Cena domu w relacji do płacy. Co się zmieniło od czasów Thoreau.

W jednym z rozdziałów „Waldena” Thoreau podaje przeciętną wartość domu w jego czasach – 800 USD oraz wartość dniówki robotniczej 1 USD. Popatrzmy, co się zmieniło do dzisiaj.

W Polsce wartość dniówki wynosi dzisiaj 200 zł. Dom musiałby kosztować 800 dniówek czyli 160.000 zł. Marzenie ściętej głowy. Za tyle kupimy działkę albo działkę z domem do remontu na odludziu. Gdyby przyjąć znacznie lepsza dniówkę 400 zł, za 320.000 zł wybudujemy mały dom. I tu leży pies pogrzebany. W XIX w. domy stawiano z drewna, Thoreau zrobił to sam (aczkolwiek wielkość pasowała do samotnika, nie rodziny). Teraz dla większości – nierealne. Stąd pomysł, by jednak powrócić do dawnych zwyczajów.

Po pierwsze – przyjąć, co było oczywiste i za Thoreau, że dom buduje się na pokolenie maksymalnie dwa. Z różnych względów, głównie zmian technologii, wyjazdów rodziny itp. Gdy rzuci się publicznie takim tekstem, zobaczcie jaki będzie skutek. Krzyk, że dom jest dla pokoleń. A teraz zaobserwujcie otoczenie. Ile osób mieszka w domu zbudowanym przez dziadków? Ja znam jedną. Oczywiście starsze domy nadal stoją, ale gdy nie były modernizowane ich wartość drastycznie spada. Czasami broni je lokalizacja (bliskość centrum lub atrakcyjnych miejsc), czasem sentyment. Bywają oczywiście zabytki, lecz najlepiej widziałem to we Włoszech – kamienny dom jest super, ale na lato, w zimie, to musi być klęska. Konstatacja o wykorzystywaniu domu przez 50-60 lat skłania do wyboru technologii drewnianej – jak za Thoreau. Tę łatwiej wykończyć samodzielnie.

Po drugie – wiele prac należy wykonać samodzielnie lub z rodziną. W końcu chata nad stawem Walden została zbudowana osobiście przez pisarza. Dzisiaj proponuję inne rozwiązanie – kupić drewnianą konstrukcję (ok. 15 tys. zł za domek 35 m2 parteru i 35 m2 poddasza), zlecić jej postawienie (10-12 tys. zł) na bloczkach lub płycie fundamentowej (10 tys. zł). Tym sposobem za niespełna 40 tys. zł otrzymamy szkielet małego domu, który w sami skończymy budować, zlecając tylko wykonanie instalacji, z którymi akurat Thoreau nie miał problemu, ponieważ … nie było ich. Satysfakcja z pracy plus integracja rodzinna dają niezły efekt.

Po trzecie – być może damy radę uzyskać własną nieruchomość całkowicie bez kredytu lub tylko z minimalnymi zobowiązaniami. W dzisiejszych czasach zyskamy ogromną przewagę nad większością, która za synonim pełnej dorosłości uważa zdolność kredytową. Tu drobna uwaga. Nie jestem przeciwnikiem kredytu jako takiego, ba sam wielokrotnie korzystałem z tego wsparcia w inwestycjach i zakupie domu, ale nie zawsze i nie na każdych warunkach. Obecnie mamy drakońskie oprocentowanie: pow. 8% (dzisiaj przy inflacji 3%!). Łącząc je z wartością kredytów (we Wrocławiu mam problem ze znalezieniem dwóch pokoi poniżej 550 tys. zł) dostajemy wybuchający granat do ręki – wysokość raty. Dzisiaj, przy 450 tys. zł (100 tys. wkładu), dostaniemy ratę 3800 zł czyli więcej niż 2/3 przeciętnego wynagrodzenia. To już jakiś kosmos. W dniu, gdy brałem na siebie pierwsze zobowiązanie (2006 – kredyt na 50 m2 w górach do kapitalnego remontu za 130 tys. zł), płaciłem ok. 700 zł przy średniej pensji na poziomie 1900 zł netto (36%). Realne obciążenie kredytem wzrosło dramatycznie. Stąd uniknięcie zobowiązań da mi sporą szansę.

Po czwarte – zyskamy pieniądze na inne cele, w tym inwestycje. Prostą konsekwencją niewydawania 3800 zł na spłatę kredytu (a może poświęcenia 1000 zł) będzie spora oszczędność – 2800 zł miesięcznie. Jeżeli nawet kolejny 1000 zł pójdzie na tzw. rozkurz (czyli wydatki), dalej możemy oszczędzać i inwestować 1800 zł. Nieźle.

Jak widzicie, prosta decyzja – zbuduję sam niewielki dom, zamiast kupować na mieszkanie, może mieć daleko idące konsekwencje.

Jeden komentarz do “Cena domu w relacji do płacy. Co się zmieniło od czasów Thoreau.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *