Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
maj 2025 – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Niska składka zdrowotna dla przedsiębiorcy. Niesprawiedliwość czy przywrócenie równowagi?

Prezydent Andrzej Duda zawetował nowelizacją ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, obniżającą składkę zdrowotną dla przedsiębiorców. Argument zabrzmiał jeden – brak konsultacji. Mamy szansę się zastanowić nad sprawiedliwością rozwiązania.

Pracownik płaci tę akurat składkę (przy obecnej dostępności – raczej podatek, bo nie gwarantuje usługi) w wysokości 9% dochodu. Zatrudniony na zleceniu – podobnie. Na umowie o dzieło – 0. Rolnik – 0 zł przy gospodarstwie do 6 ha i 1 zł/ha/osobę jeśli ma gospodarstwo rolne większe (pominąłem działy specjalne, bo tam zasady są jeszcze bardziej skomplikowane. Jak widzicie, spore różnice (0 zł – 9%).

Przedsiębiorcom rozliczającym się podatkiem liniowym i według skali dedykowano system następujący (ten właśnie zawetował Prezydent RP):

  • do 1,5 krotności miesięcznego wynagrodzenia 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę,
  • pow. 1.5 krotności jeszcze 4.9% od nadwyżki.

Ryczałtowcy:

  • 9% ale od 75% minimalnego wynagrodzenia za pracę do 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia, ale tu liczymy przychody, a nie dochody.
  • od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka dodatkowa- 3,5 proc.).

Niedobitki na karcie podatkowej – 9 proc. z 75 proc. minimalnego wynagrodzenia

W przypadku zaś przedsiębiorców rozliczających się ryczałtem druga część składki miała być naliczana od nadwyżki przychodów powyżej 3-krotności przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (stawka – 3,5 proc.).

Weźmy dwóch „przeciętniaków” – dochód/przychód roczny ok. 120 tys. zł (zarobek 10 tys. zł brutto). I co zobaczymy (stawki miesięczne)?

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 15 ha) – 15 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 777 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A teraz oceńmy osoby o dochodzie/przychodzie rocznym równym 30 tys. zł (2500 zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 5 ha) – 0 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 225 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 315 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

I dla równowagi 240 tys. zł/rok (20 tys. zł miesięcznie).

  1. Twórca, rzemieślnik itp. na umowie o dzieło, prezes spółki żyjący z dywidendy – 0 zł,
  2. Rolnik (ma załóżmy 30 ha) – 30 zł.
  3. Pracownik/zleceniobiorca – 1800 zł,
  4. Przedsiębiorca na liniowym lub wg skali – 855 zł,
  5. Przedsiębiorca na ryczałcie – 315 zł.

A wnioski? Wcale niejednoznaczne. Nie jest prawdą, że przedsiębiorcy, nawet po zmianach mieliby być szczególnie uprzywilejowani. Przy niskich dochodach – płacą więcej niż wszystkie inne grupy. Przy średnich – zyskują przewagę, ale tylko nad pracownikami/zleceniobiorcami, nadal uiszczając składkę znacznie większą niż rolnicy, czy rzemieślnicy na umowie o dzieło czy, o dziwo, prezes zarządu żyjący z dywidendy. Wysokie dochody – tu kwoty dalej się rozjeżdżają. Pracownik musi ponieść największy ciężar.

Czy to sprawiedliwe? Kiedyś mówiono „sprawiedliwie, nie znaczy po równo”. Niewątpliwie w stosunku do rolników, twórców (aktorów, zawodowych pisarzy, reżyserów, ale i rzemieślników, architektów, projektantów) na umowie o dzieło – kwota jest istotnie wyższa. W przypadku „burżujów” żyjących z dywidendy, wręcz obrażająco wysoka. Dlaczego media akcentują różnicę: pracownicy/prowadzący dg na własny rachunek, a zapominają o innych grupach? Doprawdy, nie wiem. Pracownik ponosi zerowe ryzyko swoich działań, płaci od dochodu, nie zarabia -nie płaci. A właściciel małej jdg niezależnie czy osiągnął dochód, ba nawet przychód, czy kontrahent mu zapłacił, czy nie – musi zanieść w zębach te 315 zł, nigdy mniej. Czym różni się od architekta (prywatna umowa o dzieło) – też nie pojmuję.

