rynek, tym bardziej utwierdzam się w tej decyzji. Historie, które wychodzą na jaw, w trakcie kolejnych powyborczych audytów, w prywatnej, dobrze zarządzanej spółce nie mogą się wydarzyć.

Wróćmy jednak do tytułowej promocji. Zniżka za akcje. Pytanie o opłacalność całości przedstawił mi jeden z młodszych czytelników bloga, prosząc o policzenie. Zasady są proste. Masz 50 akcji Orlenu, przysługuje Ci zniżka 10gr na litrze (paliwoEffecta+LPG), 15 gr na litrze (paliwo Verva – premium) i 10% na zakupy w sklepie. Dostajesz kartę i korzystasz. I właśnie, czy to się opłaca?

Zaczynamy od „stopy zwrotu”. Przeciętny użytkownik, przejeżdża rocznie 10.000 km. Jeśli ma oszczędne auto – średnio spala mu ono 6 l/100 km. Oznacza to 600 litrów paliwa rocznie. A zatem zaoszczędzimy w ten sposób… zawrotne 60 zł/rok i 1,20 zł/akcję (zwrot 45 lat). Zyskamy….2,2%. Akcja ORLEN-u kosztowała bowiem 31.01.2025 r. ok. 53 zł. Ale co to 50 akcji? Obecnie ok. 2700 zł. Jeśli mamy ich 100 – zysk spada do 1,1%, 1000 już do 0,11%, ponieważ zniżka nie rośnie wraz z liczbą akcji. Jedyne wyjście – ktoś jeździ więcej. Miesięczny limit na karcie – 300 litrów, co daje 3600 litrów rocznie i 360 zł zniżki.Gra zasadniczo niewarta świeczki, jeśli uwzględnimy ryzyka.

A te są spore. ORLEN to jedna z najbardziej upolitycznionych spółek, silnie zależna od sektora paliwowego i gazowego (przejęcie PGNiG). W ostatnich 10 latach miała dość zmienną dywidendę i zyski (stopa z ostatnich 10 lat – od 2,4% do 8%) oraz kurs (np. spadek w w latach 2019- 2020 r. z ok.80 zł do 30 zł). Niby kurs generalnie rośnie – (wzrost wartości 50% w ciągu 10 lat, ), ale musimy (jak przy wszystkich spółkach surowcowych) dysponować mocnymi nerwami. Do dzisiaj cena nie wróciła do szczytu z 2017 r. (ok. 90 zł), a znajduje się nieco (25%) powyżej wartości sprzed „kryzysu subprime”. Stąd ważna uwaga dla każdego inwestora – takie spółki warto kupować tylko na dołkach.

A gdyby porównać z moją ulubioną ABS? W ciągu 10 lat wzrosła nie 50%, a 700%. Pomimo tego wypłacała dywidendę ok. 5% co roku. Już w tym momencie widać, że zarobienie dodatkowych 22% na ORLEN-ie w ciągu dekady niewiele zmienia. Dzisiaj spółka znajduje się 900% powyżej szczytu z czasów sprzed „kryzysu subprime”. Oczywiście i ją warto kupować na dołkach.

Dla kogoś, kto jeździ przeciętnie, zniżka ORLENu za posiadanie 50 akcji kompletnie nie ma sensu. 50 akcji, to tyle, co nic, a przy 200 (dalej mało dla kogoś, kto kumuluje akcje przez lata) zniżka spada do 0,55%, chyba, że przejeżdżamy 40 tys. km rocznie, albo mamy wyjątkowo paliwożerny samochód. Do tego istnieją inne zniżki na paliwo. W przypadku ORLEN-u: Duża Rodzina 8gr/l Effecta i 10gr Verva, karty flotowe, związki zawodowe itp. Stąd wróćmy do podstaw inwestowania w akcje: opłaci się tylko kupowanie w dołku cenowym i tylko akcji zdrowych, rozsądnych firm. Krótko mówiąc – inwestowanie w wartość.

O budowie domu na wynajem. Czy taki ruch ma obecnie sens. Studium przypadku.

Kiedy zbierałem materiały do majowego wpisu o kosztach mieszkań robotniczych przed II WŚ znalazłem i taką informację – koszt budowy m2 wynosił od 2800 zł do 7000 zł za dwuizbowy lokal ok. 40 m2. Skąd te różnice? Najdrożej wychodziło jednorodzinne „z wygodami”, najtaniej prymitywne z wychodkiem na podwórzu, bez bieżącej wody itp. – stan surowy zamknięty na dzisiejsze warunki. Tak się składa, że jeden z moich przyjaciół buduje właśnie dom. Prosta konstrukcja (betonowe słupy, stropy i wieńce, uzupełnione ceramiką), ocieplenie styropianem. Nieskomplikowana bryła (prostokąt). Powierzchnia – 180 m2. Koszt – ok. 900 tys. zł, a część robił sam, resztę metodą gospodarczą. No bez faktur, rzecz jasna, bo za gotówkę. I teraz pojawiło się pytanie, czy taka budowa ma sens, zwłaszcza, że następowała „na zarobek”. Postaram się odpowiedzieć. Do tego pokażę moje rozkminy, związane z ewentualną budową domku w górach. Do dzieła.

Dom 180 m2. Koszt 900 tys. zł. W tym przypadku struktura wygląda tak – sklep plus dwa mini-apartamenty. Zysk trochę stałego (czynsz sklepowy 5 tys. zł/m-c) , trochę niepewnego (apartamenty szacowane – drugie tyle). Razem 10 tys. zł/m-c, minus koszty i podatek – netto ok. 8 tys. zł/m-c. Przy całości trzeba się nachodzić. Sklep idzie samograjem, ale już apartamenty – nie. Lato oznacza ciągłe zmiany pościeli, pilnowanie grafiku, jakiś marketing, uspokajanie zbyt hałaśliwych osób. Ogólnie – w sezonie pracy całkiem sporo. Średnio 4 h x 2 apartamenty x 4 wynajęcia miesięcznie = 32 h.. Jeżeli zaczniemy ją wyceniać według stawek rynkowych (30 zł/h) – ok. 1000 zł/m-c. Odliczając koszt pracy własnej – 7 tys. zł/m-c, a więc 84 tys.zł/rok. Zysk 9%. Całkiem nieźle i opłacalnie, ale przy założeniu, dojścia do planowanego obłożenia. Jeżeli rok okaże się gorszy, schodzimy do 7% . Fantastycznie? To teraz uświadomcie sobie jedno – dom nie stoi w powietrzu. Do 900 tys. zł trzeba dodać 0,5 mln na działkę (po tyle tam chodzi ziemia). I robi się 84 tys. zł/rok (lub 60 tys. zł/gorszy rok) z 1,4 mln zł. To już tylko niecałe 5-6 % netto. Mniej niż moje obligacje korporacyjne a na poziomie obligacji SP. Ma sens, gdy ceny nieruchomości idą w górę.

Mały domek, jak na zgłoszenie do 70m2. Na parterze ok. 35 m2, na piętrze podobnie. Trochę naciągając da się zrobić 2 apartamenty na wynajem, chociaż forma będzie nadal „mieszkalna”. Koszt budowy, z dużym użyciem środków własnych ok. 300 tys. zł. Przychód z wynajmu całości wyniesie – 6 tys. zł brutto. Jeśli odliczymy koszty, podatek – zostanie nam 4 tys. zł. Płacąc za wynajem (lub wyceniając własną pracę) 1 tys. zł/m-c, finalnie tylko 3 tys. zł/m-c i 36 tys. zł/rok..12%, ale przecież jest działka. Ta kosztowała 400 tys. zł. I zysk spada do 5,1%. Dokładnie do takiego poziomu jak …. obligacje Skarbu Państwa.

Zatem – umiejmy ocenić ryzyko i wyceniajmy uczciwie. Budowa domku na wynajem ma sens tylko w jednym przypadku – gdy przewidujemy wzrost cen takich nieruchomości. A na to obecnie, nie widzę gigantycznych szans z powodów makroekonomicznych.

Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś?