A argument o „równym dostępie do świadczeń”? Bez żartów. Najlepiej być … bezrobotnym lub emerytem, ponieważ oni mają czas leczyć się „na NFZ”. Przedsiębiorcy – płacą prywatnie, gdyż zależy im na czasie. Ile? Standard 300-500 zł za 15-minutową wizytę. I tego faktu jakoś nikt nie akcentuje.

Jak na przeciętnego pracownika wpływa praca zdalna?

W kwietniu pisałem o pracy zdalnej w korpo – podsumowując, że niezłego pracownikowi, likwidacja tej formy powinna skłonić do poważnych zmian. Teraz o perspektywie „średniaka”.

Otóż średniak wyrabia te 100% normy, ale potrzebuje na to 100% (czyli 40 godzin tygodniowo). Jak na niego wpływa praca zdalna?

W większości wypadków – korzystnie, w nielicznych – destrukcyjnie. Zacznijmy od plusów.

Powód 1. Niepłatne godziny.

Praca zdalna „odcina” dwa bardzo ważne bloki czasowe: dojazdy i „szykowanie się”. Cofnijmy się do tekstu Onet-u – 3 h dziennie w samochodzie, albo wychodzenie do biura o 6.20, żeby ominąć korki, stanowią punkt wyjścia. Dodatkowe 3h to czas, w którym nic nie robimy i nikt nam za to nie płaci. Zróbmy prosty bilans.

22 dni robocze x 8 godzin – urlopy = 170 godzin pracy miesięcznie.

A jeśli zwiększymy tę liczbę o 37% (czyli 3 h dojazdu), mamy już 233 h/m-c, w tym 63 godziny niepłatne.

Dodając 1 h na szykowanie się (prasowanie, układanie fryzury, makijażu, pastowanie butów, przygotowanie 2-go śniadania, napoju itp.) Dodajemy już 50% czasu. No i robi się 255h, z czego 85 h darmowych.

Zachowując tę samą wydajność (na 100% w 8 godzin), warszawski korposzczur oszczędza 33% czasu, jeżeli pracuje z domu.

W warunkach mojego miasta będzie to nieco mniej (1 h na dojście, 1 h szykowania się) czyli bezpłatne 2h/dzień, czyli +20%.

Powód 2. Elastyczna praca.

Nawet jeśli pracujemy w korpo, powstaje opcja „ruchomego czasu pracy”. Krótko mówiąc – mamy spędzić przy kompie 8h. Firmy nie interesuje w jakich godzinach (ew. ustalają pewne ramy np. 6-22, żeby nie płacić za „nocki”). I wtedy zyskujemy. Rano odwozimy dzieci do pracy, robimy obiad, a pracujemy popołudniami. W świecie ludzi posiadających jakieś życie prywatne – super sprawa.

Powód 3. Prywatna optymalizacja.

Pisał o niej w „Czterogodzinnym tygodniu pracy” Tim Ferriss. Stosujemy różne metody, aby jak najmniej pracować. Dajemy pracodawcy efekt, a zyskujemy czas, oszukując. Wielu skorzysta.

I tak, wykorzystamy sztuczną inteligencję, żeby pracowała za nas. Lub jak u Ferrissa, wykorzystamy prywatnego asystenta z Azji.

Napiszemy maila o 3 w nocy, ale ustawimy wysłanie go o 10.

Wykonamy zadanie po kolacji, a przekażemy je szefowi w południe następnego dnia.

Powód 4. Mniej wydatków.

3-godzinny dojazd to nie tylko czas, ale i pieniądze. Trasa 25 km Białołęka-Ożarów, to 1000 km miesięcznie, przy spalaniu w korkach na poziomie 8 l/100 km (z dolnej półki!) mówimy o wydatku ok. 500 zł.

A ubrania? Kosmetyki? Buty? Karty parkingowe? Kawa na wynos? Pan Kanapka? Biurowe składki?

Każda z tych pozycji kosztuje. Pracując zdalnie – oszczędzamy.

Podsumowanie. Praca zdalna, nawet dla przeciętnego korposzczura zapewnia niezły work-life balance. Pozwala oszczędzać i czas, i pieniądze. Daje komfort posiadania jakiegokolwiek życia, a nie kręcenia się w kołowrotku.

Teraz czas na minusy.

Problem 1. Nieumiejętność pracy bez nadzoru.

Wielu korposzczurow, spuszczonych ze smyczy, bez karbowego nie potrafi pracować wydajnie. Marnują czas na czynności nieistotne. Widać to po spadku wydajności. Oczywiście, taki stan nie musi trwać wiecznie, wydajności da się nauczyć.

Problem 2. Mix życia zawodowego z prywatnym.

Wielu nie potrafi ich podzielić. Pracują do 20. Lenią się do południa. Robią obiad w przerwie wideokonferencji. Wychodzą na zakupy. Pracują w poczekalni u lekarza. Odbierają telefony o 23.

Warto postawić tamę, ale i tego trzeba się nauczyć.

Problem 3. Utrata umiejętności społecznych.

8 godzin w pracy typu korpo, oznacza spotkania, rozmowy, ploteczki przy ekspresie. W ten sposób socjalizujemy się (przepraszam za język psiego behawiorysty). Pracując z domu już nie. Oczywiście, da się ogarnąć coworking, cafeworking, pracować w parku, na skwerze, ale pracodawcy tępią takie praktyki. Zgodnie z prawem, ponieważ trzeba podać miejsce pracy zdalnej i trzymać się go.

Problem 4. Dziwne zwyczaje.

Gdybym nie usłyszał, tobym nie pomyślał. Jeden z moich kumpli opowiada sytuację swojego sąsiada. Narzekał na „zdalną” bo „przez nią nie myje się 14-ty dzień”. Po prostu – idąc do biura, traktował prysznic jak konieczność. W domu – nie ma potrzeby, ani motywacji. Szok. I tacy też są i lepiej niech siedzą za biurkiem.

Podsumowanie.

Dla większości praca zdalna stanowi dar, przyjemność, szansę. By zaoszczędzić czas, pieniądze, nerwy. Dla wąskiej grupy – problem, okazję do lenistwa itp. Za ich wybryki (przykład z mojego byłego już etatu: nie odbieranie telefonów od kierownika „bo jestem w domu”) płaci reszta. Przełożeni wkurzają się i eliminują uproszczenia dla wszystkich. Warto o tym pamiętać i nie zachowywać się jak pies nagle spuszczony ze smyczy.

Błędne argumenty społecznych darwinistów – Mentzen+Stanowski kontra historia i rzeczywistość.

Pod tym linkiem https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/platne-studia-w-polsce-te-slowa-wywolaly-burze-nie-maja-pojecia/8ze0b83 znajduje się artykuł dotyczący dyskusji o płatnych studiach. Hasło rzucił dr Sławomir Mentzen, swoje dokleił Krzysztof Stanowski, a argumentację podsumował dr Tomasz Markiewka i dziennikarze Onetu.