Całkiem niedawno trafiłem na super stronę – https://warsztatadama.pl/, która w znacznej części jest blogiem mieszczucha, który przeprowadził się na wieś. Do tego tekst pisze człowiek, wykonujący konkretny zawód – IT. Z tego względu, w publikowanych treściach nie ma lania wody, ale samo gęste – liczby, fakty, analizy. Czyta się więc może szybko, ale każde zdanie trzeba przetrawić. Mnie pasuje, choć pomysł znacznie różni się od większości blogów z hasztagiem „farmlife”. Nawet zdjęcia – wytwór AI – prezentują się inaczej niż z „Weranda Country”. Dość wstępów, idźmy drogą Adama, przechodzimy do konkretów.

Adam stawia tezę i ją wyjaśnia „Żeby przeprowadzić się na wieś, musisz mieć milion złotych w zarabiających aktywach” plus oczywiście wartość siedliska (jak pisze: rancza). Czy to nie przesada?

Obliczenia wyglądają prosto :

  • 0,5 mln w akcjach spółek dywidendowych ze średnim przychodem 4,5% = 1875 zł.
  • 0,5 mln w nieruchomości i czynsz 2000 zł.
  • Razem: 3875 zł z 1 mln.

Adam ignoruje podatki, ja lubię ten temat, więc odniosę się wprost. Obie kwoty nie zawierają podatku – w przypadku dywidend 19%, w przypadku najmu 8,5%. Pomimo tego uważam kwotę 1 mln zł za zawyżoną.

Do tego nie wiem dlaczego akurat 3875 zł, może jeszcze nie dotarłem do źródła? Czy chodzi o faceta solo, czy z rodziną jak autor?

Ale spróbuję się odnieść do kwot.

Prowadziłem na tym blogu swoje wyliczenia, za chwilę do nich wrócimy, natomiast ten milion (z siedliskiem 1,3-3 mln) trochę mnie szokuje. Gdyby tak było, bez sprzedaży dużego mieszkania w Warszawie, lub domu w większym mieście, nie masz co myśleć o wsi. Widzę sprawy nieco inaczej.

Po pierwsze – zignorowano „darmowy pieniądz”. Ot, weźmy takie 800+, gdy masz dziecko. Albo wszystkie bony energetyczne, dopłaty, zasiłki itp. Czasami dostaniesz kilkaset złotych miesięcznie, czasami parę tysięcy. O metodzie życia „na socjal” pisałem wielokrotnie. Ale niech będzie ten 1000 zł.

Po drugie – założono, że żadna z dwóch osób nie będzie wykonywać żadnych zajęć zarobkowych. Nie mówię tu o korpo, etacie 40h w tygodniu. Ale żeby w ogóle? Nie, chyba nikt tak nie robi. Zawsze jest jakiś freelance, zlecenia, okruchy dawnej pracy, lub pomysł na nową (np. warsztaty, rzemiosło, agroturystyka, ciasta, szycie). Nie mówię o siedzeniu za biurkiem po 8h dziennie, ale godzinę chyba wytrzymamy. I już ten 1000 zł/głowę wpadnie. Przy dwóch osobach dorosłych i dziecku – z socjalem mamy minimum 3000 zł. Rozumiem, rzecz jasna, intencje Adama – nie od początku „zarabiasię”, te dochody nie muszą być regularne, ale nie dajmy się zwariować – każdy coś umie, wieś nie oznacza zaraz wyjazdu w Bieszczady, to może być 20 km od dużego miasta. Osobiście, liczyłem to, gdybym pracował 1h dziennie (albo jeden dzień w tygodniu), przy braku podatku (działalność nierejestrowana na żonę, bo ja nie mogę) – zarobię ok. 2600-4000 zł. Mam też opcję atomową – 2 dni realnie w biurze (16h) za 7800 zł. Ale przyjąłem 1000 zł/osobę.

Po trzecie – elastyczność inwestycji. W dobie niskiej inflacji, spółki dywidendowe robiły furorę. Masz te 4,5% (minus podatek) zamiast 2% w obligacjach czy na lokacie, a jeszcze wartość rośnie. Teraz poszedłbym raczej w obligacje – bo łatwo wyciśniesz 7 % netto, a akcje są przewartościowane. Trzymanie w nich połowy gotówki, uważam za ogromne ryzyko. Podobnie z nieruchomościami. Gdyby wartość nie rosła (a gwarancji nie ma) – jeszcze ok, ale użeranie się dla niecałych 5% brutto, w dobie obligacji SP za 7%, które nie wymagają czasu, ani kosztów? Bez sensu. Dlatego dzisiaj – idę w obligację, handel lub przedmioty przynoszące większy dochód (np. airbnb, a nie zwykłe mieszkanie). I wtedy, gdy brakuje tych 875 zł (3875 zł podane przez Adama minus 1000 zł socjalu i 2000 zł z pracy). No więc ile trzeba mieć jeszcze? 875 zł przy oprocentowaniu 6% netto, daje nam 175.000 zł plus wartość siedliska. Sporo mniej niż tytułowy milion.