Zacznijmy od poglądów polityków:

  1. Dr Sławomir Mentzen: w moim idealnym świecie studia są płatne.
  2. Krzysztof Stanowski: Studia już są płatne, tylko przez wszystkich, a nie tylko przez tych, którzy studiują. Moim zdaniem w kwestii studiów ani Mentzen nie ma racji, ani jego oponenci. Ważne dla państwa kierunki powinny być bezpłatne, a jak ktoś chce studiować Aktorstwo Teatru Lalek (pierwszy z brzegu przykład, niech teraz lalkarze się na mnie nie rzucają) to powinien za to płacić. Są studia, które przygotowują do ważnych zawodów, a są i takie, które stanowią fanaberię albo sposób na zabicie nudy. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego wszystko jest wrzucane do jednego wora.
  3. Dr Tomasz Markiewka – problem z takimi wypowiedziami polega na tym, że ich autorzy nie mają pojęcia, czym w ogóle jest uniwersytet i jaka jest rola humanistyki w społeczeństwie. Studia są laboratoriami idei. Ludzie nie studiują tylko po to, by zdobywać „konkretną” wiedzę. Studiowanie to także „budowanie kapitału kulturowego i społecznego, by użyć terminów innego bezużytecznego humanisty, czyli Pierre’a Bourdieu”.

Kto ma rację? No niestety nie obaj kandydaci z których jeden studiował bezpłatnie i jeszcze gratis zrobił doktorat, a drugi (Stanowski) też, ale dalej ma wykształcenie średnie, tylko dr Markiewka. Temat jest jednak znacznie szerszy.

Problem pierwszy. Są drogie. Dziennikarstwo, którego nie ukończył Krzysztof Stanowski kosztuje w Warszawie 6200 zł za rok. To 31 tys. zł za 5 lat. Ale już finanse biznesu i rachunkowość 9900 zł za rok (49.500 zł za 5 lat). Medycyna 41.2 tys. zł czyli ca. 247 tys. zł za 6 lat. Kogo będzie na to stać? Na pewno nie przeciętniaków i biednych. Nie wierzycie? Poczytajcie o USA. Tam długi za studia są trzecim powodem bankructw, po rachunkach za leczenie i hipotekach. Czyli studiowaliby najbogatsi. Jak przed II WŚ. Na prawo czy medycynę szli wybrańcy. Pamiętam przedwojenne opowieści (mój dziadek i dziadek studenckiej dziewczyny) o egzaminach po 50 zł (równowartość dzisiejszych 3000 zł), o tym że rolnika nie było stać na wysłanie jedynego syna na studia.

Problem drugi. Kto ma ocenić, które studia są „ważne dla państwa”? I co jeśli np. jedna partia promuje naukę węgierskiego, a druga niemieckiego? Ma o tym decydować dwuosobowy komitet „Stanowski-Mentzen”? Bez żartów. Nieważne kulturoznawstwo, a cenimy wychowanie fizyczne? Tym bardziej, kto studiuje „dla zabicia nudy”. Melchior Wańkowicz opisywał swojego stryja – absolwenta budowy okrętów, brata lekarza i nikt z nich nie pracował w zawodzie. A studiowali „ważne dla państwa” kierunki.

Problem trzeci. Koszt studiów takich jak gender studies, kulturoznawstwo jest minimalny. Wykładowca, tablica, kreda, pokój i laptop. Natomiast drogie są kierunki oblegane: medycyna, informatyka, chemia, stomatologia itp. Wprowadzając odpłatność od kulturoznawców, za chwilę nie będziemy ich mieć, ponieważ koszt takich studiów nigdy się im nie zwróci. A państwo zaoszczędzi niewiele.

Problem czwarty. Pogląd, że płacimy za studia wszyscy jest bałamutny. Nie wszyscy płacą podatki (rolnicy, księża, itd.), więc już nieprawda. Co więcej, większość podatków nie ma celu. Taki podatek dochodowy. Idzie do wora. Trudno ustalić, co na kulturoznawcę, co na geotermię Tadeusza Rydzyka, co na leczenie, co na drogę.

Problem piąty. Jeśli już płacić, to i zwracać koszty rzuconych studiów, bo z nich z pewnością nie ma pożytku. Pierwszy w kolejce – Krzysztof Stanowski.

Problem piąty. Argumenty dr Markiewki podzielam, ale nie docierają do większości. Młodzi otumanieni ideą neoliberalizmu w wykonaniu Mentzena i Stanowskiego ich nie zrozumieją. Ponieważ prawda jest jedna – podatki powinny być powszechne i równe – wtedy nie będzie dyskusji. A do tego jeszcze daleka droga. I studia nie są płatne „w idealnym świecie”, ale w krajach z ogromnymi nierównościami, które jeszcze się zwiększają.

Dieta pudełkowa. Najbardziej absurdalny absurd.

Kilka lat temu w szkole sportowej syna przetoczyła się moda na dietę pudełkową. Właśnie wtedy przekonywałem młodego o bezsensie takiego rozwiązania. Teraz powstał z tego wpis (nie ukrywam, pod wpływem artykułu w Newsweeku).

Zacznijmy od pojęcia. Dieta pudełkowa wygląda tak – codziennie rano firma cateringowa przywozi ci w tekturowych lub plastikowych opakowaniach (stąd nazwa), posiłki na cały dzień. Najczęściej 4-5, od śniadania, przez II śniadanie, obiad i kolację (czasem podwieczorek). Ustalamy tylko liczbę kalorii (zwykle 1500-3000) oraz dietę, spełniającą specjalne potrzeby (keto, bezglutenowa, vege, anty-cukrzycowa itp.). Firma wybiera menu (czasem możemy sobie ustalić, że mamy wybór z 2-3 dań).

Skoro już wiemy, z czym, nomen-omen, ją zjeść, przejdźmy do wad i zalet diety pudełkowej. Plus widzę jeden – wygodę i oszczędność czasu. Nie gotujemy, nie mamy zmywania, nie musimy myśleć o zakupach, nie robimy ich. A cena? No cóż, wysoka, i to pod wieloma względami.

Zacznijmy od kasy. Jak podaje bohaterka artykułu z Newsweeka – 75 zł za 1500 Kcal. Przy 2000 Kcal (dla faceta na diecie) – 100 zł/dzień. A są jeszcze wersje 2500 Kcal i 3000 Kcal. Skupmy się jednak na tych podstawowych. 175 zł/dzień dla pary, oznacza ponad 5250 zł za miesiąc. Drogo. Za taką cenę pewnie dostaniemy cuda?

Otóż nie, i tu już mamy drugi minus. Śniadanie – twarożek z ogórkiem. Na II śniadanie – zapiekanka ziemniaczana z warzywami. Obiad – polędwiczki, kasza gryczana i buraczki, kolacja – makaron z kurczakiem i warzywami. To ma być domniemany luksus i oszczędność czasu? Twarożek z ogórkiem, to ja sobie kupię w Lidlu za 3 zł. Czas wykonania (pokroić – 1 min). Ziemniaki z warzywami – 10 minut roboty (przy gotowej mieszance) – cena 3 zł, podobnie z kolacją (kurczak, ryż, warzywa – 10 minut i 4 zł). Najgorzej wychodzą te polędwiczki i buraczki (bo kasza – znowu banał) – to już pół godziny i pewnie 10 zł. W sumie na cały dzień: niecała godzina roboty i 20 zł. No i umówmy się, poza polędwiczkami – nic wymyślnego. Zapiekankę, twarożek, czy kurczaka z ryżem i warzywami potrafi zrobić nastolatek. A przebitka cenowa większa niż w knajpie (x 3,8 zamiast x 3). A może to tylko kiepski przykład dziennikarza? Sam otwieram kolejne menu. Na śniadanie ciastko jogurtowe (do kupienia w Biedronce za 3 zł i 0 minut) , na II śniadanie – serek waniliowy (2 zł, 0 minut), obiad – zapiekanka makaronowa z kiełbasą (10 minut i 5 zł, podwieczorek – zupa krem z białych warzyw (10 minut i 2 zł), kolacja – kaszotto z pęczaku i warzyw (5 minut i 5 zł). W sumie 17 zł, 25 minut – a w ofercie za 65 zł/dziennie.