Czy da się żyć za 3875 zł/m-c? Wracam do podanej kwoty. I tutaj patrzę swoimi oczami. 3875 zł i trzy osoby. Da się? W pewnych warunkach tak. Zaczynamy od podstaw: życie, dach nad głową, ubranie i dodajemy transport (na wsi musimy mieć auto).

Życie. Jedzenie, chemia, kosmetyki, leki. 500 zł/osobę = 1500 zł. Prosto. Da się taniej, sam przeżywałem i za 150 zł, ale bez przesady. Jakiś margines musi być.

Dach nad głową. Podawałem wartości: opał 50 zł (jeśli swój), prąd 60 zł (FV – tylko abonament), podatek 30 zł, śmieci 100 zł, woda i ścieki 150 zł a( de facto od 0 zł do 300 zł), internet 100 zł. I mamy minimum 490 zł.

Ubranie. Minimum 150 zł (50 zł/os.). Chyba trochę za mało, ale przy ciuchlandach – da się.

Auto. 300 zł. Tu już nie będę wiele wyjaśniał. 200 zł na utrzymanie i 100 zł na paliwo.

Takimi całkiem podstawami – mamy 2440 zł (1500+490+150+300)

Na dalsze wydatki, takie jak szkołę/przedszkole dziecka, jakieś prezenty, ubezpieczenia, drobne kieszonkowe, naprawy domu, wymianę auta, cały ogród – zostaje 1431 zł. Może się udać, a może zabraknąć (ok. 220 zł kosztuje KRUS za dwie osoby). Nie ma oczywiście miejsca na oszczędności. Dlatego też, we własnym przypadku uważam pracę na 3 dni w tygodniu (2 jeśli uwzględnię zdalną/urlopy/ zwolnienie) uważam za adekwatną do potrzeb.

Ile dostaniesz emerytury? Spojrzenie z perspektywy starzejących się społeczeństw.

Często wracam do przeczytanych już książek. Teraz na tapecie „Nomadland” z gorzkim spojrzeniem na amerykański system emerytalny. Przeciętni ludzi, o pensjach w granicach mediany, nie żadni spece IT. Opowiadano im bajki o trzech nogach stołu, który nakarmi na starość: państwowego Social Security, 401k (czyli nasze OFE, PPK) oraz prywatnych oszczędnościach. A praktyka?

No cóż, daleko inna. Państwo wypłaca 500-800 USD miesięcznie. Taka kwota nie wystarcza na czynsz, a nawet rachunki, ubezpieczenie zdrowotne i jedzenie. Czyli nie zapewnisz sobie całkowitych sokratejskich podstaw (dach nad głową, jedzenie, ubranie). Dla niektórych, na tym się kończy. Nie ma 401k ani prywatnych oszczędności. Zmiótł je kryzys, wydatki zdrowotne, albo nigdy nie istniały. Co pozostaje? Dorabiać wg stawki minimalnej przy prostych pracach (magazyn Amazona, sezonowo w rolnictwie, w turystyce) i mieszkać nawet nie w kamperze, lecz w vanie.

Czy w Polsce będzie podobnie? Dzisiejsza minimalna emerytura netto (spośród dzisiejszych 40-latków dostanie ją 70% kończących pracę, coraz więcej będzie też singli) wynosi 1620 zł. Na ile wystarczy? Na niewiele więcej niż 800 USD za wielką wodą. Czynsz na małe mieszkanie (takie 40 m i tylko jeśli mamy własne, bez kredytu) – 600 zł, doliczmy prąd, internet, podatek, gaz i robi się minimum 800 zł. 820 zł zostanie na leki, transport, ubrania i jedzenie. Raczej niemożliwe, jeśli weźmiemy pod uwagę, że wielu 70-latków zostawia w aptece te 300-400 zł. Zatem co? Pracować do śmierci. I Amerykanie tak właśnie robią. Gros ludzi nie zazna emerytury, ponieważ dzisiaj 1620 zł, a za 20 lat może realnie 1400 zł.