Kolejny problem. Smaki. Wciąż te same. Ile można jeść wariacji na temat: ryżu z warzywami, ziemniaków z warzywami i kurczaka? Do tego cebula, kapusta, marchew. Dlaczego tak? Bo najtańsze i szybko się je przyrządza. Gotując w domu patrzymy jak Karol Nawrocki – mam ochotę na kiełbasę, zjem kiełbasę, na golonkę – proszę bardzo. Do tego obowiązkowo zimne piwo (w diecie pudełkowej – nie uświadczysz). A goloneczka kosztuje, wymaga dużo zachodu, gotuje się ją godzinami, więc nie licz na nią. Podobnie zupy. Nie dostaniesz czasochłonnych flaków, lecz raczej zupy-kremy we wszystkich odmianach (miksuje się chwilę, a i warzywa wrzucą gorszej jakości i nie widać) z cebuli, z marchewki, z dyni, z cukinii, z selera (warzywa o najniższej cenie za kg). Po miesiącu-dwóch masz dość.

I wreszcie estetyka. Podobno pożeramy oczami, i dlatego, jeśli smakuje, zjemy zdecydowanie za dużo. Brzęk sztućców, obrus (lub chociaż bambusowa podkładka), dobra kawa po wszystkim, miła rozmowa z żoną i czujemy się lepiej. A pudełka zachęcają do bylejakości, samotnego połykania na szybko. Inaczej wygląda twarożek podany w miseczce lub na talerzyku, a inaczej w wersji – plastikowe pudełko, takie same sztućce i połykanie w biegu. Nie powiem już o polędwiczkach odgrzanych w służbowej mikrofalówce kontra gotowanych sous vide. Na koniec z diety pudełkowej zostaje 4 razy tyle odpadów niż przy domowym gotowaniu.

A zdrowie? „Pudełkowcy” mocno je akcentują (w końcu w nazwie jest „dieta”). No cóż i tu wygląda kiepsko. To biznes nastawiony na zysk. O części już napisałem. Aby było tanio i kalorycznie (norma!) wybiera się typowe węglowodanowe zapychacze pełne chemii (przemysłowe ziemniaki, ryż, kasze), dokłada najtańsze warzywa (z najniższą ceną za kg), takie same mięsa (kurczak, wieprzowina). Nabiału dostajemy minimalne ilości (oficjalnie – bo wywołuje niestrawność, faktycznie – bo drogi), wołowinę rzadko i gorsze kawałki, ryba – głównie przemysłowa klasyka – łosoś, panga, pstrąg. Wszystko raczej drugiej jakości (nikt nie bawi się w szukanie ideału jak w dobrej knajpie) przygotowane jak w kuchni szkolnej mojego dzieciństwa, tylko jeszcze odgrzać musisz sobie sam i nie dostaniesz kompotu do mielonych. Porcje żałośnie małe wybaczyłbym, gdyby była jakość (sam generalnie wolę zjeść cienki jak papier 80g plaster szynki parmeńskiej niż kawał boczku), ale właśnie zwycięstwo ceny powoduje, że w zapiekance ziemniaczanej z porem, pora jest mało, a ziemniaków dużo. Podobnie w kurczaku z ryżem, bo ryż kupimy w markecie za 4 zł/kg, podczas gdy pierś z kurczaka za 3 razy więcej. Tych tzw. diet nie układają dietetycy-specjaliści lecz księgowi.

Dlatego wydawanie 4000 zł więcej (5250 zł – 1200 zł) za posiłki dla dwóch osób w warunkach miejskich, po to aby gorzej, brzydziej, mniej zdrowo zjeść i zaoszczędzić niecałe 30 godzin miesięcznie uważam za pomysł absurdalny. Stąd tytuł.