Jak sobie z tym radzić? Chyba na dwa sposoby. Pierwszy, wykorzystywać tu i teraz na mikroemerytury. Nie zapracowywać się na śmierć. Smakować życie na bieżąco. Drugi, promowany od lat na tym blogu – starać się zarabiać więcej, oszczędzać i inwestować. Media obiegła w kwietniu wiadomość, że w USA, człowiek pracujący jako bibliotekarz (czyli z niską pensją), zostawił lokalnej uczelni (był samotny) spadek w wysokości 4 mln USD. Czyli da się – inwestując w fundusze, akcje, obligacje i zaczynając odpowiednio wcześnie.

I jeszcze jedno, na koniec. Niskie koszty życia. Przygotujmy się. Wybierzmy wieś, skalowalne nieruchomości (więcej miejsca w lecie, mniej w zimie), tańsze ogrzewanie (raczej drewno niż pompę ciepła). Produkujmy żywność. Jak w moim eksperymencie na lato – życie za 500 zł. Co o tym myślicie?

Cenna rada, którą przekazał mi człowiek o majątku przekraczającym 100 mln zł.

Pewnego pięknego dnia miałem okazję siąść do stołu z człowiekiem o znacznym majątku. Zgromadził ponad 100 mln zł. Nie byłbym sobą, gdybym nie próbował uzyskać przy okazji pewnych informacji dla Was. Bywam wdzięcznym słuchaczem, a tacy ludzie lubią opowiadać o swoich osiągnięciach, ponieważ są z nich dumni. Wystarczyło krótkie pytanie.

Co jest najważniejsze, jeśli chce się zarobić naprawdę duże pieniądze?

Pracowitość? Oszczędność? Spory kapitał początkowy? Dobry zawód? Łatwość podejmowania decyzji? Ogromna inteligencja?

Nic z tych rzeczy. Odpowiedź była zupełnie inna: SIEĆ KONTAKTÓW i UMIEJĘTNOŚĆ ZAŁATWIANIA SPRAW (poruszania się w nich).

To ich brak sprawia, że dochodzimy do szklanego sufitu, którego nie sposób rozbić. One powodują, że nagle sprawy idą łatwiej, bo znamy człowieka, który pił wódkę z kimś, kto wykona telefon i niemożliwe stanie się możliwe. Oczywiście mechanizm trzeba oliwić.

Tę umiejętności zbierania ludzi opisywali też amerykańscy nauczyciele milionerów: Robertowie Allen czy Kiyosaki. Jak to przedstawić w praktyce?

Najpierw skala mikro (w naszym rozmiarze). Chcę kupić mieszkanie w atrakcyjnej lokalizacji i cenie. Normalny, przeciętny przedstawiciel klasy średniej idzie do biura nieruchomości, przegląda oferty, płaci prowizję i dostaje, co chciał. Cena – rynkowa. Gdzie tu przewaga? A co robi milioner? Dzwoni do Heńka, który mieszka w tej dzielnicy, która nas interesuje. Pyta czy nie słyszał o jakimś lokalu. Ten rozpuszcza wici wśród swoich znajomych i nagle okazuje się, że jego sąsiad ma ciotkę, która planowała sprzedać perełkę, na pierwszym piętrze. Ponieważ ma 80 lat i boi się oszustów nie wystawiała jeszcze na żadnym portalu, do agencji też nie pójdzie. Proponuje cenę – 15% poniżej rynku. A zamiast ciotki, może mamy do czynienia z kolegą ze szkoły, uciekającym przed komornikiem i ofertą „dla swoich” – 25%. Niemożliwe? Pierwsze „inwestycyjne” mieszkanie kupiłem przez moich przyjaciół z gór. Zarobiłem od razu i szybko. Dwie działki łyknąłem podobnie – od zaprzyjaźnionego agenta nieruchomości oraz od własnego klienta. Za każdym razem znacznie (20-30%) poniżej oferty rynku.

Teraz skala dekamilionerska. Szukam siedziby firmy. Nie robię nic wielkiego, po prostu rozpytuje moich bogatych znajomych. I nagle dzwoni kumpel, kumpla. Wie, że gmina będzie organizować przetarg na przejęty za długi budynek. Chętnych nie ma wielu, bo nad inwestycją siedzi konserwator. Co mam zrobić? Same pieniądze nie wystarczą, a i akurat taką sumą nie dysponuję. Zbieram grupę: mój partner od brydża ma syna, pracującego w banku – załatwi finansowanie. Wczoraj poznałem żonę architekta „od zabytków”, teraz zostaje mi jeszcze zaufany prawnik – do papierów, detektyw – do szukania potencjalnych problemów, córka miejscowego radnego – do kontaktów z gminą i dowiedzenia się, czy mam wielką konkurencję. I interes idzie – w dodatku uczciwie. Kupuję z ustawową bonifikatą 50%, czyli… za pół ceny. Tak się dzieję, gdybym grał fair.

A wielu stosuje inną metodę. Kupią tani grunt, bo niebudowlany. Potem dopłacą, gdzie trzeba i komu trzeba, żeby po zakupie zmienił przeznaczenie. Poczekają kilka lat i zrealizują zysk – nie 100%, ale 1000%, 2000% itp. Niemożliwe? Autentyczna historia. Firma kupiła tereny blisko centrum – ponad 100 hektarów, ale bez prawa zabudowy za 12 mln . Potem sprzedała z zyskiem, nieznanym dokładnie, ale 2-5 razy drożej, miejscowemu deweloperowi. Ten załatwił co trzeba (fakt – poczekał z 10 lat) i nagle ma bank ziemi, wart według dzisiejszych stawek) 750 mln złotych. Umiecie liczyć? Przebitka x 20, może x 30 w ciągu 10 lat. Przy wzroście rynkowych stawek x2. Na taką transakcję każdy bank Wam pożyczy, choćbyście byli goli. A jak nie bank, wtedy ktoś inny. Bo macie zabezpieczenie i perspektywy. A gdy w tym banku pracuje brat kumpla, no wtedy robi się łatwiutko.

Nie każdy powtórzy taki deal na ogromną skalę, ale nawet na mniejszych sumach (pożyczone 2 mln) zysk x20 przez 15 lat pozwala nam osiągnąć astronomiczne stopy zwrotu i niezły majątek. Dwie transakcje, 30 lat i zamiast pożyczonych 2 mln mamy 700 mln (15 lat – 39 mln 30 lat 700 mln), bo „koszty operacyjne” też się pojawią. A wszystko dzięki kontaktom i umiejętnym ich wykorzystywaniu.

Żadna, nawet doskonała praca, nie da nam takich sum. Żeby zarobić 700 mln w 30 lat, trzeba osiągać pensję ponad 20 mln rocznie i… nic nie wydawać. Najlepiej wynagradzany Polak w spółce Skarbu Państwa miał 2,8 mln w 2023 r. Nierealne (nota bene na posadę szefa takiej firmy też trzeba dysponować diabelnymi kontaktami).

A własna firma? Ilu znacie ludzi, którzy stworzyli biznes zarabiający 20 mln rok w rok i zachowali nad nim 100% kontroli? A może 50% kontroli i 40 mln zarobków firmy? Albo 20% kontroli i zysk 80 mln zł/rok? Dla przykładu biorę moją ulubioną spółkę – ABS. Jej prezes ma obecnie ok. 1,5% akcji (na szt. 500 tys o wartości rynkowej ok. 30 mln zł.). Przy dywidendzie 2,6 zł/akcję, dostał jej 1,3 mln. Żeby zarobić 20 mln musiałby dysponować 15 razy większym kapitałem (450 mln zł). Gra dla faktycznie grubych ryb. Tak wygląda wartość kontaktów. Zacznijcie je budować.

Jak przygotować się do emerytury? IKZE, IKE, PPK.

Jeden z wpisów „emerytalnych” zakończyłem mało optymistyczną konkluzją. 70% dzisiejszych trzydziestolatków i młodszych dostanie emeryturę netto w wysokości 1600 zł (wg dzisiejszej wartości pieniądza). Mówię przy tym o ludziach zarabiających przed odejściem z pracy ok. 6000 zł netto czyli do 120% średniej krajowej.

Dla większości, jedną opcją podniesienia sobie dochodów (już dziś robią to 60-latkowie), pozostaje dłuższa praca. Odradzam. Nikt nie jest wieczny, a zdrowie nie zawsze dopisuje. Lepiej podjąć inne kroki. Najprostszym i podstawowym pozostaje uzbieranie sobie dodatkowych, prywatnych pieniędzy. Służą temu programy emerytalne.

Pierwszy i zasadniczy – PPK. Reklamuję go na blogu, sam przystąpiłem. Dlaczego? Ponieważ nieodczuwalne potrącenie 2% miesięcznej pensji, może dać niezłe wyniki. Najpierw dlatego, że kolejne 1,5% naszych poborów dopłaca pracodawca, parę złotych dorzuca też państwo. Mamy do czynienia nie tylko z pracującymi oszczędnościami, ale i sporym bonusem. Efekt?

Dla kogoś, kto zarabia przeciętne wynagrodzenie i zbiera na PPK przez 35 lat, prognozowana wypłata wg cen obecnych wyniesie 1200 zł netto czyli 75% państwowej emerytury przez 20 lat. Pokazuję Wam w ten sposób, jak działa ZUS. Zabiera 20% wynagrodzenia przez 35-45 lat, żeby wypłacić 1600 zł dożywotnio (może rok, a może 35 lat), a na rynku (przy stopie zwrotu na poziomie 3,5% netto) dostaniemy 1200 zł za 3,5%, przez gwarantowane 20 lat. Dodając ZUS i PPK mamy już 2800 zł/osobę. Ten mechanizm działa tak korzystnie, gdy masz na oszczędzanie 45 lat. Przez 20 lat, dostaniesz wypłatę…. 500 zł netto.

Drugą możliwą opcję stanowi IKZE. Pozwala ona uzyskać ulgę podatkową od inwestowanych środków (w moim przypadku zwrot 32%), a potem płacimy podatek ryczałtowy 10%. Jak to wygląda? Załóżmy odkładanie 200 zł miesięcznie przez odpowiednio 40, 30, 20 lat, co odpowiada dzisiejszemu mężczyźnie w wieku: 25, 35, 45 lat i kobiecie o 5 lat starszej. Wypłacamy wszystko w 65. r. ż., a zysk 5,5% netto (odpowiada dzisiaj obligacjom skarbowym lub kontom oszczędnościowym).

Zbierzemy (w cenach dzisiejszych):

  • przez 40 lat – 300 tys. zł (wpłata 120 tys. zł),
  • przez 30 lat – 210 tys. zł (wpłata 90 tys. zł),
  • przez 20 lat – 100 tys. zł (wpłata 60 tys. zł).

Wypłacając sobie te oszczędności zgodnie z regułą 4% mamy miesięcznie:

  • po 40 latach – 1000 zł,
  • po 30 latach – 650 zł,
  • po 20 latach – 500 zł.

IKE. Działa trochę inaczej. Nie dostajemy ulgi podatkowej, ale za to wypłaty zwolnione są z podatku. Oznacza to, przy kolejnych 250 zł wpłaty, prywatną emeryturę (do śmierci):

  • po 40 latach oszczędzania – 1100 zł,
  • po 30 latach oszczędzania 700 zł,
  • po 20 latach oszczędzania 550 zł.

A zatem zarabiając przeciętnie (tj. 5000 zł netto miesięcznie), odkładając:

  • 150 zł na PPK,
  • 250 zł na IKZE,
  • 250 zł na IKE,

dostaniemy następującą prywatną emeryturę (PPK przez 20 lat od średniej pensji ):

  • po 40 latach oszczędzania – 3500 zł (1400+1000+1100),
  • po 30 latach oszczędzania – 2250 zł (900+700+650),
  • po 20 latach – 1650 zł (500+550+500).

Nawet w tej ostatniej wersji – kwota równa się państwowej emeryturze. Tylko składki wynoszą 650 zł/m-c, a nie (z kosztami pracodawcy) 20% wynagrodzenia brutto (czyli przy 8500 zł – 1700 zł).